Dam Ci to wszystko

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Większość przeciętnych obywateli zawsze się zastanawia, co sobie o nich pomyślą sąsiedzi. Ale włóczęgi i arystokraci – nie! Ich to nie obchodzi, robią to, na co mają ochotę, i nie zawracają sobie głowy tym, co inni sądzą na ich temat. Nie mam tu na myśli bogaczy-próżniaków, ludzi, którzy wydają tylko wielkie przyjęcia i tak dalej. Myślę o tych, którzy od pokoleń wychowywani są w przeświadczeniu, że liczy się jedynie ich zdanie*.

– Agatha Christie

Tajemnica rezydencji Chimneys

Praktycznie każdy z mieszkańców domu mógł to zrobić**.

– Agatha Christie

Dom przestępców

Michael Corleone przedsięwziął środki ostrożności na każdą ewentualność. Jego planowanie było bezbłędne, zabezpieczenie nienaganne. Był cierpliwy, miał nadzieję, że wykorzysta cały rok na przygotowania. Jednakże nie miał uzyskać potrzebnego mu roku, ponieważ los obrócił się przeciwko niemu i to w sposób najbardziej niespodziewany. Ojciec Chrzestny, sam wielki don, zawiódł Michaela Corleone***.

– Mario Puzo

Ojciec chrzestny

Obok ciebie będą mieszkać i będą do ciebie mówić, jak wtedy, gdy jesteś ze mną.

– Isolina Carrillo

Dwie gardenie

* W przekładzie Urszuli Gutowskiej.

** W przekładzie Anny Polak.

*** W przekładzie Bronisława Zielińskiego.


Dla Eduarda, na zawsze.

Mojemu ojcu, Galisyjczykowi pod każdym względem.

Mojej matce oraz miłości obojga wbrew woli rodziny,

która umocniła we mnie dumę z moich bliskich

i wiarę w niezwyciężoną miłość.

KOŁO RATUNKOWE


Stukanie do drzwi zabrzmiało autorytarnie. Osiem pewnych, szybkich uderzeń kogoś, kto oczekuje, że zostanie sprawnie obsłużony. Żądanie, którego nie sposób pomylić z pukaniem zaproszonego gościa, robotnika albo dostawcy. Później pomyślał, że właściwie zabrzmiało to w taki sposób, w jaki spodziewałby się, że puka policja.

Przez kilka sekund obserwował w zamyśleniu migoczący kursor na końcu ostatniego zdania. Poranek miał bardzo produktywny, lepszy niż w ciągu ostatnich trzech tygodni, ponieważ – choć nie cierpiał się do tego przyznawać – pisało mu się łatwiej, kiedy był w domu sam, kiedy pracował bez wyznaczonych godzin, uwolniony od standardowych przerw na obiad albo kolację, i po prostu dawał się ponieść. Na tym etapie pisania zawsze było tak samo, powieść Słońce Teb ukończyłby za dwa tygodnie, a może wcześniej, jeśli wszystko potoczyłoby się zgodnie z planem. I do tego czasu ta historia byłaby jedyną rzeczą w jego życiu, jego obsesją, tym, co zajmowałoby go dniem i nocą, jedynym, o czym by myślał. Doświadczał tego przy każdej powieści: pobudzające, a jednocześnie niszczące uczucie, jakby składał się w ofierze, co uwielbiał i co go w równym stopniu przerażało. Prywatny rytuał, o którym wiedział, że w ciągu tych dni nie stanie się jego najlepszym towarzyszem. Podniósł wzrok, aby rzucić szybkie spojrzenie na korytarz oddzielający salon, gdzie pisał, od drzwi wejściowych, po czym znowu popatrzył na kursor, który wyglądał, jakby pulsował, naładowany już słowami do wystukania. Pomieszczeniem zawładnęła fałszywa cisza, tworząc na chwilę złudną nadzieję, że niespodziewany gość się poddał. Ale tak się nie stało, po drugiej stronie drzwi wyczuwał obecność jego milczącej, władczej energii. Ponownie spojrzał na kursor i przysunął dłonie do klawiatury, zdecydowany, by dokończyć zdanie. W ciągu następnych kilku sekund rozważał nawet możliwość, by nie zwracać uwagi na stukanie, które na nowo uparcie rozbrzmiało w małym przedpokoju.

Zirytowany nie tyle przerwą w pisaniu, ile nieuprzejmym pukaniem, ruszył w stronę wejścia i otworzył drzwi, ze złością odsuwając zasuwę i bełkocząc przekleństwa pod adresem dozorcy, któremu już nieraz zwracał uwagę, że nie lubi, kiedy ktoś przeszkadza mu w pracy.

