Głosy

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cel integracyjny

Festiwal Polski przy Weighbridge Place rozkręcał się z godziny na godzinę i Magdalena Chmielewska mogła czuć się dumna. Przyjechała na wyspę w 2002 roku ze świeżo poślubionym mężem, do zakontraktowanej pracy w hotelarstwie. Ciężkiej i z początku niskopłatnej. Na szczęście był to moment, gdy potrzebowali z mężem głównie własnego towarzystwa. Po pięciu latach przejęli upadający bar w Saint Helier. Po wyspiarskiej stolicy rozniosła się wiadomość: młoda blondynka z Polski przejmuje Seven Angels. Naprawdę? Magdalena zrozumiała, że nie trzeba się bać wyrafinowanych podniebień miejscowej klasy średniej. Zaczęła serwować hiszpańskie tapas i trafiła w dziesiątkę. Sukces komercyjny oraz miły uśmiech zapewniły jej rozpoznawalność. Kolejnym krokiem biznesowym stał się festiwal, na który Chmielewska zaprosiła polskie zespoły, drobnych rzemieślników oraz polską społeczność pracującą. Dzięki inicjatywie Magdaleny rodacy mogli się raz w roku zobaczyć, napić polskiego piwa, pomalować twarze w bajkowe wzory, kupić krajowe jedzenie albo świece lecznicze, poplotkować, pośpiewać i potańczyć. Chmielewska stała w tłumie i z przyjemnością obserwowała, jak kiełbasa i bigos znikają również z talerzy miejscowej ludności. Cel integracyjny został osiągnięty.

Na Victoria Crescent było już po grillu i wszyscy przenieśli się z ogrodu do mieszkania. Dziewczynki, siedząc przy stole w salonie, poprosiły o papier do malowania i pędzle – z Kingi, chwaliła się Iza, była mała artystka.

Iza przyniosła pudełko z farbami. Kacprowi, którego usadziła na krześle, podała jego ulubioną skarpetkę. W jednej ręce trzymał skarpetkę, w drugiej małe autko.

Marta, próbując wygodnie ułożyć się na sofie, opowiadała, co wydarzyło się na wyspie pod nieobecność przyjaciółki. Nic szczególnego.

Marek wrócił do swojej sypialni i włączył telewizor.

Damian poszedł do kuchni.

Telefon alarmowy

Telefon alarmowy na biurku dyżurnego w kwaterze głównej policji przy 48 Rouge Bouillon zadzwonił o godzinie 14.58. Zaskoczony funkcjonariusz przyjął zgłoszenie i rozłączył się, by nadać bieg procedurom. Znów telefon i znów, i znów. Dzwonili mieszkańcy w sprawie szaleńca i rannej kobiety. Dwóch rannych kobiet. Dwóch rannych kobiet i zakrwawionego dziecka.

Przez miasto zaczęły przepychać się radiowozy na sygnale. Za nimi ambulanse. Niektóre musiały przejechać obok portu i wzdłuż promenady, budząc lekki niepokój wśród gości Festiwalu Polskiego i plażowiczów.

Kiedy nadkomisarz Mark Coxshall przyjechał na miejsce, ratownicy klęczeli już na ulicy, tamowali krwotoki rannym kobietom, próbowali z powrotem wpompować w nie życie. Policjanci odcinali wjazd na Victoria Crescent biało-niebieską taśmą.

Czterech czarnoskórych mężczyzn, bosych, roztrzęsionych, wskazywało palcem wejście do mieszkania 3A. Sąsiedzi wychodzili z domów, żeby sprawdzić, co się dzieje.

Coxshall zarejestrował chaos.

Na facebookowej stronie States of Jersey otworzyła się giełda plotek:

„Cześć, czy ktoś wie, co się dzieje? Moja teściowa mieszka w okolicy”.

„O mój Boże!”

„Ściągają z urlopów wszystkich pracowników szpitala”.

„Policjantów też”.

„Atak pojeba przy Victoria Crescent. Znajomy widział krew na asfalcie”.

Martyn Maguire, strażak i ratownik, wybierał się w odwiedziny do córki na północ miasta. Akurat przejeżdżał obok Victoria Crescent, kiedy córka sama zadzwoniła. Powiedziała, że był wypadek na sąsiedniej ulicy. Mąż bije żonę, jest krew, policja, karetki, sąsiedzi raportują przez social media. Maguire pojechał na miejsce zdarzenia. Wszedł do mieszkania, gdzie dwoje policjantów nachylało się nad mężczyzną w średnim wieku leżącym przy drzwiach. Próbowali go ratować.

