Droga stali i nadzieiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Obłoki, w których Kiriłka już nie pływał, lecz tonął, nabiegły purpurą, zgęstniały, dławiły go, wyżymały ze wszystkiego, co tylko możliwe. Na krótką chwilę błysnęło światło sali operacyjnej, padając na najpiękniejszą i najbardziej niebezpieczną kobietę jego krótkiego życia. I ogarnęła go ciemność.

Obwód samarski, twierdza Kiniel

(współrzędne 53°14’00’’N, 50°37’00’’E), AD 2033

Sienia przestępował z nogi na nogę, stojąc pod daszkiem najpaskudniejszego wejścia do twierdzy. Posterunek, usytuowany daleko za pierścieniem pierwszych umocnień, wychodził na rdzawe odgałęzienie drogi wiodące do Samary. Ani kupców z łapówką dla wartownika, ani osadników z okolicznych wsi z wózkami pełnymi jadła, ani podróżników poszukujących nowego miejsca i na pewno pragnących coś tam dać bohaterskim strażnikom. Nikogo. I, co oczywiste, niczego.

A dlaczego? A wszystko dlatego, że wokół zdechłego miasta rozciąga się Rubież, cholerne zadupie. Nikt nie przejdzie, nikt nie przejedzie. O ile czasami nie nadbiegnie jakaś ohyda-poczwara, marząca o tym, żeby wbić kły, pazury, kolce czy co tam jeszcze gorszego w zziębniętego, zamarzającego, sterczącego na odległym posterunku wartownika Arsenija Rytkina. Tej to przyjemności, wraz z radością, było bez miary, po prostu ile dusza zapragnie. Choć ona akurat w takich przypadkach starała się milczeć, nie zabierać głosu.

Sienia westchnął, podrapał się po nodze. Swędziało niemiłosiernie, a jakże. Więc się podrapał, ale gdzie tam… podrapać się przez strój ochronny i ciepłe, watowane spodnie. W dodatku jeśli jeszcze leje bez ustanku już trzeci dzień? O ile nie czwarty. No i strażnik Rytkin chlupał sobie po brązowym, kląskającym błocie w woderach od kompletu ochronnego nałożonych na onuce i buty. Cholerny deszcz, zasrane, gówniane życie. Eeech…

Automat, prastare „wiosło”, zsunął mu się z ramienia. Sienia złapał go, no i masz… Czy to stąpnął niezdarnie, czy po prostu dziś prześladował go pech, stało się. Tłusty kawał błota zawisł na bezpieczniku i zamku, pociekł w dół.

– A niech cię… – Arsienij zaklął i dla odprężenia poprawił: – …twoja mać.

Przez deszcz, który co prawda nie lał jak z cebra, przebił się dźwięk. Sienia wzdrygnął się, strząsnął ubłoconą rękawicą wodę z czoła, brudząc sobie przy tym twarz. Dźwięk się powtórzył. Za gęstą zasłoną deszczu zamajaczyła w dali dziwna sylwetka. Sienia ostro wciągnął powietrze i uderzył obrzynkiem rury po kawałku szyny, a potem jeszcze raz, i jeszcze.

Pośpiesznie opuścił bezpiecznik, szarpnął zamkiem, modląc się w duchu. Żeby się tylko nie zaklinowało, żeby tylko błoto nie dostało się do środka, żeby tylko… Nie dostało się. Zamek szczęknął, połykając nabój. Strażnik przykucnął za stertą worków z piaskiem, wycelował, łowiąc drążąc muszkę. Z tyłu, ślizgając się i chlupocząc, nadbiegali już swoi.

– Co tam? Gdzie, Sieńka?

– Ano tam, het, patrzta!

– Co za dioboł, chopy?!! Nie rozumiem, toto stoi, czy nie.

– No nic chopoki, trza pójść bliży i…

– Zooostawić, ciućmoki! – zagrzmiało z tyłu. – Zdurnieli do reszty, żeby walić do nie wiadomo czego?! Ja was nauczę, jak kochać ojczyznę i nie marnować jej nabojów! Nieogary rękodupne!

Kuźmicz pojawił się z własnym ochroniarzem w całej swojej niewysokiej, kwadratowej postaci. W pierwszej kolejności zaciągnął pasek spodni, wyklinając równo na deszcz, a zaraz potem poprawił na sobie płaszcz i przerzucił automat z pleców na przód. Strażnicy mokli, milczeli i nawet nie przyszło im do głowy, żeby się tłumaczyć.

– A więc… – Wąsy mu nieco drgnęły. – No, Rytkin, z jakiego powodu wyrwałeś mnie ze względnie ciepłego kibla, co, szczygiełku?

– Bo, dowódco… ja, no tego, o tam, het, a ja…

– Ja, ja… łebek jak… głowica pocisku kumulacyjnego. – Dowódca przyjrzał się wskazanemu obiektowi. – Hm, niemniej jednak… rzeczywiście, niepojęte cholerstwo.

