Powrót na ranczo

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Diana Palmer
Powrót na ranczo

Tłumaczenie:

Wanda Jaworska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Był to najgorszy z możliwych dni na realizowanie recept. Stojący za kontuarem udręczony farmaceuta próbował w tym samym czasie odbierać telefony, wyszukiwać leki, odpowiadać na pytania klientów i wydawać polecenia pracownikom. Ale każdy poniedziałek taki już jest, pomyślał Cyrus Parks. Dzień kaźni farmaceutów. Ludzie podczas weekendu starają się nie zawracać głowy lekarzom, odkładają to do poniedziałku, a potem w tłumie podobnych sobie okupują apteki. Tak właśnie było i z nim, i z prawie całą ciżbą czekającą w kolejce.

Gdy późnym piątkowym popołudniem byk ugodził go rogiem w rękę, tę samą, którą poparzył w czasie pożaru domu w Wyomingu, zamiast pojechać na pogotowie, czekał aż dwa dni, ryzykując, że rozwinie się gangrena. Jednak w ciągu tych wszystkich lat nabawił się tak wielu ran, że w zasadzie nawet nie czuł już bólu. Gdy minął weekend, wreszcie wybrał się do lekarza, który wypisał receptę na bardzo silny antybiotyk oraz lek przeciwbólowy i puścił do domu.

Teraz z widoczną niecierpliwością przestępował z nogi na nogę, prześlizgując się wzrokiem po osobach stojących najbliżej lady. Zatrzymał wzrok na pogodnie wyglądającej blondynce, która stała nieopodal. Znał ją. Większość mieszkańców Jacobsville w Teksasie ją znała. Była to Lisa Taylor Monroe. Jej mąż, Walt Monroe, tajny agent w wydziale do spraw narkotyków agencji federalnej, niedawno zginął, gdyż naraził się królowi narkotyków, Lopezowi. Lisa nie została jednak bez środków do życia. Miała niewielkie ranczo, które odziedziczyła po zmarłym ojcu.

Bezceremonialnie się w nią wpatrywał. Była pełna uroku, ale konkursu piękności raczej by nie wygrała. Ciemnoblond włosy zawsze czesała w kok, nigdy się nie malowała. Brązowe oczy skrywała za okularami w plastikowej oprawie, a kiedy pracowała na ranczu, nieodmiennie nosiła dżinsy i zwykły T-shirt. Walt Monroe kochał to ranczo. W czasie rzadkich odwiedzin w domu rzucał się do pracy, coś ulepszał, naprawiał, modernizował. Taką miał ambicję, a może nawet obsesję. Ranczo, choć na razie małe, z czasem powinno stać się ogromne, najlepiej zarządzane i najbardziej dochodowe w całym Teksasie. Niestety, nawet jeśli wizja Walta była genialna, to nie znalazła pokrycia w rzeczywistości, co rzecz jasna okazało się fatalne w skutkach. Gdy Lisa została wdową, szybko się dowiedziała, że ranczo jest na skraju bankructwa, a niewielkie oszczędności najpewniej nie starczą nawet na spłatę odsetek od pożyczki zaciągniętej przez zmarłego męża.

Wiedział co nieco o Lisie Monroe, jako że była jego najbliższą sąsiadką. Prowadziła hodowlę wołów, które sprzedawała każdej jesieni, niestety obecnie tonęła w długach i jej przyszłość rysowała się bardzo niepewnie. Podobnie jak wielu mieszkańców miasta, współczuł jej. Sam nie miał takich problemów. Stado rasowych byków zapewniało mu dostatnie życie. Poprzednia praca też przynosiła solidne profity, przynajmniej więc pod tym względem był dzieckiem szczęścia. Dawniej wykonywał specyficzne i wysoko opłacane zlecenia, a teraz sprzedawał wyselekcjonowane byki, a zdarzało się, że byk czempion osiągał cenę nawet miliona dolarów.

Tajemnicą poliszynela było, że Lisa Monroe spodziewa się dziecka. W mieście tak małym jak Jacobsville wszyscy wszystko o sobie wiedzą. Nie wyglądała na ciężarną, ale usłyszał, jak ktoś mówił, że teraz już po paru dniach można stwierdzić ciążę za pomocą odpowiednich testów. Musiał to być sam początek, bo obcisłe dżinsy podkreślały płaski brzuch i figurę, jakiej większość kobiet mogłaby pozazdrościć Lisie.