Maguire powiedział, że chce pomóc. Policjanci zgodzili się, ale dodali, że nie czują pulsu. Strażak usłyszał ciche charczenie, przykucnął przy rannym i zauważył, że z jego pleców wystaje duży kuchenny nóż. Chciał go wyjąć i położyć mężczyznę na wznak, lecz policjanci uznali, że to nie ma sensu. Maguire zrozumiał, że wyjęcie noża oznaczałoby wykrwawienie. Zaczął sztuczne oddychanie, choć podejrzewał, że jest na to za późno. Po kilku ruchach rozluźnił ręce. Nóż w plecach przestał mieć znaczenie.

Nadkomisarz Coxshall miał już niemal pewność, że doszło do morderstwa. A skoro ofiara jest jeszcze ciepła, sprawca musi być niedaleko.

Policjantką, która czuwała przy mężczyźnie, była Barbara Piskorz, jedna z czterech funkcjonariuszy polskiego pochodzenia na wyspie. Patrolowała ulice, kiedy dostała wezwanie. Na miejsce przyjechała z posterunkowym Franciskiem Blasco. Wybiegli z radiowozu, nie wyciągnąwszy kluczy ze stacyjki. Gdy Barbara weszła do mieszkania, mężczyzna był przytomny. Zaczął niewyraźnie mówić. Po polsku. Barbara odwracała wzrok od dziewczynki, która zdołała się doczołgać do mężczyzny. Sama była matką dwojga małych dzieci.

Oświadczenie prokuratora Howarda Sharpa z 24 sierpnia 2012:

„Pierwszą zaatakowaną osobą był mężczyzna w średnim wieku. Mężczyzna siedział na sofie i oglądał telewizję. Ślady DNA wskazują, że nie ruszył się z kanapy, kiedy zięć podszedł do niego uzbrojony w nóż kuchenny i zaatakował z zaskoczenia. Marek G. otrzymał kilka ciosów. Próbował wstać z kanapy i dostać się do salonu, gdzie przebywały dzieci. Udało mu się przejść do drugiej sypialni, na co wskazują ślady krwi na framudze. Tam oskarżony zadał mu kolejne ciosy. Jeden z nich był tak potężny, że nóż utkwił w kręgosłupie ofiary i poważnie uszkodził rdzeń kręgowy. Mężczyzna mógł się już tylko czołgać. Z nożem w plecach doczołgał się do progu salonu”.

Czas zgonu – 15.35.

Barbara Piskorz rozejrzała się po pomieszczeniu i na podłodze zauważyła chłopczyka. Całego we krwi, pod stołem. Miał otwarte oczy, nie ruszał się. Wzięła go na ręce. Sprawdziła puls, ale nie wyczuła. Zamarła, nie mogła się ruszyć.

Jeden z kolegów poprosił, by odłożyła dziecko na podłogę. Piskorz wyszła z mieszkania, bała się, że zwymiotuje.

Kiedy Maguire podniósł się z kolan i zajrzał w głąb salonu, zobaczył leżące na podłodze dziecko. Chłopczyka, którego przed chwilą odłożyła Barbara. Był zaskoczony, że nie ma przy chłopcu żadnego ratownika. Pochylił się nad ciałkiem, szukał pulsu. Znów za późno.

Oświadczenie prokuratora Sharpa z 24 sierpnia 2012:

„Chłopiec był następną ofiarą. To syn oskarżonego. Siedział na krześle przy stole, bawił się samochodzikami. Został ugodzony nożem w sumie trzynaście razy. Przy pierwszym ataku oskarżony zadał chłopcu pięć ciosów, uszkadzając płuca ofiary, serce, wątrobę, nerki i żołądek. Osuwając się na stół, chłopiec odsłonił plecy. Ojciec zadał mu wtedy kolejne osiem ciosów. Dziecko upadło na podłogę i chwilę później zmarło”.

Czas zgonu – 15.25.

Coxshall wydał rozkaz, by zamknąć ulicę, zabezpieczyć wejście do parku i ogródki na tyłach domu. Nikt nie miał prawa opuścić szeregowca. Do odwołania.