Dwoje funkcjonariuszy Gwardii Cywilnej w mundurach, mężczyzna i kobieta, cofnęło się o krok, gdy otworzył drzwi.

– Dzień dobry. Czy to jest miejsce zamieszkania Álvara Muñiza de Dávili? – zapytał mężczyzna, zerknąwszy ukradkiem na małą kartkę, która po chwili zniknęła w jego dłoni.

– Tak – odpowiedział Manuel, natychmiast zapominając o swojej złości.

– Pan jest krewnym?

– Jestem jego mężem.

Funkcjonariusz rzucił koleżance szybkie spojrzenie, co nie umknęło uwadze Manuela, ale jego wrodzona paranoja osiągnęła już w tym momencie wystarczająco wysoki poziom, by mógł zignorować ten gest.

– Coś mu się stało?

– Podporucznik Castro, a to moja koleżanka, sierżantka Acosta. Czy możemy wejść? Lepiej, żebyśmy porozmawiali w środku.

Był pisarzem, mógł rozwinąć tę scenę w głowie bez większego wysiłku: dwoje gwardzistów w mundurach proszących go o wejście do jego mieszkania, aby z nim porozmawiać, nie mogło przynosić dobrych wieści.

Manuel skinął głową i odsunął się na bok. W swoich zielonych uniformach i wojskowych butach mężczyzna i kobieta wyglądali w wąskim przedpokoju na ogromnych. Podeszwy zatrzeszczały na lakierze ciemnego parkietu, jakby były pijanymi marynarzami próbującymi utrzymać równowagę na pokładzie zbyt małego statku. Korytarzem poprowadził ich do salonu, gdzie znajdował się stół, przy którym pracował, ale zamiast skierować gości na kanapę, gwałtownie przystanął, odwrócił się, prawie się z nimi zderzając, i z uporem powtórzył:

– Coś mu się stało?

To nie było pytanie. W jakimś momencie, gdzieś między drzwiami frontowymi a salonem, przestało nim być, żeby stać się niemal błaganiem, nachalną mantrą, którą jego umysł zawzięcie powtarzał: „Proszę, nie. Proszę, nie. Proszę, nie”. Robił to, chociaż doskonale wiedział, że błaganie nic tu nie pomoże. Podobnie jak wtedy, gdy rak pożarł jego siostrę zaledwie w dziewięć miesięcy. Wycieńczona i w gorączce, ale zdeterminowana jak zawsze, żeby podtrzymywać go na duchu, pocieszać go i o niego dbać, żartowała z uwięzioną przez śmierć i zanurzoną w miękkości poduszki twarzą. „Odejście ze świata zajmie mi tyle samo czasu, ile zajęło przyjście”. Nieustannie prosił z pokorą jakąś wyższą i bezużyteczną siłę, której recytował swoją błagalną formułkę, podczas gdy szedł, powłócząc nogami niczym uniżony sługa, do tamtego małego i ciepłego gabinetu, gdzie lekarz powiedział mu, że jego siostra nie przeżyje najbliższej nocy. Nie, to nie pomogło, chociaż zdecydowany, by stawić temu opór, złączył dłonie w niemej prośbie, wysłuchując nieuniknionego wyroku, od którego nie spodziewał się odwołania.

Podporucznik zatrzymał się, podziwiając wspaniałą bibliotekę zajmującą całe dwie ściany salonu, rzucił okiem na stół, przy którym pracował Manuel, a potem znów przeniósł wzrok na niego.

– Chyba powinien pan usiąść – powiedział funkcjonariusz, wskazując na kanapę.

– Nie chcę siadać, proszę mi wreszcie powiedzieć – nalegał, uświadamiając sobie, że jego słowa zabrzmiały trochę szorstko. Potem, aby złagodzić ton, westchnął i dodał: – Proszę…

Funkcjonariusz zawahał się zakłopotany, spojrzał na jakiś punkt nad ramieniem Manuela i zanim otworzył usta, zagryzł górną wargę.

– Chodzi o… pańskiego…

– Chodzi o pańskiego męża – przerwała kobieta, przejmując kontrolę nad sytuacją i kątem oka dostrzegając u swojego kolegi słabo skrywaną ulgę. – Przykro nam, ale mamy złe wieści. Musimy przekazać panu informację, że dzisiaj w nocy pan Álvaro Muñiz de Dávila miał poważny wypadek samochodowy. Kiedy przyjechała karetka, już nie żył. Bardzo mi przykro, proszę pana.

