Księga życia

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Czego chcesz? – warknął Matthew.

– Twojej uwagi. – Benjamin się roześmiał.

Mój mąż znowu zamilkł.

– Nieczęsto brakuje ci słów, Matthew – stwierdził Benjamin. – Na szczęście teraz jest twoja kolej, żeby słuchać. Wreszcie znalazłem sposób, żeby zniszczyć ciebie i de Clermontów. Ani Księga Życia, ani twoja żałosna nauka ci teraz nie pomogą.

– Z radością zrobię z ciebie kłamcę.

– O, nie sądzę. – Benjamin ściszył głos, jakby dzielił się wielką tajemnicą. – Wiem, co lata temu odkryły czarownice. A ty?

Matthew spojrzał mi w oczy.

– Będziemy w kontakcie. – Benjamin się rozłączył.

– Zadzwoń do laboratorium – powiedziałam naglącym tonem, myśląc o Miriam.

Matthew wybrał numer.

– Najwyższa pora. Czego dokładnie miałam szukać w twoim DNA? Marcus mówił, że markerów rozrodczych. Co to ma znaczyć? – Miriam mówiła ostrym, zirytowanym tonem, bardzo dla niej charakterystycznym. – Twoja skrzynka kipi, a mnie należy się urlop, tak przy okazji.

– Jesteś bezpieczna? – Głos Matthew był ochrypły.

– Tak. Dlaczego?

– Wiesz, gdzie jest twój telefon?

– Nie. Gdzieś go dzisiaj zostawiłam. Pewnie w sklepie. Jestem pewna, że ten, kto go znalazł, zadzwoni.

– Zadzwonił do mnie. – Matthew zaklął. – Twój telefon ma Benjamin.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Twój Benjamin? – spytała z przerażeniem Miriam. – Myślałam, że on nie żyje.

– Niestety nie – odezwał się z prawdziwym żalem Gonçalves.

– Fernando? – W głosie Miriam dało się słyszeć wyraźną ulgę.

– Sim, Miriam. Tudo bem contigo?

– Dzięki Bogu, że jesteś. Tak, tak, wszystko u mnie w porządku. – Głos Miriam drżał, choć próbowała nad nim panować. – Kiedy ostatnio ktoś słyszał o Benjaminie?

– Wieki temu – odparł Baldwin. – A jednak Matthew jest w domu od zaledwie kilku tygodni, a Benjamin już znalazł sposób, żeby się z nim skontaktować.

– To oznacza, że go obserwował i na niego czekał – wyszeptała Miriam. – O, Boże.

– Czy w twoim telefonie było coś o naszych badaniach? – zapytał Matthew. – E-maile? Dane?

– Nie. Wiesz, że kasuję maile zaraz po ich przeczytaniu. – Miriam zrobiła pauzę. – Moja książka adresowa. Benjamin ma teraz wasze numery telefonów.

– Zmienimy je – pośpiesznie zapowiedział Matthew. – Nie jedź do siebie. Zatrzymaj się w Old Lodge z Amirą. Nie chcę, żebyście były same. Benjamin wymienił jej imię. – Matthew się zawahał. – I Jasona.

Miriam wciągnęła z sykiem powietrze.

– Syna Bertranda?

– Wszystko w porządku, Miriam. – Matthew starał się mówić kojącym tonem. Byłam zadowolona, że nie widzę wyrazu jego oczu. – Benjamin zauważył, że Jason dzwonił do ciebie kilka razy, to wszystko.

– Zdjęcie Jasona jest w mojej galerii. Teraz Benjamin będzie mógł go rozpoznać! – Miriam była wyraźnie roztrzęsiona. – Tylko on został mi po moim partnerze. Gdyby coś mu się stało…

– Dopilnuję, żeby Jason zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa. – Matthew spojrzał na bratanka, a on natychmiast sięgnął po telefon.

– Jace? – rzucił cicho Gallowglass, wychodząc z jadalni i zamykając za sobą drzwi.

– Dlaczego Benjamin pojawił się akurat teraz? – zapytała Miriam.

– Nie wiem. – Matthew spojrzał w moją stronę. – Wiedział o śmierci Emily, wspomniał o naszych badaniach genetycznych i Księdze Życia.

Czułam, że jakiś ważny fragment układanki trafił na swoje miejsce.

– Benjamin był w Pradze w tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym pierwszym roku – powiedziałam z namysłem. – Właśnie wtedy musiał usłyszeć o Księdze Życia. Miał ją cesarz Rudolf.

Mąż posłał mi ostrzegawcze spojrzenie.

– Nie martw się, Miriam. – Teraz mówił zdecydowanym tonem. – Dowiemy się, o co chodzi Benjaminowi, obiecuję. – Upomniał ją jeszcze, żeby była ostrożna, powiedział, że zadzwoni, kiedy dotrzemy do Oksfordu.

Gdy się rozłączył, cisza wydawała się ogłuszająca.

