Nierozerwalne więzy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Diana Palmer
Nierozerwalne więzy

Tłumaczenie:

Ewa Ciszkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pośrodku sceny stała smukła blondynka, w świetle reflektorów błyszczały jej długie włosy, lekko przymknięte oczy nadawały jej twarzy zmysłowy wyraz. Czysto brzmiący, dźwięczny głos czarował widownię, budził nieokreśloną tęsknotę, niczym niesiony w wieczornym powietrzu dźwięk dzwonów.

Heather Shaw miała dwadzieścia lat, jednak na scenie sprawiała wrażenie znacznie dojrzalszej. To był jej pierwszy występ przed tak liczną publicznością. Po dwóch latach ciężkiej pracy wreszcie nadszedł ten upragniony moment, na który czekała od chwili, gdy postanowiła uniezależnić się od Cole’a.

Burza oklasków zerwała się, gdy wybrzmiały ostatnie akordy, a ona poczuła dziwną pustkę. Nagle zaczęła się zastanawiać, czy naprawdę osiągnęła jakiś sukces.

Cole ostrzegał ją, gdy wyjeżdżała z rancza, że sukces nie musi smakować wspaniale, jak tego oczekiwała. „To ci nie wystarczy. Będziesz tęsknić za Big Spur”. Przypomniała sobie jego chłodny głos, kiedy zmywała sceniczny makijaż, i westchnęła na wspomnienie tych słów. Było dobrze po północy i chciała tylko jednego: jak najszybciej znaleźć się we własnym łóżku. I tak, zatęskniła za Big Spur.

Przebrana w codzienne ubranie, z kwaśnym uśmiechem wsiadła do małego sportowego samochodu. Może najlepiej by było, gdyby porzuciła wszelkie ambicje i wróciła do domu, pomyślała. Zadrżała, przeniknięta wilgotnym od padającego deszczu powietrzem , nie do końca pewna, czy to od chłodu, czy od tęsknoty za domem…

O tej porze ruch był niewielki, Heather zahamowała gwałtownie, zniecierpliwiona zmianą świateł. Patrząc przed siebie, zastanawiała się, co powiedziałby Cole, wyczytawszy w jej oczach samotność.

Światła zmieniły się, wcisnęła pedał gazu, żeby jak najszybciej znaleźć się w zaciszu swojego apartamentu. Jechała szybko wąską ulicą i dopiero gdy brała zakręt, dostrzegła pędzący wprost na nią, pod prąd samochód. Za późno… Wzięła głęboki oddech i skręciła gwałtownie kierownicę. Pisk opon, dźwięk zgniatanej blachy i rozpryskującego się szkła wydały się jej nierzeczywiste jak senny koszmar.

Kiedy się obudziła, ciemność czaiła się za okiennymi żaluzjami, potęgując samotność i lęk. Poruszyła się niespokojnie pod sztywnymi bawełnianymi prześcieradłami na wąskim szpitalnym łóżku. Chciało jej się krzyczeć, ale nie mogła. Przycisnęła z frustracją długie palce do gardła, jasnoniebieskie oczy zaszły łzami. Gdyby tylko Cole tu był…!

Jej wzrok powędrował w stronę okna, zasłoniętego żaluzjami. Nachmurzyła się i poruszyła niespokojnie głową, platynowe włosy, lekko poskręcane od wilgoci, rozsypały się po poduszce. Na pewno przyjechałby, gdyby wiedział o wypadku. Niezależnie od tego, że się posprzeczali, uwielbiany przez nią przyrodni brat nie zostawiłby jej samej w takiej sytuacji! Cole potrafił być nieprzyjemny, ale nie bezduszny.

Dreszcz ją przeszedł pod cienkim prześcieradłem. Mimo włączonego ogrzewania w pokoju było chłodno. Co ona by dała za jedną z tych pikowanych kołder, które Emma, jej przybrana matka, szyła w zimowe wieczory.

