Miłość i reszta życia

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Diana Palmer
Miłość i reszta życia
Tłumaczenie:
Julita Mirska

PORA NA MIŁOŚĆ

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ebenezer Scott stał przy czarnym pikapie, spoglądając na młodą kobietę o długich jasnych włosach związanych w koński ogon, która grzebała pod maską starej pordzewiałej furgonetki. Dziewczyna miała na sobie dżinsy i kowbojki; do kompletu brakowało kapelusza. Eb uśmiechnął się pod nosem; ileż to razy ostrzegał ją przed udarem słonecznym! Ale to było dawno temu. Nie rozmawiali ze sobą od sześciu lat. Do połowy tego roku Sally Johnson mieszkała w Houston; w lipcu, razem ze swoją ociemniałą ciotką i jej synem, a swoim bratem ciotecznym, przeniosła się na podupadające rodzinne ranczo. Eb widział ją parokrotnie w miasteczku, lecz ona udawała, że go nie zna. Wcale się jej nie dziwił, skoro tak nieładnie potraktował ją przed laty.

Widok jej szczupłej, zgrabnej sylwetki sprawił, że serce zabiło mu szybciej. Wiedział, co się kryje pod tą luźną bluzką. Pamiętał podniecenie malujące się w szarych oczach Sally, kiedy całował jej nagie piersi. Chciał ją przestraszyć, zniechęcić do siebie, żeby wreszcie przestała go kusić. No i osiągnął cel. Uciekła przerażona; na wiele lat znikła z jego życia. Żałował, że wtedy między nimi do niczego nie doszło. Sally była taka młoda i naiwna, a on właśnie wrócił z najbardziej krwawej akcji w całej swojej dotychczasowej karierze. Zawodowy najemnik nie jest odpowiednim partnerem dla niewinnej dziewczyny. Sally nie miała pojęcia o jego prawdziwym życiu; myślała, jak większość okolicznych mieszkańców, że zajmuje się hodowlą bydła.

Dziś była dwudziestotrzyletnią kobietą, przypuszczalnie doświadczoną, pracującą w miejscowej szkole. On zaś… można powiedzieć, że był emerytem; czasem jeszcze brał czynny udział w akcjach, ale zdarzało się to rzadko; prowadził na swoim ranczu specjalistyczny ośrodek szkoleniowy dla żołnierzy wyjeżdżających w tajnych misjach. Oczywiście nie rozgłaszał tego wszem wobec; nadal miał mnóstwo wrogów, którzy chętnie pozbawiliby go życia. Niedawno jeden z nich, człowiek pałający żądzą zemsty i na tyle bogaty, aby bez problemu jej dokonać, wyszedł z więzienia, ponieważ prokurator nie dopilnował jakichś formalności.

Tamtego wiosennego dnia, kiedy tak skutecznie ją do siebie zraził, Sally miała niecałe osiemnaście lat. Nie chciał jej skrzywdzić – po prostu nie wiedział, jak inaczej postąpić. Mimo to od lat dręczyły go wyrzuty sumienia.

Ciekaw był, czy Sally domyśla się, dlaczego on, Eb Scott, trzyma się na uboczu i nie nawiązuje bliższych znajomości z mieszkańcami. Miał nowoczesne ranczo ze świetnie wyposażoną salą gimnastyczną, nieduże stado krów rasy santa gertrudis i zatrudniał lojalnych, niezwykle dyskretnych pracowników. Podobnie jak jego sąsiad, Cyrus Parks, z natury był odludkiem. Obu mężczyzn łączyło jednak coś więcej niż umiłowanie prywatności, ale akurat o tym nikomu nie mówili.

Po drugiej stronie szosy Sally Johnson odgarnęła za ucho niesforny kosmyk włosów. Powoli traciła cierpliwość do grata, który znów odmówił jej posłuszeństwa. Eb nie spuszczał oczu z dziewczyny. Domyślał się, że nie jest jej łatwo; opiekowała się ciotką, która niedawno straciła wzrok, i jej sześcioletnim synem. Podziwiał ją, a jednocześnie się o nią martwił.