Maguire z policjantami weszli do drugiego pokoju. Znaleźli kolejną osobę – mężczyznę, który leżał na podłodze. Poruszał się i mamrotał. Był nagi od pasa w górę. Ubroczony krwią. Miał wiele ran kłutych na wysokości płuc oraz przecięte nadgarstki. Śmierdział alkoholem. Strażak pomyślał, że to może być sprawca. Zapytał, jak ma na imię. Mężczyzna odpowiedział. Maguire zapytał znowu, czy ktoś jeszcze jest w mieszkaniu. Tak, w sumie sześć osób. Rany na nadgarstkach – to twoja robota? Tak. W oczekiwaniu na kolejne karetki Maguire starał się utrzymać mężczyznę w stanie przytomności, a policjanci ruszyli w poszukiwaniu pozostałych ofiar.

Policjantka Daria Harasymowicz, rzeszowianka, na Jersey od sześciu lat, w policji od trzech, dojechała na Victoria Crescent kwadrans po Martynie Maguirze. Obraz chłopczyka w samym pampersie w kałuży krwi nieusuwalnie wbił się w jej pamięć. W policji mówiło się: nigdy nie zapomnisz pierwszego martwego dziecka. Spojrzała na młodego mężczyznę, który leżał na podłodze. Jego obrażenia znacząco różniły się od tych zadanych dzieciom i kobietom. Tak jakby sprawca stracił impet. Albo nie chciał zrobić sobie krzywdy.

Oświadczenie prokuratora Sharpa z 24 sierpnia 2012:

„W salonie znajdowało się jeszcze dwoje innych dzieci. Dwie dziewczynki w wieku między pięć a sześć lat. Ojciec dopadł starszą i zadał jej w sumie szesnaście ciosów: trzy w klatkę piersiową i trzynaście w plecy. Dziewczynka osunęła się na podłogę. Policjanci znaleźli ją leżącą na podłodze, między dwoma stołami. Niedaleko brata.

Obok siedziała młodsza dziewczynka, córka przyjaciół rodziny, pięciolatka. Sprawca zadał jej siedem ciosów w klatkę piersiową. Dziewczynka upadła na podłogę, ale zdołała się podnieść. Ślady krwi wskazują, że Julia chciała wydostać się z salonu. Kiedy dotarła do przedpokoju, oskarżony zaatakował ją ponownie i ugodził dziewięć razy w plecy. Nie podniosła się”.

Ratownicy wyczuli puls u obu dziewczynek. Prawdopodobnie to ich matki znajdowały się na ulicy przed domem, gdzie parkowały kolejne ambulanse. Hałas wywabił z domu mężczyznę z sąsiedniego domu. Wyszedł wprost na dwóch policjantów. Poprosili, by swoim autem zablokował wjazd na Victoria Crescent. Pobiegł do hallu po kluczyki, ale przypomniał sobie, że wypił trzy piwa. Posterunkowy Blasco w tym czasie wyniósł jedną z rannych dziewczynek do karetki. Szeptał: „Kochanie nie umieraj, zajmę się tobą”. W karetce nie było kierowcy. Razem z sanitariuszem reanimował jedną z ofiar. Blasco usłyszał głos zza pleców, to krzyczał sanitariusz: „Po prostu jedź, kurwa, prosto do szpitala, prowadź!”. Wskoczył do szoferki, ale nie potrafił wrzucić wstecznego biegu. Szarpnął skrzynią biegów. Potem znowu. „Chryste, ona umrze, bo nie potrafię obsłużyć pierdolonego samochodu”. Ruszył. W szpitalu zwoływano personel ze wszystkich placówek na wyspie. Blasco widział chaos i krzyki. Kiedy dziewczynkę zabrano na salę operacyjną, bez namysłu wskoczył do karetki, która wracała na Victoria Crescent. W mieszkaniu numer 3 wciąż pracowało kilkanaście osób, ratownicy i policjanci. Blasco wystraszył się, że mogą ślizgać się na zalanej krwią podłodze. Znalazł wiadro, mopa i zaczął sprzątać.