Twarz sierżantki miała idealnie owalny kształt, podkreślony sposobem, w jaki kobieta się czesała, zbierając włosy w kok, z którego wymykały się pojedyncze kosmyki. Usłyszał to wyraźnie, Álvaro zmarł, jednak przez kilka sekund myślał zaskoczony o spokojnym pięknie tej kobiety, pięknie tak absolutnym, że był gotowy zwerbalizować to zadziwiające spostrzeżenie, które przejęło jego umysł. Była bardzo ładna, choć sprawiała wrażenie, jakby nie miała świadomości cudownej symetrii swoich rysów twarzy, co czyniło ją jeszcze piękniejszą. Powtórnie pomyśli o tym później, będąc pod wrażeniem tego, jak jego mózg znalazł wyjście ewakuacyjne, starając się ratować rozsądek. O sekundach, które spędził na podziwianiu doskonałych rysów kobiecej twarzy, co – chociaż wtedy jeszcze o tym nie wiedział – stanowiło pierwsze koło ratunkowe, jakiego się chwycił. Była to jedynie chwila, wspaniała, lecz niewystarczająca, żeby powstrzymać lawinę pytań wzbierającą już w jego umyśle. A jednak powiedział tylko:

– Álvaro?

Sierżantka wzięła go pod ramię (później pomyśli, że zrobiła to tak samo, jak chwyta się zatrzymanych) i jako że nie stawiał oporu, zaprowadziła go na kanapę, pchnęła delikatnie jego ramię, a kiedy już siedział, spoczęła obok niego.

– Do wypadku doszło w nocy. Samochód najwyraźniej wypadł z drogi na prostym odcinku o dosyć dobrej widoczności. Nie wydaje się, by w zdarzeniu brał udział inny pojazd, według kolegów z Monforte, którzy przekazali nam informację, wszystko wskazuje na to, że zasnął za kierownicą.

 

Słuchał jej uważnie, starając się wyłapać szczegóły wyjaśnień i usiłując nie ulegać chórowi głosów, który coraz dosadniej krzyczał w jego głowie: „Álvaro nie żyje. Álvaro nie żyje. Álvaro nie żyje”.

Piękna twarz kobiety przestała mu wystarczać. Kątem oka widział podporucznika zajętego oglądaniem rzeczy znajdujących się na stole, przy którym pracował. Kubek z resztką kawy i łyżeczką w środku, zaproszenie na galę wręczenia prestiżowej nagrody literackiej używane jako podstawka, telefon komórkowy, przez który kilka godzin wcześniej rozmawiał z Álvarem, oraz kursor migoczący tęsknie na końcu ostatniej linijki, napisanej tego poranka, o którym myślał – biedny głupiec – że jest taki produktywny. I wtedy stwierdził, że to już nieważne, nic nie było ważne, jeśli Álvaro zmarł, a musiało tak być, ponieważ powiedziała mu to sierżantka i wyśpiewał grecki chór, który ulokował się w jego głowie, nie przestając tego powtarzać ogłuszającym crescendo. Wtedy pojawiło się drugie koło ratunkowe.

– Powiedziała pani „Monforte”? Ale to jest w…

– Monforte w prowincji Lugo. Tam właśnie mieści się kwatera, z której do nas zadzwoniono, chociaż do wypadku tak naprawdę doszło na terenie małej gminy w pobliżu miejscowości Chantada.

– To nie jest Álvaro. – Stanowczość jego stwierdzenia przyciągnęła uwagę podporucznika, który straciwszy zainteresowanie przedmiotami leżącymi na stole, odwrócił się zdezorientowany w jego stronę.

– Jak to?

– To nie może być Álvaro, mój mąż pojechał przedwczoraj po południu do Barcelony na spotkanie z klientem. Zajmuje się marketingiem biznesowym. Tygodniami pracował nad projektem dla pewnej katalońskiej grupy hotelowej, zaplanowali kilka działań promocyjnych, a dzisiaj wcześnie rano miał umówione spotkanie, żeby dokonać prezentacji, więc to niemożliwe, by był w Lugo, to na pewno jakieś nieporozumienie. Rozmawiałem z nim późnym wieczorem, dzisiaj się jeszcze nie słyszeliśmy, ale to dlatego, że, jak mówiłem, rano miał spotkanie, a ja nie wstaję zbyt wcześnie. Zaraz do niego zadzwonię.

Wstał i przeszedł obok podporucznika, ignorując ciężki jak ołów ładunek pobłażliwości w spojrzeniach, które wymienili funkcjonariusze. Kiedy znalazł się przy stole, niezdarnie przebiegł rękoma między leżącymi na nim przedmiotami, sprawiając, że łyżeczka zadzwoniła o brzeg kubka, w którym resztka kawy nakreśliła już wyraźne kółko. Wziął telefon. Nacisnął kilka klawiszy i przyłożył komórkę do ucha, nie spuszczając wzroku z sierżantki obserwującej go z przygnębionym wyrazem twarzy. Manuel czekał, aż dźwięk połączenia się urwał.