Gallowglass wśliznął się z powrotem do pokoju.

– Jace nie zauważył niczego niezwykłego, ale obiecał, że będzie się pilnował. Co teraz robimy?

– My? – Baldwin uniósł brwi.

– Benjamin to moja odpowiedzialność – oświadczył posępnie Matthew.

– Owszem – zgodził się brat. – Najwyższy czas, żebyś to przyjął do wiadomości i zajął się chaosem, który spowodowałeś, zamiast chować się za spódnicami Ysabeau i oddawać intelektualnym fantazjom o leczeniu szału krwi i odkryciu tajemnicy życia.

– Może za długo czekałeś, Matthew – dodała Verin. – Byłoby łatwiej zabić Benjamina w Jerozolimie, kiedy narodził się na nowo. Teraz już tak nie będzie. Nie mógłby tak długo się ukrywać, gdyby nie miał dzieci i sojuszników.

– Matthew jakoś sobie poradzi – rzucił drwiąco Baldwin. – Jest przecież rodzinnym zabójcą, prawda? Nigdzie nie jedziesz, Marcusie. Zostaniesz tutaj u mojego boku i przyjmiesz wysłanników Kongregacji. Gallowglass i Verin również. Musimy pokazać rodzinną solidarność. – Zmierzył wzrokiem Phoebe, a ona odpowiedziała mu oburzonym spojrzeniem. Po tej wymianie rzekł: – Rozważyłem twoją prośbę i jestem gotowy ją poprzeć, nie zważając na zdanie Matthew. Pragnienie Marcusa, żeby założyć tradycyjną rodzinę, pokaże wszystkim, że de Clermontowie nadal honorują dawne zwyczaje. Ty też zostajesz.

– Jeśli Marcus zechce, chętnie zostanę. Zgadzasz się, Ysabeau? – Phoebe wykorzystała uprzejmość jako broń, tak jak to potrafili tylko Brytyjczycy.

– Oczywiście – powiedziała Ysabeau, siadając z powrotem przy stole. Odzyskała już panowanie nad sobą i uśmiechnęła się słabo do narzeczonej wnuka. – Zawsze jesteś tu mile widziana, Phoebe.

– Dziękuję, Ysabeau. – Phoebe posłała Baldwinowi zjadliwe spojrzenie.

Teraz przywódca klanu skierował uwagę na mnie.

– Pozostało jedynie zadecydować co z Dianą.

– Moja żona, podobnie jak syn, to moja sprawa – oświadczył Matthew.

– Nie możecie teraz wrócić do Oksfordu. – Baldwin zignorował słowa brata. – Benjamin może nadal tam być.

– Pojedziemy do Amsterdamu – rzekł pośpiesznie Matthew.

– To również nie wchodzi w grę – sprzeciwił się Baldwin. – Twój dom jest nie do obrony. Jeśli nie możesz zapewnić jej bezpieczeństwa, Matthew, Diana zatrzyma się u mojej córki Miyako.

– Diana znienawidzi Hachiõji – stwierdził z przekonaniem Gallowglass.

– Nie wspominając o Miyako – mruknęła Verin.

– Więc niech Matthew lepiej spełni swój obowiązek. – Baldwin wstał. – Szybko.

Opuścił pokój tak błyskawicznie, że wyglądało to, jakby po prostu zniknął. Verin i Ernst też się pożegnali i poszli w jego ślady. Wtedy Ysabeau zaproponowała, żeby reszta udała się do salonu, gdzie stara wieża stereo i duża dawka Brahmsa zagłuszą najdłuższą rozmowę.

– Co zrobisz, Matthew? – Moja teściowa nadal wyglądała na roztrzęsioną. – Nie możesz puścić Diany do Japonii. Miyako pożre ją żywcem.

– Pojedziemy do domu Bishopów w Madison – zadecydowałam.

Trudno było stwierdzić, kto bardziej był zaskoczony rewelacją, że jedziemy do Nowego Jorku: Ysabeau, Matthew czy Sarah.

– Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł – powiedział ostrożnie mój mąż.

– Em odkryła coś tak ważnego w Sept-Tours, że wolała umrzeć niż to ujawnić. – Dziwiłam się, jak spokojnie to mówię.

– Dlaczego tak sądzisz? – zapytał Matthew.

– Sarah mówiła, że Em grzebała w archiwum de Clermontów przechowywanym w Okrągłej Wieży. Jeśli dowiedziała się o dziecku czarownicy z Jerozolimy, może chciała odkryć więcej.

– Ysabeau opowiedziała nam o dziecku – potwierdziła Sarah, patrząc na moją teściową. – Później podzieliłyśmy się tą informacją z Marcusem. Ale nadal nie rozumiem, dlaczego to oznacza, że powinniśmy jechać do Madison.

