Zachód słońca na Santorini

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W chłodnej, ciemnawej katedrze, w której Kapodistrias zaprzysiągł swój rząd, zemdlił mnie zapach kadzideł. Przez blisko dwieście lat niewiele się w niej zmieniło, poza oknami i dywanem. Kusiło mnie, by usiąść na zabytkowym, ładnie zdobionym, drewnianym tronie gubernatora, ale gdy akurat zbierałem się na odwagę, do środka weszła pani sprzątająca i ksiądz.

Obok katedry, za zachwaszczonym ogrodem, marnieje budynek dawnej szkoły i akademii pedagogicznej (Kapodistrias miał hopla na punkcie edukacji i kształcenia nauczycieli). To wyjątkowe dzieło – pierwszy neoklasyczny gmach na terenie nowożytnej Grecji, z doryckimi kolumnami tworzącymi stoę i eleganckimi frontonami. Nie bardzo pasował do prowincjonalnej, rybackiej osady, za to zgadzał się z artystyczną wrażliwością gubernatora i grupy zagranicznych inżynierów, których ten przywiózł ze sobą na Eginę. Rosyjscy, francuscy i niemieccy architekci naczytali się na studiach Johanna Joachima Winckelmanna, nazachwycali jego koncepcjami „szlachetnej prostoty i spokojnej wielkości” w architekturze starożytnych, jego bombastycznym, a dziś mocno kontrowersyjnym przekonaniem, że w V wieku p.n.e. człowieczeństwo osiągnęło dzięki Grekom stan perfekcji, a sztuka, jaką Grecy tworzyli, jest nadrzędna wobec wytworów późniejszych epok. Choć słynny Niemiec, który na długie lata zaraził europejskie elity filhellenizmem, nigdy Grecji nie odwiedził, twierdził, że panuje w niej klimat idealny – sprzyjający geniuszowi oraz że cechą wyróżniającą starożytnych było bezgraniczne umiłowanie wolności. Jego wyznawcy szukali piękna w antycznych wzorach, a już pełnią szczęścia musiała ich napawać możliwość realizowania tych wzorów na pradawnej greckiej ziemi. Ich dzieła miały się wyróżniać, miały zachwycać i ozdabiać estetycznie ubogie sąsiedztwo, miały odwracać uwagę od domów, które zanadto kojarzyły się z Turkami. Koniec z wykuszowymi balkonami sachnisi! – zarządził Kapodistrias. Wracamy do korzeni, do harmonii, symetrii, do kolumnad i portyków[26].

Za szkołę przy katedrze, w której później przez wiele lat mieściło się Muzeum Archeologiczne, zapłacił przyjaciel gubernatora z dawnych czasów, Jean-Gabriel Eynard. Szwajcarski bankier był dla odradzającej się Grecji aniołem stróżem, hojnym wujkiem, dobrodziejem. Jeszcze przed rewolucją przekonywał europejskich polityków do wsparcia greckiej sprawy, a w swoim domu organizował proszone progreckie kolacje. Założył filhelleńskie stowarzyszenie w Genewie, a później także w Bernie, Lozannie, Zurychu, Paryżu, Dreźnie, Monachium i Berlinie. Gdy wybuchły walki, zbierał dla Greków pieniądze, wysyłał walczącym broń, a głodującym w okupowanych miastach tony zboża. Z własnej kieszeni wyłożył fortunę na transporty leków, narzędzi do odbudowy oraz jedzenia – w tym ziemniaków, o które poprosił Kapodistrias, a które wcześniej były w Grecji kompletnie nieznane. Kiedy nie było innego wyjścia, pomagał spłacać Grekom zagraniczne pożyczki i współfinansował utworzenie Greckiego Banku Narodowego. Podobnie jak Winckelmann, Eynard nie zdążył odwiedzić Grecji, został za to jej honorowym obywatelem. A szkoła na Eginie – choć odrapana i wymagająca pilnego remontu – do dziś nosi jego imię.

Niezmierzona hojność Szwajcara wobec Grecji nie wzięła się znikąd. Przyjaźń z Kapodistriasem odegrała pewnie jakąś rolę, ale chodziło o coś więcej. O dług. Nie osobisty dług Eynarda, a symboliczny, niespłacalny dług wdzięczności wszystkich Europejczyków wobec tych, którzy dwadzieścia kilka stuleci wcześniej wylali fundamenty pod europejską cywilizację i wobec ich bezpośrednich potomków, którzy niezasłużenie cierpią pod tureckim jarzmem. Taki był duch epoki, taki klimat panował wśród elit.