– Musi być na spotkaniu, dlatego nie odbiera… – starał się wyjaśnić.

Sierżantka wstała.

– Ma pan na imię Manuel, prawda?

Pokiwał głową, jakby przyjmował najgorszą wiadomość.

– Manuelu, proszę podejść i usiąść obok mnie.

Wrócił na kanapę, wciąż trzymając w ręku telefon, i zrobił to, o co go prosiła.

– Manuelu, ja też jestem zamężna – powiedziała, kierując wzrok na niemal matowe już złoto swojej ślubnej obrączki – i wiem z doświadczenia, a przede wszystkim z mojej pracy, że nigdy nie mamy absolutnej pewności, co robi nasz partner. Trzeba nauczyć się z tym żyć, bez torturowania się co chwilę wątpliwościami. Na pewno jest jakaś przyczyna, dla której pański mąż tam był i panu o tym nie powiedział. My jesteśmy przekonani, że to on. Jeżeli nikt nie odebrał telefonu, to dlatego, że mają go koledzy z Monforte. Ciało pańskiego męża przewieziono do Zakładu Medycyny Sądowej przy szpitalu w Lugo, a oprócz tego mamy pozytywną identyfikację krewnego. Bez wątpienia chodzi o czterdziestoczteroletniego Álvara Muñiza de Dávilę.

Zaprzeczał ruchem głowy każdemu argumentowi sierżantki Acosty, a nieporozumienie w sprawie Álvara zrzucał na wygasły blask obrączki, która obligowała tę kobietę do wygłaszania prawd absolutnych na temat relacji w związkach. Minęło zaledwie kilka godzin od jego ostatniej rozmowy z mężem i Álvaro był wtedy w Barcelonie, nie w Lugo. Co on, do diabła, robiłby w Lugo? Manuel znał własnego męża i miał pewność, że ten nie był na żadnej przeklętej drodze w Lugo. Nienawidził tych prawd absolutnych o związkach, właściwie nienawidził prawd absolutnych na temat wszystkich spraw i zaczynał nienawidzić tej przemądrzałej sierżantki.

– Álvaro nie ma rodziny – zaprotestował.

– Manuelu…

– No dobrze, przypuszczam, że ma, jak każdy, ale nie utrzymywał z nią żadnego kontaktu, zero jakichkolwiek relacji. Było tak już na długo przed tym, jak się poznaliśmy, odkąd Álvaro w bardzo młodym wieku się uniezależnił. Są państwo w błędzie.

– Manuelu, pańskie nazwisko i numer telefonu znajdowały się przy skrócie „Aa” w komórce pana męża – wyjaśniła spokojnie kobieta.

– Skrót „Aa”… – wymamrotał.

Pamiętał, wprowadzili to kilka lat temu. Skrót „Aa”, od „Avisar a”, czyli „Zawiadomić” – zalecenie wydane przez Generalną Dyrekcję Ruchu Drogowego, żeby wybrać osobę, z którą należy się skontaktować w razie wypadku. Nacisnął przycisk kontaktów w swoim telefonie i zobaczył własne „Aa” – Álvaro. Przez kilka sekund patrzył na każdą z liter składających się na to imię, podczas gdy wzrok zachodził mu mgłą z powodu ciężaru łez, które cisnęły się do jego oczu. Wtedy dostrzegł kolejne koło ratunkowe.

– Ale nikt do mnie nie zadzwonił… Powinni zadzwonić, prawda?

Podporucznik niemal wyglądał na zadowolonego, że może zabrać głos.

– Jeszcze kilka lat temu tak robiono, wskazaną osobę powiadamiano przez telefon, a jeśli nie było nikogo takiego, dzwoniono pod numer oznaczony jako „dom” albo „rodzice” i przekazywano wiadomość… Było to jednak bardzo traumatyczne i takie telefony często wywoływały ataki serca, wypadki albo… niepożądane reakcje. Staraliśmy się to poprawić. Teraz protokół wymaga pozytywnej identyfikacji. Powiadamia się kwaterę najbliższą miejscu zamieszkania zmarłego i zawsze udaje się tam dwóch funkcjonariuszy, z których jeden jest wysokim rangą oficerem, jak w tym przypadku. Przekazujemy wtedy wiadomość o śmierci osobiście albo prosimy krewnego, by poszedł z nami i dokonał identyfikacji.