Niepojęte cholerstwo było teraz nieco bliżej, a dźwięk stał się łatwo rozpoznawalny. Szły cztery nogi, wlokąc za sobą coś ciężkiego. Coś rytmicznie stukało o pozostałości prawie zgniłych podkładów.

– Ej, gadzino, stój! – warknął Kuźmicz. – Stać, bo strzelam!

Nieznajoma gadzina najbezczelniej zignorowała ostrzeżenie naczelnika i wciąż człapała w stronę posterunku. Dowódca chrząknął, cicho opuścił bezpiecznik, położył palec na spuście. Pozostali zamarli, wkleili się w mokre, śmierdzące ziemią worki, wzięli na cel dwie widoczne już kroczące, przygięte postacie.

– Nie, tak nie będzie… Sieryj, Kolian, no już, za mną!

I zakląskał błotem, jak niedźwiedź brnąc w stronę człapiących. Sieryj i Kolia, nowicjusze, wyminęli go, przyciskając kolby do ramion i starając się nie przepuścić niczego z boków. Dowódca z aprobatą skinął głową, charknął ciągliwą śliną, przygotował się na spotkanie majaczącej z przodu dwójki. Tamci wreszcie dziesięć kroków przed patrolem zatrzymali się i osunęli na kolana, nie odrywając rąk od czegoś, co mieli za plecami.

– No co za… – Kuźmicz stanął, odczekał, aż idący przodem żołnierze zrównają się z nieoczekiwanymi gośćmi. Nic się nie stało. Dowódca przyjrzał się klęczącej dwójce, podchodząc już do niej bliżej.

Jeden chudy, ze sterczącym podbródkiem, Rosjanin; drugi raczej typ kaukaski. Co u licha: twarze w siniakach, nos u jednego przestawiony w bok, ale wyglądali znajomo. I to jeszcze jak… Ubrania porządne, ale poszarpane, brudne niczym szmaty do podłogi. Aha, to dlatego mają ręce z tyłu, już widać. Nadgarstki ktoś nieszczególnie troskliwy i współczujący przywiązał cienkim, ale mocnym sznurkiem do uchwytów dużej starej taczki. Na niej, zardzewiałej i osadzonej na grubych drewnianych kołach, ciemniał wielki worek. I mimo deszczu dowódcy jakoś bardzo nie podobały się zacieki na grubym brezencie.

– O, w mordę jeża… – Kuźmicz nareszcie dostrzegł przyczynę, dla której ci biedacy szli i szli. Przez deszcz, zwłaszcza kiedy napuchłe, otoczone świeżymi krwiakami oczy zamienią się w szparki, wiele człowiek nie zobaczy. A usłyszeć?! U obu z uszu, ciemniejących zakrzepłą krwią, sterczały drewniane kołki, wbite czyjąś ręką. – No, nie ch…

– Stać! – wrzasnął dziko Sieryj, kierując lufę w stronę ciemniej postaci, która nagle wyrosła na nasypie. – Ręce do góry, …twoja mać!

Kuźmicz zmrużył oczy, strzepnął kroplę, która wleciała mu do oka. Przeniósł wzrok na dziwnie znajomych cierpiętników i jeszcze raz popatrzył na nową osobę. I nawet odgadł jej słowa.

– Mojej mamy nie ruszaj, łajzo, bo ci obetnę uszy. – Splunął. – Witaj, Kuźmicz. Zdrowyś, widzę.

– Sieryj, daj spokój. – Dowódca wypuścił powietrze. Drżączka, która go mimo wszystko dopadła, odpuściła. Choć lęk nie do końca ustąpił. W obecności tego lęk ogarniał naczelnika zawsze, już od dziesięciu lat, jakie minęły od momentu jego pierwszego pojawienia się w Kinielu. – I tyś też nie chory.

– No, nie obrażaj się, nie trzeba. Pożartować trochę każdemu się zdarza.

– Żartów mu się zachciało, jeszcze czego.

– Żartować? – Twarz obrażonego Siergieja wykrzywiła się. – Przecież byśmy ich zastrzelili, draniu!

– Kuźmicz, co ten twój żołnierzyk taki niewychowany, a? – Człowiek skrywający twarz pod grubym kapturem chrząknął. – Może by tak profilaktycznie…

– Dość. – Dowódca westchnął. – Co to za jedni?

– No wreszcie! – Zakapturzony westchnął z zadowoleniem. – Cieszę się, że wśród strażników tej ostoi cywilizacji są naprawdę logicznie myślący ludzie. A więc, szanowny Kuźmiczu, mam tutaj ni mniej, ni więcej, jak dwie szóste bandy Garika Wesołka, tych szurniętych gwynplaine’ów i sadystów, którzy teraz stoją przed wami, przedstawicielami władzy i prawa wolnego miasta Kiniel… Albo klęczą, jak uważasz, Kuźmiczu? No i co, młody Sierżu, zastrzelilibyście, to i zastrzelili. Psu, jak wiadomo, sobacza śmierć.

