Niczym potężna armiaTekst

Z serii: Schronienie #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

Niczym potężna armia

Przełożył Robert J. Szmidt

Dom Wydawniczy REBIS

W cyklu SCHRONIENIE dotychczas ukazały się:

Dla Dot Barnette,

przyszywanej wyjątkowej babci.

Dzieciaki za Tobą przepadają… i my też.







Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG

A więc to tak – mruknął Nahrmahn Baytz, odchylając się na oparcie swojego ulubionego krzesła ze schludnie zapisanymi kartkami w dłoni.

Wprawdzie nie potrzebował już słowa pisanego do komunikacji, gdyż jako osobowość wirtualna zamieszkująca własny kieszonkowy wszechświat był w stanie bezpośrednio komunikować się ze sztuczną inteligencją znaną jako Sowa, jednakże doszedł do wniosku, że z obu tych metod bardziej mu odpowiada stary dobry sposób przetwarzania i przekazywania informacji.

– Otóż to – potwierdził szczupły, czarnowłosy i szafirowooki typ siedzący po przeciwnej stronie kamiennego stołu. Ów mężczyzna (czy też może kobieta; kwestia płci bowiem w dalszym ciągu podlegała dyskusji) jako jedyny składał Nahrmahnowi wizyty tu, na tarasie z widokiem na połyskliwe wody Zatoki Eraystorskiej. – Myślę, że byłbym w stanie dotrzeć do zastrzeżonych plików, ale wszystkie analizy wskazują na to, że z prawdopodobieństwem wynoszącym osiemdziesiąt trzy procent moje działanie doprowadziłoby do uaktywnienia systemu bezpieczeństwa. W takim wypadku prawdopodobieństwo tego, że zdążyłbym uzyskać jakiekolwiek interesujące nas dane przed samounicestwieniem modułu informacyjnego, sięgnęłoby co najwyżej sześćdziesięciu procent, aczkolwiek nie sposób ustalić ilości przydatnych dla nas danych, które udałoby mi się pozyskać. Z kolei prawdopodobieństwo, że pliki uległyby mimo wszystko zniszczeniu, wynosi ponad dziewięćdziesiąt siedem procent, a prawdopodobieństwo tego, że system bezpieczeństwa zrekonfigurowałby obwody molekularne „Klucza”, uniemożliwiając jakikolwiek przyszły dostęp do danych, przekracza nawet dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Zakładając, że do stworzenia plików zastrzeżonych oraz systemu bezpieczeństwa została użyta cywilna sztuczna inteligencja, istnieje pięćdziesięciodziewięcioprocentowe, plus minus pięć procent, ryzyko tego, że sam zostałbym skasowany i unicestwiony. Moja kora mózgowa mogłaby przetrwać z siedemdziesięciodwuprocentowym prawdopodobieństwem, również plus minus pięć procent, aczkolwiek uszkodzenia skutkowałyby utratą samoświadomości. W takim wypadku szanse na zreintegrowanie osobowości wyniosłyby nie więcej niż trzydzieści siedem procent, przy czym znaczna liczba niewiadomych uniemożliwia podanie tej wartości z pełną odpowiedzialnością. Podsumowując więc, jeśli do stworzenia plików zastrzeżonych użyto cywilnej sztucznej inteligencji, prawdopodobieństwo mojej destrukcji przekracza dziewięćdziesiąt dziewięć procent.

Nahrmahn wysłuchał wyważonego wywodu i przyjrzawszy się nie mniej spokojnemu obliczu rozmówcy, potrząsnął głową. Samoświadomość i integracja Sowy nastąpiła – przynajmniej wedle standardów reszty wszechświata – przed zaledwie kilkoma miesiącami, jednakże wedle samej Sowy, jak również wedle niego, minęło znacznie więcej czasu i korpulentny książę zaczął poczytywać sztuczną inteligencję za swego przyjaciela i wspólnika. Były jednak chwile, takie jak choćby ta, kiedy Nahrmahn boleśnie sobie uświadamiał, że czymkolwiek tam Sowa właściwie jest, z całą pewnością nie może się mienić istotą z krwi i kości. Nigdy też nie miał najmniejszych wątpliwości co do tego, że spokojny ton głosu sztucznej inteligencji szedł w parze z jej spokojem wewnętrznym, nawet gdy w grę wchodziło omawianie prawdopodobieństwa jej kompletnej destrukcji w razie, gdyby doszło do kontynuacji próby rozpoznania tak zwanego Klucza Schuelera.

Teraz przeniósł wzrok na odbijający promienie słoneczne wypolerowany przycisk do papieru, który spoczywał pomiędzy nimi na blacie – jedynej płaskiej powierzchni szpecącej idealnie kulisty kształt. Oczywiście ani przycisku do papieru, ani stołu tak naprawdę tam nie było, co nie znaczy, że gdyby Nahrmahn podniósł tenże przycisk i zważył go w dłoni bądź uderzył się nim w głowę, nie odniósłby wrażenia realności. Nic dziwnego więc, że jakąś częścią siebie najbardziej ze wszystkiego pragnął w tej chwili cisnąć Kluczem Schuelera w odmęty jak najprawdziwszej Zatoki Eraystorskiej, darując go na wieki wieków podwodnym mieszkańcom.