A zaczęło się od piszących podróżników w XVII i XVIII wieku, czyli od protoreporterów. Gdy handel między Europą a Imperium sułtana na dobre się rozhulał, oprócz kupców w drogę na południe i wschód ruszyli także francuscy, angielscy, szkoccy i niemieccy autorzy. Bywało, że zabierali ze sobą zaprzyjaźnionych malarzy czy rysowników. Po powrocie publikowali przewodniki i kompendia, często bogato ilustrowane, pełne zachwytów nad Akropolem, świątyniami na wyspach, nad mnogością ruin, nad starożytnością, która była jednocześnie zauważalną częścią teraźniejszości. Teraźniejszości okrutnej i bezwzględnej, bo oto synowie i córki dawnych Greków, których autorzy spotykali na szlaku, wiodą dziś żywot niewolników, zmuszeni służyć otomańskim opresorom.

„Cywilizowane kraje Europy powinny korzystać z każdej okazji, by informować się o ludziach, którym tak wiele zawdzięczają. To w nich znajdujemy nasze własne początki, źródło naszych manier, to oni zasilają fontannę naszej wiedzy” – pisał anonimowy tłumacz we wstępie do brytyjskiego wydania Sentymentalnej podróży przez Grecję francuskiego podróżnika Pierre-Augustina Guys’a w 1773 roku[27]. Czterdzieści lat później w swoim dzienniku z podróży słynny François-René de Chateaubriand prezentował styl jeszcze bardziej dramatyczny:

Gdym zwiedzał Grecję, była posępna, lecz spokojna: na zburzonych pomnikach królowało milczenie niewoli; krzyk odradzającej się wolności jeszcze się nie rozlegał z głębi grobowca Harmodiosa i Aristogejtona; […] Zwaliska Sparty milczały; wysuszony skwarem letnim Eurotas sączył tylko trochę czystej wody; zdaje się, że chciał zostawić więcej miejsca dla krwi, która wkrótce miała napełnić jego koryto; […] Ateny były piękną osadą, a zielone drzewa jej ogrodów mieszały się z kolumnami Partenonu. Jeszcze nie zwalono ostatków rzeźb Fidiasza, aby służyły za mur ochronny dla narodu, który odzyskał dawną chwałę. […] Z niejaką pociechą spoglądałem na groby Turków; pomyślałem, że ci dzicy ujarzmiciele Grecji znaleźli także kres żywota na ziemi spustoszonej ich orężem[28].

Był na te książki ogromny popyt. Pisane w jednym języku, szybko ukazywały się w innych. Inspirowały rozmowy na salonach, modne, wielomiesięczne wyjazdy arystokratycznej młodzieży śladami starożytnych (zwane „Grand tour”) i napędzały coś na kształt greko- czy może archeomanii. Były pożywką dla pisarzy i poetów. Voltaire, Goethe, Schiller, Shelley, w końcu najważniejszy w tym kontekście: Byron – wszyscy oni wzdychali nad Helladą, której wciąż nie było.

Byli za to Grecy – żywi, dotykalni, mówiący po grecku, ale też po francusku, włosku, rosyjsku, zwykle z greckim akcentem, egzotyczni, emanujący dziwną aurą. Synowie bogatych wyspiarskich kupców i wpływowych fanariotów z Konstantynopola, którzy studiowali na zachodnich uniwersytetach, a później podróżowali po Europie (byli to potomkowie możnych greckich rodzin, tradycyjnie pełniący ważne urzędnicze funkcje na dworze sułtana: dragomani, hospodarze, często z tytułem księcia), lub wysłannicy rosyjskiego cara (dyplomaci, żołnierze, z rodzin, które w przeszłości uciekały z Imperium Osmańskiego i osiadały w Odessie). Znajdywali drogę na europejskie salony, podobali się, z pasją przedstawiali „grecką sprawę”. W drogę powrotną zabierali ze sobą wiedzę, książki do tłumaczenia, nowe idee i koncepty, ale też przyjaźnie czy wspomnienia romansów – faktycznych i potencjalnych.

Taki na przykład Aleksander Mawrokordatos, po rewolucji wielokrotny premier Grecji, wcześniej członek Filiki Eterija, w czasie powstania lider frakcji modernizatorów, zwolennik konstytucjonalizmu; lord Byron nazywał go greckim Waszyngtonem[29]; poliglota; studiował w Pizie, gdzie zaprzyjaźnił się z brytyjskim poetą Percym Shelleyem i jego żoną Mary – autorką Frankensteina. Ona uczyła go angielskiego, on jej greki – razem czytali Antygonę[30]. Za pośrednictwem małżonków Mawrokordatos drukował w angielskiej prasie artykuły na temat walczącej Grecji. O zażyłości Mary Shelley i Mawrokordatosa pisze Charlotte Gordon, autorka Buntowniczek, biografii Shelley i jej matki Marry Wollstoncraft:

Obojgu Shelleyom nic nie mogło się wydać bardziej pociągające niż walka o wyzwolenie kraju Platona i Homera, kolebki filozofii i poezji, Mary była jednak szczególnie poruszona. Mawrokordatos przypominał bohatera powieści romantycznej. Zawsze chciała spotkać kogoś takiego. […] W zimie 1821 roku odwiedzał Mary prawie codziennie. Zazwyczaj przyjmowała go w samotności, a w liście do Claire zakrzyknęła, że jest „zdecydowanie w moim typie, dobrze wychowany, wesoły, zdolny i przepełniony entuzjazmem dla Grecji”. Mawrokordatos nie mógł się bardziej różnić od jej męża. Shelley był wychudzony, wrażliwy i niespokojny, Mawrokordatos promieniał zdrowiem i energią. Był żołnierzem, miał krepą budowę ciała, gęste włosy i zdrowy apetyt. Sytuacja nie zdążyła się jednak skomplikować, a uczucia rozwinąć, bo wezwano go w kwietniu do Grecji… On i Mary utrzymywali ze sobą kontakt, ale nigdy nie poczynili żadnych kroków w celu zacieśnienia znajomości[31].

Albo inny grecki bohater, Aleksanderos Ipsilantis – stojący na czele Filiki Eterija, a jednocześnie carski generał i dowódca brygady huzarów, pozbawiony ręki w walkach przeciwko Napoleonowi, dla Greków narodowy bohater. Niedługo przed wybuchem rewolucji przebywał w Kijowie, zbierał od polskiej szlachty datki na „wyprawy filoheleńskie”[32]. Podczas wystawnego przyjęcia na zabój zakochał się w Julii Wąsowiczównie, ubogiej krewnej szambelana Adama Wąsowicza. Oświadczył się jeszcze tej samej nocy. Szambelan był zachwycony:

Wąsowiczówna pójdzie za ks. Ipsylantego, z cesarskiego rodu, przyszłego króla Grecyi. Wąsowiczów dom dojdzie do wielkiego znaczenia, królewskiego, cesarskiego nawet […] Tylko powiedz Waćpani Julce, żeby nie robiła żadnych zwodów, korowodów, bo to nie Podstarości ani Chorąży powiatowy, romanse zostawić na potem – a teraz broń sprezentować i powiedzieć – gotowam – jak za Sasów mówiono, fertig[33].

 

Bal zaręczynowy odbył się kilka dni później. Do ślubu jednak nie doszło, bo książę wyjechał szykować powstanie. Słał listy i obiecywał, że wróci, ale trafił do austriackiej niewoli i po siedmiu latach zmarł. Przed śmiercią wysłał Julii pukiel włosów i pierścień zaręczynowy.

Albo sam Kapodistrias. W 1826 roku poznał w Paryżu księżnę Piacenzy Sofię de Marbois-Lebrun, znaną w Europie filhellenkę. Wykształcony, szarmancki, był wówczas ministrem spraw zagranicznych Rosji i ucieleśnieniem szlachetnej idei, na rzecz której księżna od dawna nie żałowała grosza. Żeby wesprzeć rewolucję, sprzedała nawet część własnej biżuterii. Podczas pobytu w Paryżu Kapodistrias opowiadał kochance o toczących się walkach i uczył ją greckiego. Trzy lata później sprowadził ją do Nafplio. Tam jednak miłość uwiędła, bo księżna wdała się w romans z jednym z Mawromichalisów – zaprzysięgłych wrogów gubernatora. Później przeniosła się do Aten, gdzie jej imię nosi dziś jedna ze stacji metra[34].

Wąskimi uliczkami Eginy, smutnymi, cichymi po sezonie, rozkosznie zacienionymi, dochodzę do Kiwernijo – dawnej siedziby rządu i domu gubernatora. Dwupiętrowy budynek z drewnianymi okiennicami od dawna jest w remoncie, otaczają go rusztowania obleczone zieloną siatką. Kapodistrias mieszkał tu i pracował przez ponad rok. Na parterze urządził drukarnię i pierwszą państwową mennicę – wybijano w niej nie drachmy (pojawiły się kilka lat później), a srebrne feniksy z symbolem mitycznego ptaka i krzyżem na rewersie. Do dziś zachowało się ich niewiele, ale pomysłowa Jana Angelopulu, we współpracy z narodową mennicą, wyprodukowała limitowaną serię feniksów – można je kupić w e-shopie i wesprzeć w ten sposób rocznicowe obchody.