– A? – Wywołany strażnik, nie rozumiejąc, wlepił wzrok w zwierzchnika. – Czego on się mnie czepia, dowódco? – No i kto to wogle…

– Zamknij dziób. – Kuźmicz podkręcił sobie lewego wąsa. To dlatego twarze wydawały mu się znajome. – Dokładnie, oni sami, sukinsyny. Ty, co, Sieryj, nie pamiętasz zeszłorocznej historii z handlarzami z Czerkas? No tymi, co im gęby porozcinali od ucha do ucha?

– Aha… – Sieryj przełknął ślinę, wpatrując się w klęczących bandytów.

– Tak, lepiej, żebyśmy was wystrzelali, bydlaki. – Kuźmicz wsunął sobie do ust przygotowaną wcześniej kozią nóżkę, zapalił. Domowej uprawy tytoń dobrze kopał, prawie do wątroby, szczególnie w taką pogodę. – Zaczekaj. A więc, rozumiem, że oto mamy Garika Wesołka we własnej osobie, to był jedyny w tej bandzie nie-Rosjanin. A kim jest ten drugi, nie pojmuję, chociaż… Paszok Swoboda, niech go diabli, jasne. Nooo, miły człowieku, poważnie ci się nie powiodło, Kasianow przypomni ci wiele z twoich wyczynów. A gdzie, skoro przy tym jesteśmy, podziewają się pozostałe cztery szóste bandy?

– No właśnie tu, są wszyscy, zapakowani i ułożeni zgodnie z nakazem otrzymanym od sądu. – Dłoń w rękawiczce z obciętymi palcami poklepała po worku. – Diesel, Stanisław, Nikotos i ten, jak mu tam… Duchess czy jak? No, czy to Mietiełkin, czy to Wienikow, tak w ogóle. Chociaż nie, Stanisława mamy o tu, wystaje. Aż boli, ile miał na łepetynie włosów, istna grzywa.

– Jasne. – Kuźmycz westchnął, pochylił się. Od worka wyraźnie zalatywało stęchlizną. – Pognili już, co? Posypałeś ich chociaż solą?

– Deszcz, czego chcesz.

– A?! – wtrącił Sieryj. – Co jest w worku, dowódco?

– Rzepa z melonami… Głowy, a co ma być?

Strażnik pozieleniał nieco, wlepił wzrok w ciemność pod kapturem.

– Ooo…

– A?

– Odrąbał?

– Nie, młodzieńcze, odpiłował. Piłą spalinową, z kryształami górskimi, od Swarovskiego. – Zakapturzony zachichotał. – Nie, Kuźmicz, ci twoi to zupełne dzikusy. Nie wiedzą, co to takiego spalinówka. Albo kryształy górskie? Oto czym.

 

Długa poła gumowego płaszcza poszła w bok. Ręka łagodnie pogładziła rękojeść długiego, rozszerzającego się ku końcowi tasaka bojowego.

– Maczeta rządzi, chłopcze, to oczywistsze od oczywistego.

Kuźmicz zaciągnął się mocniej, odwrócił się. Kolia pobladł, ale póki co trzymał się nieźle. Sieryj wymiotował gwałtownie do rowu na poboczu.

Dowódca przydzielił temu dziwnemu i strasznemu człowiekowi dwóch zbrojnych, stanął pod daszkiem budki wartowniczej i zakurzył kolejnego skręta. Przydreptał do niego zluzowany z posterunku Arsienij.

– Czego chcesz? – burknął do niego dowódca.

– Kto to taki?

– Ten? – Kuźmicz splunął. – To Morhołt. I tyle. Idź spać, bojowniku, warta nie czeka, niedługo znów twoja zmiana.

Wyszedł od sędziego i rozejrzał się. Miasto rosło, to rzucało się w oczy; o tym, żeby je otoczyć dodatkowym murem, nikt nawet nie myślał. Ale władze Kinielu i tak nieźle się sprawdzały. Chociaż… Morhołt zmrużył oczy, przypatrując się poprzez deszcz, który tymczasem przeszedł w monotonną mżawkę. Ba, no coś takiego, mimo wszystko na granicy terytorium miasta zaczęli budować coś na podobieństwo niewielkich fortów. Widać czegoś się boją. Ale problemy rozrastającego się Kinielu nie martwiły Morhołta – teraz ważne było co innego. Albo raczej ktoś inny, a dokładniej: inna.

Zdać zbirów-rzezimieszków niewątpliwie najlepiej było właśnie tutaj. Paczki siódemki przyjemnie obciążały ładownicę; miejscowi dotrzymali słowa. Ale przybył do Kinielu nie z tego powodu albo raczej nie tylko po zapłatę.