Co niestety byłoby wysiłkiem tyleż niemożliwym, co daremnym, przyznał niechętnie w myślach książę.

– O ile skasowanie zawartości Klucza byłoby raczej niefortunne – powiedział – o tyle chyba przeżylibyśmy jego utratę. Natomiast żywię niezachwianą pewność, którą zapewne podziela reszta członków wewnętrznego kręgu, że utrata ciebie, Sowo, okazałaby się o wiele bardziej niedogodna. Zarówno na osobistym, jak i zawodowym poziomie.

– Muszę się zgodzić, że ta konkretna możliwość nie budzi również mojego specjalnego entuzjazmu – potwierdziła Sowa.

– Miło mi to słyszeć – skwitował oschle Nahrmahn, po czym odłożył raport na stół, używając Klucza Schuelera do przytrzymania kartek trzepoczących na wietrze wiejącym znad zatoki. – Z drugiej strony jednak bardzo chętnie bym się dowiedział, co skrywają te pliki.

– Większość z nich to zwykłe oprogramowanie, tylko jeden jest wyjątkowo duży, ale nie jestem w stanie nic więcej powiedzieć, skoro nie mam dostępu do pełnej zawartości.

Petabajtowy plik nazywa „wyjątkowo dużym”, pomyślał Nahrmahn nie mniej oschle, niż przed chwilą się odezwał, równocześnie rozważając w duchu ogrom tej liczby, szczególnie na tle wszystkiego, co był sobie w stanie wyobrazić jeszcze za życia. I właśnie ten rozmiar sprawia, że mam taką chęć dobrać się do niego! Nie aż taką jednak, aby ryzykować utratę Sowy. Tego nic na tym świecie nie jest warte…

– Cóż, przypuszczam, że możemy spokojnie założyć, iż oprogramowanie ma coś wspólnego z tym, co znajduje się pod Świątynią – zaczął zastanawiać się na głos, odrywając przednie nogi krzesła i wsłuchując się w szum fal. – Tyle dobrego, że udało nam się ustalić, iż czymkolwiek są, wymagają aktywacji przez człowieka.

– To prawda, zakładając, że aktywacja następuje w odpowiedzi na użycie Klucza – zauważyła Sowa. – Wciąż jednak nie wiemy, czy wykrycie zakazanej technologii przez platformy bombardujące nie uruchomi automatycznego procesu reakcji. Nie możemy także wykluczyć istnienia innych Kluczy albo zapasowych systemów obronnych aktywowanych zupełnie innymi protokołami.

– To prawda – przyznał Nahrmahn. – W nagraniu archanioła Schuelera nie ma niestety najmniejszej sugestii, że milenijne zwiastowanie nastąpi na wezwanie ludzi.

– Zgadza się – stwierdził awatar sztucznej inteligencji, wywołując uśmiech na twarzy księcia.

Sowa potrzebowała długiego czasu – jak na jej zdolności – by przyswoić sobie ludzki zwyczaj potwierdzania, na znak, że popiera się myśl przedmówcy. Nie mówiąc już o przyjęciu do wiadomości konceptu, że człowiek może zakładać, iż jest inaczej… zwłaszcza że na początku kontaktów bardzo często nie zwracała uwagi na takie szczegóły jak kontynuowanie dyskusji.

Uśmiech zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy przez pamięć księcia przewinęło się po raz kolejny nagranie, które w kółko sobie odtwarzał. Nie miał najmniejszych wątpliwości, dlaczego Paityr Wylsynn i jego przodkowie tak święcie wierzyli w to, że zostali namaszczeni przez samego Boga. On sam nie miałby co do tego najmniejszych wątpliwości, gdyby ujrzał przed sobą wizerunek archanioła i usłyszał z jego ust, że ród Wylsynnów został wybrany do wypełnienia świętej misji. Zrozumiał także, dlaczego ci ludzie z taką zawziętością walczyli o czystość duszy Kościoła Boga Oczekiwanego.

Od tak wielu pokoleń i za cenę tylu żyć bronili czystości i świętości czegoś, co było wierutnym kłamstwem. Ta myśl sprawiła, że znów poczuł w głębi duszy znajomy dreszcz gniewu. Wszyscy Wylsynnowie działający na łonie Świątyni nie mieli bladego pojęcia, jak zresztą każdy inny hierarcha, że cała ta doktryna i teologia służą jednemu: zniewoleniu ludzkości i zatrzymaniu jej po kres dziejów tutaj, na Schronieniu.