 

Oświadczenie prokuratora Sharpa z 24 sierpnia 2012:

„Nie jest jasne, w jakiej kolejności oraz w jakich pomieszczeniach zadano ciosy Izabeli i Marcie. Sprawca zaatakował żonę w salonie lub w przedpokoju. Dwukrotnie ranił ją w klatkę piersiową. Kobieta próbowała uciekać. Przez okno w łazience dostała się do ogródka. Oskarżony podążył za nią. Z ogródka nie było ucieczki, więc Izabela wspięła się przez okno, po czym ruszyła biegiem w stronę drzwi frontowych. Po drodze chwyciła telefon komórkowy, który należał do jej ojca. Chciała zadzwonić po pomoc. Przez pomyłkę wybrała 997 – numer polskiej policji, który na Jersey nie działał.

W tym samym czasie Marta próbowała uciekać. Nie wiadomo, w którym pomieszczeniu przebywała, gdy sprawca zaatakował ją nożem. Nie wiadomo, dlaczego kobieta zwlekała z wyjściem na zewnątrz. Być może próbowała pomóc dzieciom. Opuszczała mieszkanie, krzycząc. Upadła przy drzwiach sąsiadów.

Chwilę później z domu wybiegła Izabela, a zaraz po niej jej mąż. Dopadł ją i ponownie zaczął dźgać – mimo upomnień ze strony świadków. Jeden z rezydentów próbował powstrzymać oskarżonego. Sprawca skierował na niego nóż, jakby chciał się na niego zamachnąć, ale nie zaatakował. Ruszył do swojego mieszkania, a po drodze zaczął na oślep zadawać sobie rany. Izabela już się nie podniosła.

Oskarżony wszedł do sypialni i osunął się na podłogę”.

Cztery ofiary płci żeńskiej zabrano do szpitala.

Kolejną karetką pojechał człowiek, który przedstawił się jako Damian. O 16.30 przeszedł operację.

W sali obok o życie walczyła kobieta w czerwonym podkoszulku.

Lekarze z Jersey General Hospital dzwonili na wyspę matkę, ponieważ potrzebny był teraz dziecięcy patolog. Do tej pory na Jersey nie było takiego zapotrzebowania.

Na komendę przy Rouge Bouillon, dysząc, dotarł nadinspektor Stewart Gull. Kwadrans wcześniej leżał na plaży w Saint Brelade na zachodzie wyspy – z żoną, dziećmi i szwagierką, która przyjechała w odwiedziny. Zostawili rzeczy na ręcznikach i poszli popływać, ale telefon nie dawał spokoju. Gull przebywał na Jersey zaledwie od miesiąca, dobrze płatną posadę dostał w nagrodę za trzydzieści lat wzorowej służby we wschodniej Anglii i za swój największy zawodowy sukces, czyli ujęcie „dusiciela z Suffolk”. W 2006 roku w okolicach Ipswich zaczęły znikać prostytutki. Pięć kobiet w ciągu pięciu tygodni. Gull nadzorował śledztwo: opanowany, rzeczowy, kontrolował emocje. Jego drużyna dostrzegła powiązania pomiędzy zabójstwami i rozpoczęła śledztwo w sprawie morderstw o kryptonimie „Operacja Sumak”. Dziewięć dni po tym, jak zidentyfikowano piątą ofiarę, aresztowano Steve’a Wrighta, czterdziestoośmioletniego operatora wózka widłowego.

Kiedy gratulowano mu zakończenia śledztwa, Gull mówił z powściągliwością, że spodziewał się, że zbrodnie tego typu zdarzają się tylko w mniej cywilizowanym świecie lub w tanich serialach.

Wyspa Jersey miała być odpoczynkiem. Uchodziła za najbezpieczniejsze z miejsc w Zjednoczonym Królestwie, a może nawet w całej Europie. Tak właśnie widział to Gull i tak wynikało ze statystyk: około czterech tysięcy zgłoszeń rocznie, czyli mniej niż dziesięć procent tego, co w Suffolk. Raj na ziemi. Kiedy wreszcie odsłuchał nagraną wiadomość, zaanonsował rodzinie koniec wycieczki i pojechał na Rouge Bouillon. Miejscowi policjanci nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z podobnym wydarzeniem. Gull, choć nie zdążył jeszcze poznać imion wszystkich podwładnych, zarządził pełną mobilizację. Najważniejsza, powiedział swoim ludziom, jest zasada złotej godziny. Wtedy zbiera się najwięcej śladów i dowodów, dzięki którym rozwiązuje się zagadkę.