Sally nie wiedziała, kto był winien wypadku, w którym Jessica o mało nie zginęła, ani że całej rodzinie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Właśnie z powodu tego niebezpieczeństwa Jessica namówiła ją, aby rzuciła pracę w szkole w Houston i wróciła z nią oraz Steviem do Jacobsville. Tu mógł się o nie zatroszczyć Eb. Sally oczywiście nie miała pojęcia, czym w przeszłości trudniła się Jessica, a tym bardziej czym się zajmował jej świętej pamięci mąż Hank Myers. I nigdy nie zgodziłaby się na powrót, pomyślał Eb, gdyby nie dar przekonywania, jaki Jess opanowała do perfekcji.

Sally unikała go. Od pięciu miesięcy, jakie minęły od jej przyjazdu do Jacobsville, ani razu nie zamieniła z nim słowa. Czasem ich drogi się krzyżowały, ale wtedy Sally patrzyła w przeciwną stronę, udając, że go nie dostrzega.

Kiedy z rezygnacją pochyliła się nad milczącym silnikiem, Eb uznał, że nie ma sensu dłużej czekać; podejdzie i zaoferuje pomoc.

Podniósłszy głowę, zobaczyła zbliżającego się drogą wysokiego mężczyznę w skórzanej kurtce i beżowym stetsonie. Nic się nie zmienił, pomyślała gorzko. Wciąż miał zwinne kocie ruchy, z których biła pewność siebie i arogancja. Serce jej zadrżało. Nienawidziła go za emocje, jakie wzbudzał w niej swoim widokiem. Sądziła, że wyrosła już z dawnej fascynacji, zwłaszcza po tym, jak Eb postąpił z nią przed laty. Zaczerwieniła się na samo wspomnienie tamtego wiosennego dnia.

Zatrzymał się przy zepsutej furgonetce, dwa kroki od Sally, zsunął z czoła kapelusz i utkwił w niej zielone oczy.

Natychmiast się zjeżyła; widać to było po jej wrogim spojrzeniu i napiętym wyrazie twarzy.

– Na mnie się nie wściekaj – rzekł. – Trzeba było nie kupować tego rzęcha od Turkeya Sandersa.

– Turkey to mój kuzyn – przypomniała mu.

– To kawał łotra. Nie tak dawno temu pracował z braćmi Hart. A potem narzeczonej Corrigana Harta sprzedał wóz, który zepsuł się, jak tylko dziewczyna wyjechała za bramę. Ale to jeszcze nic. Staruszce Bates wmówił, że cena samochodu nie obejmuje silnika. No i za silnik policzył oddzielnie.

Sally nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.

– No tak… Jednakże ta moja furgonetka nie jest w najgorszym stanie. Tylko kilka rzeczy należałoby…

– Oj, należałoby – przerwał jej Eb, spoglądając na tylną oponę. – Należałoby zrobić porządny przegląd silnika, usunąć rdzę, polakierować na nowo karoserię, naprawić tapicerkę, no i wymienić tylną oponę, bo ta jest całkiem łysa. Oponą musisz się koniecznie zająć – dodał stanowczym tonem. – Akurat na to cię stać z nauczycielskiej pensji.

– Panie Scott… – zaczęła gniewnie – nie mam zamiaru…

– Panie? Nie wygłupiaj się, Sally. – Zmierzył ją wzrokiem. – A z oponą nie żartuję. Przy tej odludnej drodze, którą codziennie przemierzasz, mieszkają jacyś nowi ludzie, którym źle patrzy z oczu. Lepiej, żebyś na tym odcinku nie złapała gumy. Zwłaszcza po zachodzie słońca.

Oburzona wyprostowała plecy, ale i tak czubkiem głowy sięgała Ebowi zaledwie do brody.

– W dwudziestym pierwszym wieku kobiety doskonale…

– Błagam, daruj sobie wykład.

Z nogą opartą o zderzak wpatrywał się w silnik. Po chwili wyciągnął z kieszeni scyzoryk i zabrał się do pracy.