W otwartych drzwiach pojawiła się młoda uśmiechnięta pielęgniarka z tacą.

– Czas na kolację – powiedziała uprzejmie, odstawiając tacę na stolik, żeby podnieść wezgłowie łóżka.

Heather próbowała coś powiedzieć, ale z jej gardła wydobył się tylko skrzekliwy pisk. Delikatne rysy twarzy zniekształcił strach, wypełnił jasnoniebieskie jak u syjamskiego kota oczy. Pielęgniarka spojrzała na nią ze zrozumieniem.

– To przejściowe – pospieszyła z zapewnieniem. – Szok powypadkowy. Odzyska pani głos. Na pewno.

Tylko że ja jestem piosenkarką! – chciała zaprotestować. – Piosenkarką! I właśnie miałam pierwszy poważniejszy występ. Dlaczego to musiało się stać akurat teraz? Mam zaplanowane dwutygodniowe tournée i wszystko wzięło w łeb!

Poczuła mdłości i przymknęła oczy. Gdyby nie padało… Gdyby posłuchała Cole i kupiła większy bezpieczniejszy samochód, który nie wpadłby tak łatwo w poślizg na mokrej nawierzchni… Łzy napłynęły jej do oczu, spojrzała na szpitalną szafkę i na migi dała wyraz niezadowoleniu, że nie ma na niej przyborów do pisania.

– Zaraz pani coś przyniosę – obiecała pielęgniarka. -Wrócę za minutkę.

Zaczęła jeść, machinalnie, bez apetytu. Czuła się taka samotna i opuszczona przez wszystkich. Nawet Gil Austin się nie pokazał, a tu, w Houston, był jej najbliższym przyjacielem. Poznali się, gdy pisał duży artykuł o zespole, w którym zaczęła śpiewać. Żywiołowy, wziął ją pod swoje skrzydła i opiekował się nią, jakby była jego młodszą siostrą, niemal tak troskliwie jak Cole. Byli zresztą obaj prawie w tym samym wieku – Gil miał trzydzieści lat, Cole trzydzieści trzy.

Ale na tym podobieństwo się kończyło. Gil był blondynem o zielonych oczach i uśmiech często gościł na jego twarzy; Cole był brunetem o szarych oczach i twarzy niewyrażającej żadnych emocji. Całe jego życie koncentrowało się wokół administrowania olbrzymią farmą, którą założył i rozwinął razem z ojcem Heather. Big Spur to naprawdę było coś, a Cole nigdy nie czuł się prowadzeniem farmy znużony. Jak dotąd żadna kobieta nie zdołała utrzymać go przy sobie na tyle długo, żeby zdecydował się na stały związek. Cole nie lubił się wiązać.

– Tutaj jesteś – usłyszała słowa wypowiedziane jeszcze w drzwiach, zdyszanym i pełnym ulgi głosem. Gil Austin zamknął za sobą przesuwne drzwi i podszedł do niej. Potargany, mierzył z troską w oczach jej szczupłe ciało, rysujące się pod prześcieradłem, a na jego twarzy nie pojawił się uśmiech. – Johnson wysłał mnie do Miami, żebym zebrał materiały do artykułu. – Skrzywił się z niezadowoleniem. – Gdybym był w mieście, dawno już bym się dowiedział o wypadku. Przykro mi.

Spróbowała coś powiedzieć i znów jej się nie udało. Skinęła więc tylko głową.

– Bardzo ucierpiałaś? – spytał, siadając na skraju łóżka.

Potrząsnęła przecząco głową, wskazała na gardło i uśmiechnęła się do niego. W tym samym momencie wróciła pielęgniarka i wręczyła jej notatnik i długopis.

– To pan jest jej przyrodnim bratem? – zwróciła się do Gila z uprzejmym uśmiechem.

Austin potrząsnął przecząco głową i nachmurzył się.