Przebrani w białe kombinezony specjaliści od zabezpieczania miejsca zbrodni dotarli już na Victoria Crescent. Meldowali: krew co najmniej siedmiu osób wsiąka w asfalt i wykładziny dywanowe, rozlane dziecięce farby na stole, świeżo wyschnięte malunki, rozrzucone kuchenne noże.

Przed domem roztrzęsieni sąsiedzi czekali na pierwsze przesłuchania.

Danny Scaife, szef stołecznej policji w Saint Helier, wezwał do pomocy centenierów, wolontariuszy tradycyjnej policji ochotniczej z oddziałami w każdej z dwunastu parafii na wyspie. W ten sposób uruchomił obywatelski system pomocy. Skierował ich do patrolowania okolicznych ulic i zabronił wpuszczania na Victoria Crescent powracających mieszkańców. Mieli ich odprawiać do ratusza, gdzie powstał minisztab kryzysowy.

Urzędnicy magistratu wraz z burmistrzem stolicy Simonem Crowcroftem byli już na miejscu. Parzyli kawę i herbatę, otwierali puszki z herbatnikami.

Na komendę policji zgłosił się kierownik domu spokojnej starości. Poinformował, że odprawieni będą mogli spędzić noc na wolnych łóżkach w instytucji.

Wolontariusze z Armii Zbawienia przynieśli koce. Było lato, ale noce robiły się już chłodne.

Josh Cullinane, który jeszcze o 13.00, idąc na Victoria Crescent, wymieniał się z Damianem uśmiechami, chciał spędzić noc w mieszkaniu matki, ulica była jednak już zablokowana. Skierowano go do ratusza, ale wybrał nocleg u przyjaciół. Zamiast kawy potrzebował drinka.

Manuela Conceição wracała z zakupów, gdy zatrzymano ją przy taśmie. Zdążyła zobaczyć zakrwawione kobiety leżące na ulicy, przy której mieszkała. W jednej z nich rozpoznała sąsiadkę, sympatyczną panią z Polski.

Koleżanka Manueli nie opuściła mieszkania na piętrze. Od kilku godzin obserwowała wszystko zza firanki i nie widziała, żeby ktoś wychodził z budynku skuty kajdankami. A to według niej oznaczało, że morderca wciąż był na wolności.

Detektyw Karen Sykes wybierała się na niedzielnego grilla do znajomych, gdy zadzwonili z komendy z rozkazem: niech zawraca i jedzie do głównego szpitala w Saint Helier, gdzie ofiary „incydentu krytycznego”, jak określił wydarzenie nadinspektor Gull, walczyły o życie. Sykes miała się zająć identyfikacją zabitych i rannych.

Policja zamknęła wstęp na oddział ratunkowy. Funkcjonariusz przy drzwiach wpuszczał jedynie lekarzy i pielęgniarki. Radził wrócić za czterdzieści osiem godzin lub odszukać lekarza pierwszego kontaktu. Do szpitala zaczęli zjeżdżać chirurdzy i anestezjolodzy, także ci, którzy nie mieli tego dnia dyżuru. Wiedzieli, że będą potrzebni, trzydzieści osób, które chciały pomóc. Trwały poszukiwania pielęgniarki mówiącej po polsku, ponieważ z relacji sąsiadów wynikało, że w tym właśnie języku mówiła rodzina.

Kiedy Karen dojechała do szpitala, Carl Clinton, lekarz dyżurny, stwierdził zgon czterech kolejnych ofiar, w tym jednej na stole operacyjnym. Żadna z osób nie miała przy sobie dokumentów. W kieszeni spodni kobiety, która zmarła podczas operacji, zaczął dzwonić telefon.

Oświadczenie prokuratura Sharpa z 24 sierpnia 2012:

„Dziewczynka, lat pięć i pół, czas zgonu – 17.00.

Dziewczynka, lat sześć, czas zgonu – 17.18.

Kobieta, lat trzydzieści, czas zgonu – 17.29.

Kobieta, lat trzydzieści cztery, czas zgonu – 17.42”.

Na telefonie wyświetlał się numer oznaczony imieniem: Craig. Zaczęły przychodzić esemesy. Wszystkie od Craiga.

Karen Sykes oddzwoniła. Odebrał mężczyzna. Zastygł, słysząc cudzy głos. Craig chwilę wcześniej zajrzał na Facebooka. Niepokoił się o żonę i córkę, które były u znajomych na grillu. Powinny były wrócić do domu godzinę temu.

