Pustynna gorączkaTekst

Z serii: Satine
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Diana Palmer
Pustynna gorączka

Tłumaczenie:

Katarzyna Ciążyńska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Upalna, spalona słońcem południowo-wschodnia Arizona wydawała się Tylerowi Jacobsowi równie obca i nieprzyjazna jak Mars, i to nawet po sześciu tygodniach pracy na ranczu o nazwie Double R w pobliżu Tombstone. Ranczo to dysponowało także interesującą ofertą turystyczną.

Wziął sobie dzień wolnego, żeby polecieć do Jacobsville na ślub swojej siostry, Shelby, z Justinem Ballengerem, tym samym, którego przed kilku laty odtrąciła.

Tyler wrócił ze ślubu pełen niepokoju i wątpliwości. Nie potrafił tego rozgryźć. Para młoda wcale nie przypominała szczęśliwych nowożeńców. Tyler wiedział także, że Justin wciąż żywi do jego siostry uraz za zerwane przed laty zaręczyny, i wcale tego nie ukrywa.

No ale w końcu to nie jego interes, dlatego nie zadawał młodym zbędnych pytań. Swoją drogą dobrze, że Shelby w końcu poślubiła Justina, bo to gość o konserwatywnych poglądach i twardych zasadach, więc można liczyć na to, że dotrzyma małżeńskiej przysięgi. O wiele gorzej wyszłaby na związku z miejscowym playboyem, prawnikiem, który zatrudnił ją w swojej kancelarii. Zresztą sądząc po tym, jak Shelby patrzy na swego męża, jest w nim zakochana. A zatem Tyler doszedł ostatecznie do wniosku, że siostrze jakoś się ułoży.

Oczywiście na ślubie nie zabrakło Abby i Calhouna. Tyler z ulgą stwierdził, że krótkie zauroczenie Abby nieodwołalnie należy już do przeszłości. Nadszedł taki moment w jego życiu, kiedy był gotów ustatkować się i podświadomie rozglądał się za odpowiednią partnerką. Abby doskonale pasowała do jego wyobrażeń, ale serce nie bolało go już na jej widok.

Przymknął oczy, powątpiewając nagle, czy jest w ogóle zdolny do miłości. Czasami odnosił wrażenie, że jest uodporniony na wszystko, co w relacjach męsko-damskich przekracza powierzchowne zainteresowanie. Niemniej zawsze znajdzie się gdzieś jakaś kobieta, która potrafi złamać mężczyźnie serce, zanim ten zda sobie z tego sprawę.

Taka na przykład jak Nell Regan, z jej zaskakującymi słabościami, wrażliwością i współczuciem…

Kiedy ta niemiła konstatacja wpadła mu do głowy, zmrużył oczy, dostrzegając sylwetkę jeźdźca na koniu, zbliżającego się od strony rancza.

Westchnął zirytowany, patrząc na rosnące na nieogarnionej przestrzeni krzewy kreozotowe. Ten rodzaj roślinności zdominował krajobraz aż po Dragoon Mountains, stanowiące jeden z bastionów walecznych Apaczów w połowie dziewiętnastego wieku. Pora monsunów dobiegała już niemal kresu. Tego dnia temperatura sięgała czterdziestu stopni Celsjusza.

Niech będzie przeklęty ten, pomyślał Tyler, kto twierdzi, że suchy upał nie jest dokuczliwy. Pot zalewał jego oliwkową skórę, spływał spod popielatego stetsona i moczył kowbojską batystową koszulę.

Zdjął kapelusz, odsłaniając czarne jak węgiel włosy, i otarł pot z czoła, równocześnie robiąc rozeznanie. W tej okolicy jedna dolina do złudzenia przypominała drugą, a pasma górskie ciągnęły się aż po odległy horyzont. Jeśli ktoś ma dość miejskiej ciasnoty i tęskni za przestrzenią, Arizona jest dla niego wprost idealnym miejscem.

Tyler buszował w zaroślach, robiąc obławę na cielaki rasy hereford, które gdzieś pobłądziły. Jego znoszone skórzane ochraniacze na spodnie zostały bezlitośnie potraktowane przez różnorakie gatunki nabitych igłami kaktusów tam, gdzie krzewy kreozotowe nie rosły tak gęsto. Bo w pobliżu tych niewielkich krzewów nie przyjmowało się dosłownie nic. Powąchawszy zielonych chaszczy, szczególnie w deszczu, Tyler łatwo zrozumiał, dlaczego tak się dzieje.

Sylwetka na koniu znajdowała się jeszcze dość daleko, kiedy zorientował się, że to Nell. Coś się musiało stać, pomyślał, bo ostatnio starała się go unikać. Zasmuciło go zresztą, że niespodzianie ich drogi tak się rozeszły. Kiedy go odbierała z lotniska w Tucson, odniósł wrażenie, że mogą się zaprzyjaźnić. Aż tu z niewiadomych powodów Nell odsunęła się od niego.