A więc cały ten cyrk z „proszę usiąść” i „proszę zachować spokój” miał tylko jeden cel: był to ustanowiony protokół, aby przekazać najgorszą wiadomość na świecie. Protokół, który znało tylko dwoje z obecnej tutaj trójki i od którego – teraz to wiedział – nie było żadnego odwołania.

Przez kilka sekund siedzieli w milczeniu i bezruchu, aż podporucznik wykonał w stronę kobiety ponaglający gest.

– Może chciałby pan zadzwonić do jakiegoś krewnego albo przyjaciela, żeby dotrzymał panu towarzystwa… – zasugerowała funkcjonariuszka.

Manuel popatrzył na nią w otępieniu. Jej słowa ledwie do niego docierały, jakby mówiła z innego wymiaru albo będąc pod wodą.

– Co mam teraz zrobić? – zapytał.

– Tak jak mówiłam, ciało znajduje się w Zakładzie Medycyny Sądowej przy szpitalu w Lugo. Tam panu powiedzą, co należy dalej zrobić, i oddadzą ciało, żeby mógł je pan pochować.

Z udawanym hartem ducha wstał i skierował się w stronę drzwi, zmuszając funkcjonariuszy, by za nim poszli, po czym obiecał, że od razu po ich wyjściu zadzwoni do swojej siostry. Mając świadomość tego, że jeśli chce się ich pozbyć, musi zachować spokój, uścisnął im dłonie i poczuł, że mierzą go wzrokiem, co nie pasowało do uprzejmych gestów, jakimi się żegnali. Podziękował raz jeszcze i zamknął drzwi.

Zaczekał kilka sekund, opierając się o ciepłe drewno, pewny, że oni też nasłuchują z drugiej strony. Z tego miejsca, w którym prawdopodobnie nigdy nie przystanął wystarczająco długo, obserwował, jak mały korytarz otwiera się na salon niczym bukiet ze ściśniętymi łodygami. Mieszkanie, które dzielił z Álvarem od piętnastu lat, widziane z perspektywy tego ignorowanego obserwatorium ich domu wydawało mu się ogromne. Wpadające przez okno promienie słońca zacierały kanty mebli, stapiając ich biel, a w końcu całkowicie je rozpuszczając razem ze ścianami i sufitem. Teraz to ukochane, znajome miejsce przestało być jego domem i zamieniło się w ocean lodowatego słońca, w piekielną islandzką noc, sprawiając, że znów poczuł się sierotą, jak tamtej nocy w szpitalu.

„Zadzwonić do siostry”. Na myśl o tym gorzko się uśmiechnął. Gdyby tylko mógł. Poczuł, że przygnębienie przebiega mu po tułowiu niczym gorące, niepożądane zwierzę, które próbuje usiąść na jego brzuchu, a oczy napełniły mu się łzami, gdy zdał sobie sprawę, że jedyne dwie osoby, do których chciałby zadzwonić, nie żyją.

Powstrzymawszy płacz, wrócił do salonu, usiadł w tym samym miejscu, które zajmował wcześniej, i wziął ze stołu telefon. Kiedy aktywował ekran, wyświetliło się imię Álvara. Popatrzył na nie przez kilka chwil, westchnął i poszukał na liście kogoś innego.

Słodki kobiecy głos Mei odezwał się po drugiej stronie. Mei Liu od ponad dziesięciu lat była sekretarką Álvara.

– Ach, cześć, Manuelu, jak się masz? Jak ci idzie pisanie powieści? Już nie mogę się jej doczekać. Álvaro mówił, że będzie niesamowita…

– Mei – przerwał jej – gdzie jest Álvaro?

Po drugiej stronie linii na kilka sekund zapadła cisza i wtedy Manuel już wiedział, że ta kobieta go okłamie. Miał nawet jeden z tych błysków jasnowidzenia, w których człowiek przez sekundę potrafi zobaczyć intrygi napędzające świat, litościwie pozostające przed nami w ukryciu niemal przez całe życie.

– Álvaro? Przecież… jest w Barcelonie.

– Nie kłam, Mei – poprosił szorstko, chociaż prawie szeptał.

Cisza utwierdziła go w tym, że Mei była zaniepokojona i wykorzystywała pauzę, aby rozpaczliwie poszukać wymówki, która dałaby jej jeszcze kilka sekund na zastanowienie się.

– Nie kłamię, Manuelu… Dlaczego miałabym to robić? – Jej głos był teraz ostrzejszy, jakby chciała się rozpłakać. Usprawiedliwienia, pytania… Wszelkie możliwe wymówki, żeby uniknąć bezpośredniej odpowiedzi. – Jest… Jest w Barcelonie, na spotkaniu z szefami tej katalońskiej grupy hotelowej.