– Co robisz? To mój samochód!

– To kupa żelastwa z niesprawnym silnikiem, a nie samochód.

Sally westchnęła ciężko. Wolałaby sama naprawić wóz, niż być zdana na pomoc akurat tego człowieka. Starała się nie myśleć o tym, ile musiałaby zapłacić za wezwanie mechanika, który uruchomiłby jej gruchota. Kiedy tak stała, patrząc na sprawne dłonie Ebenezera, zalała ją fala bolesnych wspomnień. Kiedyś te dłonie dotykały jej ciała…

Niecałe dwie minuty później Eb schował nóż do kieszeni.

– Spróbuj teraz – powiedział.

Usiadła za kierownicą i przekręciła kluczyk. Silnik zawarczał, z rury wydechowej buchnął czarny dym.

Eb podszedł do opuszczonej szyby i wpatrując się w Sally, rzekł:

– Silnik jest w opłakanym stanie. Musisz oddać wóz do naprawy. A następnym razem zapomnij o koligacjach rodzinnych i omijaj Turkeya Sandersa szerokim łukiem.

– Nie rozkazuj mi – oznajmiła butnie.

Uniósł brew.

– Przepraszam, to z przyzwyczajenia. Jak się miewa Jess?

Na twarzy Sally pojawił się wyraz zdumienia.

– Znacie się?

– I to całkiem dobrze – odparł. – Jej mąż Hank i ja służyliśmy razem.

– W wojsku?

Nie odpowiedział na pytanie, zamiast tego zadał własne:

– Masz w domu broń?

– Co… co? – wydukała zaskoczona.

– Broń – powtórzył. – Czy masz w domu jakąś broń i czy umiesz się nią posługiwać?

– Nie mam. Ale mieszkam z sześcioletnim dzieckiem, więc na pewno żadnej nie kupię.

Zmarszczył w zadumie czoło.

– To może byś wzięła kilka lekcji samoobrony?

– Uczę drugoklasistów. Dzieci w tym wieku raczej nie napadają na nauczycieli.

– Nie martwię się o dzieci. Chodzi mi o twoich nowych sąsiadów. Nie wzbudzają zaufania. – Nie wyjaśnił, że wie, kim są i w jakim celu przyjechali do Jacobsville.

– Mnie też się nie podobają – przyznała Sally. – Ale to ciebie nie powinno obchodzić…

– Mylisz się. Obiecałem Hankowi, że jeśli on zginie, to zatroszczę się o Jess. Zawsze dotrzymuję słowa.

– Potrafię zaopiekować się ciotką.

– Tak ci się tylko wydaje – burknął. – Wpadnę do was jutro.

– Może mnie nie być w domu.

– Ale Jess będzie. Poza tym jutro jest sobota – kontynuował. – W weekendy nie uczysz, a zakupy zrobiłaś przed chwilą. Czyli jednak cię zastanę.

Po jego tonie domyśliła się, że powinna na niego czekać.

– Posłuchaj, Scott…

– Na imię mam Ebenezer. Po nazwisku zwracają się do mnie tylko moi wrogowie.

– Posłuchaj, Scott…

Westchnął zniecierpliwiony.

– To ty posłuchaj – przerwał jej. – Byłaś młoda. Na co liczyłaś? Że w biały dzień pozbawię cię dziewictwa na siedzeniu pikapa?

Oblała się gwałtownym rumieńcem.

– Nie to chciałam powiedzieć!

– Widzę to w twoich oczach – oznajmił cicho. – Sally, przykro mi z powodu blizn, jakie ci po mnie zostały, ale musiałem tak postąpić. Musiałem cię zniechęcić. Nie mogłem pozwolić, żebyś… No, chyba sama rozumiesz?

– Nie mam żadnych blizn! – warknęła.

– Masz, masz. – W milczeniu powiódł spojrzeniem po jej delikatnej twarzy. – Wpadnę do was jutro. Muszę pogadać z tobą i Jess. Nastąpiły pewne wydarzenia, o których ona nie wie.