Niewykluczone, że wyjdzie mu to na dobre. Zarabiał tyle, że ledwie starczało na życie, a prócz tego nie posiadał nic więcej. Jego rodzinny majątek przepadł z kretesem. Nie miał nic do zaoferowania kobiecie takiej jak Nell. Tak czy owak, dręczył się tym, że ją zranił, choćby nieumyślnie.

Nell nie rozmawiała z nim na temat minionych lat, on także nie poruszał tego tematu. Wiedział skądinąd, że w jej przeszłości wydarzyło się coś, co usposobiło ją niechętnie do mężczyzn. Z premedytacją ukrywała swe kobiece wdzięki, jakby była gotowa na wszystko, byle tylko nie przyciągać męskich spojrzeń. Na początku pozwoliła Tylerowi zbliżyć się do siebie, on zaś traktował ją jak sympatyczne i inteligentne dziecko. Bardzo starała się, żeby poczuł się na ranczu jak u siebie, podrzucała mu poduszki z puchu i rozmaite inne rzeczy, byle tylko się zadomowił.

On natomiast żartował z nią i flirtował, ale taktownie, i cieszył się jej nienachalnym, cichym towarzystwem.

Aż tu nagle, niczym grom z jasnego nieba, spadła na niego wiadomość, że owo dziecko to w rzeczywistości dorosła dwudziestoczteroletnia kobieta, która na domiar złego błędnie interpretuje sobie jego żarty. Od tamtego wieczoru Tyler i Nell stali się sobie prawie obcy. Ona wystrzegała się go, jak mogła, poza obowiązkowymi tańcami dwa razy w miesiącu.

Pod tym jednym względem z pewnością Tyler był jej przydatny. Wciąż kryła się za jego plecami na owych potańcówkach, które co drugą sobotę odbywały się w stodole. Był to jedyny okruch, jaki pozostał z ich całkiem przyjaznych relacji. Dla niego, co prawda, trochę obraźliwy, ponieważ gdyby Nell uznała go za atrakcyjnego, uciekłaby od niego gdzie pieprz rośnie.

Za to on w obelżywych słowach opowiedział o niej swojej siostrze Shelby, choć wcale nie miał takiego zamiaru. Nie chciał po prostu, by ktokolwiek sobie pomyślał, że czuje miętę do małej kowbojki.

Westchnął po raz kolejny. Nell była już tuż-tuż, jak zwykle w zbyt obszernych dżinsach, luźnej koszuli i miękkim kapeluszu. Zdecydowanie nie był to strój, który pobudziłby fantazje erotyczne mężczyzny. Dla Tylera jednak skromność Nell i jego własna empatia stanowiły wystarczający powód do niepokoju, nie potrzebował do tego komplikacji w postaci na przykład doskonałej kobiecej figury.

Ściągnął brwi, ciekaw mimo wszystko, jak ta mała wygląda pod tym obszernym kostiumem. Akurat się dowiem, pomyślał, zaśmiawszy się gorzko. Przecież już ją od siebie odstraszył.

Nie był zarozumiały, ale musiał przyznać, że kobiety zawsze do niego lgnęły. Jego pieniądze przyciągały rozmaite ślicznotki i zwykle dostawał to, czego zapragnął. Nic zatem dziwnego, że ta dziewczyna z kamienia ukłuła dość boleśnie jego dumę.

– Znalazłeś już te pogubione cielaki? – spytała zdenerwowana, zatrzymując konia.

– Sprawdziłem dopiero jakieś siedem i pół tysiąca kilometrów – mruknął z nutą wrogości. – Gdziekolwiek są, mają pewnie luksus w postaci wystarczającej ilości wody do picia. Bóg wie, że poza porą monsunów potrzeba czarodziejskiej różdżki albo trzeciego oka, żeby ją znaleźć w tym pustkowiu.

Nell w milczeniu wpatrywała się w jego twarz.

– Nie lubisz Arizony, prawda?

– Czuję się tu obco.

Przeniósł spojrzenie na horyzont, gdzie poszarpane szczyty gór zmieniały barwę wraz z upływem dnia. Najpierw były ciemne, potem fioletoworóżowe, a jeszcze później pomarańczowe.

– Trzeba się do tego przyzwyczaić, a jestem tu dopiero parę tygodni.

– Ja się tutaj wychowałam – zauważyła. – Kocham to miejsce, tylko na pierwszy rzut oka wygląda na jałowe. Kiedy się lepiej przyjrzysz, zobaczysz, ile tu przejawów życia.