Manuel ścisnął telefon, aż zbielały mu kostki, zamknął oczy i z wielkim wysiłkiem powstrzymał się od rzucenia nim o podłogę, od zniszczenia go, rozbicia na tysiąc kawałków, żeby uciszyć kłamstwa, które docierały do niego z drugiej strony. W końcu przemówił, starając się kontrolować ton głosu na tyle, by nie zacząć krzyczeć.

– Dwoje funkcjonariuszy Gwardii Cywilnej właśnie wyszło z mojego domu. Powiedzieli, że Álvara nie było w Barcelonie, że wczoraj w nocy zginął w wypadku samochodowym i teraz leży w kostnicy w Lugo… Więc, do diabła, powiedz mi w końcu prawdę, bo to niemożliwe, żebyś nie wiedziała, dokąd on pojechał. – Przeciągał sylaby każdego słowa, wypowiadając je szeptem, aby powstrzymać gniew.

Głos kobiety się załamał i zamienił w szloch, ledwie pozwalając mu odróżnić słowa.

– Przykro mi, Manuelu, przykro mi.

Rozłączył się, a Mei, która mogła być jego trzecim kołem ratunkowym, już nigdy nim nie została.

ISLANDZKIE SŁOŃCE


Poczekalnia pachniała smutkiem. Dwa rzędy plastikowych krzeseł naprzeciwko siebie ledwie zostawiały miejsce w ciasnej przestrzeni, w której oddechy i posępne nastroje unosiły się na cuchnącym obłoku pary zacieniającym cierpiące twarze czekających. Skonsternowany, wyszedł z powrotem na korytarz, a portier, który zza lady wodził za nim wzrokiem, pokazał mu, że właśnie tam ma czekać. Zrezygnował z pokonania wąskiego przejścia aż do ostatniego wolnego krzesła, gdyż to oznaczałoby przeciskanie się między kolanami i stopami czekających oraz wyszeptywanie całej litanii „przepraszam”, by móc przejść pośród tylu kończyn. Wolał postać, a żeby nie być w centrum uwagi, oparł się o ścianę wystarczająco blisko wyjścia. Zapewnił tym sobie porcję nadającego się do oddychania powietrza, płacąc jednak cenę w postaci ciągłej kontroli surowego portiera.

Niczym przedłużenie tego pomieszczenia Lugo powitało go mętnym jak chlorowana woda niebem. Zimne przyjęcie, któremu towarzyszyło zaledwie dwadzieścia stopni, w porównaniu ze skwarem i oślepiającym słońcem pierwszych wrześniowych dni w Madrycie wydawało mu się wręcz zainscenizowane, jak środek literacki, który ma wprowadzić ciężką i przygnębiającą atmosferę.

Lugo nie miało lotniska. Rozważał przylot do Santiago de Compostela, najbliższego portu lotniczego, a potem wynajęcie samochodu, żeby tu dojechać, lecz to, co w nim tkwiło, to, czego jeszcze nie potrafił nazwać, nie mogło czekać dwóch godzin do najbliższego lotu i nie zmieściłoby się w kabinie.

 

Najtrudniej było otworzyć szafę i zza garniturów ich obu wyciągnąć małą podróżną torbę, do której szybko wrzucił niezbędne rzeczy – a przynajmniej tak sądził. Później przekonał się, że w pośpiechu zabrał cztery bezużyteczne ubrania, zapominając prawie o wszystkim, co było potrzebne. Poczucie, że uciekał, wzrosło jeszcze bardziej, kiedy prześledził w myślach ostatnie minuty spędzone w domu. Szybkie sprawdzenie lotów z Madrytu, pospieszne spakowanie torby i odrzucenie możliwości, by spojrzeć na ich wspólne zdjęcie, które stało na komodzie, a którego teraz nie mógł wyrzucić z myśli. Zrobił je ich znajomy, kiedy byli na rybach poprzedniego lata. Roztargniony Manuel patrzył na srebrzystą powierzchnię morza, a Álvaro – młodszy, szczuplejszy, z blond włosami rozjaśnionymi słońcem – spoglądał na niego i częstował go tym swoim tajemniczym uśmiechem. Álvaro oprawił zdjęcie, ale Manuelowi nigdy się ono nie podobało. Patrząc na tę fotografię, odnosił wrażenie, że jest jak zawsze zbyt roztargniony, że utracił piękny i pełen znaczenia moment, którego już nigdy nie odzyska. Ta krótka chwila uchwycona przez aparat potwierdzała jego przypuszczenia, że nigdy nie był całkowicie obecny we własnym życiu, a teraz brzmiało to niemal jak wyrok.