Jej sytuacja była bardzo niepewna. Wdowa, ciężarna, w dodatku zadłużona. Wkrótce może zostać bez dachu nad głową, gdy bank będzie zmuszony zająć jej własność. Cholerna szkoda, pomyślał. To ranczo mogłoby wspaniale prosperować.

Lisa przyciskała do piersi paczkę z zestawem opatrunkowym, czekając w kolejce do kasy.

– Znowu to samo, Liso? – spytała młoda kasjerka. – To już trzecia paczka w tym miesiącu. Naprawdę powinnaś coś zrobić z tym psem.

– Bonnie, przecież wiadomo, po kim ten szczeniak odziedziczył geny. Nie może być inny – tłumaczyła. – Wszystko niszczy, roznosi go temperament, ale zapowiada się na psa obronnego, więc muszę się z tym pogodzić.

– Kiedy się spodziewasz? – Kasjerka popatrzyła na jej płaski brzuch.

– Za osiem miesięcy i dwa tygodnie – odrzekła Lisa, po czym skrzywiła się lekko, znów myśląc o tym, że mąż zginął parę godzin po poczęciu dziecka, oczywiście o ile doktor Lou Coltrain nie pomyliła się w obliczeniach. Kochali się, rano Walt wyszedł i już nie wrócił.

– Masz przecież Masona. Pomaga na ranczu, no i zapewnia ci ochronę – mówiła dalej Bonnie. – Po co ci jeszcze pies?

– Mason przychodzi tylko w weekendy – odparła Lisa.

– Przysłał ci go Luke Craig, prawda? Mówił, że Mason nocuje na twoim ranczu, w baraku.

– Najczęściej spędza noce u swojej dziewczyny. – Lisa była już lekko zniecierpliwiona tą rozmową. – I bardzo dobrze. Ten facet się nie kąpie!

– Cóż, przynajmniej w tej całej sytuacji jest coś pozytywnego – skomentowała Bonnie. – Jeśli nie zostaje na noc, to powinnaś mu płacić tylko za weekendy… Chyba nie bulisz mu za cały tydzień?

– Przestań – mruknęła Lisa.

– Wybacz. – Wręczyła jej paragon. – Po prostu nie mogę spokojnie patrzeć na to, jak ludzie cię wykorzystują, to wszystko – skwitowała. – Na świecie jest tylu pasożytów, a ty jesteś chodzącą instytucją charytatywną. Nie warto się litować nad podłymi cwaniakami.

– Ludzie nie rodzą się podli, stają się tacy nie z własnej winy – zaoponowała Lisa.

– Na litość boską! – Cyrus dotąd trzymał język za zębami, wreszcie jednak nie wytrzymał. – Czy pani naprawdę to powiedziała?!

– Słucham? – Oczy Lisy za okularami wydawały się jeszcze większe, niż były w rzeczywistości.

– Czy pani mówi serio? – spytał obcesowo. – Każdy jest kowalem swojego losu, ot co! – stwierdził autorytatywnie.

Lisa wiedziała oczywiście, z kim ma do czynienia. Cyrus Parks był jej sąsiadem, lecz tak naprawdę w ogóle się nie znali. Mrukliwy samotnik, przy tym arogant. Do tej pory rozmawiała z nim tylko raz. Gdy przerzucała przez płot siano dla bydła, podszedł do niej i oświadczył prosto z mostu, że taką robotę powinien wykonywać jej mąż. Oczywiście Waltowi bardzo się nie spodobała ta sąsiedzka interwencja, choć wyraźnie stonował swoją reakcję. Nie wiedział, że Cyrus Parks miał ochotę zainterweniować już kilka dni wcześniej, lecz się powstrzymał. Patrzył tylko, jak Walt każe żonie przerzucać siano, po czym wdaje się w rozmowę, a tak naprawę flirtuje z ładną blondynką z firmy kurierskiej. Tak czy inaczej, Lisa była zła na sąsiada za wtrącanie się i arogancję. Nie lubiła Parksa i nie zamierzała tego ukrywać, choć jej mąż bardzo go szanował, a nawet czuł przed nim respekt.

– Nie mówiłam do pana – rzuciła opryskliwie. – Nic pan nie wie o moich sprawach.

– Wiem, że przepłaca pani zwykłego nieroba. Niech go pani zwolni – odparł niezrażony jej oczywistą niechęcią. – Przyślę kogoś, żeby nocował w baraku. Szczególnie po zmroku nie powinna pani przebywać sama w tak odludnym miejscu.

– Nie potrzebuję pańskiej pomocy – żachnęła się.