Kiedy to po raz pierwszy usłyszał dziwny zew we śnie? Tydzień temu, jakoś tak, może i dawniej. Szukać „wesołków” przyszło mu aż w Krasnej Glince**, na samą myśl się wzdrygał. Jak gdyby mało mu było samej bandy, choćby i za dobre wynagrodzenie. To nie, pociągnęło drani na szerokie wody, brrr. Zapewne ktoś dał tym pohańcom cynk, kto ich ściga, bo uciekali na łeb, na szyję, najwyraźniej nie wybierając drogi. Może i prawda, liczyli na to, że nie zaryzykuje i nie zapuści się tam, gdzie polują mergi? Idioci.

Sen przyszedł po raz pierwszy wtedy, w byłym zakładzie Elektrotarcza.

Szczuplutka dziewczęca postać, rozwiane pod naporem dzikiego wiatru włosy, łzy w oczach, drżące miękkie wargi. Nie przypominał sobie ani słowa, choćby nie wiedzieć jak się starał, nie umiał. Pamięć zachowała tylko jej wygląd i stojący pomiędzy torami stary parterowy budynek z cegły, który znał z dzieciństwa, widział setki razy z okna pociągu wożącego studentów i robotników okręgu do Samary. Ogromna stacja kolejowa, która po Wojnie stała się wolnym miastem twierdzą o nazwie Kiniel. Co pozostawało zrobić po piątym z rzędu śnie, jota w jotę powtarzającym poprzedni? Niewątpliwie alkoholu znalezionego u drani, lubiących sobie poużywać na pojmanych kupcach, wystarczyłoby na tygodniowe chlanie. Ale po co?

I tak w ogóle człowiek jest z natury bydlęciem ciekawskim, a Morhołt nie zaliczał się do żadnego innego rodzaju, rodziny czy rzędu ssaków. Pozostawało tylko trochę się porozglądać i znaleźć młodą dziewicę z dużymi oczami, błyszczącymi niczym u krowy, z gęstą strzechą na głowie i pragnieniem nawiązania znajomości z Morhołtem. Albo zwrócić się do Michaiła Michajłowicza, dawnego znajomego i jednego z luminarzy kinielskiej medycyny, psychiatry, który specjalistyczne wykształcenie zdobył w samarskim medyku.

Chociaż… szukać jej po nocy i w deszczu? Nie, upierdliwe widzenia, darujcie. Siebie i własne zdrowie Morhołt stawiał znacznie wyżej od pojawiających się w snach dziewic, choćby były młode i piękne. Nic pilnego, poczeka do jutra. W sensie: poszukiwanie. Lub wizyta u Michała Michałycza.

Mężczyzna bynajmniej nie młody, od stóp do głów ubabrany błotem zeskoczył z ganku sądu prosto w breję pod nogami i ruszył w stronę płonących zachęcająco świateł pobliskiego piętrowego budynku. Niewiele miał teraz pragnień: umyć się w gorącej wodzie z mydłem, zmienić do cna przemoknięte onuce, zjeść coś gorącego i mięsnego, napić się odrobinę. No i baba. Przed tym ostatnim Morhołt nie wzbraniałby się i w pierwszej kolejności. Chyba że razem z kąpielą, ponieważ uważał się za człowieka dobrze wychowanego i kulturalnego.

Sądząc po słabym szeleście i ledwie słyszalnym bębnieniu za ścianą, deszcz ani myślał przestać padać. Szkoda. Choć znacznie gorsze okazało się stukanie do drzwi bladym świtem. Ale Morhołt nie miał wyjścia, musiał na to pukanie odpowiedzieć. Przed tym jednak zrobił trzy rzeczy. A raczej dwie i pół.

Odwiódł kurek rewolweru, wciągnął majtki i pomyślał, żeby przykryć cudowny, choć nieco spasiony tyłek dziwki, przygruchanej tutaj, w hotelu. Właśnie w takiej kolejności. Jednak jej nie przykrył, stwierdziwszy, że takie piękno może odwrócić uwagę napastników. O ile, rzecz jasna, za drzwiami są właśnie oni.

– Wejść!

Drzwi skrzypnęły, wpuszczając nieproszonego porannego gościa. Morhołt odchrząknął i schował rewolwer. Okazała się jeszcze młodsza i sympatyczniejsza, niż ją zapamiętał. I nie płakała. No i w ogóle nie wyglądała na tę słabą i zrozpaczoną dziewczynę ze snu.

Ożeż, jaki wzrok – spojrzy i przewierci człowieka na wylot. A więc… a więc rzeczywiście całkiem młodziutka i miła panienka. I jaki dalszy plan? Do tej pory zupełnie jasne było dla Morhołta tylko jedno: z głową u niego wszystko w porządku i jeśli mu nawet przyjdzie uchlać się z weteranem walk z zielonym smokiem alkoholizacji, to nieprędko i bez zawodowego powodu.