– Nie został dotąd powiadomiony?

– Ależ nie! Powiadomiono go, oczywiście – odparła pielęgniarka. – Znaleźliśmy jego nazwisko i numer telefonu w torebce. Lekarz dyżurny dzwonił do niego jeszcze z oddziału ratunkowego. Dzisiaj, z samego rana. – Rzuciła pospieszne spojrzenie na Heather.

Gil też na nią spojrzał, a ona zaczęła coś gorączkowo pisać.

– Nie bardzo mu się spieszy, co? – raczej stwierdził, niż spytał cichym głosem, a pielęgniarka z westchnieniem pokiwała głową.

– Jeśli pani skończyła, zabiorę tacę. Proszę dzwonić, gdyby pani czegoś potrzebowała – zwróciła się z uśmiechem do Heather.

Odwzajemniła uśmiech i wręczyła Gilowi kartkę, na której skrótowo opisała, jak doszło do wypadku. Poprosiła też, aby upewnił się, czy rzeczywiście poinformowano Cole’a. „Na pewno by się zjawił” – zakończyła.

Gilowi zrobiło się przykro z powodu niezachwianej ufności, jaką obdarzała przybranego brata. Uwielbiała go, ale wiedział też, jakie panowało napięcie w ich wzajemnych relacjach i jak bardzo Cole potępiał to, że Heather zdecydowała się na karierę piosenkarki. Wcale nie był pewien, czy Everett nie pojawił się, ponieważ chciał jej dać nauczkę. W końcu ten teksański ranczer słynął z trudnego charakteru i wybuchowego temperamentu. Gil odpowiadał w gazecie za rubrykę kulturalną i z racji swojego zawodu nigdy się z nim nie zetknął, ale znał na jego temat opinie kolegów z działu biznesowego. Ponoć Everett wyróżniał się wręcz niespotykaną arogancją.

– Pójdę i sprawdzę, dobrze? – zaproponował, zmuszając się do uśmiechu. Wyglądała tak bezbronnie i bezradnie, że zapragnął ją chronić, ale chociaż spotykali się od kilku tygodni, nie pozwalała się do siebie zbliżyć. Zastanawiał się, czy ktokolwiek dorówna w jej oczach Everettowi. Jej uwielbienie dla przybranego brata wydawało się mu wręcz karykaturalne.

Odszukał przełożoną pielęgniarek i uzyskał zapewnienie, że pan Everett został ponad wszelką wątpliwość powiadomiony o stanie przyrodniej siostry. Mimo to pielęgniarka obiecała zadzwonić do niego ponownie.

Gil siedział przy Heather, dopóki nie skończyły się godziny odwiedzin. Żegnając się, przytrzymał jego dłoń, ale tylko przez krótką chwilę.

Strach wrócił, gdy została sama. Bała się o utratę głosu, choć zapewniali ją, że to przejściowy, post traumatyczny paraliż strun głosowych, który minie, gdy wyjdzie z szoku. Ale czy będzie mogła znów śpiewać? Przygryzła dolną wargę. Och, gdyby tylko Cole był tutaj, nie bałaby się tak bardzo…

Naraz zimny, gniewny głos doszedł jej uszu. Zamrugała oczami i wyprostowała się na łóżku. Uniosła jego górną część pilotem i wpatrzyła się w drzwi.

– Nie interesują mnie żadne usprawiedliwienia – grzmiał. – Żądam wyjaśnień, dlaczego mnie nie powiadomiono!

Cole! Usiadła na łóżku, prześcieradło zsunęło się, odsłaniając bezkształtną zieloną szpitalną koszulę, w którą ją ubrano. Zza drzwi dobiegł czyjś uspokajający cichy głos i gdy wreszcie je otwarto, jej przyrodni brat wkroczył do pokoju.