– Ropuchy, węże, helodermy meksykańskie – przytaknął zgryźliwie.

– Kacyki pąsowobokie, strzyżyki, kukawki srokate, sowy, jelenie – poprawiła go. – Nie wspominając już o tysiącach kwiatów. Nawet kaktusy tutaj zakwitają – dodała, a w jej ciemnych oczach pojawiła się jakaś łagodność, w głosie zaś rzadkie ciepło.

Tyler pochylił głowę i zapalił papierosa.

– Dla mnie to tylko pustynia. A jak twoja wyprawa?

– Zostawiłam gości z Chappym – odrzekła z westchnieniem. – Pan Howes sprawiał wrażenie, że jeszcze jeden skok i wyląduje na ziemi. Mam nadzieję, że wróci na ranczo cały i zdrowy.

Twarz Tylera przeciął wątły uśmiech, gdy zerknął na swą młodą pracodawczynię.

– Jeśli spadnie z konia, trzeba by dźwigu, żeby go znowu posadzić w siodle.

Nell uśmiechnęła się niemal bezwiednie. Tyler nawet nie wiedział, że jest pierwszym mężczyzną od wielu lat, przy którym się uśmiecha. Była poważna i zamknięta w sobie przez większość czasu, poza chwilami, gdy właśnie on znajdował się w pobliżu. Ale potem przypadkiem dowiedziała się, co on naprawdę o niej myśli…

– Tyler, mógłbyś się za mnie zająć gośćmi? – spytała niespodzianie. – Marguerite przyjeżdża na weekend z chłopcami, muszę pojechać po nich do Tucson.

– Dam sobie radę, jeśli namówisz Crowbaita do gotowania – zgodził się. – Nie mam zamiaru znowu zajmować się kuchnią. Już prędzej stąd odejdę.

– Crowbait nie jest taki zły – stanęła w obronie swojego pracownika. – On tylko – zmrużyła oczy, szukając właściwego słowa – jest jedyny w swoim rodzaju.

– Ma temperament pumy, język kobry i maniery byka w czasie rui – podsumował.

Nell skinęła głową.

– No właśnie, dlatego jest niepowtarzalny.

Tyler wybuchnął śmiechem, po czym głęboko zaciągnął się papierosem.

– No dobra, szefowo, poszukam lepiej tych naszych zgub, zanim kogoś zaswędzi ręka, żeby je ustrzelić na kolację. Nie potrwa to już długo.

 

– Chłopcy chcą zobaczyć groty strzał Apaczów – dodała z wahaniem Nell. – Obiecałam im, że cię poproszę.

– Twoi bratankowie to bardzo miłe dzieciaki – powiedział ku własnemu zaskoczeniu. – Tylko potrzebują silniejszej ręki.

– Marguerite nie jest idealną matką dla dwóch bardzo żywych chłopców – tłumaczyła ją Nell. – Od śmierci Teda jest coraz gorzej. Mój brat poradziłby sobie z nimi.

– Marguerite powinna wyjść za mąż.

Uśmiechnął się na myśl o tej kobiecie. Była jak życie, do którego przywykł przez lata – efektowna, nieskomplikowana i miła. Lubił ją, bo wnosiła ze sobą słodkie wspomnienia. Prawdę mówiąc, była dokładnym przeciwieństwem Nell.

– Taka kobieta nie powinna mieć z tym problemu – dodał po namyśle.

Nell zdawała sobie sprawę z urody swojej szwagierki, a mimo to zabolało ją, że Tyler też ją docenia. Zbyt dobrze znała swoje wady, swoją okrągłą twarz, duże oczy i wysokie kości policzkowe. Przytaknęła jednak, wykrzywiając nieumalowane wargi w wymuszonym uśmiechu. Nigdy się nie malowała. Nigdy nie robiła nic, by zwrócić na siebie uwagę… aż do niedawna. Uparła się, żeby wzbudzić podziw Tylera, ale uwaga Belli natychmiast wybiła jej ten pomysł z głowy. Zaś późniejsze zachowanie Tylera upewniło ją w przekonaniu, że jej pomysł był poroniony.

Teraz wiedziała już, że nie ma sensu robić do niego pięknych oczu. Poza tym to właśnie Marguerite była w jego stylu. Zresztą szwagierka także wykazała już zainteresowanie przystojnym Teksańczykiem.

– No to pojadę do Tucson, jeśli się zgadzasz. Jeżeli nie znajdziesz cielaków do piątej, wracaj. Rano poprosimy twoich teksaskich przyjaciół, żeby ich poszukali – dorzuciła, mając na myśli dwóch starszych wiekiem robotników, którzy jak Tyler pochodzili z Teksasu i przez sześć tygodni od jego przybycia zdążyli się z nim zaprzyjaźnić.