– Wręcz przeciwnie – stwierdził stanowczo. – Pani mężowi bardzo by się nie spodobało, gdyby wiedział, że pani sama zajmuje się ranczem. – Oczywiście wcale tak nie myślał, miał jednak nadzieję, że zdołał ukryć niechęć, którą czuł do zmarłego Walta Monroe. Dobrze pamiętał Lisę dźwigającą ogromne bele siana, podczas gdy jej mąż parę kroków dalej flirtował z ładną jasnowłosą kobietą. To cud, że nie poroniła, nosząc takie ciężary.

– Chyba ma pan rację – powiedziała łagodniejszym już tonem. Mimo wrogości, którą czuła do sąsiada, ujęła ją jego troska. – Mąż nie byłby zadowolony. – Dopiero teraz dostrzegła opatrunek na ręku Cyrusa. – Pan jest ranny! – zawołała z niekłamaną troską. – Co się stało?

– Pańskie leki, panie Parks. – Bonnie podała mu paczuszkę. – Doktor powiedział, że jeśli nie zażyje pan leku przeciwbólowego, to spuści mi lanie – dodała z szelmowskim uśmiechem.

– Dzięki. Niech się pani nie martwi, będę grzecznym pacjentem. – Gdy zobaczył, że Lisa odwróciła się do wyjścia, spytał szybko: – Jedzie pani do miasta?

– Cóż, tak… nie. Nawaliła mi pompa paliwowa. Przyjechałam z panem Murdockiem.

– Jak znam życie, co przynajmniej do północy będzie na zebraniu rady miejskiej.

– Tylko do dziewiątej, tak mi powiedział. Poczekam na niego w bibliotece.

– To bez sensu, powinna pani odpocząć. Zawiozę panią do domu. Przecież to po drodze.

– Jedź z nim – powiedziała stanowczo Bonnie. – Zadzwonię do magistratu i powiadomię pana Murdocka, że ma cię z głowy.

– Świetnie. – Cyrus skinął jej głową, po czym wziął Lisę pod rękę i wyprowadził na ulicę, gdzie stał zaparkowany ford expedition. Zresztą trudno go było nie zauważyć nie tylko z powodu rozmiarów, bił również po oczach wyrazistą barwą lakieru.

– Pomyśleć, że ma pan czerwony samochód – zauważyła z lekką kpiną Lisa. – Gdybym miała się zakładać, wszystkie dolce postawiłabym na czarny.

– Tylko taki mieli, a nie mogłem czekać. Proszę. – Pomógł jej wsiąść i mimo zranionej ręki zręcznie zapiął pas. Musiał się przy tym pochylić. Ot, nic nadzwyczajnego, a jednak dla Cyrusa była to szczególna chwila. Od czasu, gdy jego żona i syn zginęli w pożarze, nie znalazł się tak blisko kobiety. Choć nawet nie odnotował, że to jakaś szczególna chwila. Zauważył tylko, że Lisa ma bardzo łagodne ciemnobrązowe oczy i cudowną cerę, lekko zaokrągloną brodę i piękne usta, a także malutkie uszy. Przez moment wyobrażał sobie, jak wygląda nocą ta burza ciemnozłotych włosów, gdy Lisa wyjmie z nich spinki. Więc może jednak działo się coś wyjątkowego? W każdym razie skarcił się w duchu za tę ciekawość. Zacisnął wargi, zapiął pas i cofnął się, żeby zapiąć swój.

 

Lisa odetchnęła z ulgą, kiedy się od niej odsunął. Ta bliskość rozdrażniła ją, wytrąciła z równowagi. Zarazem zdziwiła ją taka reakcja. Była mężatką przez dwa miesiące, więc męskie towarzystwo nie powinno jej peszyć. Tyle że Walt traktował ją w szczególny sposób. Mówiąc wprost, nie był nią zainteresowany jako kobietą. Lisa po każdej małżeńskiej nocy utwierdzała się w przekonaniu, że Walt nie jest usatysfakcjonowany, jakby seks z żoną nie dostarczał mu żadnej przyjemności. Śpieszył się, załatwiał sprawę i koniec, przez co Lisa nie przeżyła żadnych erotycznych uniesień. To wszystko, o czym słyszała, czytała lub widziała w filmach nadal pozostało dla niej czystą teorią, ziemią nieznaną. Podobno dostępną innym kobietom. Podobno… Czego się jednak spodziewała? Wiedziała przecież, dlaczego Walt się z nią ożenił. Chciał zemścić się na kobiecie, której naprawdę pragnął, a jedyne, co pociągało go w Lisie, to ranczo jej ojca. Całkiem oszalał na jego punkcie. Walta opętała wizja, że z czasem stworzy ogromne imperium hodowlane. I w krótkim czasie doprowadził ranczo na skraj bankructwa.

