Głosy

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

II
Miliony, militaria, krowy i kartofle
Czym jest Jersey?

Czy Jersey jest prawdziwym krajem? – takie pytanie podpowiada wyszukiwarka Google, i nie ma na nie prostej odpowiedzi.

Bezpieczna wyspa, o której mówił Stewart Gull, wchodzi w skład Wysp Normandzkich położonych między Anglią i Francją.

Jej zachodnie wybrzeże to kilometrowe plaże. Złoty piasek, atlantycki wiatr, raj dla surferów.

Wschodnie wybrzeże to maleńkie porty i zatoczki, średniowieczny zamek i widok na brzegi pobliskiej Normandii.

Południe to beton, asfalt i ścisk – wzdłuż wybrzeża ciągnie się autostrada prowadząca do Saint Helier ze wschodu i zachodu. W stolicy tłok i korki.

Na północy – cisza. Zielone wzgórza pokryte paprociami i kwitnącym na żółto kolcolistem. Interior zamieszkują najbogatsi, w pałacach z basenami, oraz farmerzy. Są tam również ogrody, pastwiska, a nade wszystko pola ziemniaków.

Jersey nie jest częścią Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej.

Nie należy do Unii Europejskiej.

Jest terytorium zależnym Wielkiej Brytanii.

Rząd w Londynie odpowiada za kwestie obronne i politykę zagraniczną.

Symboliczną władzę w imieniu królowej sprawuje jej namiestnik, czyli gubernator – zwykle wysoki rangą wojskowy lub zasłużony dyplomata tuż przed emeryturą. Ma do dyspozycji najpiękniejszą willę z największym ogrodem i dużo czasu. Za to obowiązków jak na lekarstwo. Elżbieta II na wyspie nosi tytuł Księcia Normandii.

Jersey prowadzi samodzielną politykę wewnętrzną, ma własny system prawny i podatkowy.

Władzę ustawodawczą sprawuje parlament (States of Jersey) wybierany w wyborach powszechnych; co prawda jednoizbowy, ale pojemny, bo zasiadają w nim zarówno senatorzy (8), jak i posłowie (29) oraz szefowie parafialnych jednostek ochotniczej policji (12).

Obradom przewodniczy bailiff – niegdyś najwyższy rangą polityk, mianowany przez Koronę, pełniący swą prestiżową funkcję dożywotnio i zawiadujący Sądem Królewskim. Dziś zachował jedynie resztki splendoru – nadal ma uprawnienia sądowe, ale odebrano mu prawo głosu w parlamencie, a większość kompetencji przekazano szefowi Rady Ministrów.

Na Jersey nie ma partii politycznych – poza jedną: Reform Jersey, która powstała w 2012 roku jako wyraz sprzeciwu wobec polityki uprawianej przez wąskie elity. Młodzi reformatorzy wierzą, że partyjność to jedyny sposób na korupcję i kumoterstwo.

Na mocy odrębnego zapisu w traktacie akcesyjnym Wielkiej Brytanii Jersey jest częścią obszaru celnego Unii Europejskiej.

Waluta to funt Jersey, równoważny funtowi brytyjskiemu. Z tym że nie można nim płacić na dużej wyspie.

Urzędowym językiem jest angielski. Za to w sądach, rejestrach i nazwach miejscowości dominuje francuski. Najstarsi mieszkańcy zaś – a także garstka młodych etnoentuzjastów – chętnie posługują się z wolna wymierającym jèrriais, który jest dialektem normandzkiego.

Dwadzieścia dwa procent czynnych zawodowo obywateli pracuje w finansach. To prawie piętnaście tysięcy osób – są niezbędne, żeby obsłużyć bogaczy i bogatych oszustów przenoszących na Jersey swoje biznesy. Ci zaś robią to – jak mówią – by rozkoszować się krajobrazem i słońcem. Ale podatki bliskie zeru i tradycyjna dyskrecja lokalnych bankierów też mają znaczenie.

Liczba spółek zarejestrowanych na ulicach Saint Helier przekracza liczbę mieszkańców Jersey.

Tutejsze bogactwo robi wrażenie – maleńka wyspa jest zamożniejsza niż sąsiedzi, Francja i Wielka Brytania. Jest jednym z najbogatszych krajów świata.

Miliony

Wyjątkowo wolny handel to wynik położenia wyspy oraz jej historii.