– Dzień dobry. Czy pan Morhołt?

Już otwierał usta, by odpowiedzieć, gdy za jego plecami zamamrotała i poruszyła się „nocna panienka”, podrapała się we śnie. A poranna panienka wytrzeszczyła na nią oczy i zupełnie nieoczekiwanie mocno poczerwieniała, aż po same uszy. Morhołt na wszelki wypadek obejrzał się. No… no leży sobie i śpi goła i względnie młoda baba, no ma na tyłku siniaki i pryszczyk, ale co z tego? Ech, młodzieży, młodzieży, czego się zaraz czerwienić? Odchrząknął i odwrócił się do gościa.

– Jestem Morhołt, panienko. Będziesz musiała mi coś wyjaśnić, verstehen? Na początek: jak się nazywa osóbka, która tak umiejętnie przenika do moich snów?

Nieoczekiwanie… zaczerwieniła się jeszcze bardziej.

– Dasza. Dasza Darmowaja.

* Rzeka w Baszkirii, lewy dopływ rzeki Ufy, a także mieszkaniowa dzielnica miasta Ufa.

** Osiedle w mieście Samara.

ROZDZIAŁ 2

Droga nie z żółtych cegieł

Baszkortostan, Cziszmy (współrzędne: 54°35’38’’N, 55°23’42’’E),

AD 2033

Do Cziszm Pocisk wrócił po dwóch godzinach zamiast zapowiedzianych trzech. Zmęczony, przemoknięty do suchej nitki i zły. Przeszedł po szerokiej głównej ulicy, przy której zachowały się nawet parterowe klocki – pozostały po dawnym osiedlu, z powrotem zamienionym w wieś. Niemniej okolica tętniła życiem, zwłaszcza w porównaniu z cichym spokojem starorzecza, z jego sino-zielonkawymi nalotami na stojącej wodzie i łanami zeschniętego sitowia. I wonią, śmiertelnym rozkładem, dzikim i niecichnącym nawet na chwilę krzykiem pozabijanych ludzi. O tak, nie dało się nie słyszeć jęku dusz, które nie prosiły się o odejście. Nie mógł ich nie słyszeć i nie chciał. A teraz, odczuwając ulatujący precz smutek, ciężki jak żeliwo, szedł rozmiękłą ulicą i cieszył się z kwitnącego dokoła życia. Z dymu unoszącego się z rur, takiego domowego i przyjemnego. Z dziatwy, która z piskiem toczyła po kałużach stare obręcze beczek, popychając je kijkami. Ze stada kóz, które zaganiał pastuch. Z zapachu piekącego się gdzieś tam chleba, choćby i w większości składał się z trawy przemieszanej z wszelakimi wytłokami. Z błota, które kląskało pod podeszwami jego własnych, bynajmniej nie nowych butów. Azamat starał się nie myśleć o podeszwach, którym groziło, że lada dzień odpadną, i radośnie skupiał się na tym błocku, takim miłym, dlatego że nie brakowało w nim parującego nawozu, ale nie było widać połyskliwej i wsiąkającej w nie krwi. Życie i spokój miały w tych dniach wysoką cenę. I cieszyć się, nie płacąc ani naboju, chciało się jeszcze bardziej.

Miejscowi, szczególnie staruszkowie i dziatwa, a także kobiety otwierające bramy dla swojego bydła, gapili się na niego ile wlezie, wybałuszali oczy. Kto i jaką plotkę o nim rozpuścił, to już nieważne. Spojrzenia, zwłaszcza przestraszone, mówiły same za siebie.

Dziewoja w wyblakłej chustce, wioząca na maleńkim wózku spory baniak ze studzienną wodą, aż się zatrzymała. Kółeczka ustrojstwa, każde innej wysokości, i bez tego grzęzły w błocie. A teraz, gdy właścicielka puściła uchwyt i jednocześnie obróciła się raptownie, całkiem utknęły w szarym cieście, które mlasnęło przy tym chciwie. Azamat zerknął w stronę patrzącej na niego ze strachem dziewczyny, westchnął. Z jakiegoś powodu zdawało mu się, że przyczyną jest nie tylko Szabloząb. Czego jak czego, ale zmutowanych zwierząt im dalej od Ufy, tym więcej. Mimo że się je unicestwia z takim zapałem jak tu.

Nie ruszył dziewczynie na ratunek. Na ulicy nie brakowało „pomocników” i bez niego, a czas był mu drogi. Dom Iljasa wskazało mu chmurne chłopisko, niezdarnie stukające nowiutkim, jeszcze jasnym drewnianym kołkiem wstawionym w miejsce lewej nogi. Gospodarz wioski mieszkał dość skromnie, wprawdzie w dużym domu, ale nie w pałacu. Do środka wpuszczono Azamata bez zwłoki, tyle że tuż obok niego niepostrzeżenie pojawił się jeden z dwóch poprzednio poznanych ochroniarzy.