– Ma pani zarządcę? – spytał, gdy wjechali na pustą autostradę.

– Nie stać mnie – odparła ze smutkiem. – Walt miał wielkie plany, ale na ich urzeczywistnienie zabrakło kapitału. Zaciągnął więc kredyt, żeby kupić woły, ale nie przewidział nadchodzącej suszy. – Prawda była taka, że nie uwzględnił w kalkulacji żadnego ryzyka, tylko liczył przyszłe zyski. – Bardzo chciałam, żeby mu się powiodło. Gdyby tak się stało, nie musiałby pracować jako tajny agent, zostałby w domu. – Oczy zaszły jej łzami. – Miał dopiero trzydzieści lat.

– Manuel Lopez jest mściwy – powiedział cicho. – Gdy kogoś bierze na cel, mierzy nie tylko w niego, ale i w całą rodzinę. No, z wyjątkiem małych dzieci. Jeśli ma jakąś zaletę, to wyłącznie tę. – Z namysłem popatrzył na Lisę. – Ktoś powiedział, że zemsta jest największą namiętnością Lopeza, a ja się z tym zgadzam, dlatego nie tylko z obawy przed zwykłymi rabusiami powinna pani zadbać o ochronę. Pies to dobry pomysł, nawet szczeniak zaszczeka, gdy ktoś zbliży się do drzwi, ale tak czy inaczej, jakiś mężczyzna powinien stale nocować na pani ranczu.

– Skąd pan wie o Lopezie? – spytała.

– To jego zbiry podłożyły ogień w moim domu w Wyomingu. Żona i pięcioletni syn zginęli w pożarze. – Patrzył przed siebie, na ginącą w oddali wstęgę szosy. – I nawet gdyby to była ostatnia rzecz, którą zrobię w życiu, każę mu za to zapłacić.

– Mój Boże… nie miałam pojęcia… – Wzdrygnęła się na widok wyrazu jego twarzy. – Tak mi przykro, panie Parks. Słyszałam o pożarze, ale… – Umknęła wzrokiem, patrzyła za okno. – Przekazano mi, że Walt, nim skonał, wyszeptał dwa słowa: „Dorwijcie Lopeza”. – Wyprostowała się, w jej głosie pojawiła się twarda nuta: – Wiem, że go dorwą. Po prostu to wiem. – Zacisnęła pięści. – Dostaną go, nieważne, ile ich to będzie kosztować.

Choć rozmawiali o jego śmiertelnym wrogu, Cyrus uśmiechnął się mimo woli, nie zdołał się też powstrzymać od bardzo osobistego komentarza:

– Nie jest pani aż tak spokojna i nieśmiała, na jaką pani wygląda, prawda, pani Monroe?

– Jestem w ciąży, panie Parks, więc często bywam rozdrażniona i łatwo wpadam w gniew.

– Rozumiem… – Zadumał się na moment. – Pobraliście się tak niedawno…

– To żadna tajemnica – przerwała mu cierpko. – Zresztą tutaj wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, nawet gdy nie utrzymują sąsiedzkich kontaktów, co mi zresztą nie przeszkadza. Ale do czego pan zmierza, panie Parks?

– Ciekawi mnie, czy chciała pani tak szybko po ślubie zostać matką? Nowoczesne małżeństwa często z tym czekają, realizują zawodowe cele…

– Kocham dzieci – znów wpadła mu w słowo, lecz tym razem z ciepłym uśmiechem. – I nie jestem nowoczesna. Nigdy nie marzyłam o karierze, uwielbiam to nasze spokojne życie w Jacobsville, gdzie wszyscy się znają, a przestępstwa zdarzają się bardzo rzadko. Na tutejszym cmentarzu spoczywają moi rodzice i dziadkowie. Jestem stąd i nigdzie się nie wybieram. – Przerwała na moment. – A po ślubie zostałam żoną w staromodnym stylu. To był mój wybór, dobrze czułam się w tej roli. Dbałam o Walta, gotowałam i wykonywałam te wszystkie prace domowe, które, jak słyszę, nie dają już kobietom żadnej satysfakcji. – Uśmiechnęła się leciutko. – No, może poza Lisą Taylor Monroe. I wie pan, jestem aż tak staromodna – uśmiechnęła się szerzej, a w oczach pojawiły się figlarne iskierki – że do ślubu szłam jako dziewica. Aby jednak nie przesłodzić mojego jakże godnego podziwu wizerunku, dodam, że kiedy już się buntuję, to na całego.