Po panowaniu Rzymian została przyłączona do Księstwa Normandii. Kiedy Wilhelm Zdobywca zajął Brytanię, była częścią monarchii angielsko-normandzkiej. Gdy Jan bez Ziemi stracił Wyspy Normandzkie na rzecz Francji, Jersey pozostała przy Anglii. Zachowała znaczącą neutralność, a wyspiarze nauczyli się handlować i z Anglią, i z Francją.

Z ambiwalentnym stosunkiem do prawa podatkowego.

„Naszą dawną tradycją jest korsarstwo. Niegdyś wyspy anglo-normandzkie służyły za schronienie piratom, dzisiaj są rajem dla piratów finansowych – mówił Michael Dun z Jersey, z wykształcenia architekt, z pasji historyk, który latami alarmował posłów miejscowego parlamentu, że współczesne praktyki finansowe mają wiele wspólnego z procederem sprzed wieków. – Wyspa – tłumaczył Dun – ma nie do końca jasny status prawny. Jest zależna, gdy jest taka potrzeba, i autonomiczna, wówczas gdy wydaje się to korzystne. Tak też było w złotej epoce korsarstwa. Kapitan Morgan, słynny pirat z XVII wieku, został wybrany na królewskiego gubernatora Jamajki w tym samym czasie, kiedy jego wuj Thomas zarządzał wyspą Jersey. Wspólnie nie przestawali sabotować wysiłku Londynu, próbującego zbierać podatki i walczyć z przemytem”.

Według Michaela Duna proceder kwitł przez stulecia, a piraci lub podejrzani o sprzyjanie piratom pozostawali nietknięci. Dziś jest rzekomo podobnie – o czym może świadczyć przykład Michaela Birta. Między 1993 a 1997 rokiem firma Fimaco, którą Birt reprezentował, pomogła grupie rosyjskich oligarchów ukryć nawet pięćdziesiąt miliardów dolarów pochodzących z zagranicznych kredytów dla Związku Radzieckiego. Birt zaprzeczył, jakoby cokolwiek wiedział o szwindlu i miał kontakty z Rosjanami. W 2009 roku objął urząd bailiffa Jersey.

Wyspa od lat reklamuje się jako raj dla inwestorów, rywalizując z wyspą Man – kolejnym (choć o bardziej surowym klimacie) rajem położonym między Anglią i Irlandią.

Finanse stanowią nie mniej niż sześćdziesiąt procent miejscowego PKB.

Każdy, kto dysponuje minimalnym wkładem w wysokości miliona dolarów, może spekulować na rynkach wysokiego ryzyka za pośrednictwem firm fasadowych rejestrowanych na Jersey bez zezwoleń i niepodlegających kontroli. W 2008 roku tylko w pierwszych tygodniach wielkiego kryzysu finansowego zarejestrowano osiemdziesiąt takich firm.

Dla bogatych inwestorów stworzono odrębną kategorię podatkową, która pozwala im negocjować wysokość stopy podatkowej bezpośrednio z władzami. Rozmowy kończą się zwykle na kompromisie: zero procent w zamian za jednorazową roczną stawkę stu tysięcy funtów oraz „zaangażowanie w działania na rzecz wyspy poprzez datki na konto różnych stowarzyszeń”.

Firmy zajmujące się „informacją turystyczną dla milionerów” zachęcają do zakładania tak zwanych trustów, które w godzinie kryzysu pozwalają ocalić majątek przed fiskusem lub małżonkiem.

W 2008 roku uchwalono Goods and Services Tax (GTS), czyli trzyprocentowy podatek od wszystkich towarów i usług z wyjątkiem usług finansowych, pocztowych i ubezpieczeń.

Jeśli niezatrudnionym w finansach GTS nie bardzo się podoba – nie mają wielkich możliwości wyrażenia swojego zdania.

Prawo do demonstracji jest na wyspie ograniczone, nie działają związki zawodowe, a jedyny dziennik przez lata należał do Franka Walkera, który następnie został szefem Rady Ministrów.

W „Jersey Evening Post” zbywa się milczeniem próby zreformowania systemu. Według gazety wyspa to źródło „niezmiennych wartości w zmieniającym się świecie”.