Posępna jak chmura gradowa twarz, szare oczy błyszczały srebrzyście pod krzaczastymi brwiami. Wysoki, ciemnowłosy, niezwykle męski, przytłaczał zdenerwowaną drobną pielęgniarkę. W jasnoniebieskich oczach Heather znów zabłysły łzy, wszelkie nieporozumienia między nimi odeszły w niepamięć. Wyciągnęła ręce, jak szukające pocieszenia dziecko.

 

Szare oczy Everetta rozbłysły mocniej na widok tego gestu. Przez moment sprawiał wrażenie, jakby chciał czymś cisnąć nieopanowanie. Rzucił stetsona z jasnego filcu na krzesło, usiadł i przycisnął jej szczupłe ciało do swojej szerokiej piersi, jakby brał w ramiona dziecko. Zaczęła płakać niepowstrzymanie, łzy wsiąkały w kamizelkę brązowego garnituru. Przytulił ją mocniej.

– Nie wiedziałem – powiedział szorstko, ochrypłym od emocji głosem. – Dawno bym tu był, gdyby ktokolwiek zadał sobie trud, żeby mnie powiadomić.

– Panie Everett, powiadomiono pana – zaprotestowała spokojnie pielęgniarka. – Lekarz dyżurny dzwonił w mojej obecności z oddziału ratunkowego. Na własne uszy słyszałam, jak przekazywał wiadomość.

Cole wbił w nią groźne spojrzenie.

– Nikt nie rozmawiał ze mną. – Ostatnie słowa wypowiedział z naciskiem.

– To możliwe… oczywiście. – Pielęgniarka przełknęła ślinę. – Przepraszamy za to nieporozumienie. – Wyszła, zamykając za sobą cicho drzwi.

Cole spojrzał na wilgotną od łez, okoloną burzą platynowych włosów twarz Heather. Oczy mu się lekko zwęziły, gdy dostrzegł bladość policzków. Przypominała skrzywdzone dziecko.

– Co się dzieje? – spytał łagodnie.

Potrząsnęła głową, usiłując się uśmiechnąć. Jej oczy były pełne uwielbienia. Cole i Emma byli tym najlepszym, co ją spotkało w życiu. Mogła się z nim kłócić, buntować przeciwko jego dominacji i aroganckiemu stylowi bycia, ale kochała go bez pamięci i nie ukrywała tego. To się zaczęło od pierwszej chwili, gdy on i Emma pojawili się w Big Spur. Miała wtedy trzynaście lat.

Przesunął wzrokiem po jej szyi i zobaczył siniaki na obojczykach. Dotknął ich lekko palcami, a Heather zesztywniała, doznając dziwnego, nieznanego uczucia.

– Jesteś posiniaczona – powiedział gniewnie, obwodząc koniuszkiem palca fioletowo czerwone plamy. – Przestrzegałem cię przed jeżdżeniem tym cholernym małym samochodzikiem.

Wydęła wargi, oczy jej rozbłysły. Chętnie by się z nim pokłóciła, ale mogła tylko robić miny. Przesunął wzrokiem po zielonej szpitalnej koszuli.

– Posłali kogoś po twoje rzeczy?

Potrząsnęła przecząco głową, sięgnęła po notatnik i długopis. „Nie było czasu”, napisała.

– Przywiozę ci je.

Wstał i rozprostował plecy, jakby był zmęczony. Pewnie w ogóle nie miał chwili wypoczynku, pomyślała. Cole działał jak perpetuum mobile. Mimowolnie zwróciła uwagę na doskonale dopasowany garnitur. Trudno było nie zauważyć, jak podkreśla jego szerokie barki, wąski pas i biodra. Odpędziła od siebie te niepotrzebne, wytracające z równowagi myśli.

– Do domu? – wyartykułowała bezgłośnie samymi ustami.

– Twój apartament czy ranczo – uniósł pytająco brew.

Zagryzła usta i utkwiła wzrok w swoich palcach. „Ranczo” napisała, nienawidząc się za okazaną słabość.