– Znajdę je – powiedział. – Muszę się tylko rozejrzeć za jakąś większą kałużą wody, na pewno będą tam stały z pochylonymi łbami.

– W każdym razie uważaj – mruknęła. – Tu bywa gorzej niż w Teksasie. W jednej chwili możesz mieć nad sobą błękitne niebo, a zanim się zorientujesz, spadnie ci na głowę deszcz.

– Tam, skąd pochodzę, też zdarzają się nagłe ulewy – przypomniał jej. – Znam to.

– Chciałam tylko, żebyś pamiętał – powiedziała zła na siebie, że zdradziła się niechcący z troską o niego.

Tyler przymknął oczy z grymasem mało przyjaznego uśmiechu, dotknięty jej protekcjonalnym podejściem.

– Jak będę potrzebował opiekunki, kochanie, dam ogłoszenie – oznajmił z teksaskim akcentem.

Nell zacisnęła zęby, słysząc jego obraźliwe słowa.

– Aha, jeśli znajdziesz jutro chwilę, chciałabym, żebyś porozmawiał z Marlowe’em. Jedna z kobiet skarżyła się, że Marlowe przeklina, kiedy przygotowuje dla niej konia.

– Nie możesz sama tego zrobić?

Nell przełknęła głośno ślinę.

– Ty jesteś ich przełożonym. To chyba twój obowiązek.

– Owszem, jeśli pani tak twierdzi, proszę pani. – Przytaknął i dość bezczelnie przystawił palce do ronda kapelusza.

Ona zaś zbyt szybko zawróciła, omal nie tracąc równowagi. Przeszła w kłus, wymawiając z czułością imię konia, by go uspokoić. Miała świadomość, że Tyler ją obserwuje, i poczuła się jeszcze gorzej. Była ostatnią osobą na ranczu, która skrzywdziłaby konia, ale Tyler posiadał niewątpliwy talent do nadeptywania jej na palce.

Odprowadzał ją wzrokiem, ściskając w dłoniach tlącego się papierosa. Nell stanowiła dla niego zagadkę. Nie przypominała żadnej ze znanych mu kobiet i tym właśnie go intrygowała.

Żałował, że stali się wrogami. Nawet gdy zachowywała się wobec niego uprzejmie, towarzyszyła temu rezerwa. Gdy była zmuszona rozmówić się z nim w jakiejś sprawie, podświadomie sztywniała.

Ale teraz nie miał czasu na marzenia na jawie. Musi znaleźć sześć cielaków w biało-czerwone łaty, i to jeszcze przed zapadnięciem zmroku.

Zawrócił konia i wjechał w gęsty busz.

Tymczasem Nell wlokła się z powrotem do domu zbudowanego z wypalonej na słońcu cegły. Wcale nie miała ochoty gościć u siebie Marguerite, ale nie znalazła wymówki, która powstrzymałaby tę rudowłosą kobietę przed wizytą. Wciąż dzwoniła jej w uszach uwaga Tylera. No tak, uważał, że jej szwagierka jest atrakcyjna, ona zaś bynajmniej nie przyjeżdżała na ranczo, by odwiedzić Nell.

Zarzuciła sieci na Tylera i wcale tego nie ukrywała, uwodząc go całkiem ostentacyjnie.

Marguerite ma wszelkie prawo szczycić się urodą – rude włosy, zielone oczy, a na dodatek los obdarzył ją sylwetką, na której wszystko leżało jak ulał.

Nell i Marguerite żyły raczej zgodnie, pod warunkiem, że unikały oglądania się w przeszłość, dziewięć lat wstecz. To właśnie z powodu Marguerite młodziutka Nell doznała szwanku na duszy. I nie była w stanie tego zapomnieć.

Z drugiej strony, dopiero po przyjeździe Tylera Nell uświadomiła sobie, jak często szwagierka ją wykorzystuje. Co gorsza, Margie była impulsywna i bez uprzedzenia zapraszała na ranczo i na konne przejażdżki swoich znajomych czy też zostawiała swoich synów pod opieką Nell.

Do niedawna Nell to nie przeszkadzało, ale ostatnio stała się dziwnie niespokojna i uparta. Przestało jej się podobać, że Marguerite spędza u niej aż dwa weekendy w miesiącu. Uznała, że powinna jej to powiedzieć. Miała zwyczaj ulegać, ale postanowiła to zmienić. Zresztą już posłała nieomylne sygnały, że nie da sobie więcej wchodzić na głowę.

Nell była pewna, że Margie przyjeżdża znowu wyłącznie z powodu Teksańczyka. Czuła żal, że Tyler w tak oczywisty sposób wyraził brak zainteresowania jej osobą, bo gdyby nie to, mogłaby się zaangażować uczuciowo. Ale trudno. Tylerowi podoba się Margie, a Nell nie stanowi dla niej żadnej konkurencji.