Wartości te to bezpieczeństwo, solidność, prywatność i stabilność. A także lokalna duma, lokalny patriotyzm, szacunek dla wielowiekowych tradycji i zasad społecznego współżycia. Brak konieczności zamykania domów i samochodów na ulicach. Wszystko to zaś składa się na trudne do zdefiniowania pojęcie „Jersey way”. Czyli wyspiarski sposób bycia i życia.

Militaria

Tom Bunting jest emerytowanym nauczycielem, który dla zabicia czasu i paru funtów ekstra oprowadza po wyspie aktywnych seniorów z Francji i Holandii. Ma monopol na tematyczne wycieczki piesze. W jego stałym repertuarze, prezentowanym od wiosny do jesieni, są opowieści o nazistowskiej okupacji, słynnych mordercach oraz znanych pisarzach. Miłośnicy wojennej historii spotykają się we wtorkowe poranki przed kawiarnią Gunsite przy promenadzie w Saint Aubin.

Zaczynają od zwiedzania umocnień zbudowanych przez robotników przymusowych, których Niemcy przywieźli na Jersey w 1940 roku. Było ich w sumie sześć tysięcy, głównie Rosjan, Ukraińców i Białorusinów, ale także kilkuset Polaków. Budowali mury wzdłuż promenad, bunkry z żelbetonu rozsiane po całym zachodnim wybrzeżu, latarnie morskie, wieże obserwacyjne, tunele, stanowiska artylerii przeciwlotniczej.

– Solidne to, do dziś szpeci nam plaże – żali się przewodnik.

Historia wojenna Jersey to temat żywy, bolesny i prowokujący do wciąż nowych publikacji. W niewielkiej księgarni Waterstones przy Queen Street w Saint Helier pozycje dotyczące przebiegu II wojny światowej na Wyspach Normandzkich zajmują cztery półki. Autorami są zarówno historycy, jak i miejscowi amatorzy. A ostatnio także aktor: John Nettles, który z wyspą zetknął się w latach osiemdziesiątych, podczas kręcenia hitowego serialu Bergerac, a następnie przeprowadził się w okolice Saint Brelade. W wywiadach mówi, że ma na Jersey dom, ale coraz mniej przyjaciół, ponieważ napisał o wojnie bez pudrowania.

Okupacja trwała od lata 1940 roku aż do końca wojny. Dla Hitlera była prestiżowa, bo Wyspy Normandzkie to jedyne brytyjskie ziemie, które zdołał zagarnąć. Nie napracował się przy tym specjalnie, ponieważ Winston Churchill ogłosił demilitaryzację Wysp i nie wysłał do obrony żadnego brytyjskiego żołnierza. Z możliwości ewakuacji skorzystało niespełna siedem z czterdziestu tysięcy mieszkańców Jersey.

 

– Niemcy – mówi przewodnik Bunting – zarekwirowali naszym radioodbiorniki i wywrotowe książki, samochody, rowery, motory i większość łodzi oraz paliwo. Zakazali śpiewania patriotycznych piosenek, łowienia ryb, sprzedaży alkoholu. Wprowadzili ruch prawostronny, godzinę policyjną, nową walutę. Moja teściowa opowiadała, że najgorsze, co zapamiętała z wojny, to głód. Jak się na tak małą wyspę nagle zwala dwanaście tysięcy żołnierzy, plus robotnicy przymusowi, a do tego Londyn utrudnia transporty żywności, to człowiekowi zostają dwie możliwości. Jeśli ma pieniądze, kupi chleb na czarnym rynku, jeśli nie ma, spróbuje zastąpić go czym innym. Ludzie nauczyli się jeść gołębie, mewy, szczury, korzenie różnych roślin, wodorosty. Zamiast herbaty pili napar z ostrężyny.

Bunting zrywa liść z przydrożnego krzaka, pociera w dłoniach, podsuwa do powąchania. Cierpki zapach jest ledwo wyczuwalny.