Marazm panujący w poczekalni skojarzył mu się z gwałtownym wyhamowaniem wobec pośpiechu, z jakim wyjechał na drogę, jakby minuta w tę czy w tamtą miała zmienić to, że Álvaro nie żyje. Przeszedł mieszkanie jak we śnie, zatrzymując wzrok w każdym pokoju i szybko uzmysławiając sobie obecność rzeczy Álvara, które w pewnym sensie były nim samym – jego książki o fotografii, jego zeszyty do rysowania leżące na stole, wiszący na oparciu krzesła stary sweter, który wkładał, kiedy przebywał w domu, i nie zgadzał się, by go wyrzucić, chociaż był już wyblakły i zmechacony na rękawach. Przypatrywał się wszystkim rzeczom, niemal zdziwiony, że nadal tu są, skoro Álvara już nie ma; jakby było oczywiste, że jeśli jego zabrakło, to one powinny wyparować. Szybko rzucił okiem na własny stół, odruchowo chwytając portfel, telefon i ładowarkę. Być może najbardziej zaskakująca była pewność, że nie zapisał Słońca Teb i pracy tego poranka (który uważał za tak produktywny). Następnie czekał go wstrętny obowiązek wprowadzenia nazwy tego feralnego miasta do nawigacji samochodowej. Prawie pięćset kilometrów przejechanych w ciszy w zaledwie cztery i pół godziny, przerywanych tylko przez uporczywe telefony od Mei, na które nie odpowiadał. Nie był nawet pewien, czy zgasił wszystkie światła.

Zaniepokojony, usłyszał płacz jakiegoś mężczyzny. Ukrywał twarz w szyi kobiety, która musiała być jego żoną, i szeptał niezrozumiałe dla niego słowa. Manuel obserwował niemrawy sposób, w jaki kobieta głaskała go po karku, oraz spojrzenia części osób w sali, które oddychały głęboko z zaciśniętymi ustami i sapały jak dzieci walczące z bólem.

On nie płakał; nie wiedział, czy to normalne, czy nie. Był taki moment – tuż po wyjściu funkcjonariuszy, gdy widział, jak przed jego przestraszonymi oczami zacierają się linie wyznaczające granice mieszkania – kiedy już chciał to zrobić. Ale żeby płakać, potrzeba ciepła, a przynajmniej jakiejś namiętności, tymczasem arktyczny chłód, który zalał wszystko wokół, częściowo zamroził mu serce. Chciałby, żeby zrobił to całkowicie, żeby lodowaty duch, który nawiedził jego dom, był w stanie przerwać włókna niepotrzebnego mięśnia pulsującego w jego klatce piersiowej. Zamiast tego zamienił krążenie krwi w chemiczny letarg, spod którego Manuel potrafił jeszcze usłyszeć powolne rzężenie, w jakie zamieniło się bicie jego serca; żałosny kawałek życia pełen małostkowości, wypełniony bardziej wątpliwościami niż pewnością.

Przy ladzie czekało dwóch mężczyzn w garniturach o nieskazitelnym kroju. Obserwował, jak jeden z nich odsunął się kilka kroków, a drugi mówił coś tak cichym głosem, że portier musiał się ku niemu nachylić, aby móc usłyszeć. Przytaknął i nie kryjąc się ze swoim zainteresowaniem, wskazał na poczekalnię.

Mężczyźni zamienili ze sobą kilka słów i obaj skierowali się do poczekalni.

– Manuel Ortigosa?

Uprzejmy ton i drogie garnitury zwróciły uwagę wszystkich obecnych. Skinął głową, myśląc, że są zbyt dobrze ubrani, by być lekarzami albo policjantami.

Mężczyzna, który pytał, podał mu rękę.

– Jestem Eugenio Doval, a to pan Adolfo Griñán – powiedział.

Ten drugi też podał mu rękę i zapytał:

– Czy możemy chwilę porozmawiać?

To, że mężczyźni się przedstawili, niczego mu nie rozjaśniło. Potwierdziło jedynie, że tak jak podejrzewał, nie są lekarzami. Manuel wykonał gest w stronę sali i innych czekających, zapraszając ich do wejścia.

Nie zwracając uwagi na zuchwałe spojrzenia, Griñán podniósł wzrok nad obłok pary i zatrzymał go na żółtej plamie z ciemnymi brzegami, która zajmowała znaczną część sufitu.

– Na Boga! Nie tutaj. Ubolewamy, że nie zjawiliśmy się wcześniej i że musiał pan sam przechodzić przez te trudne chwile. Czy ktoś z panem przyjechał? – zapytał, chociaż po pierwszym rzucie oka na jego posępne towarzystwo z pewnością uznał, że nie.