Idę ulicą wzdłuż przystani, a później wzdłuż plaży, obok imponującego stadionu (zdarza się, że kopnięta na out piłka ląduje w morzu). Za nim znajduje się Fylakio – tak na ten niezwykły budynek mówią wyspiarze, nawiązując do jego niedawnego przeznaczenia. Fylakio znaczy więzienie. Wcześniej działał w nim szpital i szpital psychiatryczny. Zaprojektowany wokół wielkiego dziedzińca i zbudowany z piaskowca i marmuru, długi na sto czterdzieści metrów, szeroki na czterdzieści, choć mocno zaniedbany i zamknięty na cztery spusty, wciąż robi wrażenie. Gdy powstał z inicjatywy gubernatora, mieścił szkołę, drukarnię, skromne zbiory Biblioteki Narodowej, ale przede wszystkim sierociniec dla sześciuset dzieci, które straciły rodziców w toczącej się wojnie. Były wśród nich sieroty z Chios, na której w 1822 roku Osmanie urządzili rzeź. Nie mieli litości dla wyspiarzy, którzy, jakkolwiek niechętnie, postanowili przyłączyć się do rewolucji. Bogata i gęsto zaludniona wyspa opustoszała – z ponad stu tysięcy chrześcijańskich mieszkańców została garstka. Siepacze sułtana na dowód swojej dzielności wysyłali do Konstantynopola beczki z zamarynowanymi uszami, które odcięli ofiarom. Obcinali też głowy – lokalnym politykom, żołnierzom, kupcom i księżom. Świadkowie mówili o rzece krwi. Kilkadziesiąt tysięcy kobiet i dzieci wysłano na targi niewolników w miastach Lewantu (Eynard, szwajcarski dobry wujek, wysłał pięćdziesiąt tysięcy franków, by ich wykupić). Część mieszkańców Chios zdołała uciec na wyspę Psara, jednak i tam dwa lata później Osmanie urządzili krwawą jatkę. Nieliczni, którzy uszli z życiem, trafili na Eginę.

Druga strona także popełniała zbrodnie. Do najgorszej doszło pół roku przed wydarzeniami na Chios i trzy miesiące po wybuchu rewolucji w marcu 1821 roku. Walczący o niepodległość Grecy nie mieli zawodowej armii ani choćby jednego dowódcy, który mówiłby oficerom – wy tu, wy tam, do ataku, do odwrotu. Mieli za to wielu samozwańczych liderów, a ci mieli własne armijki. Niezależni i krnąbrni, gdy usłyszeli, że idzie nowe, wsiedli na swoje pirackie statki, podkuli konie i ruszyli do walki. Niektórzy z nich wiedzieli co nieco o rewolucji francuskiej, obiły im się o uszy nowe pojęcia: „naród” i „narodowe odrodzenie”, łączył ich brak sympatii wobec sułtana i wielka sympatia wobec tych, którzy przeciwko niemu spiskowali, zrzeszonych w Filiki Eterija. Ale inni – pewnie większość – węszyli okazję do zarobienia, do odpłacenia osmańskim wrogom, do umocnienia własnej pozycji pośród całej grupy watażków. Mieli gdzieś idee narodu i odrodzonego państwa – wolność chcieli wywalczyć dla siebie, swoich rodzin, swoich sprzymierzeńców. Wyspiarze nie ufali tym z lądu, właściciele statków – żeglarzom, posiadacze ziemscy – chłopskim wyrobnikom, wykształciuchy z Odessy przystrojeni w carskie mundury – niepiśmiennym kleftom i partyzantom w pończochach i spódnicach (fustanellach). Te głębokie podziały doprowadzą wkrótce – jeszcze przed zakończeniem rewolucji! – do dwóch wojen domowych, ale w początkowej fazie powstania działały na jego korzyść.

Sygnał do ataku dała Filiki Eterija. Aleksander Ipsilantis, narzeczony polskiej szlachcianki, zebrał kilka tysięcy ochotników, uzbroił ich, dał do rąk proporce z wizerunkiem Feniksa i hasłem o zmartwychwstaniu z popiołów. Ruszyli przeciwko Osmanom z terenu dzisiejszej Mołdawii i… zostali rozbici. Ale to nic – Grecja już się stawała, nie było odwrotu. Lokalni przywódcy, o których greckie dzieci w podstawówkach śpiewają dziś piosenki, szykowali się do ataku. Dzielna pięćdziesięciolatka Laskarina Bubulina i opłacani przez nią żołnierze na pokładzie jej ośmiu prywatnych statków wypłynęli już ze Spetses w kierunku obleganego przez Turków Nafplio, a jej rówieśnik, Teodoros Kolokotronis, nazywany starcem z Morii, jeden z najdzielniejszych greckich wojaków, z bujnym siwym wąsem i długimi siwymi włosami wystającymi spod słynnego czerwonego hełmu (prezent od przyjaciół Anglików), cwałując na południe Peloponezu, zwoływał do ataku kolegów kleftów. Zaczęła się rewolucja!