Z drugiej strony, nie miała najmniejszej ochoty służyć Margie dłużej za wycieraczkę. Nadeszła pora, żeby dać temu zdecydowany wyraz.

Kiedy Nell zaparkowała forda tempo przed wejściem do domu, Margie i jej synowie, Jess i Curt, byli już spakowani i czekali na nią. Chłopcy, rudowłosi i zielonoocy jak ich matka, ruszyli prosto ku niej.

Jess skończył siedem lat i był poważniejszy. Pięcioletniemu Curtowi buzia się nie zamykała.

– Cześć, ciociu, zabierzesz nas na polowanie na jaszczurki? – spytał, wdrapując się na tylne siedzenie tuż przed swoim wyższym bratem.

– Co tam jaszczurki, głupku – odezwał się Jess z pogardą. – Ja chcę poszukać strzał Apaczów. Tyler mówił, że mi pomoże.

– Przypomniałam mu o tym – zapewniła Nell starszego z chłopców. – Ja pójdę z Curtem polować na jaszczurki.

– Na widok jaszczurki od razu mi dreszcz przechodzi po plecach – odezwała się Marguerite.

Była niższa od Nell, ale tak samo szczupła. Miała na sobie suknię w zielono-białe paski, która wyglądała na równie kosztowną co brylantowe kolczyki w jej uszach i pierścionek z rubinem na palcu prawej ręki. Niedawno przestała nosić obrączkę – prawdę mówiąc od chwili, gdy na ranczu zaczął pracować Tyler.

– Jak złapię jaszczurkę, będzie ze mną mieszkała – oznajmił chełpliwie Curt.

Nell zaśmiała się ciepło, w owalu twarzy chłopca i zarysie jego brody widząc podobieństwo do brata. Posmutniała trochę, ale minęły właśnie dwa lata od śmierci Teda i największy ból zostawiła już za sobą.

– Pozwolisz mu?

– Nie w moim domu – stanowczo oświadczyła Marguerite.

Po śmierci męża w gotówce odebrała należną część wartości rancza i przeniosła się do miasta. Nigdy tak naprawdę nie polubiła życia na wsi.

– To niech on sobie mieszka z ciocią Nell! – zawołał Jess.

– Przestań pyskować, ty mały terrorysto. – Marguerite ziewnęła. – Mam nadzieję, że tym razem klimatyzacja będzie działać we wszystkich pomieszczeniach, Nell. Nie znoszę upałów. Powinnaś kazać Belli zrobić zapas butelek perriera. Za nic nie będę piła wody z tej waszej studni.

Nell siadła za kierownicą bez słowa. Marguerite miała zwyczaj zachowywać się jak dowódca zwycięskiej armii. Było to denerwujące i czasem wręcz żenujące, jak Margie nią dyrygowała, uważając na dodatek, że nie robi nic niewłaściwego. Nell znosiła to cierpliwie dość długo z lojalności wobec zmarłego brata i ze względu na chłopców, na których na pewno odbiłby się jej bunt. Ale wcale nie przychodziło jej to łatwo.

Lecz od kiedy szwagierka zaczęła oblegać Tylera, Nell zaczęła jej odszczekiwać. Teraz, gdy się już w tym wyćwiczyła, nie pozwalała sobie niczego dyktować. Przypatrywała się Margie chłodnym wzrokiem, podczas gdy chłopcy kłócili się z tyłu o miejsce przy oknie.

– Ranczo należy do mnie – przypomniała spokojnie. – Wuj Ted sprawuje nad nim pieczę, póki nie skończę dwudziestu pięciu lat, ale potem zostanę jedynym właścicielem. Pamiętasz chyba testament mojego ojca: dostaliśmy z bratem po połowie. Wuj Ted jest wykonawcą testamentu. Po śmierci męża otrzymałaś połowę wartości rancza w gotówce, więc mi nie rozkazuj. Nie masz też prawa do żadnych specjalnych względów tylko dlatego, że jesteś moją szwagierką.

Marguerite na chwilę zaniemówiła. Nell nie miała dotąd zwyczaju odpowiadać jej tak hardo.

– Nie o to mi chodziło – zaczęła z wahaniem.

– Nie zapomniałam, co się stało dziewięć lat temu, nawet jeśli ty chcesz zapomnieć – dodała Nell nieco ciszej.

Marguerite zrobiła się czerwona jak burak i zaraz odwróciła głowę.