Manuel pokręcił głową.

Griñán znów objął wzrokiem plamę na suficie.

– Wyjdźmy.

– Ale powiedzieli mi, że mam tutaj zaczekać… – zaoponował Manuel.

– Proszę się tym nie przejmować. Zostaniemy w pobliżu i może zdołamy poinformować pana o pewnych sprawach, o których powinien pan wiedzieć – powiedział uspokajająco Doval.

Obietnica uzyskania odpowiedzi zwyciężyła jego niechęć, więc wyszedł za nimi, czując ślizgające się na swoich plecach wilgotne spojrzenia czekających i zastanawiając się, kim, do diabła, są ci mężczyźni. Jakby za sprawą milczącego porozumienia szli w ciszy, przechodząc od portiera, który nie spuszczał ich z oka, aż do końca korytarza, gdzie stał automat z napojami gazowanymi i drugi z kawą. Doval wskazał na urządzenia.

– Chce się pan czegoś napić?

Manuel zaprzeczył ruchem głowy i odwrócił się niespokojnie w stronę poczekalni.

Griñán stanął przed nim.

– Jestem notariuszem, zajmowałem się sprawami pańskiego męża, a poza tym jestem wykonawcą testamentu don Álvara. – Spojrzał na Manuela poważnym wzrokiem, jakby właśnie wyrecytował swoje zasługi wojenne.

Manuel był zdezorientowany. Przez kilka sekund badał wzrokiem mężczyznę, który nadal patrzył na niego niewzruszony. Potem spojrzał na Dovala, spodziewając się znaleźć u niego jakąś odpowiedź albo chociaż oznakę kpiny, która ujawniłaby, że padł ofiarą żartu.

– Wiem, że to wszystko jest dla pana zaskoczeniem – przyznał Griñán. – Jako osoba odpowiedzialna za zarządzanie spadkiem don Álvara jestem na bieżąco w kwestii waszego związku.

– Co to znaczy? – zapytał podejrzliwie.

Notariusz cierpliwie przyjął jego nieufność.

– Wiem, że byli panowie małżeństwem od wielu lat i że wcześniej długo ze sobą mieszkali. Usiłuję powiedzieć, że wiem o wszystkich waszych sprawach, a to, co teraz muszę panu wyjaśnić, będzie dla pana nowe.

Manuel westchnął i w geście obronnym skrzyżował ręce na torsie. To zdecydowanie nie był jego najlepszy dzień. Odrobinę opanowania, jaka została mu po otrzymaniu wiadomości o śmierci Álvara, stracił podczas rozmowy z Mei, ale był gotowy na zawieszenie broni z każdym, kto mógłby rzucić światło na powód, dla którego jego mąż leżał martwy na metalowym stole w kostnicy z dala od świata. Odwrócił się na chwilę, żeby spojrzeć w stronę lady, na portiera, który wciąż obserwował ich z daleka, i ponownie skierował wzrok na obu mężczyzn.

– Może mi pan powiedzieć, co Álvaro tutaj robił? Co robił w nocy na tej drodze? Odpowie pan?

Griñán spojrzał szybko na Dovala, który z poważnym wyrazem twarzy zrobił ku niemu krok.

– Powód, dla którego Álvaro tutaj był, jest taki, że to miejsce jego urodzenia i tu znajduje się jego rodzinny dom. Nie wiem, dokąd jechał, kiedy miał wypadek, ale jak zapewne poinformowała pana Gwardia Cywilna, nie wydaje się, żeby był w to zaangażowany inny pojazd. Wszystko wskazuje na to, że Álvaro zasnął za kierownicą. To smutne – czterdzieści cztery lata, całe życie przed sobą. Był czarującym chłopcem i ogromnie go ceniłem.

Jak przez mgłę Manuel przypomniał sobie, że widział w dowodzie osobistym Álvara jego miejsce urodzenia. Miejsce, z którym nigdy nie łączyły go żadne więzi. Nie pamiętał, by jego mąż kiedykolwiek wymówił tę nazwę. Ale dlaczego miałby to robić? Kiedy się poznali, Álvaro dał mu jasno do zrozumienia, że jego rodzina nie akceptuje tego, iż jest homoseksualistą, i – jak wielu mu podobnych – przeprowadził się do Madrytu, by zacząć żyć własnym życiem, zrywając wszelkie związki z przeszłością.

– Ale miał być w Barcelonie. Co tutaj robił? O ile mi wiadomo, od lat nie utrzymywał kontaktu z rodziną.