Walka partyzancka okazała się skuteczna tym bardziej, że Mahmud II bardziej niż powstaniem Greków zajęty był akurat niewdzięcznym i buntującym się Alim Paszą w Joaninie. To tam, w ejalecie – regionie – zwanym Rumelią, sułtan skoncentrował większość wojsk, ejalet peloponeski, zwany wówczas Moreasem, zostawiając na pastwę rewolucjonistów. I właśnie tam, po krwawych bitwach, kolejne miasta z przewagą ludności chrześcijańskiej ogłaszały, że oto zrzuciły tureckie jarzmo. Miejscowi muzułmanie, nieliczni, których nie dosięgły noże i kule, uciekali w przerażeniu. Ich domy, zakłady rzemieślnicze, obory i pola puszczano z dymem, bezczeszczone meczety przerabiano na magazyny, wysadzano w powietrze minarety.

W środku lata 1821 roku rewolucja dotarła do Tripolitsy (dziś Tripoli) – jednego z ważniejszych centrów administracyjnych i politycznych. Oblężenie miasta trwało cztery miesiące. Za warownym murem – długim na trzy i pół kilometra i wysokim na cztery metry – chroniło się ponad trzydzieści tysięcy osób, głównie muzułmanie i Żydzi, ale także spora grupa Albańczyków. Najbogatsze rodziny łapówkami przekupiły greckich dowódców (w tym Kolokotronisa i Bubulinę) i cichaczem opuściły miasto. Z kolei Albańczycy – nieuważani za wrogów – zgodę na wymarsz wynegocjowali. Cała reszta czekała na cud. Ale zamiast niego nadeszły głód, pragnienie i śmiercionośne epidemie. O świcie 23 września kilku greckich bojowników wspięło się na mur. Przeskoczyli na drugą stronę i otworzyli bramy miasta. W ruch poszły noże i strzelby. Rzeź cywilów trwała trzy dni. „Na wspomnienie odgłosu gruchotanych i łamanych kości do dziś przechodzą mnie ciarki. Błagałem ich, by się opamiętali, ale na próżno. Bałem się wręcz, że i mnie zaatakują. Tak wielkie było ich zatrucie nienawiścią do Turków i chęcią ich zabicia” – pisał po latach grecki partyzant Fotios Chrisantopulos[35], a William St. Clair, brytyjski filhellen i uczestnik walk, dodawał: „Więźniów, których podejrzewali o ukrycie majątku, Grecy brutalnie torturowali. Wyrywali im ręce i nogi, powoli dźgali ich nożami, przypalali. Otwierali brzuchy ciężarnym kobietom. Od piątku do niedzieli wiatr był pełen krzyków. Jeden Grek chwalił się, że własnoręcznie zamordował dziewięćdziesiąt osób. Inni w radosnym nastroju strzelali do wygłodniałych tureckich dzieci. Wrzucone do miejskich studni rozkładające się zwłoki zatruły wodę”[36].

Miasto i okolice zmieniły się w jedno wielkie trupowisko. Kolokotronis wspominał nawet, że musiał dyscyplinować swojego konia, który wierzgał przed stertą ciał i nie chciał iść dalej. Historycy szacują, że Grecy zabili w Tripolitsy około dwudziestu tysięcy muzułmanów i Żydów. Niektórzy mówią wprost o ludobójstwie albo czystce etnicznej. Nikt dziś nie wie na pewno, dlaczego Grecy zabijali: z chęci zemsty za wcześniejsze tureckie masakry, z nienawiści, ze złości, jaką niewolnik może czuć do pana, z przekonania o wyższości chrześcijaństwa nad innymi religiami, z antysemityzmu, z biedy?

Sułtan w walce przeciwko Grekom zarządził bezwzględną brutalność. Mówił o świętej wojnie przeciwko niewiernym, a patriarchę Konstantynopola Grzegorza V, choć ten był przeciwko powstaniu i Ipsilantisa ekskomunikował, kazał powiesić na bramie jego własnej rezydencji. Trzy dni później jego ciało wrzucono do morza.

Rewolucja od początku była serią dwustronnych rzezi. Nowożytna Grecja rodziła się w bólu. Z popiołów, ale też z brutalnej przemocy.