– Bo cokolwiek odkryła Em, skłoniło ją to do wezwania duchów – wyjaśniłam. – Sarah uważa, że Emily próbowała porozumieć się z moją mamą. Może Rebecca też coś wiedziała. Jeśli to prawda, może uda się nam dowiedzieć czegoś więcej w Madison.

– To dużo „jeśli”, „może” i „być może”, cioteczko – zauważył Gallowglass, marszcząc brwi.

Spojrzałam na męża, ale on wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w swój kieliszek do wina.

– Co myślisz, Matthew?

– Możemy jechać do Madison – powiedział. – Na razie.

– Jadę z wami – oznajmił Fernando. – Dotrzymam Sarah towarzystwa.

Moja ciocia uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością.

– Dzieje się tu coś więcej, niż wydaje się na pierwszy rzut oka, a są w to zamieszani Knox i Gerbert. Knox przyjechał do Sept-Tours z powodu listu, który znalazł w Pradze, a w którym była wzmianka o Ashmole’u nr 782. – Matthew miał posępną minę. – To nie może być przypadek, że znalezienie listu zbiegło się ze śmiercią Emily i pojawieniem się Benjamina.

– Byliście w Pradze. Księga Życia była w Pradze. Benjamin był w Pradze. Knox znalazł coś w Pradze. – Fernando mówił wolno. – Masz rację, Matthew. To coś więcej niż zbieg okoliczności. To wzór.

– Jest coś jeszcze, coś, czego nie powiedzieliśmy wam o Księdze Życia. Napisano ją na pergaminie zrobionym ze skór demonów, wampirów i czarownic.

Oczy Marcusa się rozszerzyły.

– To znaczy, że zawiera informacje genetyczne.

– Właśnie – potwierdził Matthew. – Nie możemy pozwolić, żeby wpadła w ręce Knoksa albo, nie daj Boże, Benjamina.

– Znalezienie Księgi Życia i jej brakujących stron nadal musi być naszym priorytetem – zgodziłam się.

– Nie tylko mogłaby nam dużo powiedzieć o pochodzeniu i ewolucji bytów, ale i pomogła zrozumieć szał krwi – zapalił się Marcus. – Ale może nie uda się nam wydobyć z niej użytecznych informacji genetycznych.

– Dom Bishopów zwrócił Dianie stronę z chemicznymi zaślubinami krótko po naszym powrocie – przypomniał Matthew. Mój dom rodzinny był znany czarownicom ze swoich magicznych działań i często przechowywał różne rzeczy, żeby później oddać je właścicielom. – Zbadamy ją, jeśli dostaniemy się do jakiegoś laboratorium.

– Niestety nie jest łatwo o dostęp do najnowocześniejszych laboratoriów genetycznych. – Marcus pokręcił głową. – A Baldwin ma rację. Nie możecie jechać do Oksfordu.

 

– Może Chris znalazłby coś w Yale. On też jest biochemikiem. Czy jego laboratorium miałoby potrzebny sprzęt? – Moja wiedza o pracach i eksperymentach badawczych kończyła się na roku 1715.

– Nie będę analizował strony z Księgi Życia w laboratorium uniwersyteckim – oświadczył Matthew. – Szukam prywatnego. Na pewno można jakieś wynająć.

– Stare DNA jest kruche. Będziemy potrzebowali więcej niż jednej strony, jeśli chcemy uzyskać wiarygodne rezultaty – ostrzegł Marcus.

– Kolejny powód, żeby zabrać Ashmole’a nr 782 z Biblioteki Bodlejańskiej – stwierdziłam.

– Jest bezpieczny tam, gdzie jest, Diano – zapewnił mnie Matthew.

– Na razie.

– Czy na świecie nie ma gdzieś jeszcze dwóch luźnych stron? – zapytał Marcus. – Moglibyśmy najpierw ich poszukać.

– Może ja bym pomogła – zaoferowała się Phoebe.

– Dzięki, Phoebe. – W okrągłej Wieży widziałam narzeczoną Marcusa w działaniu. Byłabym szczęśliwa, mając jej umiejętności do swojej dyspozycji.

– A Benjamin? – przypomniała Ysabeau. – Wiesz, co miał na myśli, kiedy mówił, że nauczył się cenić czarownice?

Matthew pokręcił głową.

Szósty zmysł czarownicy mówił mi, że znalezienie odpowiedzi na pytanie Ysabeau może być kluczem do wszystkiego.

Sol w Lwie

Ta, która się urodziła, kiedy słońce było w Lwie,

będzie z natury subtelna, bystra i spragniona wiedzy.

Cokolwiek usłyszy albo zobaczy, przyswoi natychmiast

bez żadnej trudności, jeśli tylko będzie chciała.

Nauki magiczne bardzo się jej przydadzą.

Pozna książąt i będzie przez nich kochana.

Jej pierwsze dziecko będzie dziewczynką, drugie chłopcem.

W czasie swojego życia zazna wielu kłopotów i niebezpieczeństw.