– Przepraszam, wiem, że mi nie wierzysz, ale naprawdę mi przykro. Ja też muszę z tym żyć. A jak wiesz, Ted mnie za to znienawidził. Po tamtym przyjęciu wszystko się zmieniło w naszym domu. Bardzo mi go brakuje, bardzo – dodała pojednawczym tonem, zerkając na Nell z ukosa.

– No jasne – zgodziła się z ironią, zapalając silnik. – To dlatego się tak odstawiłaś i szukasz pretekstu, żeby męczyć się w tym skwarze na ranczu. To wszystko z tęsknoty za Tedem, to dlatego chcesz się pocieszyć z moim pracownikiem.

Marguerite otworzyła szeroko usta, ale Nell zignorowała jej ewentualne protesty. Zaczęła opowiadać bratankom o nowych cielakach, a Margie nie odezwała się już do końca drogi.

Jak zwykle na widok Marguerite piersiasta gospodyni imieniem Bella wyniosła się truchtem tylnymi drzwiami, udając, że niesie placek z jabłkami do baraku robotników.

Po drodze zderzyła się z Tylerem, całym w kurzu, który wracał wyczerpany i zdenerwowany.

– A dokąd to? – zapytał i wyszczerzył do niej zęby, naśladując jej akcent.

– Ukrywam się – odparła, jakby ją coś ugryzło, odsuwając do tyłu włosy w kolorze soli z pieprzem. Jej oczy zalśniły bojowo. – Ona znowu przyjechała! – dodała z dezaprobatą.

– Ona?

– Jej Wysokość lady Leniuch. Tego tylko Nell brakuje, jeszcze więcej typków, wokół których trzeba się nachodzić. Ta wygodnicka ruda modelka palcem nie kiwnęła, od kiedy biedny Ted się utopił. Wiesz, prawie wyschnięte koryto nagle przybrało i tyle. Gdybyś wiedział, co ta latawica zrobiła Nell. – Zaczerwieniła się, uświadamiając sobie raptem, do kogo to mówi, i zakasłała zmieszana. – Upiekłam placek dla robotników.

– To dla mnie upiekłaś placek – zauważyła Nell, która wyszła tylnymi drzwiami za swoją gospodynią. – A teraz chcesz go oddać, bo przyjechała moja szwagierka. Chłopcy lubią ciasto, przecież wiesz. A Margie i tak nie zechce psuć sobie figury słodyczami.

– Ale już mi dzień zepsuła – odparowała Bella. – Będzie zaraz życzyła sobie to i tamto. A to posłać jej łóżko, a to przynieść ręcznik, usmażyć omlet… Sama nawet własnego buta nie podniesie, filiżanka z kawą jest dla niej za ciężka. Ona jest za dobra do roboty.

– Nie pierz publicznie domowych brudów – skarciła ją Nell, zerkając na Tylera.

Bella uniosła majestatycznie głowę.

– On nie jest ślepy. Widzi, co się tu wyprawia.

– Zanieś mój placek z powrotem do domu – poleciła Nell.

Gospodyni zdenerwowała się nie na żarty.

– Ona nie dostanie ani kawałka.

– Dobrze, powiedz jej to sama.

Bella energicznie kiwnęła głową.

– Nie myśl, że tego nie zrobię. – Przeniosła wzrok na Tylera i uśmiechnęła się serdecznie. – A ty możesz dostać kawałeczek.

Tyler zdjął kapelusz i ukłonił się.

– Zjem każdy okruszek dwa razy.

Bella roześmiała się zadowolona i wróciła do domu.

– Nie spóźniłeś się na biwak? – zainteresowała się Nell.

– Odwołaliśmy go – odparł. – Pan Curtis wpadł na kaktus, a pani Sims rozchorowała się po chili, które jedliśmy na lunch, i położyła się do łóżka. Reszta towarzystwa stwierdziła, że woli pooglądać telewizję.

Nell uśmiechnęła się blado.

– No cóż, najlepsze plany… Spróbujemy w następnym tygodniu.

 

Tyler wpatrywał się w nią, mrużąc oczy.

– A propos dzisiejszego popołudnia… – zaczął, zatrzymując zaskoczone spojrzenie Nell.

Zanim zdążył dokończyć, drzwi za jej plecami otworzyły się na całą szerokość.

– Tyler, jak miło cię znowu widzieć – rzekła Marguerite rozpromieniona.

– Miło panią widzieć, pani Regan – odparł z mniejszym entuzjazmem, omiatając jej szczupłe ciało wszystkowiedzącym wzrokiem. Margie nie zdobędzie go tą strategiczną pozą. On wie swoje, ale zabawnie było obserwować, jak napalona wdówka bardzo się stara.

Nell miała ochotę rzucić się na ziemię i spazmować, gdyby nie świadomość, że to i tak się na nic nie zda. Odwróciła się zatem i weszła do środka, poddając się bez walki.