– Znalazłem. – Azamat osunął się na niedawno wypucowaną ławkę, wyciągnął nogi. Te wyczuwalnie pulsowały po tym, jak nałaziły się po wykręconych krzakach, powalonych drzewach i gęstym bagnie przy brzegu. Nie chciało mu się zdejmować butów, choć wstyd, że pobrudził podłogę. – Pójdę jutro rano. Będzie jednak potrzebna pomoc, z pięciu ludzi i jakieś paliwo.

– Może od razu ogniem? – Iljas wyraźnie się ucieszył, w oczach błysnęły mu pośpieszne rachunki. – Butów nie zdejmuj, umyją.

– A co z dziewczynką? – Azamat z wdzięcznością skinął sympatycznej czarnookiej dziewczynie, która dyskretnie postawiła przed nim duży kowsz*. W naczyniu coś parowało, pachniało smacznie i słodko. W ślad za nim na blacie wylądowały kubki, brzęknąwszy delikatnie o patelnię z przesuszonym i ostudzonym mięsem.

– Ale czy ona żyje?

– Nie prosiłeś o pomoc nikogo, a mnie wezwał przyjaciel, przyjechałem. Przyjaciela pożarli na twojej ziemi i zapewne, jeśli niczego się nie zrobi, dopadną jeszcze wielu innych. Ty sam na razie nic nie możesz, a czas płynie. Jeśli jestem gotów zająć się tym sam… – Pocisk łapczywie pociągnął z kubka łyk ciepłego mleka z miodem, stukając zębami o emalię, jeszcze nieobtłuczoną do końca. – Więc może jednak ja ustalę, co i jak należy zrobić? Mówiłeś o zapłacie, pamiętasz?

– Nie przyjąłeś.

– Nie przyjąłem futra, mięsa, nabojów i czego tam jeszcze. No i nie wiedziałem wtedy, że mała faktycznie żyje.

– Dobrze. – Iljas rozchmurzył się. – Pięciu ludzi?

– Tak. Trzech stanie na brzegu, dwóch będzie na mnie czekać przy wejściu do gniazda niawki. To skomplikowane, nie da się inaczej.

– Dobrze. Sam z tobą pójdę.

Azamat wzruszył ramionami. Gospodarz chciałby chociaż w ten sposób odkupić winę? Jego sprawa.

– Potrzebny mi jeszcze rusznikarz. W Cziszmach jest warsztat?

– Tak. Ja…

– Znajdę. Gdzie mam się zatrzymać?

– U mnie. Pokój przygotowany, łaźnia parowa rozgrzana; kolacja – kiedy się ściemni.

– Dobrze. Wrócę późno, nie trzeba na mnie czekać. Pobudka nie za wcześnie, muszę porządnie odpocząć. A te mutanty, utopce, wracają z polowania rano i akurat w porze obiadowej kładą się spać. Niawka długo jeszcze będzie leniwa i spokojna.

Iljas nie odpowiedział, tylko skinął głową. Azamatowi zresztą więcej nie było potrzeba.

Pocisk szybko znalazł sklep zbrojmistrza, zupełnie siwego ramola z brodą, zaopatrzonego w kilka par okularów i okrutnie dymiącego fajką. Ludzi na ulicy przybyło, popatrywali na Azamata równie często jak poprzednio, ale już bez strachu (mimo wszystko nowy człowiek, w dodatku z kotem pożeraczem), jeżeli nie liczyć ślicznotki z bańką, na którą znowu się natknął i która dla odmiany nie szarpnęła się w bok, tylko zastygła w miejscu. Westchnął, wzruszył ramionami i poszedł dalej, odprowadzany ckliwym wzrokiem. Jej oczy, swoją drogą, okazały się duże i ładne, z drżącymi rzęsami i wilgotnym połyskiem. Albo mu się tylko zdawało, w sumie nie wiadomo, dawno nie przebywał wśród ludzi, zdziczał.

 

Dziadek rusznikarz, jeśli sądzić po byle jakim szyldzie, nazywany Pałyczem, pełen zadumy gmerał w czymś z grubsza przypominającym rozebrany do ostatniej śrubki granatnik AGS. Chociaż równie dobrze mógł się okazać zawieruszonym nie wiadomo jak w Cziszmach młotem udarowym. I jedno, i drugie zdecydowanie nie miało tu prawa bytu i Azamat nawet się trochę zdziwił, choć za chwilę dane mu było zdziwić się bardziej.