– Jakie wydarzenia? O czym mówisz?

 

Opuścił maskę i ponownie utkwił wzrok w twarzy dziewczyny.

– Jedź ostrożnie – rzekł, ignorując jej pytanie. – I przy najbliższej okazji zmień oponę.

– Nie lubię rozkazów. I nie jestem małą bezbronną kobietką, która potrzebuje opieki silnego mężczyzny.

Ebenezer uśmiechnął się, ale w jego uśmiechu nie było cienia radości. Odwrócił się na pięcie i tym swoim charakterystycznym miękkim krokiem skierował się do zaparkowanego po drugiej stronie drogi pikapa.

Sally, zdenerwowana rozmową, ruszyła z piskiem opon. Po chwili miasteczko zostało daleko w tyle.

Jessica siedziała u siebie, słuchając radia, a jej synek Stevie oglądał w telewizji program dla dzieci. Kiedy Sally zajechała pod dom, chłopiec wybiegł na zewnątrz, żeby pomóc wnieść torby z zakupami do kuchni.

– Ojej, kupiłaś te płatki, które reklamowali w telewizji! – ucieszył się, zaglądając kolejno do toreb. – Dzięki, ciociu!

– Bardzo proszę. Kupiłam również lody.

– Super! Mogę dostać trochę do miseczki?

Sally roześmiała się wesoło.

– Najpierw kolacja. I musisz skosztować wszystkiego, co przyrządzę, zgoda?

– No dobrze – mruknął zawiedziony.

Schyliwszy się, pocałowała go w czoło.

– Na razie poczęstuj się jabłkiem albo gruszką. Owoce mają mnóstwo witamin.

– Może mają, ale lody są lepsze.

Umył owoc pod kranem i wycierając go papierowym ręcznikiem, wrócił do salonu, gdzie ponownie zasiadł przed telewizorem.

Udawszy się do sypialni Jessiki, Sally stanęła w nogach wielkiego łóżka z baldachimem.

– Słyszałam, jak przyjechałaś – oznajmiła z uśmiechem drobna blondynka o dużych piwnych oczach. – Strasznie pracowity miałaś dziś dzień. Szkoła, potem odbiór Steviego, a na koniec wyprawa do miasta po zakupy.

– Bez przesady, zresztą zakupy to przyjemność. Jak się czujesz?

Jessica zmieniła nieco pozycję. Miała na sobie dres, nie piżamę, ale nie wyglądała najlepiej.

– Od wypadku wciąż boli mnie biodro. Wzięłam dwie aspiryny i pomyślałam, że się położę.

Sally usiadła w dużym miękkim fotelu stojącym obok łóżka.

– Ebenezer Scott pytał o ciebie. Jutro do nas wpadnie.

Jessica pokiwała głową; nie wydawała się zdziwiona informacją.

– Tak myślałam – rzekła. – Rozmawiałam przez telefon z dawnym znajomym z pracy, który opowiedział mi, co się dzieje. Obawiam się, że wpakowałam cię w niezłą kabałę.

– Nie rozumiem.

– Nie zastanawiałaś się, dlaczego nagle zaczęłam nalegać, żebyśmy się przeprowadziły do Jacobsville?

– Prawdę mówiąc, to…

– Dlatego, że tu mieszka Ebenezer. Wiedziałam, że przy nim będziemy bezpieczniejsze niż w Houston.

– Przerażasz mnie, Jess.

Niewidoma blondynka uśmiechnęła się smutno.

– Czasem sprawy toczą się całkiem nie po naszej myśli. Człowiek, którego pomogłam umieścić za kratkami, został wypuszczony z więzienia. Będzie sądzony od nowa. Chyba nie muszę ci mówić, że łaknie zemsty.

– Ty pomogłaś umieścić kogoś za kratkami? – zdumiała się Sally. – Jak? Kiedy?

– Wiedziałaś, że pracowałam w agencji rządowej, prawda?

– No, tak. W sekretariacie.

Jessica wzięła głęboki oddech.