Anonimowy angielski dziennik, c. 1590.

Gonçalves, MS 4890, f. 8.

Rozdział 7

Stałam w destylarni Sarah i patrzyłam przez zakurzone, pofalowane szyby. Cały dom wymagał porządnego wietrzenia. Sztywna mosiężna zasuwa na skrzydle okiennym początkowo stawiała mi opór, ale napęczniała framuga w końcu ustąpiła i okno wystrzeliło w górę, drżąc z oburzenia na to brutalne traktowanie.

– Pogódź się z tym – rzuciłam zirytowana, odwróciłam się i rozejrzałam po pokoju.

Miejsce, w którym moje ciotki spędziły dużą część życia, a ja tak niewielką, było jednocześnie znajome i obce. Sarah zostawiała swoje bałaganiarstwo na progu. Tutaj wszystko zostało uporządkowane, powierzchnie były czyste, słoje do zapraw ustawione równo na półkach, drewniane szuflady posiadały opis zawartości.

Jeżówka, złocień maruna, ostropest, tarczyca, sadziec, krwawnik, podejźrzon.

Choć składniki używane przez Sarah nie były ustawione alfabetycznie, wiedziałam, że ich rozmieszczeniem rządzi jakaś czarodziejska zasada, ponieważ moja ciotka zawsze potrafiła od razu sięgnąć po właściwe zioło czy nasiono.

Sarah zabrała ze sobą grymuar Bishopów do Sept-Tours, ale teraz księga wróciła na swoje miejsce, czyli na to, co zostało ze starego pulpitu, który Em kupiła w jednym ze sklepów z antykami w Bouckville. Ona i Sarah odpiłowały nóżkę i teraz pulpit stał na starym kuchennym stole, który pojawił się tutaj razem z pierwszymi Bishopami pod koniec osiemnastego wieku. Jedna z nóg stołu była wyraźnie krótsza od pozostałych – nikt nie wiedział dlaczego – ale dzięki nierównym deskom podłogowym blat wydawał się zaskakująco równy i solidny. Jako dziecko myślałam, że to magia. Jako dorosła wiedziałam, że zwykły traf.

Blat roboczy Sarah otaczały stare sprzęty i sfatygowany rozgałęźnik. Był wśród nich wolnowar w kolorze awokado, wiekowy ekspres, dwa młynki do kawy i mikser. Tak wyglądały narzędzia współczesnej wiedźmy, choć ze względu na stare czasy Sarah trzymała przy kominku wielki kocioł. Moje ciotki używały wolnowaru do przygotowywania kadzideł i suszenia ziół, a ekspresu do warzenia naparów. W rogu stała lśniąca biała lodówka z czerwonym krzyżem na drzwiach, niepodłączona i nieużywana.

– Może Matthew znajdzie coś bardziej nowoczesnego dla Sarah – powiedziałam.

Palnik bunsenowski. Może kilka alembików. Nagle zatęskniłam za dobrze wyposażonym szesnastowiecznym laboratorium Mary Sidney. Podniosłam wzrok, mając nadzieję, że zobaczę przedstawiające procesy alchemiczne piękne freski, które zdobiły ściany w zamku Baynard.

Zamiast nich na sznurze rozciągniętym między wyeksponowanymi belkami wisiały suszone zioła i kwiaty: napęczniałe strąki czarnuszki, pełne małych nasionek; kłujący ostropest, dziewanna o długich łodygach i jasnożółtych kwiatach, od których wzięła się ich inna nazwa, czyli świece czarownicy; koper włoski. Sarah znała je wszystkie po wyglądzie, dotyku, smaku i zapachu. Za ich pomocą rzucała zaklęcia i wyrabiała talizmany. Suszone rośliny były szare od kurzu, ale wiedziałam, że nie wolno mi ich ruszać. Ciotka nigdy by mi nie wybaczyła, gdyby przyszła do swojej destylarni i znalazła same badyle.

Destylarnia kiedyś była kuchnią. Jedną ścianę zajmował ogromny kominek z szerokim paleniskiem i dwoma piekarnikami. Nad nimi znajdował się stryszek, na który wchodziło się po rozchwianej drabinie. Spędziłam na nim wiele deszczowych popołudni, kiedy skulona nad książką słuchałam, jak krople bębnią o dach. Teraz siedziała tam Corra i z leniwym zainteresowaniem łypała na świat jednym okiem.

Westchnęłam, wprawiając w ruch drobiny kurzu. Trzeba było wody – i dużo wysiłku – żeby to pomieszczenie znowu stało się przyjemne. A jeśli moja matka wiedziała coś, co pomogłoby nam zdobyć Księgę Życia, właśnie tutaj mogłam to znaleźć.

Usłyszałam ciche dzwonienie. Potem następne.