– Czyli w sumie wychodzi na to, że jest pani staromodną buntowniczką – skomentował rozbawiony. I zaraz dotarło do niego, że śmiał się po raz pierwszy od niepamiętnych czasów.

– I to, i to mam w genach – odparła pogodnie. – A pan skąd pochodzi?

– Z Teksasu.

– Ale mieszkał pan w Wyomingu.

– Bo myślałem, że tam nie sięgają macki Lopeza. – Przymknął na moment oczy. – Okazałem się głupcem… Gdybym od razu przyjechał tutaj, być może nigdy by nie doszło… – Zamilkł, przecierając ciężko twarz.

– Nasza policja jest dobra, ale… – zaczęła Lisa.

– Nie wie pani, kim jestem? No, kim byłem? – Popatrzył na nią ze zdziwieniem. – Kiedy Eb Scott wysłał za kratki dwóch najlepszych ludzi Lopeza za usiłowanie zabójstwa, o tej akcji dużo było w teksańskich mediach. Ale to nie wszystko. Znam to tylko z relacji, ale dziennikarz z Houston, który opisał karierę zawodową Eba, podał też do publicznej wiadomości, że kilku jego dawnych kompanów zamieszkało w Jacobsville.

– Regularnie czytam gazety… – Zmarszczyła czoło. – Tak, pamiętam tamten artykuł. Opisano karierę zawodową człowieka, który kierował akcją, i tak dalej, i tak dalej, ale nie podano żadnych nazwisk. Zwróciło to moją uwagę, na pewno się nie mylę.

– Naprawdę? – Zatrzymał samochód przed znakiem stop. – To znaczy, że skutecznie zatajono personalia Eba, co w kontaktach z mediami raczej rzadko się udaje. – Uśmiechnął się cierpko.

– A pan kim był? – Spojrzała na niego, nie kryjąc ciekawości.

– Jeśli gazety o tym nie wspomniały, to i ja nie powiem.

– Był pan jednym z tych jego dawnych kompanów? – nie ustępowała.

Zawahał się, ale nie trwało to długo. Lisa nie sprawiała wrażenia plotkary, wystarczyło chwilę z nią pobyć, by to wiedzieć. Dlaczego więc miałby nie wyznać jej prawdy?

– Tak, pani Monroe. Mówiąc dokładniej, byłem najemnikiem, zawodowym żołnierzem, któremu zlecano najtrudniejsze zadania – zakończył z goryczą.

– Ale z poszanowaniem zasad, prawda? Nie pracował pan dla Lopeza? Nie zarabiał pan na narkotykach?

– Słucham?! – obruszył się. – Oczywiście, że nie!

– Też tak myślałam. – Wygodniej oparła się o siedzenie. – Ale to zajęcie tylko dla wybranych, prawda? Trzeba być bardzo odważnym i sprawnym, przejść odpowiednie szkolenie, mieć w sobie coś z hazardzisty, no i ta pełna dyspozycyjność… – Zadumała się na moment. – Dlaczego pan to robił, skoro miał pan żonę i dziecko?

Nie spocznie, póki się nie dowie, pomyślał, zaciskając ręce na kierownicy.

– Zamierzałem to rzucić i całkowicie poświęcić się pracy na ranczu, najpierw jednak musiałem wykonać zadanie związane z Lopezem. Gdy wróciłem z zagranicy, podłożono ogień. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że nie zachowałem należytej ostrożności, dzięki czemu ludzie Lopeza dotarli za mną aż do Wyomingu. Sam ich tam zaprowadziłem. Do śmierci będę żył z tą świadomością.

Lisa przyglądała mu się bacznie, widziała wyrazisty szczupły profil, kontemplowała każdy szczegół. I analizowała każde słowo. Owszem, poruszali trudne i bolesne tematy, od których lepiej byłoby uciec, lecz ta rozmowa całkowicie ją wciągnęła. Dziwne, ale czuła się tak, jakby rozmawiała z kimś… bliskim.

Postanowiła nie komentować ostatnich słów Cyrusa, bo niby co mogłaby dodać? Puste pocieszenie, którego ani nie chciał, ani nie potrzebował? Powiedziała za to:

– Jak wszyscy w okolicy myślałam, że zawsze był pan ranczerem, a okazuje się, że został nim pan stosunkowo niedawno. Skąd jednak moglibyśmy wiedzieć, skoro nic pan o sobie nie mówi? Ma pan opinię milczka. – Uśmiechnęła się. – Inaczej niż pana zarządca Harley Fowler, który mimo młodego wieku nosi się niczym weteran wojsk specjalnych. Każdy, kto tu mieszka, przynajmniej raz musiał wysłuchać jego wojskowych opowieści, choć na mój gust wcale nie jest żołnierzem rezerwistą, a już na pewno nie służył w elitarnych jednostkach.