Przykrym wspomnieniem z czasów wojny jest fakt, że bailiff Jersey Alexander Coutanche wyjechał po Niemców na lotnisko i zaoferował nowym zarządcom współpracę. Zachował stanowisko, podobnie jak reszta lokalnych polityków. Parlament działał, to samo sądy, policja i urzędy. Relacje włodarzy Jersey z okupantami były poprawne, momentami kordialne. Teoretycznie w myśl idei „buforu”. Coutanche i jego politycy mieli stanowić bufor między ludnością cywilną a Niemcami, żeby zabezpieczyć normalne życie tym pierwszym. Opłaciło się – po wojnie bailiff Jersey dostał od Brytyjczyków tytuł szlachecki wraz z prawem do zasiadania w Izbie Lordów. Żadna kara nie spotkała też Clifforda Orange’a, wysokiego rangą urzędnika, który był chętny, by pomóc w deportacji Żydów. Przekazał Niemcom listę tych, którzy przed ich przyjazdem postanowili uciec do Anglii, ale też oddał w ich ręce garstkę pozostałych – w sumie jedenaście osób. Wcześniej kazano im nosić opaski z gwiazdą Dawida i oznaczać odpowiednio sklepy i zakłady, które prowadzili. Później im je odebrano. Całą jedenastkę deportowano do Niemiec. Brakuje dokumentów na temat ich dalszych losów.

Zdaniem Buntinga, choć wyspiarze nie zorganizowali się w profesjonalny ruch oporu, to nie byli całkiem bierni:

– Ktoś miał nielegalne radio, nasłuchiwał brytyjskich stacji, spisywał informacje i drukował w podziemnej gazetce. Ktoś inny malował na murze duże „V”, jak victoria, zwycięstwo. Wielu odważnych pomagało pracownikom przymusowym, na przykład Louisa Gould, na którą w końcu doniósł sąsiad. Zginęła za to w komorze gazowej w Ravensbrück. Albo Albert Bedane, jego też czekałaby śmierć w obozie, gdyby Niemcy albo lokalna policja odkryli, że przez dwa i pół roku ukrywał w piwnicy swojego domu Żydówkę. Dostał za to medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Ślady wojny widać na każdym kroku. W zagajniku obok wioski Saint Lawrence ekipa telewizyjna Channel 4 odkryła niedawno kolejne wojenne schrony przeciwlotnicze, przez ponad sześćdziesiąt lat zarastające bluszczem.

– A na ścianie tego domu pewnej nocy w lutym 1945 roku pojawiła się swastyka. Namalowana czarną farbą, miała zawstydzić lokatorkę, o której mówiło się, że romansuje z niemieckim żołnierzem. Plan się nie powiódł, bo Niemcy, nie chcąc dopuścić do samosądu, tej samej nocy oznaczyli swastykami kilkadziesiąt innych domów wybranych na chybił trafił – opowiada Bunting.

Kiedy brytyjski dziennik „The Independent” napisał w 1996 roku, że niemieccy żołnierze spłodzili w czasie okupacji nawet dziewięćset dzieci, na wyspie zapanowało oburzenie. Sto pięćdziesiąt – zgoda, ale nie dziewięćset! „Gdzie się niby te dzieci podziały?” – pytała retorycznie Anne Herod z Departamentu Opieki Społecznej. W Saint Helier uruchomiono dla nich specjalny żłobek, o którym dziś trudno znaleźć jakiekolwiek informacje. Część dzieci trafiła do lokalnych sierocińców, części zmieniono nazwiska i dokumenty. Na ich matki do dziś mówi się na wyspie pogardliwie „jerrybags” – w wolnym tłumaczeniu: „dziwki”.

– A przecież różnie bywało. Była miłość i były gwałty.

Albo pomnik przy Liberation Square w Saint Helier. To też dowód, że wojenna historia pozostaje nieprzegadana. Odsłonięto go dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych, bo nie było zgody, co ma przedstawiać. Konającego Niemca z karabinem, motyw ewakuacji dzieci, a może wzbijające się w niebo gołębie – symbol pokoju. Rozgniewana czytelniczka napisała list do „Jersey Evening Post”: „Gołębie w czasie okupacji? Wszystkieśmy zjedli!”. Kompromis wyszedł nijaki – stanęło na grupie figur z brązu trzymających brytyjską flagę.

Jersey way

Kolejne miejsce, o które pytają przyjezdni, to Haut de la Garenne na południowym zachodzie wyspy. To obecnie prywatny hostel. Zatrzymują się w nim szkolne wycieczki z Francji. Haut de la Garenne jest znany z telewizji jako posterunek policji, w którym urzędował sierżant Jim Bergerac, czyli John Nettles. Leży malowniczo między polami, z okien widać morze.

Ale wcześniej był tu dom dziecka. Najgorszy z możliwych.