Pani Alsop nauczyła mnie, jak odróżniać nici wiążące świat i pociągać za nie, żeby tkać zaklęcia niezamieszczone w grymuarze. Nici otaczały mnie przez cały czas, a kiedy ocierały się o siebie, było słychać coś w rodzaju muzyki. Wyciągnęłam rękę i chwyciłam kilka pasm na palce. Niebieskich i bursztynowych, kolorów łączących przeszłość z teraźniejszością i przyszłością. Widziałam je już wcześniej, ale tylko w kątach, żeby niczego niepodejrzewające byty nie zostały wplecione w wątek i osnowę.

Moje ciało było wilgotne od potu, choć jedyne, co zrobiłam, to przeniosłam trochę kurzu i brudu z jednego miejsca w inne. Zapomniałam, jak gorąco potrafi być w Madison o tej porze roku. Podniosłam wiadro pełne brudnej wody i pchnęłam drzwi destylarni. Nawet nie drgnęły.

– Przesuń się, Tabitho – powiedziałam, pchając drzwi jeszcze raz. Miałam nadzieję, że kotka się przesunie.

Tabitha miauknęła. Nie zamierzała wejść do destylarni. To było królestwo Sarah i Em, a ona uważała mnie za intruza.

– Napuszczę na ciebie Corrę – zagroziłam.

Kotka Sarah powoli uniosła jedną łapę, potem drugą. Nie miała ochoty walczyć z moją towarzyszką, ale godność nie pozwalała jej na pośpieszną ucieczkę.

Otworzyłam tylne drzwi. Na zewnątrz powietrze wypełniało brzęczenie owadów i niesłabnący łomot. Wylałam wodę za taras, a Tabitha wyskoczyła z domu, żeby dołączyć do Fernanda, który stał ze stopą opartą o pniak używany przez nas do rąbania drewna i obserwował, jak Matthew wbija słupki płotu na polu.

– Nadal to robi? – zapytałam, machając pustym wiadrem. Hałas rozbrzmiewał od paru dni: najpierw przy wymianie dachówek, potem przy stawianiu treliaży w ogrodzie, a teraz przy naprawianiu ogrodzeń.

– Kiedy Matthew pracuje rękami, jego umysł jest spokojniejszy – powiedział Fernando. – Czy ciosa kamienie, walczy mieczem, kieruje łodzią, pisze wiersz, robi eksperymenty… to nie ma znaczenia.

– Myśli o Benjaminie. – Jeśli tak, nic dziwnego, że szukał odmiany.

Fernando skierował na mnie chłodne spojrzenie.

– Im więcej Matthew rozmyśla o swoim synu, tym częściej wraca do czasów, kiedy nie lubił siebie albo wyborów, których dokonał.

– Matthew nie rozmawia często o Jerozolimie. Pokazał mi swój znak pielgrzyma i opowiedział o Eleanor. – Niewiele, zważywszy na to, ile czasu musiał tam spędzić. I te najstarsze wspomnienia rzadko ujawniały się w czasie mojego pocałunku czarownicy.

– A, piękna Eleanor. Jej śmierć była kolejnym błędem, któremu można było zapobiec. – W głosie Fernanda brzmiała gorycz. – Po pierwsze, Matthew nie powinien za pierwszym razem w ogóle jechać do Ziemi Świętej, nie mówiąc już o drugim. Polityka i rozlew krwi to za dużo dla młodego wampira, zwłaszcza takiego z szałem krwi. Tyle że Philippe potrzebował każdych rąk do walki, jeśli chciał wygrać w Outremar.

Średniowieczna historia nie była moją specjalnością, ale wzmianka o koloniach krzyżowców przywołała mgliste skojarzenia z krwawymi konfliktami i oblężeniem Jerozolimy.

– Philippe marzył o założeniu tam królestwa manjasang, ale tak się nie stało. Po raz pierwszy w życiu nie docenił chciwości ciepłokrwistych, nie wspominając o ich religijnym fanatyzmie. Powinien był zostawić Matthew w Kordobie w Hugh i ze mną, bo on nie mógł mu pomóc w Jerozolimie, w Akrze czy innych miejscach, do których go posyłał. – Fernando kopnął pniak, odrywając kępkę mchu, który porastał stare drewno. – Szał krwi może być atutem, kiedy chce się być zabójcą.

– Nie sądzę, żebyś lubił Philippe’a – zauważyłam.

– Z czasem zacząłem go szanować. Ale lubić? – Fernando pokręcił głową. – Nie.

Ostatnio zdarzały mi się napady niechęci do Philippe’a. Ostatecznie to on przydzielił Matthew rolę rodowego zabójcy. Czasami patrzyłam na mojego męża stojącego samotnie w wydłużających się letnich cieniach albo na tle światła padającego w okna i widziałam ciężar tej odpowiedzialności na jego ramionach.

Matthew wbił słupek w ziemię i podniósł wzrok.

– Potrzebujesz czegoś?! – zawołał.

– Nie. Tylko przyszłam po wodę.