Sykes poprosiła, by Craig opisał wygląd małżonki. Wzrost, włosy, ubranie. Zapytała, czy może przyjechać do szpitala.

Był na miejscu w piętnaście minut. Zanim podano mu środki uspokajające, podyktował nazwiska osób z mieszkania 3A.

Nadinspektor Gull nakazał swoim funkcjonariuszom sprawdzić na mapie, gdzie dokładnie leży Polska i jak działają tamtejsze policyjne służby.

Telefon zadzwonił również w torebce Lidii Szejko, na Jersey od 2001 roku. Lidia pod koniec lat dziewięćdziesiątych studiowała resocjalizację i psychologię. W gazecie zobaczyła ogłoszenie o pracy w Wielkiej Brytanii. Poszła z koleżanką na spotkanie, na którym po raz pierwszy usłyszała o istnieniu wyspy Jersey – szukali tanich rąk do pracy w turystyce lub rolnictwie. Tydzień później obie siedziały w autokarze, który spod hotelu Forum ruszał w drogę przez całą Europę aż do portu we francuskim Saint-Malo. Lidia zaczepiła się jako pokojówka w hotelu La Place, a wieczorami uczyła się języka w miejscowym college’u. Z czasem awansowała na zastępczynię menedżera.

Ojciec Lidii trzydzieści trzy lata przepracował w milicji i policji. Był więc dumny, gdy córka złożyła dokumenty do służby w States of Jersey. Testy okazały się trudne, chętnych więcej niż miejsc, ale Szejko dała radę. Została pierwszą w historii Polką w lokalnej policji. Wywiad z nią znalazł się na okładce miejscowej gazety. Rodzina przyleciała na przysięgę, a ojciec włożył na tę okoliczność własny mundur.

Kiedy nieco później proces kwalifikacyjny przechodziły Daria i Barbara, media pisały, że to dobrze, bo na wyspie przybywa polskich imigrantów, którzy mijają się z prawem. Mniej otwarci mieszkańcy zaczęli podejrzewać, że osoby spoza wyspy mają niesprawiedliwie ułatwioną ścieżkę kariery.

Szejko zaczęła od patrolowania ulic. Po trzech latach awansowała do wydziału prewencji, do komórki zajmującej się ochroną praw dziecka. Szybko do niej dotarło, że nad dziećmi znęcają się zarówno rodziny z mieszkań komunalnych, jak i te z domów z basenem. Tatusiowie pod wpływem taniego cydru, jak i ci od kokainy najlepszej jakości. Oraz przeciętniacy, których życie jest balansem między ciężką pracą zawodową i niepewną sytuacją rodzinną, czyli imigranci.

14 sierpnia był ostatnim dniem urlopu posterunkowej Szejko. Do pracy miała wrócić w poniedziałek, ale w trybie pilnym poproszono o przyjazd na komendę, a potem do szpitala. Odetchnęła, że nie musi oglądać miejsca zbrodni.

Na Weighbridge zaczynało brakować piwa. Pierwsze plotki docierały powoli. Najpierw do organizatorki Magdaleny Chmielewskiej, która kilka dni wcześniej ustalała z policją zasady bezpieczeństwa na festiwalu, potem do Dominiki Nalichowskiej, współzałożycielki sobotniej szkoły polskiej. A potem do tych, którzy w telefonie mieli zainstalowaną coraz bardziej popularną aplikację Facebook. I do tych, których rodzice w Polsce oglądali w TVP Teleexpress lub polsatowskie Wydarzenia. Góralski zespół wykonywał akurat cover Golców, gdy wśród publiczności rozdzwoniły się telefony.

Dominika miała swoje podejrzenia, kiedy zaczęto mówić o wieku zmarłych i miejscu zdarzenia. Kordian, jej narzeczony, próbował niedawno pomagać kobiecie z Victoria Crescent, której córka była w klasie z córką Dominiki. Ale Dominika nie mogła uwierzyć, że może chodzić o tę ładną, sympatyczną blondynkę i jej męża.

Sławomir Wejnerowski, budowlaniec, który bawił się na festiwalu z przyszłą żoną, usłyszał, że ktoś kogoś zabił. Podzielił się plotką z towarzystwem przy stoliku. Nie mogli uwierzyć, podali dalej.