Marguerite spojrzała na nią zdziwionym wzrokiem, lecz Nell nawet się nie obejrzała. Jeśli tak bardzo chce tego Tylera, niech sobie go bierze, proszę bardzo. W końcu ona nie ma mu nic do zaoferowania.

Kolacja minęła w spokoju, tylko chłopcy sprzeczali się zawzięcie o wszystko, od fasolki zaczynając, a kończąc na mleku.

– Tyler zabiera mnie jutro na przejażdżkę – oznajmiła Marguerite, patrząc znacząco na Nell. – Będziesz tak dobra i popilnujesz chłopców?

Nell podniosła wzrok. Czuła, że za chwilę wybuchnie.

– Prawdę mówiąc, będę zajęta – odparła z półuśmiechem. – Najlepiej zabierz ich ze sobą. Tyler wspominał, że chętnie pokaże im indiańskie strzały.

– No pewnie! – krzyknął Jess. – Ja chcę jechać.

– Ja też chcę! – dołączył zgodny w tym wypadku Curt.

Marguerite wyraźnie się zdenerwowała.

– Ale ja nie chcę z wami jechać.

– Nie kochasz nas – jęknął Jess.

– Nigdy nas nie kochałaś! – zawtórował mu Curt i podniósł lament.

Ich matka uniosła bezradnie ręce.

– No i widzisz, co zrobiłaś? – Utkwiła w Nell oskarżycielskie spojrzenie.

– Nic nie zrobiłam. Nie mam ochoty, żebyś mnie dalej wykorzystywała. – Nell spokojnie kończyła jeść ziemniaki. – I nie przypominam sobie, żebym cię tu zapraszała – ciągnęła chłodnym tonem – więc nie oczekuj, że będę niańką dla twoich dzieci.

– Zawsze się nimi chętnie zajmowałaś – przypomniała jej szwagierka.

– To było kiedyś. Teraz nie mam na to ochoty. Sama pilnuj swoich spraw.

– Rozmawiałaś z kimś? – spytała Marguerite, jednocześnie zaskoczona i zaintrygowana.

– Nie. Mam już dość dźwigania świata na swoich barkach. Czemu nie znajdziesz sobie jakiegoś zajęcia?

W odpowiedzi Marguerite tylko stęknęła głośno.

Nell wstała od stołu i wyszła, żeby do końca nie stracić nad sobą panowania.

Następnego ranka Tyler faktycznie zabrał Marguerite i chłopców na przejażdżkę. Nell musiała przyznać, że szwagierka świetnie prezentuje się w stroju do konnej jazdy, chociaż rzucało się w oczy, że nie cieszy jej obecność synów. Tyler zaś był zadowolony z ich obecności, ponieważ lubił dzieci.

Nell uśmiechnęła się. Ona też bardzo lubiła synów swojego brata, ale w końcu to Marguerite jest ich matką i jej świętym obowiązkiem jest się nimi opiekować.

Powędrowała do kuchni i ukroiła sobie kawałek placka. Nie miała jakoś ochoty jeść wcześniej śniadania w towarzystwie szwagierki ubolewającej nad koniecznością zabrania synów na romantyczny spacer.

– Co cię tak gryzie? – spytała Bella. – Och, pytam, jakbym nie wiedziała.

Nell zaśmiała się niepewnie.

– Ee, nic takiego.

– Dziewczyno, wykurzyłaś ją z domu! No, tylko sobie wyobraź! Odpaliłaś jej i nie pozwoliłaś sobą pomiatać. Chora jesteś czy jak? – dodała Bella, patrząc na nią przenikliwie.

Nell wbiła zęby w ciasto.

– Nie jestem chora. Mam już tylko po uszy tego zaharowywania się na śmierć.

– I patrzenia, jak Margie flirtuje z Tylerem, o ile się nie mylę.

Nell spiorunowała ją wzrokiem.

– Przestań. Wiesz, że go nie lubię.

– Lubisz, lubisz. Może to moja wina, że się między wami nie ułożyło – wyznała ze skruchą gospodyni. – Chciałam ci oszczędzić kolejnych ataków serca, bo inaczej nigdy bym mu słowa nie szepnęła, kiedy się wyszykowałaś w tę śliczną suknię.

Nell zakręciła się na pięcie. Nie znosiła, kiedy jej przypominano tamten dzień.

– On nie jest w moim typie – rzuciła szorstko. – On jest w typie Margie.

– Tak ci się tylko wydaje – mruknęła Bella. Odłożyła ścierkę i wpatrywała się w Nell.