– Niech Fernando ci pomoże. – Matthew wskazał na puste wiadro. Nie podobało mu się, kiedy kobiety w ciąży nosiły ciężary.

– Oczywiście – rzuciłam na odczepnego, a mój mąż wrócił do pracy.

– Nie masz zamiaru mi pozwolić, żebym niósł wiadro. – Fernando położył dłoń na sercu w geście udawanego przerażenia. – Ranisz mnie. Jak będę mógł przy de Clermontach trzymać głowę wysoko, jeśli nie będę cię stawiał na piedestale, jak zrobiłby to prawdziwy rycerz?

– Jeśli powstrzymasz Matthew przed wynajęciem walca do wyrównania podjazdu, pozwolę ci nosić lśniącą zbroję przez resztę lata. – Cmoknęłam Fernanda w policzek i odeszłam.

Niespokojna i zmęczona upałem zostawiłam puste wiadro w kuchennym zlewie i poszłam szukać ciotki. Nie było trudno jej znaleźć. Sarah nabrała zwyczaju przesiadywania w bujanym fotelu mojej babki w saloniku i wpatrywania się w hebanowe drzewo wyrastające z kominka. Wracając do Madison, musiała stawić czoło stracie Emily w zupełnie nowy sposób. Stała się przygaszona i nieobecna.

– Za gorąco na sprzątanie – stwierdziłam. – Wybieram się do miasta na zakupy. Chcesz jechać ze mną?

– Nie, dobrze mi tutaj – odpowiedziała Sarah, kołysząc się w przód i w tył.

– Znowu dzwoniła Hannah O’Neil. Zaprosiła nas na imprezę składkową z okazji Lughnasadh.

Od naszego powrotu wciąż telefonowali do nas członkowie covenu z Madison. Sarah powiedziała najwyższej kapłance Vivian Harrison, że czuje się dobrze i że opiekuje się nią rodzina. Potem odmawiała wszelkich rozmów.

Teraz zignorowała moją wzmiankę o zaproszeniu Hanny i nadal gapiła się na drzewo.

– Duchy w końcu muszą wrócić, nie sądzisz?

Od naszego powrotu dom był wolny od spektralnych gości. Matthew winił za to Corrę, ale Sarah i ja wiedziałyśmy swoje. Emily odeszła tak niedawno, że duchy wolały trzymać się z daleka, żebyśmy nie nękały ich pytaniami, jak ona sobie radzi.

– Jasne, ale pewnie trochę to potrwa – powiedziałam.

– Dom jest bez nich taki cichy. Nigdy nie widziałam ich tak jak ty, ale czułam, że są. – Sarah zakołysała się energiczniej, jakby mogła w ten sposób je sprowadzić.

– Już postanowiłaś, co zrobisz z Przeklętym Drzewem?

Drzewo czekało na Matthew i na mnie, kiedy wróciliśmy z roku 1591. Sękaty czarny pień wypełniał większą część komina, a korzenie i gałęzie sięgały na pokój. Choć wydawało się pozbawione życia, od czasu do czasu rodziło dziwne owoce: kluczyki do samochodu, obraz chemicznych zaślubin wydarty z Ashmole’a nr 782. Ostatnio dało nam przepis na kompot rabarbarowy z roku 1875 i sztuczne rzęsy z roku mniej więcej 1973. Fernando i ja uważaliśmy, że trzeba je usunąć, naprawić komin, uzupełnić boazerię i ją pomalować. Sarah i Matthew nie byli przekonani do tego pomysłu.

– Jeszcze nie wiem – powiedziała Sarah z westchnieniem. – Przyzwyczajam się do niego. Zawsze możemy udekorować je na święta.

– Śnieg będzie wlatywał przez pęknięcia, kiedy przyjdzie zima – ostrzegłam, sięgając po torebkę.

 

– Czego cię uczyłam o magicznych obiektach? – zapytała Sarah swoim dawnym ostrym tonem.

– Nie dotykaj ich, dopóki ich nie zrozumiesz – odpowiedziałam, naśladując głos sześciolatki.

– Ścięcie magicznego drzewa z pewnością kwalifikuje się jako dotykanie, zgadzasz się? – Sarah spędziła Tabithę z pieca, na którym kocica siedziała i wpatrywała się w korę. – Potrzebujemy mleka. I jajek. Fernando mówił o jakiejś wymyślnej odmianie ryżu. Obiecał, że zrobi paellę.

– Mleko. Jajka. Ryż. Rozumiem. – Z troską popatrzyłam na ciotkę. – Powiedz Matthew, że niedługo wrócę.

Deski we frontowym holu skrzypiały, kiedy szłam do drzwi. Zatrzymałam się jak wrośnięta w podłogę. Dom Bishopów był znany z tego, że wyrażał swoją opinię w wielu sprawach, od tego, kto ma prawo go zajmować, po aprobatę nowego koloru farby na żaluzjach.