– Nie będzie tak źle – zapewnił ją. – Emma się tobą zajmie, ja większość czasu będę poza domem.

„ Oby nie pędząc bydło. Nie zimą”, napisała, rzucając mu porozumiewawcze spojrzenie. Jego kształtne usta wygięły się w uśmiechu. Trudno było się mu oprzeć… Poruszyła się na łóżku, żeby trochę ulżyć obolałemu ciału. Nachylił się i długie, opalone palce dotknęły bandaża na ramieniu.

– Czy to bardzo boli, skarbie?

Był jedynym mężczyzną, który tak się do niej zwracał. Nie przepadała za tym określeniem, ale w jego ustach brzmiało to inaczej, wyjątkowo. Zaprzeczyła ruchem głowy, uniosła dłoń i pogłaskała z czułością jego palce. Zdenerwował się i cofnął rękę, po czym wstał i zaczął krążyć po pokoju.

Poczuła się odrzucona. Naraz Cole stał się chłodny i nieobecny. Po chwili odetchnął głęboko i odwrócił się do niej, usta miał zaciśnięte w wąską linię.

– Co to za rozmowa w tej sytuacji? – spytał z rozdrażnieniem.

„Mogę pisać”, uniosła notatnik.

– Wiem, ale to nie to samo. Kiedy zaczniesz mówić?

Wzruszyła ramionami. „Nie wiedzą”.

– Porozmawiam z lekarzem.

Jak zwykle przejmuje inicjatywę, niemożliwie arogancki, pomyślała i uśmiechnęła się, patrząc na niego z uwielbieniem. W odpowiedzi rzucił jej szybkie, zniecierpliwione spojrzenie.

– Nie patrz na mnie w ten sposób.

Wyraz zdziwienia i urazy pojawił się w jej rozszerzonych oczach. Odwrócił się i złapał kapelusz.

– Wrócę rano – zapowiedział, nie patrząc na nią. – Przywiozę ubranie.

Odprowadziła go wzrokiem i pomyślała, że dzieje się coś niedobrego, skoro Cole traktuje ją z takim dystansem.

Wcześnie rano, zanim zdążyła zjeść śniadanie, zjawił się z małą podręczną torbą, do której zapakował koszulę nocną i przybory toaletowe.

– Możesz wyjść jutro – oznajmił, stawiając torbę na krześle, stojącym obok łóżka. – Powiedziałem lekarzowi, że nasz domowy doktor potrafi się tobą zająć.

Wyobraziła sobie, jak ogłasza to jej lekarzowi prowadzącemu, niewysokiemu, muskularnemu mężczyźnie i ledwie zdusiła uśmiech.

– Muszę polecieć do Nowego Orleanu – mówił dalej. – Spróbuję wrócić wieczorem i wpaść, zanim położą cię spać, skarbie. – Wydał płaczliwy dźwięk, naśladujący rozkapryszone dziecko i Heather rzuciła mu wściekłe spojrzenie. – Chciałabyś użyć pazurków, kociątko? – roześmiał się.

– Tak – potwierdziła samymi wargami.

Przesunął oczami po szczupłym, młodym ciele, rysującym się pod prześcieradłem.

– Nie kwalifikujesz się do mojej kategorii wagowej – drażnił się z nią.

Heather uderzyła zaciśniętą pięścią w łóżko, a on odchylił głowę i roześmiał się cicho. Dziwne, jak przyjemnie zabrzmiało to w pustym, cichym pokoju. Wstał, a ona pomyślała, że wygląda uderzająco przystojnie w szarym garniturze, podkreślającym kolor jego oczu. Wyciągnął z kieszeni papierosy i włożył do ust.

– Nałóg – powiedział niewyraźnie, przypalając papierosa. – Nawet mi już nie smakują. – Pochylił się i delikatnie musnął wargami jej policzek. – Nie sprawiaj tu już więcej kłopotów lekarzom. Bądź grzeczna, dopóki nie wrócę.