– Już dawno chciałam ci powiedzieć, że większość mężczyzn to przyjemne stworzenia. Niektórych da się nawet oswoić. Nie wszyscy są tacy jak Darren McAnders – dodała, patrząc na pobladłą raptem twarz Nell. – Co prawda on nie był nawet taki zły, oczywiście tylko wtedy, kiedy nie zaglądał do kieliszka. On kochał Margie.

– A ja jego kochałam – powiedziała chłodno Nell. – Flirtował ze mną, zalecał się, tak samo jak Tyler na początku. A potem… zrobił to… a nawet mu się nie podobałam. Tylko po to, żeby wzbudzić zazdrość Margie.

– Tak, to było obrzydliwe – przyznała Bella. – I bardzo niedobre dla ciebie, bo tobie zależało i poczułaś się zdradzona i wykorzystana. Całe szczęście, że byłam akurat na górze.

– Tak – zgodziła się Nell. To były dla niej wciąż bolesne wspomnienia.

– Ale nie stało się w końcu nic tak strasznego, jak ci się zdawało – stwierdziła gospodyni, nie zwracając uwagi na zszokowaną minę Nell. – Nie stało – powtórzyła z przekonaniem. – Gdybyś się umawiała z chłopakami, chodziła na randki, wiedziałabyś to sama. A ty się nawet nie całowałaś…

– Przestań już – mruknęła Nell i włożyła ręce do kieszeni dżinsów. – To bez znaczenia. Jestem pospolitą wiejską dziewczyną i żaden mężczyzna i tak mnie nigdy nie zechce. Nawet gdybym się nie wiem jak bardzo starała. Słyszałam, co Tyler powiedział wtedy wieczorem – dodała z zimnym błyskiem w oczach. – Każde słowo słyszałam. Powiedział, że nie chce, żeby mu zadurzona chłopczyca deptała po piętach.

– A więc słyszałaś! – Bella westchnęła. – Tak mi się zdawało. I to dlatego od tamtej pory okładasz go lodem, jak się zbliży.

– To nieważne, rozumiesz? – rzekła Nell z wypracowaną obojętnością. – Dobrze, że zawczasu dotarło do mnie, jak bardzo go drażnię. Przynajmniej wiedziałam, czego się trzymać.

Bella chciała coś powiedzieć, otworzyła usta, ale najwyraźniej w ostatniej chwili ugryzła się w język.

– Jak długo zostaje Jej Wysokość?

– Do jutrzejszego popołudnia, dzięki Bogu. – Nell westchnęła. – No to lecę. Wybieramy się na przejażdżkę, a po południu zabieram cały samochód gości po zakupy do miasta. Chyba zawiozę ich do El Con. Pewnie zechcą sobie kupić na pamiątkę jakieś kowbojskie ciuchy w Cooper.

– Obok San Xavier jest złotnik – zauważyła Bella. – A jak ci zgłodnieją, możecie wpaść na placki Papago.

– Tohono o’odham – poprawiła ją odruchowo Nell. – Tak to naprawdę brzmi w języku Papago, co znaczy: ludzie z pustyni.

– Za Chiny tego nie wypowiem – mruknęła gospodyni.

– Ależ wypowiesz. Tohono o’odham. W każdym razie placki to dobry pomysł, jeśli zostanie nam trochę czasu.

– Czy jacyś mężowie będą się z wami ciągnąć?

Nell ściągnęła wargi.

– Myślisz, że cieszyłabym się tak, gdyby z nami jechali?

– Głupie pytanie – rzekła Bella z westchnieniem. – No to zabieram się do wyżerki. A może Chappy urządza dziś barbecue przed zabawą? Nigdy ze mną nic nie uzgadnia. Robi, co chce.

– Chappy faktycznie wspominał coś o barbecue. Przygotuj na wszelki wypadek miskę sałatki kartoflanej, upiecz bułeczki albo jakieś ciasto. – Objęła Bellę w jej imponującej talii. – Nie narobisz się w ten sposób, co? Poza tym, tak na moje oko, to Chappy ma na ciebie chrapkę.

Bella zarumieniła się, obrzucając Nell urażonym spojrzeniem.

– Ależ gdzie tam! No, idź już sobie i daj mi pracować.

– Tak, proszę pani. – Nell uśmiechnęła się i wybiegła na dwór tylnymi drzwiami.

Udała się prosto do stajni, żeby sprawdzić siodła przed poranną przejażdżką z gośćmi. Chappy Staples był sam. Nell wciąż trochę się go bała, choć znała go od lat. Był starszy niż większość mężczyzn pracujących na ranczu, za to najlepiej z nich wszystkich jeździł konno. Nigdy nie zdarzyło mu się odezwać do Nell niewłaściwie, lecz i tak czuła się przy nim onieśmielona, podobnie jak przy wszystkich mężczyznach poza Tylerem Jacobsem.