Ale teraz nie reagował. Czekał podobnie jak duchy.

* * *

Nowy samochód Sarah stał zaparkowany przed frontowymi drzwiami. Jej starą hondę civic spotkało nieszczęście w drodze powrotnej z Montrealu, gdzie ja i Matthew ją zostawiliśmy. Jeden z pracowników de Clermontów dostał zadanie, żeby przyprowadzić ją z powrotem do Madison, ale silnik padł gdzieś między Bouckville a Watertown. Na pocieszenie Matthew sprezentował Sarah mini coopera fioletowy metalik z białymi rajdowymi pasami wykończonymi czernią i srebrem oraz spersonalizowanymi tablicami rejestracyjnymi: NOWA MIOTŁA. Mój mąż miał nadzieję, że ten przekaz powstrzyma Sarah przed oklejeniem całego pojazdu nalepkami, ale ja obawiałam się, że to tylko kwestia czasu, kiedy nowy samochód będzie wyglądał jak stary.

Na wypadek gdyby ktoś pomyślał, że nowy środek lokomocji i brak na nim sloganów oznaczają zachwianie się w pogaństwie, Matthew kupił Sarah zawieszkę na antenę w kształcie czarownicy. Wiedźma miała rude włosy, spiczasty kapelusz i okulary przeciwsłoneczne. Nieważne, gdzie Sarah zaparkowała, ktoś zawsze ją kradł, więc Matthew trzymał cały ich zapas w kredensie w przedsionku.

Poczekałam, aż Matthew zacznie wbijać następny słupek, i wskoczyłam do mini. Zawróciłam i szybko odjechałam. Mój mąż nie posunął się tak daleko, żeby mi zabronić opuszczania farmy bez towarzystwa, a Sarah wiedziała, dokąd jadę. Szczęśliwa, że się wymknęłam, otworzyłam szyberdach, by w drodze do miasteczka napawać się czerwcowym wiatrem.

Moim pierwszym przystankiem była poczta. Pani Hutchinson z ciekawością zmierzyła wzrokiem wypukłość pod moim T-shirtem, ale nic nie powiedziała. Pozostałymi osobami w urzędzie byli dwaj handlarze antykami i Smitty, nowy najlepszy przyjaciel Matthew ze sklepu z artykułami żelaznymi.

– Jak się sprawuje młot pana Clairmonta? – zapytał Smitty, stukając plikiem przesyłek reklamowych w daszek baseballówki. – Od wieków żadnego nie sprzedałem. Większość ludzi woli w dzisiejszych czasach kafary.

– Matthew jest z niego zadowolony. – Większość ludzi to nie mierzące prawie metr dziewięćdziesiąt wampiry, pomyślałam, wyrzucając do kosza ulotkę miejscowego sklepu spożywczego i oferty nowych opon.

– Trafiła pani dobrą partię – powiedział Smitty, łypiąc na moją obrączkę. – I z miz Bishop też chyba dobrze się dogaduje. – To ostatnie było wypowiedziane tonem podziwu.

Moje usta drgnęły. Schowałam plik katalogów i rachunków do torby.

– Proszę na siebie uważać, Smitty.

– Do widzenia, pani Clairmont. Proszę powiedzieć panu Clairmontowi, żeby mnie zawiadomił, kiedy zdecyduje się co do tego walca do podjazdu.

– Nie pani Clairmont. Nadal używam… – Zauważyłam minę Smitty’ego. – Och, mniejsza o to.

Otworzyłam drzwi i usunęłam się na bok, żeby wpuścić dwoje dzieci w pogoni za lizakami, które pani Hutchinson trzymała na ladzie. Zanim wyszłam ze sklepu, usłyszałam, jak Smitty szepcze do kierowniczki poczty:

– Poznałaś pana Clairmonta, Annie? Miły facet. Już zaczynałem myśleć, że Diana zostanie starą panną jak miz Bishop, jeśli wiesz, co mam na myśli. – Smitty znacząco mrugnął do pani Hutchinson.

* * *

Skręciłam na zachód i ruszyłam Route 20 między zielonymi polami i starymi farmami, które kiedyś dostarczały żywność mieszkańcom okolicy. Większość gospodarstw podzielono, a ziemię przeznaczono na inne cele. Powstały na niej szkoły i urzędy, zakład kamieniarski, sklep z wełną w przerobionej stodole.

Kiedy zatrzymałam się przed supermarketem w pobliskim Hamilton, miejsce było praktycznie opustoszałe. Nawet kiedy trwały zajęcia w college’u, parking zapełniał się najwyżej w połowie.

Zaparkowałam samochód Sarah na jednym z wielu wolnych miejsc niedaleko drzwi, obok rodzinnego vana, jakie ludzie kupowali, kiedy mieli dzieci. Miał przesuwane drzwi, żeby łatwo było montować foteliki, mnóstwo uchwytów na kubki i beżową wykładzinę, żeby maskować płatki walające się po podłodze. Przed oczami przewinęła mi się moja przyszłość.