Bunting umiejętnie zmienia temat. O dawnym sierocińcu nie chce rozmawiać – podobnie jak większość mieszkańców wyspy. Świat nie może kojarzyć Jersey z pedofilią.

Pogłoski o tym, że w lokalnych sierocińcach molestuje się dzieci, krążyły od zakończenia wojny. Dopiero na początku XXI wieku jeden z policjantów zauważył dziwną prawidłowość – że wśród lokalnych samobójców dominują sieroty, które dzieciństwo spędziły w Haut de la Garenne lub w podobnej placówce (w sumie było ich sześć). Policjant rozpoczął dochodzenie, które później przejęli śledczy pochodzący spoza wyspy – Szkot i zacięty Irlandczyk.

Dawni wychowankowie, wzywani na przesłuchania, mówili otwarcie o gwałtach, fizycznych i psychicznych torturach oraz o tym, że znikąd nie mieli pomocy. W ogrodzie Haut de la Garenne znaleziono kości i zęby mleczaki, media donosiły, że być może w ośrodku doszło do morderstwa.

Sprawcami molestowania byli nie tylko opiekunowie, ale także wpływowi politycy, przedsiębiorcy, goście z Londynu, na czele z celebrytą BBC Jimmym Savile’em. Brytyjskie media coraz częściej wymieniają też konserwatywnego premiera Edwarda Heatha. Według tych doniesień przypływał na Jersey swoją łodzią, na której miał urządzać dla kolegów koktajl party z udziałem wyspiarskich sierot wyselekcjonowanych według upodobań.

W 2017 roku na jaw zaczęły wychodzić historie takie jak Anthony’ego, którego ojciec pił, a mama miała problemy psychiczne. Dlatego w wieku dwóch lat wylądował w Haut de la Garenne. Opuścił go jako piętnastolatek.

Gdy byłem mały, zdarzało mi się moczyć podczas snu. Za każdym razem obrywałem za to od pani Morag. W końcu zaczęła zakładać mi co noc na penisa gumkę. Ściskała ją bardzo mocno. Budziłem się obolały, z członkiem napęczniałym jak balon.

Jeden z opiekunów przychodził po mnie w nocy. Nie pamiętam dokładnie. Prowadził mnie do swojego pokoju. Często bywał pijany i mnie także częstował alkoholem. Obmacywał mnie i zmuszał, bym go masturbował. Podniecała go również przemoc, dlatego chętnie ją stosował. Co kilka tygodni wzywał mnie do siebie i oświadczał, że musi mnie ukarać. Był zawsze widocznie podniecony, gdy chłostał do krwi moje nogi, plecy lub nagie pośladki.

Przy różnych okazjach w naszym ośrodku zjawiali się ważni panowie, wśród nich także lokalni politycy. Przychodzili niby to na inspekcję. Czasami w ciągu dnia, czasami w nocy. Opiekunowie – na prośbę dyrektora ośrodka Colina Tilbrooka – robili wtedy wśród nas selekcję. Ustawiali nas w rządku, jedno dziecko obok drugiego, chłopcy i dziewczęta, a panowie przyglądali się nam i wybierali według własnego gustu. Jak cielaki na targu. Niektórzy decydowali się na jedno dziecko, inni na dwoje. Wybrane dzieci opuszczały pokój razem z eleganckim panem i towarzyszyły mu przez następnych kilka godzin. I tak do kolejnego razu.

Próbowałem się poskarżyć psychologowi, z którym miałem kilka spotkań. Usłyszałem, że mam przestać zmyślać, bo trafię do szpitala psychiatrycznego w Saint Saviour. Panicznie bałem się tego miejsca. Wiem, jakie warunki w nim panowały, bo leczyła się tam moja mama.

Dziesiątki podobnych historii zebrano w specjalnym raporcie – grubym na półtora tysiąca stron. Można go przeczytać w archiwum w Saint Helier.

Neil McMurray, niegdyś rybak, a dziś bloger, uważa, że wciąż żyje wielu sprawców, którzy nigdy nie zostali osądzeni.