– Nie, kochanie, nie w sekretariacie. Byłam tajną agentką. Poprzez Eba i jego kontakty udało mi się dotrzeć do jednego z zaufanych ludzi Manuela Lopeza, szefa międzynarodowego kartelu narkotykowego. Miałam wystarczająco dużo dowodów na to, aby posłać Lopeza za kratki. Zdobyłam nawet kopie jego ksiąg rachunkowych. Ale obrońcy Lopeza znaleźli jakiś kruczek prawny, na który się powołali. Odnieśli sukces. Lopez jest teraz na wolności i płonie żądzą zemsty. Podobno szuka człowieka, który zdradził jego zaufanie, a ponieważ tylko ja znam jego tożsamość, będzie próbował zmusić mnie do mówienia.

Sally siedziała zszokowana, nie odzywając się słowem. Takie rzeczy zdarzały się tylko na filmach, a nie w życiu. To niemożliwe, żeby jej ukochana ciotka była agentką biorącą udział w tajnych operacjach!

– Przyznaj się, robisz mnie w konia – powiedziała w końcu, z nadzieją w głosie.

Jessica pokręciła wolno głową. W wieku trzydziestu ośmiu lat wciąż była bardzo atrakcyjną kobietą. Jasnowłosy, ciemnooki Stevie w niczym matki nie przypominał. Do ojca, mężczyzny o czarnych włosach i niebieskich oczach, też nie był podobny.

– Niestety nie. Przykro mi, kotku. Dlatego zwróciłam się o pomoc do Eba, bo sama nie mogłam zapewnić nam bezpieczeństwa. Eb będzie nas chronił, póki Lopez znów nie trafi za kratki.

– Ebenezer też jest tajnym agentem?

– Nie. – Jessica nabrała w płuca powietrza. – Nie będzie zadowolony, że zdradziłam ci jego tajemnicę. Obiecaj, że nikomu nie powiesz o tym, co za moment usłyszysz.

– Przysięgam. – Sally siedziała bez ruchu, usiłując powściągnąć niezdrową ciekawość.

– Eb to zawodowy najemnik – wyjaśniła Jessica. – Przewodził grupom doskonale wyszkolonych ludzi w tajnych operacjach na całym świecie. Dziś już jest na emeryturze, ale nie siedzi z założonymi rękami. Szkoli agentów, nie tylko amerykańskich. Wtajemniczeni wiedzą, że jego ranczo to swoisty uniwersytet, na którym przyszli szpiedzy zdobywają wiedzę i szlifują umiejętności.

Sally milczała. Dosłownie ją zamurowało. Nic dziwnego, że Ebenezer zachowywał się tak powściągliwie; że nie pozwalał jej się do siebie zbliżyć. Przypomniała sobie maleńkie białe szramy na jego szczupłej, ogorzałej twarzy. Podejrzewała, że może mieć ich znacznie więcej na ciele.

– Nie chciałam rozwiewać twoich złudzeń, kotku. – Na czole Jessiki pojawił się mars. – Wiem, co kiedyś czułaś do Eba.

– Naprawdę?

– O wszystkim mi opowiedział. Również o tym, co się wydarzyło przed twoim wyjazdem do Houston.

Sally zaczerwieniła się. Miała ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu. Nie przypuszczała, że Ebenezer domyślał się, że się w nim podkochiwała. Ale trudno, by się nie domyślał, skoro ciągle szukała okazji, żeby go zaczepić, zamienić z nim słowo. Któregoś wiosennego poranka bezczelnie usadowiła się w jego pikapie i poprosiła, żeby ją zabrał na przejażdżkę. Ku jej zdumieniu, zgodził się. Niecałe pół godziny później wyskoczyła z pojazdu jak oparzona i kilometr dzielący ją od domu pokonała biegiem. Nie chcąc nikomu pokazać się na oczy, wślizgnęła się do domu kuchennymi drzwiami i zamknęła w swoim pokoju. Nigdy nikomu nie wyjawiła, co się stało w pikapie. Ciekawa była, czy o tym Jessica również wie.