Stary pryk wprawdzie nie wyglądał jak któryś z jego kolegów po fachu z Ufy, Sterlitamaku czy Czełn – a byli to w swojej dziedzinie najniesamowitsi spece, zaopatrzeni po sam sufit w najlepszy kamuflaż i sprzęt – ale jego sklep okazał się istnym skarbcem. Sam właściciel, w wytartych do białego gaciach i spranej koszuli, sprawiał wrażenie flejtucha. Rękawy, podwinięte do poobijanych łokci, błyszczały plamami oleju, okulary albo były owinięte taśmą izolacyjną, albo zlutowane z dwóch różnych połówek. Broda nieczesana; okopcone, niestrzyżone wąsy całkiem zakrywały usta. Ale to duże pomieszczenie i jego asortyment…

Sprzęt: dawne przedwojenne egzemplarze wisiały w zgodzie z nowymi kamizelkami taktycznymi z miejscem na naboje, granaty i wszelkie zabójcze akcesoria. Kamuflażowy „Tarzan” i para pionierów, do tego specjalna kamizelka dla „chemików”, którą ktoś kiedyś wyszperał w pozostałościach wojskowej bazy, a może w ruinach miasta, sąsiadowały z olejowana skórą ładownic i kabur zmajstrowanych już w obecnych czasach. Praktycznie wieczne syntetyczne pasy z plastikowymi klamrami i sprzączkami leżały obok parcianych o mosiężnych okuciach. Wyraźnie przeważały repliki starych rzeczy.

Broni – która po jednym dniu płonącego nieba znów była głównym i najlepszym sprzymierzeńcem ludzkości – stało, leżało i wisiało pod dostatkiem (co prawda przede wszystkim białej). Oddzielnie błyszczała drapieżnymi szczupaczymi mordami i grawerowanymi ostrzami piątka prawdziwych noży ze Złatousta, sąsiadująca z o wiele skromniejszymi, lecz znacznie wygodniejszymi bojowymi egzemplarzami. Ostro i złowrogo błyskały graniaste bełty, które ostatnio bardzo zyskały na popularności, a obok nich, szeroko rozstawiając poliamidowe, metalowe lub nawet rogowe ramiona, wisiały kusze. Rohatyny, oszczepy, topory i sześciopióre buzdygany ustawiono w kozioł.

Azamat nie zdziwił się, rozumiejąc rosnącą rolę dawno – zdawałoby się – zapomnianego oręża. Ostrymi, twardymi piórami buzdyganu łatwiej jest przebić czaszkę każdego mutanta niż starymi i dalekimi od niezawodności nabojami wystrzelonymi z makarowa (jeśli do walki w krótkim dystansie rzeczywiście został tylko ten pistolet). Nóż to niewątpliwie dobra rzecz, ale przeciw wszystkożernej dzikiej świni, która ostatnimi czasy mocno się rozpleniła, o wiele lepsza będzie osadzona na pałce ciężka gała.

Broni palnej wisiało i leżało mniej: trzy AK z różnymi modyfikacjami, jeden RPK z pogiętą lufą, lekko błyszczący czystymi nakładkami granatnik i z dziesięć strzelb różnego kalibru. Za połowę całego tego arsenaliku Azamat, właściwie nie patrząc, nie oddałby swojego obrzyna. Najwidoczniej rekompensując skromność wyboru fabrycznej broni palnej, wystawiono na sprzedaż samoróby – jakżeby ktokolwiek miał się bez nich obejść. Jedna potężna giwera ze składaną kolbą i sporym magazynkiem bębnowym nawet się Azamatowi widziała. A już szczególnie groźnie wyglądało obrzydlistwo na oko kalibru dziewięć. Tylko gdzie do czegoś takiego dostać amunicję? Chociaż i tego dobra w sklepie nie brakowało.

Na wierzchu stała znaleziona w tajnych składach oryginalna skrzynka z nabojami w przetłuszczonych paczkach. Obok leżeli rozsypani ich kuzyni, którym mniej dopisało szczęście: od razu rzucały się w oczy ślady usuniętej z nich rdzy, oczyszczonej olejem lub ropą, czy zadrapania po imadle, które przytrzymywało łuski podczas ponownego ładowania domowej roboty prochem. Pocisk nigdy nie decydował się na ryzyko używania takich nabojów, nawet jeśli się znalazł w wyjątkowo ciężkiej sytuacji. Dziś jednak interesowali go ich więksi i bezpieczniejsi krewni. Do obrzyna, ze śrutem, a nawet z loftkami na niedźwiedzia lub jeszcze innego przeciwnika jego gabarytów – w ostatnich latach zdarzały się najróżniejsze bestie. A do jutrzejszego polowania nic nie będzie lepsze od porządnego i grubo posiekanego ołowiu albo wręcz odlewanej myśliwskiej breneki.

– Witajcie, abyj**.