„Moja sprawa, nie twoja”, napisała ze złością.

– Ty rozpuszczony bachorze – powiedział, wkładając w te słowa tyle czułości, że Heather rozpromieniła się.

Nie wyciągnęła jednak ręki, co normalnie by zrobiła. Cole najwyraźniej nie życzył sobie, aby go dotykała.

Gil odwiedził ją później i nie skrywał zachwytu na widok Heather ubranej w szyfonową bladoniebieską koszulę nocną.

– To się nazywa uwodzić – powiedział zmysłowym, teatralnie przesadnym głosem. – Wyglądasz tak, że można by cię zjeść.

„Dostałbyś niestrawności po szpitalnym jedzeniu”, napisała z uśmiechem.

– Aha! – Roześmiał się. – Pewnie tak. Skąd wytrzasnęłaś tę koszulę.

„Była na wyposażeniu szpitalnym”.

– Patrz, jacy sprytni. Żaden pacjent, to znaczy żaden płci męskiej, im nie ucieknie, skoro ubierają pacjentki w takie koszulki. – Nachylił się ku niej. – Gdzie twój przybrany brat? Powiedzieli mi, że przyjechał późnym wieczorem. Pardon, wpadł jak burza – uściślił z uśmieszkiem. – Co najmniej dwie pielęgniarki doznały szoku.

„Był wściekły”.

– Powinien wyżyć się na tym, kto mu nie przekazał wiadomości, a nie na biednych, Bogu ducha winnych dziewczynach – zauważył Gil.

„Były pod ręką”, napisała Heather i westchnęła.

– No tak. – Skinął głową. – W przeciwieństwie do tego biedaka, który nie powtórzył wiadomości… czy tej biedaczki. Szkoda, że nie wiem, kto to. Posłałbym kwiaty w dowód wdzięczności.

Twarz Heather rozjaśnił szczery uśmiech. Gil potrafił rozładować sytuację, a ona w jego obecności zapominała o swoich obawach i mogła się trochę odprężyć. Zabawiał ją właśnie opowiadaniem o swoich wpadkach w początkach kariery, kiedy drzwi otworzyły się z impetem i stanął w nich Cole.

Na widok innego mężczyzny, siedzącego w zrelaksowanej pozie na brzegu łóżka, zatrzymał się jak wryty, napięta postawa wróżyła kłopoty. Heather z przebłyskiem humoru pomyślała, że pewnie włosy na karku mu się zjeżyły, ale wcale jej się nie podobało lodowate spojrzenie groźnie błyszczących oczu utkwionych w Gilu.

– Jest pan jej przybranym bratem, jak sądzę – powiedział wesołym, przyjaznym tonem, wstając na przywitanie.

Na Cole to nie podziałało. Nadal stał sztywno, nie spuszczając z Gila płomiennego wzroku. Reporter odchrząknął, zdziwiony intensywnością jego spojrzenia.

– Jestem Gil Austin. Pracuję w dziale kulturalnym „News Herald” – przedstawił się i dodał, patrząc zaborczo na rysujące się pod prześcieradłem kształty: – Heather jest moją dziewczyną.

Cole przeszywał go wzrokiem, zacisnął szczękę jeszcze mocniej.

– Reporter – powtórzył obraźliwym tonem i zmierzył Gila pogardliwym spojrzeniem, a potem ignorując go, zwrócił się do Heather: – Przyjadę po ciebie z samego rana – oświadczył. – Potrzebujesz czegoś jeszcze z mieszkania? Spędzisz co najmniej kilka tygodni na ranczu.

Napisała na kartce „moje futro” i skrzywiła się na widok lekkiego rozbawienia w oczach brata. Była przesądna, traktowała długie do kostek gronostajowe futro, które podarował jej Cole na osiemnaste urodziny, jak talizman. Nigdy nie podróżowała bez niego.