– Kochanie, w szczegóły się nie wdawał – oznajmiła łagodnie ciotka. – Powiedział tylko, że zadurzyłaś się w nim, a on musiał cię powstrzymać, zanim sprawy zajdą za daleko. Był bardzo zdenerwowany.

– Zdenerwowany? Jakoś mi to do niego nie pasuje.

– Mnie też nie. – Jessica uśmiechnęła się ciepło. – W każdym razie prosił mnie, żebym cię miała na oku i sprawdzała facetów, z którymi będziesz się umawiać. Nie musiałam, bo na żadne randki nie chodziłaś.

Sally wyjrzała przez okno.

– Wystraszył mnie.

– Wiedział o tym.

– Byłam bardzo młoda – ciągnęła po chwili Sally. – Pewnie Eb słusznie postąpił, ale… Ale i tak miałam wyjechać z Jacobsville. Został mi tydzień do końca szkoły, a potem wybierałam się do was, do Houston. Więc chyba nie musiał uciekać się do tak drastycznych środków. Po rozwodzie rodziców…

– Mój brat wciąż ma wyrzuty sumienia z powodu tej studentki, dla której zostawił twoją matkę – oznajmiła Jessica; mówiła o ojcu Sally, który oprócz Sally i Steviego był jej jedynym żyjącym krewnym. – Mimo że zaledwie pół roku później twoja matka wyszła ponownie za mąż. A on… on został z Miss Piękności.

– Co u nich słychać? Jak się miewają? – spytała Sally.

Po raz pierwszy od dawna wspomniała o rodzicach. Prawdę rzekłszy, po ich rozwodzie, który zburzył całe jej dotychczasowe życie, zupełnie straciła z nimi kontakt.

– Twój ojciec większość czasu spędza w pracy, podczas gdy piękna Beverly udziela się towarzysko i namiętnie wydaje wszystkie zarobione przez niego pieniądze. Twoja matka jest w separacji z drugim mężem i przeprowadziła się do Nassau. – Jessica poprawiła poduszkę. – Nie dzwonią do ciebie, nie piszą?

– Sześć lat temu nienawidziłam ich za to, co mi zrobili. Teraz emocje opadły. Wiesz – powiedziała nagle – nigdy nie czułam się przez nich kochana. Dlatego uznałam, że lepiej będzie, jeśli każde z nas pójdzie w swoją stronę.

– Byli dziećmi, kiedy się urodziłaś – powiedziała Jessica. – Dużymi, nieodpowiedzialnymi dziećmi, którym własne dziecko jedynie ciążyło. Dlatego pierwszych pięć lat życia spędziłaś głównie ze mną. – Uśmiechnęła się. – Strasznie tęskniłam, kiedy mi ciebie zabrali.

– A dlaczego ty z Hankiem tak długo czekaliście, zanim zdecydowaliście się na własne potomstwo?

Jessica zarumieniła się.

– Tak jakoś wyszło. Hank miesiącami przebywał z dala od domu… Wymieniłaś łysą oponę? – spytała nagle, jakby chciała zmienić temat.

Wybieg okazał się skuteczny.

– Boże! Przedtem Ebenezer, teraz ty… – zdenerwowała się Sally. – Skąd wiesz, że jest łysa?

– Bo Eb dzwonił przed twoim powrotem i kazał mi przypilnować, żebyś z tym nie zwlekała.

– Pewnie nigdzie nie rusza się bez komórki.

– I paru innych rzeczy. Wiesz, on różni się od chłopaków, z którymi studiowałaś. To typowy samiec alfa: silny, zdecydowany, mający własne zdanie. Pod wieloma względami jest bardzo staroświecki.

– Dlaczego mi to mówisz? Już dawno się odkochałam – stwierdziła stanowczym tonem Sally.

– Szkoda. Eb naprawdę zasługuje na miłość.

Sally zaczęła zdrapywać przezroczysty lakier ze swoich krótkich, starannie przyciętych paznokci.

– Ma jakąś rodzinę?