– Skąd to pani wie? – spytał zaskoczony.

– Bo kiedy go spytałam, czy zaliczył test Fan Dance, nawet nie wiedział, o czym mówię – odparła rozbawiona.

Zatrzymał samochód na środku drogi.

– Kto pani opowiedział o Fan Dance? Mąż?

– Nie, nie. Walt nie służył w wojsku, pracował w agencji antynarkotykowej. Owszem, miał trochę informacji o brytyjskich specjalnych siłach powietrznych, ale tylko dzięki mnie. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale jestem molem książkowym, a to jeden z moich ulubionych tematów. Walt chętnie słuchał, gdy streszczałam mu kolejne pozycje. Fan Dance, jeden z najtrudniejszych testów treningowych, bardzo go zainteresował. Dużo też czytałam o Legii Cudzoziemskiej, choć to osobny temat. – Przerwała na moment, po czym podjęła z uśmiechem: – Fascynują mnie oddziały do zadań specjalnych. To naprawdę duża sprawa. Wyselekcjonowani mężczyźni po morderczych szkoleniach i treningach potrafią dokonać niezwykłych rzeczy. Przede wszystkim trzymają w ryzach światowy terroryzm, uniemożliwiają ataki, uwalniają zakładników. Autorzy opracowań często podkreślają, że ta śmiertelnie niebezpieczna, tajna i prowadzona w ekstremalnych warunkach praca wykonywana jest stale, a do opinii publicznej docierają tylko najbardziej spektakularne zdarzenia. Umarłabym ze strachu, gdybym miała robić coś takiego, ale podziwiam ludzi, którzy przyjęli taki styl życia. – Znów przerwała na moment. – Wykonują śmiertelnie niebezpieczne zadanie, pełnią misję, a zarazem sprawdzają siebie w ekstremalnych warunkach. Większość ludzi nigdy nie styka się z przemocą fizyczną, a ci mężczyźni muszą. Mężczyźni tacy jak pan.

Poczuł, że palą go policzki. Lisa Monroe bardzo go zaintrygowała. Zaczynał rozumieć, dlaczego Walt się z nią ożenił.

– Ile ma pani lat? – spytał bez ogródek.

– Wystarczająco dużo, żeby być w ciąży – odparła natychmiast. – I to wszystko, czego się pan ode mnie dowie. – Patrzyła na niego z przekorą, ale nie flirtowała. Nie chciała zdradzić swojego wieku, więc go nie zdradzi, koniec i kropka.

Zmrużył oczy. Nie ulegało wątpliwości, że jest bardzo młoda. Owszem, była zadziorna i kiedy trzeba, nie pozwalała sobie w kaszę dmuchać, ale co z tego? Młoda i niedoświadczona, do tego kobieta, a mogło zagrażać jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Bardzo się to Cyrusowi nie podobało. Również i to, że ktoś taki jak Luke Craig przysłał jej kogoś do ochrony. Nie, żeby podejrzewał Luke’a o jakieś niecne intrygi, ale… Po prostu nie mógł tego tak zostawić, koniec i kropka.

– A ile pan ma lat, skoro już przeszliśmy do spraw osobistych? – spytała znów z przekornym błyskiem w oczach.

– Więcej niż pani.

– Zaraz, niech pomyślę. Ma pan blizny, na twarzy widać zmarszczki, a na skroniach trochę siwizny, więc obstawiam trzydzieści pięć lat z górką. – Rozważała coś przez chwilę, po czym oznajmiła: – Chciałabym, żeby został pan ojcem chrzestnym mojego dziecka. – Widząc zaskoczenie na jego twarzy, dodała: – Jestem pewna, że Walt z radością by się na to zgodził. Bardzo dobrze się o panu wyrażał, choć tak naprawdę nic nie mówił o pana przeszłości. Próbowałam go podpytywać, bo mnie to zaintrygowało, ale bez skutku. Teraz rozumiem, dlaczego był taki tajemniczy.

– Nigdy jeszcze nie byłem ojcem chrzestnym. – Zabrzmiało to tak, jakby Lisa próbowała go zmusić do czegoś naprawdę strasznego.