Uspokojenie przyszło dopiero kilka lat później – po kolejnych niezliczonych bitwach i masakrach, po dwóch wojnach domowych, po trzykrotnym oblężeniu miasta Missolungi, po „wyczyszczeniu” Peloponezu i wielu wysp z muzułmanów i Żydów, po tym, jak w walkach zginął Panos, syn Kolokotronisa ożeniony z Eleni, córką Bubuliny, po odbiciu z rąk Osmanów Akropolu, po tym, jak wyschło morze krwi, a przede wszystkim po tym, jak do rewolucji nareszcie udało się włączyć zagranicę. Londyn, Paryż i Petersburg zgodziły się wziąć powstającą Grecję pod opiekę i naprzemiennie wysyłały do jej obrony statki i żołnierzy. Tym samym zapewniły sobie na jej terenie mocne wpływy – a Grecy szybko podzieli się na zwolenników któregoś z trzech stronnictw o wyszukanych nazwach: partii angielskiej, francuskiej lub rosyjskiej.

To pod eskortą trzech zagranicznych okrętów wojennych – sam będąc na pokładzie brytyjskiego – Janis Kapodistrias dobił do brzegów nowo powstającego państwa. Na urząd gubernatora w kwietniu 1827 roku wybrali go członkowie Trzeciego Zgromadzenia Narodowego w Trojzenie. Sami faceci, rzecz jasna – stu siedemdziesięciu trzech. Ani Bubulina, ani inne bohaterki rewolucji, jak Manto Mawrojenos, nie zostały zaproszone do obrad (ta ostatnia zgodziła się nieco później pokierować sierocińcem na Eginie). Zgromadzenie ustaliło, że stolicą nowego państwa będzie peloponeskie Nafplio, ale gdy Kapodistrias wreszcie do niego zawitał, miasto było w chaosie, w stanie małej wojny domowej – a to z powodu dwóch skłóconych watażków (w dodatku kuzynów), którzy ostrzeliwali się i bombardowali zza murów dwóch zbrojnych twierdz[37]. Ich ludzie napadali na cywilów, grabili domy i podpalili stary, zasadzony przez Wenecjan gaj oliwny – z dymem poszło trzydzieści tysięcy drzew. Gubernator uznał, że w mieście jest zbyt niebezpiecznie i nazajutrz kazał się zawieźć na Eginę. Zamieszkał w Kiwernio, gdzie urządził sobie również biuro. Nie pobierał pensji i zrzekł się należnej mu rosyjskiej emerytury, ba – on do swojej pracy dopłacał: spieniężył osobisty majątek i dochodem zasilił budżet. Pracował ponoć od czwartej rano do późnego wieczora, podpisując dekrety powołujące służbę pocztową, bank centralny, armię, rejestr gruntów, administrację regionalną i sądy; zarządzając odbudowę zniszczonych miast, portów i latarni morskich; organizując szkoły, muzea, biblioteki; wysyłając za granicę listy z prośbami o pożyczki. Tak się rozpędził w tym państwotworzeniu, że nie chcąc zwalniać, nie chcąc tracić energii na daremne waśnie i debaty, ogłosił, że czasowo zawiesza konstytucję, a później zwlekał miesiącami ze zwołaniem Zgromadzenia Narodowego. Pytany, jak śmie i dlaczego, odpowiadał, że ma ważniejsze sprawy na głowie niż polityka – musi na przykład zatrudnić i przeszkolić nauczycieli do nowo otwieranych szkół.

Historycy nazywają go dziś wielkim reformatorem, ojcem założycielem, ale też oświeconym despotą, który chciał powielać wzorce, jakie obserwował na carskim dworze w Petersburgu. Owszem, postawił kraj na nogi, tchnął w rozchwianą Grecję ducha nowoczesności i praworządności, ale jednocześnie wydmuchał z niej zalążki demokracji, trójpodziału władzy, parlamentaryzmu. Czy z czasem skręciłby na te właśnie ścieżki – tego się nie dowiemy. Kapodistrias nie dokończył siedmioletniej kadencji, na którą został powołany: 27 września 1831 roku, już po tym, jak zdążył opuścić Eginę na rzecz oficjalnej stolicy, został zabity na schodach kościoła w Nafplio. Zginął od strzału w głowę i ciosu nożem w brzuch. Zamachowcami byli brat i syn Petrobeja Mawromichalisa, jednego z najważniejszych rewolucyjnych liderów. Kapodistrias kazał go aresztować, bo jak wielu innych peloponeskich i wyspiarskich ludowych przywódców buntował się przeciwko reformie podatkowej. Większość z nich domagała się reparacji za rzekome straty poniesione w czasie rewolucji, a już najbardziej nie w smak im było, że oni sami zauważalnie słabli, tracili wpływy w zderzeniu z coraz silniejszym państwem, musieli dzielić się władzą z instytucjami, musieli przestrzegać nowych kodeksów, podczas gdy ich celem była niczym nieograniczona wolność. Po śmierci gubernatora wzięli się za bary. Raczkująca Grecja na ponad rok znów pogrążyła się w chaosie. Wtedy zagraniczne mocarstwa uznały, że Grekom potrzebna jest nie republika, a monarchia i król, który pogodzi zwaśnione strony. Wybór padł na młodego bawarskiego księcia. Gdy szesnastoletni Otton schodził na ląd w porcie w Nafplio, tłumy witały go tak entuzjastycznie, jak niedawno witały Kapodistriasa.