– Nie. Matka zmarła, kiedy był niemowlęciem, a ojciec piął się po szczeblach kariery wojskowej. Eb właściwie dorastał wśród żołnierzy. Scott senior nie był czułym, troskliwym ojcem. Zginął na wojnie, kiedy Eb miał dwadzieścia kilka lat. Od tamtej pory jest sam, innej rodziny nie ma.

– Kiedyś mówiłaś, że na przyjęciach Ebenezerowi zawsze towarzyszą piękne kobiety – przypomniała sobie Sally. W jej głosie pobrzmiewała nuta zazdrości.

– Wzbudza zainteresowanie płci przeciwnej – przyznała Jessica. – Ale nie romansuje na prawo i lewo; jest człowiekiem ostrożnym. Kiedyś powiedział mi, że chyba nigdy nie znajdzie kobiety, z którą mógłby dzielić życie… Niestety wciąż ma wrogów, którzy chętnie widzieliby go martwego.

– Na przykład ten baron narkotykowy?

– Tak. Manuel Lopez niczego się nie boi. Szasta milionami, hojnie opłacając polityków, policjantów, a nawet sędziów. Dlatego tak trudno było nam go przyskrzynić; ciągle się wymykał. A potem szczęście się do nas uśmiechnęło; jeden z jego zaufanych ludzi zdecydował się przekazać mi informacje, nazwiska i dokumenty, które pozwoliłyby aresztować Lopeza pod zarzutem handlu narkotykami. Niestety działałam zbyt pochopnie. Przeoczyłam pewną drobną rzecz i adwokaci Lopeza wystąpili z wnioskiem o ponowny proces. Lopeza wypuszczono za kaucją. Oczywiście zamierza się zemścić na nielojalnym pracowniku. Zrobi absolutnie wszystko, żeby zdobyć jego nazwisko.

Sally wypuściła powietrze z płuc.

– Czyli nasza trójka znajduje się w niebezpieczeństwie.

– Tak. Kiedyś świetnie strzelałam, ale odkąd straciłam wzrok… No nic, do jutra Eb na pewno coś wymyśli. – Siedziała z poważną miną, wpatrując się w stronę, skąd dochodził głos bratanicy. – Słuchaj się go, Sally. Wykonuj każde jego polecenie. Błagam cię. Tylko on nas może ochronić.

– Dobrze, Jess – obiecała dziewczyna. – Uczynię wszystko, żeby tobie i Steviemu nie stała się krzywda.

– Dziękuję, kotku. Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć.

– Jess… – Sally znów zaczęła dłubać przy paznokciach. – Czy Ebenezer kiedykolwiek stracił głowę dla kobiety?

– Tak, kilka lat temu dla pewnej kobiety z Houston. Miał bzika na jej punkcie, ale rzuciła go, kiedy dowiedziała się, czym się trudni. Niedługo potem wyszła za mąż za znacznie starszego od siebie dyrektora banku. – Jessica przeczesała ręką włosy. – Podobno owdowiała. Ale nie sądzę, żeby Eb dalej do niej wzdychał. W końcu to ona go rzuciła.

Sally, która co nieco wiedziała o nieodwzajemnionej miłości, nie była taka pewna, czy uczucie wygasa tylko dlatego, że ktoś kogoś rzuca. Ona, na przykład, wciąż darzyła uczuciem Ebenezera.

– O czym myślisz? – spytała Jessica.

– Przypomniało mi się, jak oglądaliśmy powtórki „The A-Team”. – Pokręciła ze śmiechem głową. – Pamiętasz? Główny bohater bał się latania. Kumple zawsze musieli dać mu po łbie, żeby stracił przytomność, i wtedy go wnosili na pokład.

– To był niezły serial. Oczywiście mało realistyczny. Scenarzystów trochę ponosiła fantazja.

– W których momentach?

– Właściwie we wszystkich.

Zapanowała cisza.

– Jess, dlaczego mi nigdy nie powiedziałaś, na czym polega twoja praca?

– Nie było powodu, by cię o tym informować. Teraz jest.