– Powinni gnić w więzieniu – mówi i dodaje, że według niego to jest właśnie słynna „Jersey way”. Nie żadna lokalna duma czy przywiązanie do życia w małej wspólnocie, nie żadna wspólnota wartości. – „Jersey way” to mechanizm, który hamuje społeczny rozwój i pozwala na zachowanie status quo. Dzięki niemu elity, czyli zaledwie kilka najbardziej wpływowych rodzin, wymieniają się władzą i zachowują przywileje dla siebie. Jednocześnie zastraszają i uciszają wszystkich, którzy odważyliby się powiedzieć o Jersey złe słowo. Skandale nie mają racji bytu, psują atmosferę dla biznesu.

To dlatego – twierdzi bloger – w 2008 roku politycy doprowadzili do odwołania zasłużonych policjantów prowadzących dochodzenie w sprawie Haut de la Garenne po tym, jak ci zidentyfikowali blisko dwieście ofiar i ponad stu pięćdziesięciu sprawców. Ich następcy stwierdzili, że w śledztwie popełniono wiele błędów, na karę więzienia skazano zaledwie siedem osób.

Krowy i kartofle

Jeśli na wyspie brakuje zdecydowanej opozycji wobec „finance curse” (klątwy pieniądza), to przyczyny można upatrywać w tym, że większość Jerseyczyków wywodzi się ze środowisk wiejskich: nie mieli nigdy świadomości klasowej ani tradycji związków zawodowych takich jak w Wielkiej Brytanii. Teraz, kiedy większość prostych prac rolniczych wykonują sezonowi migranci, szansa na zjednoczenie, solidarność i opór wobec klątwy jest jeszcze mniejsza.

Jerseyczycy mają za to świadomość sławy, jaką obrosły ich krowy i ziemniaki.

Krowa z Jersey jest mała i mleczna. Jest potomkinią krów przywiezionych z Normandii w 1700 roku. Od tego czasu hodowana była w wyspiarskim odosobnieniu. Rasa jest jedną z najbardziej cenionych na świecie. Po pierwsze z powodów ekonomicznych (krowy z Jersey są lekkie, łatwe w transporcie, łatwe w hodowli, choć wrażliwe na zimno, produkują wyjątkowo tłuste mleko), po drugie z powodów estetycznych (są zgrabne, ciemnobrązowe i łagodne). Angielscy arystokraci zakupują niewielkie stada jako ozdobę swoich posiadłości.

Jesienią i wiosną Królewskie Stowarzyszenie Rolniczo-Ogrodnicze organizuje pokazy krów rasy jersey. Rywalizuje między sobą dwanaście parafii reprezentujących dwadzieścia sześć stad żyjących na wyspie. Sześciu finalistów walczy o nagrodę, która podwyższa wartość eksportową stada na kolejny rok.

Ponieważ narodziny każdej krowy odnotowywane są w specjalnej księdze, czystość rasy jest dla hodowców rzeczą kluczową.

Kiedy w 2010 roku okazało się, że sto krów zostało zapłodnionych importowanym nasieniem byka niepewnego pochodzenia – wybuchł skandal. Do tej pory zabezpieczenia przed lewym nasieniem wydawały się skuteczne. Cielaki nie zostały wpisane do księgi narodzin, ale ważniejsze było zagrożenie zanieczyszczeniem rasy, które oznaczałoby załamanie się eksportu embrionów i nasienia najlepszej jakości.

Strach o czystość rasy krów nie ustępuje dbałości o jakość królewskiego ziemniaka z Jersey, od 1880 roku znanego jako Jersey Royal lub zwyczajnie: Royal. Jego nazwa i znak towarowy są chronione specjalnym certyfikatem.

Mały, w kształcie fasoli, czy raczej nerki, o skórce cienkiej i delikatnej. Droższy od pozostałych, powszedniejszych ziemniaczanych odmian. Najlepiej smakuje prosto z wody, podawany z masłem, solą i miętą. Ale starzy wyspiarze narzekają, że z dawnego smaku prawdziwych royalsów zostało dziś niewiele – ich kubki smakowe nie rejestrują już nuty lekko gorzkawej, za którą w przeszłości odpowiadały wodorosty. Zbierane z plaży w czasie odpływu, trafiały na pola i użyźniały glebę jeszcze w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Później nastała era pestycydów oraz wściekłej walki o wydajność. Żeby ziemniaki dojrzewały szybciej, rolnicy przykrywają pola folią, tworząc w ten sposób pożądany mikroklimat. Plastikowe, półprzezroczyste, szarawe prześcieradła poza tym, że subtelnie zmieniają smak warzyw, stanowią stały element wyspiarskiego krajobrazu, szpecą go i udziwniają, choć przy wietrze ciekawie imitują morskie fale.