 

Krewni Petrobeja, zabójcy gubernatora, mieli działać w ramach rodowej zemsty. Ale historycy do dziś mają wątpliwości – tłumaczą, że gubernator na skutek swoich autokratycznych zapędów podpadł zarówno Grekom, Francuzom, którzy mu nie ufali i uważali za rusofila, jak i Brytyjczykom. Ci ostatni wciąż odmawiają otwarcia archiwów z dokumentami z dnia zamachu i okresu przed, kiedy być może zamach był planowany. Dyplomatyczne depesze słane do Londynu wciąż są tajne.

Gdy Kapodistrias konał na schodach kościoła, gdy jego ochroniarz strzelał do jednego z uciekających zamachowców (zabijając go), a drugi pukał w tym czasie do drzwi francuskiej ambasady i prosił o azyl (wkrótce został skazany na śmierć i rozstrzelany), kartografowie kreślili już nowe mapy Europy i świata. Wpisywali na nie nową nazwę: Grecja. Już była, już się odrodziła, zaistniała (oficjalnie potwierdził to protokół z 3 lutego 1830 roku podpisany w Londynie na życzenie zagranicznych mocarstw, ku złości i bezradności sułtana). Tak kończyła się krwawa, brutalna, trwająca blisko dekadę rewolucja: narodzinami.

Można było już krzyczeć: Ζήτω η Ελλάδα!, Zito i Ellada, Niech żyje Grecja!

Była już Oda do wolności Dionisiosa Solomosa, którą recytowano. Długa na sto pięćdziesiąt osiem strof, opowiadająca o rzezi na Chios, masakrze w Tripolitsy i innych akordach rewolucji, popularna, chętnie czytana, szybko przełożona na wiele języków, drukowana w europejskiej prasie. Później stała się narodowym hymnem.

Było państwo. Flaga w kolorach niebieskim i białym. Pieczęć państwowa z wizerunkiem bogini Ateny.

Były oficjalne nazwy: Ellada dla kraju i Ellines dla mieszkańców.

Była zgoda co do pochodzenia, czyli wspólnych przodków. Poczucie więzi wynikające ze współdzielenia kultury, języka, terytorium, religii. Poczucie narodowej samoświadomości, a więc i odrębności. Jenos, czyli wspólnota kulturowa, zamienił się w etnos, albo może został w etnos wchłonięty.

Był artykuł 2 Tymczasowej Konstytucji z Epidawros z 1822 roku: „Wszyscy rdzenni mieszkańcy Greckiej Ziemi wierzący w Chrystusa są Hellenami i mają prawo do równego korzystania ze wszystkich praw”. Oraz artykuł 5, może najważniejszy: „Rząd wkrótce zajmie się ustawą o naturalizacji dla wszystkich obcokrajowców, którzy chcą zostać Grekami”.

Słowo się rzekło. Według kolejnych konstytucji z 1823 i 1827 roku Grekiem nie trzeba się było urodzić, można było nim zostać. Jeśli przybywa się z zagranicy i wierzy w Chrystusa, wykazuje postawę patriotyczną, mieszka się na terenie Grecji co najmniej pięć lat, jest się niekaranym i ma się nieruchomość, albo jeśli dokonało się na rzecz Grecji czynów wielkich i chwalebnych, jeśli się za nią walczyło, jeśli złożyło się przysięgę na wierność Grecji. Albo… jeśli, jak ja, ma się ojca Greka.

Gdy umierał Kapodistrias, w powietrzu nad Grecją fruwała już także abstrakcyjna idea: „greckość” – w swej pierwszej nowożytnej odsłonie, zbiorowe trzecie oko skierowane do wewnątrz. „Greckość” – która ciągle będzie się zmieniać, będzie wyzwaniem, będzie sprawiać problemy, będzie się upominać, jak o mnie wtedy, gdy w drodze do Salonik wysiadłem z autokaru na bułgarsko-greckiej granicy.

Egina krótko była stolicą. Nafplio zresztą też – bawarski król wkrótce po przybyciu do Grecji na siedzibę dworu i nową, permanentną stolicę wybrał Ateny. Podobnie jak jego ojciec, młody Otton był filhellenem, choć przed oczami miał niezbyt imponującą mieścinę, choć bywało, że jego powóz zamiast sunąć brukowanymi ulicami, grzązł w błocie po byle deszczu, król elekt wolał widzieć to, co podpowiadała mu wyobraźnia, co wyczytał w książkach: potężne niegdyś państwo-miasto i żywych wciąż jego najsłynniejszych mieszkańców. Bawarczyk roił nawet, że każe sobie zbudować pałac na Akropolu.