 

– Skoro… skoro znałaś wcześniej Ebenezera, pewnie wiesz, jacy ludzie zostają najemnikami?

– Owszem – odparła krótko Jessica. – Wiem. Ludzie, którzy w większości są niezdolni do nawiązywania trwałych związków. Którzy nie znają pojęcia „miłość” i „wierność”.

Sally zdumiała gorycz w głosie ciotki.

– Czy wuj Hank też był najemnikiem?

– Tak, ale niezbyt długo. Nie należał do facetów, którzy kochają niebezpieczeństwo i codziennie narażają życie. To ironia losu, że umarł we śnie, na obczyźnie. A przecież nigdy nie narzekał na serce.

No proszę, pomyślała Sally, kolejna niespodzianka. Wuj Hank był szalenie przystojnym mężczyzną, ale nie zachowywał się jak pewny siebie twardziel.

– Hm, Ebenezer wspomniał, że służyli razem…

– Nie tyle służyli, co byli razem na obozie szkoleniowym, zanim wstąpili do Zielonych Beretów. Hank oblał egzamin, który Eb zdał śpiewająco. – Jessica uśmiechnęła się pod nosem. – Potem Eb ukończył bardzo trudny, bardzo specjalistyczny kurs przeznaczony dla brytyjskich komandosów. Niewielu żołnierzy go kończy, zwłaszcza za pierwszym razem. Ebowi się udało. Oczywiście nie jest Brytyjczykiem; Brytyjczycy „wypożyczyli” go do jakiejś supertajnej misji, kiedy służył w wywiadzie wojskowym.

Sally uzmysłowiła sobie, że nigdy dotąd nie zastanawiała się nad tym, jaką pracę wykonuje Ebenezer. Sądziła, że ma coś wspólnego z wojskiem. Nie była pewna, co myśleć o jego prawdziwej karierze. Wojak kojarzył się jej z człowiekiem silnym, lecz wrażliwym, mającym jakieś słabości. Komandos lub najemnik – z kimś twardym, nieczułym, bezwzględnym.

– Milczysz…

– Wiesz, nie domyślałam się, czym Ebenezer zajmuje się zawodowo – rzekła. Wstawszy z fotela, podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. – Nic dziwnego, że nie dopuszczał ludzi do siebie, że zawsze trzymał ich na dystans.

– Nadal tak jest. Bardzo niewiele osób wie o jego przeszłości. Jego dawni towarzysze broni, to jasne, ale inni… – Jessica urwała.

– Znasz ich, tych jego kumpli? – spytała Sally.

– Jednego czy dwóch. Zdaje się, że Dallas Kirk pracuje u niego na ranczu, a Micah Steele czasem służy mu pomocą. – Kobieta uśmiechnęła się do swoich myśli. – Micah to porządny gość. I jedyny spośród dawnej paczki, który nie przeszedł na emeryturę. Mieszka w Nassau, ale ilekroć Eb go potrzebuje, to wpada na tydzień lub dwa i udziela „kursantom” instrukcji.

– A Dallas Kirk?

Twarz Jessiki sposępniała. Sally zauważyła, jak ciotka zaciska dłoń w pięść.

– Rok temu został ciężko ranny podczas wymiany ognia. Wrócił do domu dosłownie zmasakrowany. Eb zatrudnił go u siebie na ranczu. Uczy techniki wywiadowczej. Nie rozmawiamy ze sobą; przed laty mieliśmy nieprzyjemne starcie.

Nieprzyjemne starcie? Zabrzmiało to intrygująco. Sally postanowiła, że kiedyś spyta o nie ciotkę.

– Może zjemy fajitas na kolację? – zaproponowała.

Twarz Jessiki pojaśniała.

– Wspaniały pomysł.

– No, dobra. Zaraz je przygotuję.

Sally udała się pośpiesznie do kuchni. W głowie kręciło się jej od nadmiaru wrażeń i informacji. Sądziła, że dobrze zna ciotkę, a tu proszę! Życie jest jednak pełne niespodzianek.