Ponad trzydzieści tysięcy ton – tyle royalsów każdego roku zbiera się na Jersey. Wyspiarze przejadają z tego co najwyżej jeden procent, resztę eksportują do Wielkiej Brytanii, w tym do pałacu Buckingham, bo fanką royalsów jest królowa Elżbieta II, oraz na Downing Street, na talerze kolejnych premierów i ministrów. Kampanie reklamowe przekonują, że royal to coś więcej niż zwykły ziemniak. To doznanie. W weekendowych edycjach największych brytyjskich dzienników widać rozkładówki jak z obrazów Bruegla: zachód słońca, pomarańczowa poświata na niebie, średniowieczny zamek w Gorey, stateczki w małym porcie, błękitne morze, pole ziemniaków na stromym zboczu, ciągnik z przyczepą, drewniane skrzynki zapełnione royalsami i kilkoro szczęśliwych pracowników, młodzi chłopcy i dziewczęta.

 

W telewizyjnym spocie sam szef Związku Farmerów, w gumowcach, sztruksach i koszuli w kratę, pewnym gestem wyrywa z ziemi ciężką ziemniaczaną łodygę, otrzepuje kartofle z brunatnej ziemi, przystawia do nosa i wącha. Na jego opaloną twarz spływa spokój.

Również dlatego, że hodowla ziemniaków to siedemdziesiąt procent wszystkich upraw na wyspie, a ich eksport wart jest przeszło trzydzieści milionów funtów rocznie.

Prawnicy z Jersey Product Promotion Limited monitorują strony internetowe, żeby wychwycić ewentualne nadużycia. Na przykład w lutym 2018 roku w supermarkecie w Liverpoolu sprzedawano ziemniaki z Włoch pod marką Jersey Royal Potato. Następnego dnia właściciel sieci otrzymał pismo przedprocesowe.

Kartofle na Jersey są istotne także dla artystów. Fundacja Morning Boat, założona przez wrażliwych na kwestie rolnicze kuratorów sztuki, rozpisała konkurs na projekt poruszający temat royalsów. Główną nagrodę w postaci rezydencji artystycznej wygrała Alicja Rogalska, artystka i performerka mieszkająca w Londynie. Jej projekt nazywał się Agri-care i wymagał zaangażowania pracowników farm ziemniaczanych. Pracownicy, głównie imigranci, mieli przyznać Nagrodę Wielkiego Ziemniaka najlepszemu pracodawcy. Sesje jury odbywały się w salach Royal Jersey Potato Society, podczas których pracownicy lepili z gliny ziemniaki, polegając jedynie na pamięci. Wybór najlepszego pracodawcy wiązał się z emocjami, zważywszy, że jeden z czołowych farmerów na wyspie dostał od polskich zbieraczy ksywę Hitler.

Bezpieczna wyspa jest cztery razy mniejsza od Warszawy, mieszka na niej w sezonie sto sześćdziesiąt tysięcy osób – dziesięć razy mniej niż w stolicy Polski. Mimo to trudno znaleźć człowieka, który nie uważałby, że jest już niebezpiecznie przeludniona. Najwięcej negatywnych uwag co do rosnącej populacji mają migranci z Irlandii, Szkocji oraz Anglii. Niepokoi ich słabo hamowany napływ osób, z którymi trudno się komfortowo porozumieć i którzy wprowadzają chaos do anglosaskiego świata: Portugalczyków, Rumunów i Polaków. Zaczęli oni pojawiać się na wyspie dwie dekady temu i mimo trudności z osiedleniem się na dłużej – nie przestali.

Niepokojów nie wyraża się wprost i najczęściej nie na trzeźwo.

Według statystyk policyjnych do uwag na tle rasistowskim dochodzi najczęściej w barach.

Policja surowo traktuje osoby, które pozwalają sobie na niegrzeczne traktowanie barmanów lub klientów obcego pochodzenia.

Wyspiarze szczycą się tradycją, a według niej ratuje i przyjmuje się wszystkich, których los lub prąd morski zniesie na Jersey. Legendy nie precyzują jednak, czy uratowani mają szansę na rezydenturę.