– Wezmę je – obiecał. – Coś jeszcze?

„Torebkę. Tę starą, jest w szufladzie”. Widząc, że zmarszczył brwi, dopisała: „Trzymam w niej dokumenty i pieniądze”.

– Niepotrzebny ci plik banknotów, jedziesz ze mną – oświadczył nachmurzony.

Westchnęła z irytacją. Szkoda, że nie może mówić. Powiedziałaby mu, że to jego sponsoringu nie potrzebuje… Odczytał właściwie wyraz jej oczu i zadarł głowę. Nabrała ochoty, żeby mu przywalić.

– Czy ja mogę coś dla ciebie zrobić? – spytał Gil, czując się wykluczony.

– Poradzimy sobie – odparował natychmiast Cole, nie zaszczycając drugiego mężczyzny spojrzeniem.

– Chciałbym odwiedzić Heather w czasie, kiedy będzie dochodzić do siebie – nie ustępował Gil.

Cole odwrócił się i patrząc gdzieś ponad jego głową, powiedział, nie siląc się na grzeczność:

– Niepotrzebni jej w tym stanie żadni odwiedzający.

Heather spojrzała na niego rozszerzonymi oczami. Zachowywał się tak, jakby była jego własnością. Niby dlaczego nikt nie miałby jej odwiedzać?

– Potrzebuje spokoju i ciszy, żeby wyjść z szoku powypadkowego. Wyzdrowieje szybciej w otoczeniu rodziny – dodał Cole. – Poza tym zamierzam zabrać ją na jakiś tydzień lub dłużej do Nassau. Jak stanie na nogi, zadzwoni do pana.

Gil milczał. Po raz pierwszy, odkąd Heather go poznała, zdarzyło się, że nie wiedział, co odpowiedzieć.

– Odpocznij, skarbie. – Cole pochylił się i ucałował ją we włosy. – Zjawię się wcześnie rano, więc nie siedź zbyt długo ze swoim… – zawiesił głos i zakończył lekceważącym tonem: – chłopakiem. Do widzenia, Austin.

– Ma pan rację. – Gil odchrząknął. – Heather rzeczywiście wygląda na zmęczoną. Dobranoc, kochanie. – Powściągnął ochotę, aby ją pocałować na pożegnanie. Everett stanowczo wyglądał groźnie niczym chmura gradowa. – Miło było pana poznać – dodał, a potem uśmiechnął się do Heather. – Będziemy w kontakcie.

– Po moim trupie – wymamrotał do siebie Cole, gdy Gil wyszedł, a Heather ze zdziwieniem zauważyła, że jego ręka zaciśnięta na stetsonie zdeformowała główkę kapelusza.

„Dlaczego go nie lubisz?”, napisała na kartce i podała ją Cole’owi nachmurzona.

– Jest dla ciebie za stary – padła szybka odpowiedź.

„Lubię go”, odpisała równie szybko.

Nie zdał sobie trudu, żeby to skomentować.

– Emma przygotowuje twoje ulubione dania – powiedział z zadowoleniem. – Wyrzuciła panią Jones z kuchni, żeby sama wszystko na czas przyrządzić. Te matki…

Heather uśmiechnęła się mimowolnie. Emma była jej przybraną matką. Z westchnieniem zamknęła oczy. Może rzeczywiście potrzebuje teraz samotności i dobrze jej zrobi, jeśli nie będzie widziała nikogo, kto przypominałby jej o karierze piosenkarki i zaskakująco niesatysfakcjonującym życiu, jakie prowadziła w Houston.

Otworzyła oczy i przyłapała Cole’a na wpatrywaniu się w nią. Szybko opuściła wzrok na pościel, zmieszana przyspieszonym pulsem.

– Dobranoc, skarbie – rzucił szorstko i wyszedł, zanim jej puls zdążył się uspokoić.