– Co za problem? Nigdy nie byłam matką, a niemowlę nigdy przedtem nie było niemowlęciem. – Z czułym uśmiechem przesunęła dłonią po płaskim brzuchu. – Zawsze jest ten pierwszy raz.

– Kochała pani męża?

– Kochał pan żonę? – błyskawicznie odbiła piłeczkę.

– Kiedy szliśmy do ślubu, wyznała, że mnie kocha – odpowiedział wymijająco.

Biedna kobieta, westchnęła w duchu Lisa. I biedny mały chłopiec, który zginął w tak straszny sposób. Zastanawiała się, czy małomównego i skrytego sąsiada nawiedzają koszmary. Na pewno, pomyślała. To nieuniknione. Blizny na ręce świadczyły, że próbował ratować rodzinę. Nie uratował, przeżył jako jedyny i pozostał z tym strasznym brzemieniem.

 

Zatrzymali się przed jej domem. Był w opłakanym stanie. Schody sfatygowane, jeden stopień zbutwiały, siatki na oknach porwane, a siatka na drzwiach zerwana do połowy. Ściany wymagały odmalowania. Ze stajni dochodziło rżenie konia. Cyrus miał nadzieję, że ogrodzenie jest w lepszym stanie niż dom.

Pomógł Lisie wysiąść z samochodu i delikatnie postawił ją na ziemi. Wyczuł, że jest bardzo szczupła, nawet bardziej, niż na to wyglądała. To sprowokowało go do pytania:

– Odżywia się pani odpowiednio? – Przyglądał się jej w mdłym świetle padającym z ganku.

– Powiedziałam, że mógłby pan zostać ojcem chrzestnym mojego dziecka, nie moim – skwitowała z figlarnym uśmiechem. – Bardzo dziękuję za podwiezienie. A teraz proszę wracać do domu, panie Parks.

– A nie mógłbym zobaczyć słynnego szczeniaka?

Skrzywiła się lekko, wchodząc ostrożnie na schody i omijając zbutwiały stopień. Włożyła klucz do zamka.

– Jest na ganku z tyłu domu. Choć położyłam gazety, z pewnością narobił okropnego bałaganu. To dziwne – zauważyła, gdy drzwi otworzyły się, zanim zdążyła przekręcić klucz w zamku. – Mogłabym przysiąc, że zamknęłam je na klucz.

– Proszę tu zostać – nakazał Cyrus i z auta wyjął automatyczną czterdziestkępiątkę.

Lisa gwałtownie zbladła. Co innego czytać o jednostkach do zadań specjalnych, a co innego zobaczyć w rękach mężczyzny zimny metal służący do zabijania. W rękach mężczyzny, który w tym zabijaniu jest mistrzem. Ta myśl przeszyła ją lękiem. Podobnie jak widok broni.

Delikatnie odsunął ją na bok.

– Nie zamierzam do nikogo strzelać, chyba że będę zmuszony – zapewnił. – Proszę tu zostać.

Wszedł do środka. Posuwał się przez dom ostrożnie, trzymając palec na spuście. Drugą ręką, mimo że zranioną, podtrzymywał kolbę. Sprawdzał cały dom, pokój po pokoju, wnękę po wnęce, szafę po szafie, a gdy doszedł do sypialni, usłyszał jakiś dźwięk. Zza uchylonych drzwi padała smuga światła. Błyskawicznie wparował do środka.

Bill Mason, kowboj Luke’a Craiga, który miał ochraniać Lisę, ubrany tylko w szorty leżał na łóżku, racząc się piwem. Na widok Cyrusa poderwał się raptownie, mrugając nabiegłymi krwią oczami i kołysząc się niepewnie na boki. Był tak pijany, że nie zdawał sobie sprawy, w jakie tarapaty się wpakował.

– Nie jesteś panią Monroe – wybełkotał.

– A ty nie jesteś panem Monroe – warknął Cyrus. – Jeśli chcesz jeszcze cieszyć się słońcem, to spadaj stąd. Ale najpierw się ubierz!

– Spoko. – Nagle coś do niego dotarło. – To znaczy tak, panie Parks… sir… – Zachwiał się i runął na podłogę, a butelka się roztrzaskała. – Moje piwo… – jęknął.

– No pośpiesz się! Już cię tu nie ma! – Zatknął pistolet za pas i poszedł po Lisę, która czekała niecierpliwie na ganku. – Oszczędziłem pani szoku – oznajmił.

– A cóż to byłby za szok?

– Duży brudny kandydat na kochanka czekał w pani łóżku – powiedział, starając się zachować powagę.

– Och, na litość boską, znowu – jęknęła Lisa.

– Znowu?