– Oj, to niepotrzebne, a?! – Pałycz podniósł głowę, zdjął jedne okulary, zlepione z czarnych i czerwonych oprawek, i założył drugie, owinięte taśmą izolacyjną. – Nie jestem ci, synku, abyj, tylko się nie obrażaj. Chcesz mnie nazywać dziadkiem, to i nazywaj.

– Jak każecie. – Azamat wzruszył ramionami.

– To ty przyjechałeś do przyjaciela, a teraz tak jakby chcesz się dobrać do dusz naszych miejscowych zabójców?

– Cała wieś już o tym wie?

– Cała nie cała, ale połowa na pewno. – Pałycz zaśmiał się, nie wyjmując fajki z ust i otaczając się gęstym kłębem dymu. – Chyba nie przyszedłeś do mnie pogawędzić o pogodzie?

– Macie rację. – Azamat uśmiechnął się w odpowiedzi. Zbrojmistrz mu się podobał.

– No to siadaj o tam, przysuń sobie skrzynkę. I mów, czego ci, panie dzieju, trzeba.

– Dobrze. Do rzeczy: naboi do strzelby, z loftkami. I…

– Zaczekaj, kochanieńki. – Dziadek rześko wstał i zaraz złapał się za krzyż. – A, co za zmora, przeklęta zaraza. Jak strzyknie, wyć się chce. No… synu, chodźże, pomóż. Najpierw załatwimy jedną sprawę, a potem popatrzymy dalej, co i jak. Naboje, mówisz… O, ta skrzynka, daj ją tu. E, nie, nie ta, tylko drewniana, pomalowana. Aha, zuch. No i spuść ją tutaj. Więc…

Azamat ostrożnie zszedł po chwiejnej drabince, zdjąwszy z samej góry regału skrzynkę o wojskowym wyglądzie, po czym postawił ją przed staruszkiem. W środku postukiwało to, co niezbędne.

– O, popatrz, co tutaj mam. A?! Przyjrzyj się, ręczna robota, mistrzowska… – Pałycz obracał w palcach gruby mosiężny walec. – Sam robiłem, nabijałem, nie byle co, zobacz!

Azamat wziął nabój, przesunął palcami po gładkim metalu, przyjrzał się spłonce. Nie było się do czego przyczepić, siwy zbrojmistrz znał się na swoim fachu. W skrzynce Pocisk naliczył dwanaście wypełnionych grubym śrutem samoróbek, pozostało tylko zapytać o cenę.

W wewnętrznej kieszeni plecaka leżało trochę interesujących rzeczy, które Azamat miał nadzieję wymienić właśnie na amunicję. Spojrzał na dzieło rąk Pałycza i bezwiednie dopuścił do siebie wątpliwość: czy stary się zgodzi? Ręcznej roboty, owszem, ale przecież i nabić można, i znacznie bardziej niezawodne niż plastikowe czy kartonowe. Z nabojami bieda, gdzie ich szukać?

Pogrzebał w ukrytym za plecami tajnym schowku i zdecydował się. Pałycz, pociągając z fajki, chytrze mrużył oczy i najwyraźniej szacował ofertę. I słusznie, gdyby Azamat miał najbardziej chodliwą walutę – naboje do automatu, nie zacząłby gmerać w sfatygowanym worku; wyjąłby magazynek, potargował się i odliczył sztuki, ile się należy. Najwyraźniej, co by nie mówić, panie dzieju, przyjdzie teraz szukać kompromisu.

I czego to już nie dane było widzieć rdzennemu mieszkańcowi byłego miasta, z wykształcenia inżynierowi, z przezwiska kapitanowi, a z powołania przez ostatnie dwadzieścia lat zbrojmistrzowi! I prosięta za naprawdę krótkiego AKSU, i pęk drogich, ale do niczego niepotrzebnych złotych bransolet próby 585 i… A za znalezionego i z czułością wyrychtowanego pieczynga próbowano mu nawet wcisnąć chuderlawe czupiradełko niewiadomego wieku, z niepojętymi dolegliwościami.

Prosięta przyjął, wydały potomstwo, tyle że połowa zżarła swoje rodzeństwo. Złoto Pałycz także wziął, wiedząc o dentyście, który osiedlił się w Czimszach. No a dziewczynkę kopciuszka, po umyciu i wyszorowaniu mydłem, ługiem i proszkiem na wszawicę, on i jego żona staruszka przygarnęli jako pomocnicę i z czasem wnuczkę. Teraz jednak, dwadzieścia lat po wojnie, Azamatowi udało się zadziwić Pałycza.

Na stole spoczęło nieduże pudełko. Azamat rozpakował je, zaszeleściwszy cienkim pergaminem, i starannie postawił przed starym zbrojmistrzem. Ten kaszlnął dziwnie, szarpnął szyją i – najwyraźniej nie wierząc – pogładził palcami szaroniebieskie wieczko, powiódł nimi po prawie zatartym, lecz wciąż jeszcze widocznym napisie.