Chmielewska nie przerwała festiwalu. Nie chciała wzbudzać paniki, ponieważ wśród bawiących się były dzieci.

Jolanta Garstka, pięćdziesięciopięciolatka z Bydgoszczy, czekała na codzienne połączenie z córką, wnukami i mężem na Skypie. Ale ich komputer był wyłączony. Uznała, że zmęczeni poszli wcześniej spać.

Rico Sorda, bloger z Saint Helier, wracał od dziewczyny z Saint Peter. Całą niedzielę był offline, dopiero przed snem zajrzał do komputera. Na Facebooku wydarzenia z Victoria Crescent skomentowało już prawie cztery tysiące mieszkańców wyspy. Sorda zdał sobie sprawę, że to pierwsza zbrodnia na Jersey, której przebieg relacjonowano w mediach społecznościowych.

Richard Heath, reporter „Jersey Evening Post”, jedynej gazety na wyspie, wysiadał właśnie z kajaka, kiedy zadzwonił naczelny z wytycznymi. Heath pojechał do Saint Saviour w środkowej części wyspy prosto z plaży. Po kryzysowym kolegium udał się na Victoria Crescent, a potem na komendę przy Rouge Bouillon, bo nadinspektor Gull na 20.15 zapowiedział konferencję prasową.

Mężczyzna, u którego lekarze naliczyli dwadzieścia siedem ran kłutych, przeżył operację. Była konieczna z powodu zapadniętego płuca. Jego stan był stabilny. Dostał silne leki przeciwbólowe i obstawę policyjną, gdyby próbował uciekać. Posterunkowa Agata Ptaszyńska, która pełniła przy nim wartę, zapisała następujące wypowiedzi mężczyzny:

 

„Pomóżcie mi z tym skończyć”.

„Róbcie ze mną, co chcecie, tylko żeby moim dzieciom się krzywda nie stała”.

„Boję się bólu”.

„Pomóżcie mi, wy wiecie w czym, wy wiecie wszystko. Pomóżcie mi”.

„Przepraszam, byłem głupi. Przepraszam, nie mogłem się opanować. Nie powinienem być przy Izie, jak jej nie kochałem”.

„Pomocy dla moich dzieci! Mnie nic nie potrzeba, martwcie się tylko o nie”.

„Rodzina jest najważniejsza”.

„Kurwa, wszystko mnie napierdziela, kurwa”.

Posterunkowa Ptaszyńska uzyskała pod tymi komentarzami podpis mężczyzny, a na marginesie dodała, że przez całą noc narzekał na ból w całym ciele.

Na Victoria Crescent policjanci, w tym Daria Harasymowicz, pilnowali ciał pięćdziesięciopięcioletniego mężczyzny i dwuletniego chłopca. Ochotnicy patrolowali ulicę.

Dominika Nalichowska nie mogła przestać myśleć o tym, co usłyszała cztery godziny wcześniej. Dlatego usiadła przy kuchennym stole i zaczęła przeglądać formularze chętnych do sobotniej szkoły. Zalazła podanie dziewczynki, której adres się zgadzał. Victoria Crescent 3A. Zadzwoniła do wspólnej koleżanki, która zanosiła się od płaczu, bo była zaproszona na tego grilla, ale została w domu z przeziębionym dzieckiem. Dominika pomyślała, że Polaków na Jersey czekają ciężkie czasy.

O 20.15 w komendzie głównej Stewart Gull dał sygnał dziennikarzom, żeby włączyli mikrofony i kamery. Pochwalił policjantów i ratowników, którzy wzięli udział w popołudniowej interwencji. Była podręcznikowa. Poinformował również dziennikarzy, że ostatnie śledztwo w sprawie morderstwa prowadzono na Jersey w 2004 roku. Z kolei akcja zapobiegająca piciu do upadłego na ulicach spowodowała spadek lżejszych wykroczeń. W 2010 roku między styczniem a lipcem policjanci byli wzywani do pubów sto sześćdziesiąt cztery razy. Rok później już tylko sto czterdzieści dwa razy. Tak zwanych wydarzeń, przy których interweniowała policja, było mniej o trzydzieści procent.

Słowem: trzeba pamiętać, że przestępstwa takie jak na Victoria Crescent po prostu się nie zdarzają. Nie pasują do wizerunku wyspy.