– Niech pan nawet tak nie myśl! – rzuciła ze złością. – Wypraszam sobie taką minę! – piekliła się. – Nie jestem aż tak rozpaczliwie spragniona męskiego towarzystwa. Jeszcze jedna aluzja, a…

– Już dobrze, przepraszam. Co z nim?

– Upija się raz w tygodniu i wysypia w łóżku Walta. Zamykam go na klucz, więc nie sprawia kłopotów, i wypuszczam następnego dnia rano. Ma problem alkoholowy, ale nie chce, żeby mu pomóc.

– Luke Craig wie o tym?

– Gdyby wiedział, toby go wyrzucił, a biedak nie ma dokąd pójść.

– Jutro będzie miał – stwierdził z irytacją. – Dlaczego nic pani nie powiedziała?

– Nie znałam pana, a Luke uważa, że wyświadcza mi uprzejmość.

– Luke dałby mu popalić, gdyby wiedział, co ten cały Mason tu wyprawia!

Rozległ się stłumiony odgłos, po czym nieszczęsny pijaczyna pojawił się w drzwiach wejściowych.

– Bardzo przepraszam, pani Monroe – powiedział niewyraźnie, zamiatając kapeluszem i omal znowu nie tracąc równowagi. – Bardzo przepraszam… I już mnie tu nie ma. – Zatrzymał się na górnym stopniu z jedną nogą w powietrzu. – Gdzie mój koń? – spytał skonsternowany. – Zostawiłem go gdzieś tutaj.

– Odeślę ci go. A teraz wsiadaj do samochodu – zaordynował Cyrus. – Ale uważaj, jeśli puścisz pawia, to cię zastrzelę.

– Nie porzygam się, sir, obiecuję. – Jakimś cudem bez dalszych przygód wgramolił się do forda i zatrzasnął drzwi.

– Na pani miejscu spaliłbym pościel po tym brudasie i zdezynfekował łóżko – poradził Cyrus. – Jutro przyślę kogoś, kto będzie nocował w baraku. Na pewno się nie upije ani nie będzie czekał na panią w sypialni.

– Będę bardzo wdzięczna. I dziękuję za podwiezienie, panie Parks.

Był w rozterce. Lisa dzielnie zniosła śmierć męża, jednak pod oczami miała cienie. Owszem, trzymała się, ale wyczuwało się w niej coś kruchego, coś, co… Po prostu nie chciał zostawiać jej samej. Wzbudziła w nim opiekuńcze uczucia, musiał to sobie jasno powiedzieć. Nie potrafił ich zignorować, choć zarazem, i to była druga strona medalu, bardzo go zaniepokoiły.

– Proszę wejść do środka i zamknąć drzwi na klucz. – Odczekał, aż znalazła się w domu, dopiero wtedy wsiadł do samochodu.

Zastanawiał się, dlaczego powiedziała, że to łóżko Walta, a nie „nasze łóżko”. Coś było nie tak w tym małżeństwie? To pytanie nie dawało mu spokoju przez całą drogę.

Gdy przed gankiem przekazał Masona Luke’owi, ten zaklął siarczyście, po czym zamknął drzwi, żeby nie podsłuchała ich jego żona, Belinda.

– Jestem bardzo pijany – oznajmił z głupawym uśmieszkiem Mason, zataczając się niebezpiecznie.

– Był w samych szortach, czekał na Lisę w jej łóżku – poinformował Cyrus. – Ten facet już się tam nie pojawi, jasne?

– Jestem bardzo pijany – powtórzył Mason, tym razem z szerokim, ale równie głupawym uśmiechem.

– Stul mordę! – krzyknął Cyrus, po czym znów zwrócił się do Luke’a: – Poślę któregoś z moich ludzi, żeby nocował w baraku.

W progu pojawiła się Belinda Jessup Craig.

– Wprowadź Billa do środka, Luke – powiedziała. – Nie możesz go tak zostawić. Posiedzi w kuchni, otrzeźwieje. Zadzwonię do Zajazdu u Mastera, może mają wolne miejsce. – Gdy dostrzegła zdziwioną minę Parksa, dodała: – To ośrodek dla alkoholików. Zapewniają leczenie, a później wsparcie.

– Belinda zamierza zbawić świat – mruknął Luke, jednak zgryźliwość nie bardzo mu wyszła, a w oczach widać było miłość.

– Serce cię nie zwiodło – zauważył Cyrus mimo woli. – Ona jest nadzwyczajna.

– Jest, z całą pewnością jest. – Luke rozjaśnił się w uśmiechu.