Po tym, jak z wyspy wyniósł się gubernator i jego ludzie, Egina w krótkim czasie z prowizorycznej stolicy znów stała się grajdołem. Ale zachowała dumę, którą do dziś stara się dyskontować. Jej władze walczą o uznanie dawnego nieformalnego statusu na każdy możliwy sposób. U mera Aten próbowały wynegocjować, by wspólnie – pierwsza stolica i finalna – zorganizować rocznicowe obchody. Bez powodzenia. A gdy na stronie Greece2021.gr ukazał się kalendarz rocznicowych wizyt, oburzeni Egińczycy wysłali do Jany Angelopulu list z pytaniem, jak śmie w pierwszej kolejności jechać do Nafplio. Gdy wreszcie przypłynęła – tydzień po mnie – witana była dość serdecznie. Jej spacer pokrył się z moim, nie odwiedziła jedynie sierocińca. Słowo „stolica” nie padło z jej ust, ale towarzyszący jej szef lokalnego minikomitetu organizującego obchody stwierdził, że to dzięki boskiemu przeznaczeniu Grecja odrodziła się właśnie na jego wyspie[38]. „Wszystko zaczęło się na Eginie” – powiedział[39]. Twarz Jany pozostała niewzruszona.

Archeolożka, z którą umówiłem się na rozmowę, to Despina Kutsumba. Na Eginę przyjeżdża od dwóch lat, by dokładnie poznać dwa starożytne porty – wojskowy i komercyjny. Powstały przeszło dwa i pół tysiąca lat temu, gdy wyspa była ważnym centrum handlu i polityki. Teraz porty znajdują się pod wodą, nigdy wcześniej nie były szczegółowo zbadane.

Kiedy przyjeżdża, Kutsumba mieszka na wyspie przez kilka tygodni. Co rano wkłada piankę, płetwy, maskę, doczepia butlę tlenową i nurkuje. Pod wodą ogląda, czyści, mierzy, fotografuje. Późne obiady, razem z całą archeoekipą, jada w tawernie przy plaży, tuż obok zatopionych portowych zabudowań – tam też się spotkamy. Jestem na miejscu kilka minut przed czasem. Rozsiadam się przy stoliku zasłanym papierowym obrusem. Zamawiam zimne piwo. Wzrokiem próbuję przyciągnąć góry na horyzoncie – wysokie, ciemnozielone, momentami ołowiane, niewyraźne, jakby za mgłą czy bryzą, jak wielkie kły wyrastające z morza. To pobliska wysepka Angistri i dalszy Peloponez, jego strome, groźne brzegi. To samo widziały oczy Kapodistriasa. Sto, dwieście, tysiąc, dwa i pół tysiąca lat temu zarządca portu czy gospodyni na wzgórzu zrywająca listki oregano patrzyli na te same góry i to samo morze. Może nawet czuli podobne zapachy. A jeśli było im zbyt gorąco, robili to, co ja – zsuwali sandały i brodzili w płytkiej, falującej wodzie.

Despina Kutsumba pochodzi z Krety, podwodną archeologię studiowała w Atenach, na uniwersytecie imienia Kapodistriasa. Jest lewicową polityczką, byłą i obecną szefową Stowarzyszenia Archeologów Greckich. W internecie pełno jest jej gniewnych wystąpień, krytycznych wobec wszystkich ostatnich rządów. Główny zarzut: rządzący nie cenią pracy archeologów, nie szanują kultury, nie chcą na nią łożyć nawet jeden procent PKB. Jeśli muszą ciąć wydatki, zawsze zaczynają od kultury. Tak było dekadę temu, gdy Grecję zmiażdżył gospodarczy kryzys. Budżet Ministerstwa Kultury okrojono o trzydzieści pięć procent, zamrożono nowe etaty, zredukowano wiele istniejących. W całej Grecji pracę straciło tysiąc pięciuset muzealnych strażników[40]. Skutek był taki, że w Olimpii w lutym 2012 roku dwaj zamaskowani i uzbrojeni złodzieje napadli na strażniczkę Muzeum Historii Starożytnych Igrzysk Olimpijskich. Dwuosobowe dyżury zamieniono tam wcześniej na samotne zmiany. Kobieta nie miała jak się bronić. Złodzieje związali ją i zakneblowali jej usta. Ukradli kilkadziesiąt figurek z gliny i mosiądzu oraz starożytną biżuterię.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?