Mały, zwrotny samochodzik Sarah był miłym przypomnieniem, że istnieją inne możliwości, choć Matthew prawdopodobnie upierałby się przy pancernym czołgu, gdy urodzą się bliźnięta. Wymamrotałam kilka słów i druciki anteny przeszły na wylot przez kapelusz czarownicy. Postanowiłam, że na mojej wachcie nikt nie ukradnie maskotki Sarah.

– Ładny czar wiążący – odezwał się ktoś za moimi plecami. – Nie sądzę, żebym akurat ten znała.

Odwróciłam się gwałtownie. Kobieta miała około pięćdziesiątki, przedwcześnie posiwiałe włosy do ramion i szmaragdowe oczy. Otaczał ją cichy szum mocy, niezbyt silny, ale solidny. To był wysoka kapłanka covenu z Madison.

– Dzień dobry, pani Harrison.

Harrisonowie byli starą rodziną z Hamilton. Przybyli z Connecticut i podobnie jak u Bishopów kobiety zatrzymywały rodowe nazwisko nawet po zamążpójściu. Mąż Vivian, Roger Baker, przybrał po ślubie nazwisko żony, czym zasłużył sobie na miejsce w annałach covenu za gotowość do uhonorowania tradycji i jednocześnie wysłuchiwania drwin ze strony innych mężów.

– Myślę, że jesteś dostatecznie dorosła, żeby mówić mi Vivian, prawda? – Opuściła wzrok na mój brzuch. – Idziesz na zakupy?

– Tak. – Żadna czarownica nie mogła okłamać drugiej. W tej sytuacji najlepiej było ograniczać się do krótkich odpowiedzi.

– Co za zbieg okoliczności. Ja też. – Dwa wózki sklepowe oddzieliły się od pozostałych i wytoczyły z wiaty w naszą stronę.

– Masz termin w styczniu? – zapytała Vivian, gdy już byłyśmy w środku.

Omal nie upuściłam papierowej torby z jabłkami wyhodowanymi na pobliskiej farmie.

– Jeśli donoszę. Spodziewam się bliźniąt.

– Bliźnięta są nie do opanowania – powiedziała Vivian ze współczuciem. – Zapytaj Abby. – Pomachała do kobiety niosącej dwa kartony jajek.

– Cześć, Diano. Chyba się nie znamy. – Abby włożyła jeden karton do części wózka przeznaczonej dla najmłodszych i przypięła je pasem. – Kiedy dzieci się urodzą, będziesz musiała wymyślić inny sposób, żeby jajka się nie stłukły. W samochodzie mam cukinię, więc nawet nie myśl o jej kupowaniu.

– Czy wszyscy w kraju wiedzą, że jestem w ciąży? – spytałam. I o tym, że akurat dzisiaj wybrałam się na zakupy.

– Tylko czarownice. I wszyscy, którzy rozmawiają ze Smittym. – Obok nas przebiegł czteroletni chłopiec w pasiastej koszulce i masce Spidermana. – Johnie Pratt! Przestań gonić siostrę!

– Spokojnie. – Przystojny mężczyzna w szortach i szaro-bordowym T-shircie Uniwersytetu Colgate trzymał na rękach wyrywające się dziecko o twarzy umazanej czekoladą i okruszkami ciastek. – Znalazłem Grace w alejce ze słodyczami. Cześć, Diano. Caleb Pratt, mąż Abby. Uczę tutaj. – Mówił swobodnym tonem, ale wokół niego trzaskała energia. Czyżby magia żywiołów?

Moje pytanie podświetliło delikatne nici, które go otaczały, ale Harrison odwróciła moją uwagę, zanim zdążyłam się upewnić.

– Caleb jest profesorem na wydziale antropologii – oznajmiła z dumą Vivian. – On i Abby są mile widzianym nabytkiem w naszej społeczności.

– Miło was poznać – wymamrotałam. Najwyraźniej cały coven robił w czwartek zakupy w Cost Cutter.

– Tylko kiedy musimy omówić jakieś sprawy – powiedziała Abby, czytając w moich myślach. O ile potrafiłam stwierdzić, miała znacznie mniejszy talent magiczny niż Vivian czy Caleb, ale trochę mocy we krwi. – Spodziewaliśmy się zobaczyć dzisiaj Sarah, ale ona nas unika. Wszystko u niej w porządku?

– Niezupełnie. – Zawahałam się.

Kiedyś coven z Madison reprezentował wszystko to, czemu chciałam w sobie zaprzeczyć. Ale czarownice z Londynu nauczyły mnie, że trzeba zapłacić cenę za odcięcie się od innych czarownic. I prosta prawda była taka, że Matthew i ja nie poradzilibyśmy sobie sami. Nie po tym wszystkim, co wydarzyło się w Sept-Tours.