Były takie chwile, że nawet on miał problemy z uwierzeniem w to, iż Langhorne, Bédard i cała reszta zarządców kolonii działali w dobrej wierze. Od czasu zamachu zdążył wielokrotnie przeczytać oryginalne rozkazy Langhorne’a, przechowywane przez Pei Kau-yunga i Pei Shan-wei w miejscu nazwanym po wiekach Jaskinią Nimue. Wiedział więc doskonale, że rozkaz przeprogramowania pamięci kolonistów i wprowadzenia do niej Kościoła Boga Oczekiwanego oraz zakazu rozwoju technologii był totalnym przeciwieństwem prawdziwego celu tej misji. I chociaż zdawał sobie sprawę z tego, czym podyktowane były czyny Eryka Langhorne’a i jego popleczników, nie umiał darować im tego, że tak skrzywdzili podlegających im ludzi.

 

Ale Schueler, którego Paityr i jego przodkowie oglądali, nie przypominał w niczym psychopaty, który spisał najbardziej okrutną z ksiąg Pisma, co rodziło kolejne pytanie… Które oblicze tego archanioła jest prawdziwe? Czy był autorem Księgi Schuelera, czy człowiekiem, który nakazywał Wylsynnom pilnowanie, by Kościół Matka zawsze dbał o dobro dzieci Boga?

Odpowiedzi na te pytania nie da się uzyskać, dopóki ktoś nie zdobędzie fizycznie Świątyni i nie dotrze do ukrytych w niej nagrań (albo do informacji znajdujących się w Kluczu), a to może być trudne bez ściągnięcia sobie na głowę zagłady. Nahrmahn wiedział jedno – gdyby miał stanąć przed Schuelerem, wolałby spotkać człowieka, który był autorem nagrania.

Wspomniał jego ciemne oczy, wydatne kości policzkowe, tę niezachwianą pewność w głosie i dziwny akcent.

– Zostawiamy wam upadły świat… – Schueler mówił spokojnie, z wyczuwalnym smutkiem. Książę musiał koncentrować całą uwagę na jego słowach, gdy oglądał ten zapis po raz pierwszy, a potem drugi. Tysiąc lat ewolucji języka sprawiło, że wypowiedź była dla niego ledwie czytelna, ale z oczu archanioła biła wciąż ogromna pewność. – To nie jest świat, jakiego pragnęliśmy, jaki kazano nam stworzyć, ale nawet my, archaniołowie, nie jesteśmy w pełni odporni na dotyk zła. Nas też można omamić, ugiąć, a nawet złamać. Wojna, która rozgorzała po upadku Shan-wei, jest najlepszym tego dowodem. Bóg jednak ma dla was, swoich dzieci, prawdziwy Plan. Wy, którzy oglądacie ten przekaz, wiecie już, że jesteście Jego dziećmi. Wzywam was w Jego imieniu, abyście nigdy o tym nie zapominali. Pamiętajcie po kres czasów, mimo że my, archaniołowie, zawiedliśmy, mimo że stworzony przez nas świat jest niedoskonały, waszym zadaniem będzie pamiętanie o miłości Boga i okazywanie tego czynami. To nie będzie łatwe zadanie. Wielu zapłaci za jego wykonanie cierpieniem swoim i bliskich. Nie dana wam będzie satysfakcja, a tylko poczucie obowiązku, co jednak nie zmienia faktu, że to najważniejsza z misji, jakie kiedykolwiek otrzymał człowiek. Mówię wam o tym, ponieważ pozostawiam was tutaj jako strażników strzegących murów wiary. Rolą Kościoła jest prowadzenie, miłowanie i służenie Jego dzieciom. Nie pozwólcie, by kiedykolwiek zboczono z tej drogi. Nie pozwólcie, by pycha i arogancja zapanowały w Świątyni. By pogoń za ziemskimi uciechami przysłoniła prawdziwy cel misji. Bądźcie wierni, bądźcie czujni, bądźcie dzielni i wiedzcie, że to, czemu służycie, jest warte największych poświęceń.

Jakim cudem Wylsynn mógłby nie uwierzyć w przesłanie tego człowieka? – zastanawiał się Nahrmahn. Ja poznałem całą prawdę o „archaniołach” i Kościele, a mimo to czuję potrzebę, a nawet głód wiary w każde wypowiedziane przez niego słowo. Nie dziwi mnie zatem, że Samyl Wylsynn i jego brat odrzucili wizję Inkwizycji narzucaną przez Zhaspahra Clyntahna. Ale…

Westchnął ciężko, ponieważ dotarł do sedna problemu. Słowa Schuelera wypowiedziane w tym przesłaniu nie zmienią barbarzyńskiej wymowy księgi, którą napisał. A to właśnie ona, a nie to sekretne nagranie, była od tysiąca lat czytana i czczona przez każdego mieszkańca Schronienia. Tak, to przez jej surowe zapisy metod, jakimi Kościół powinien strzec czystości wiary, przelano tyle krwi i dokonano tylu nieludzkich zbrodni w imieniu Boga.

– Cóż – rzucił książę – to chyba wszystko, co zdołamy wydobyć z Klucza. Masz rację, mówiąc, że powinniśmy przyjąć założenie, iż jakiś inny archanioł, albo sam Schueler, mógł stworzyć kolejne Klucze uruchamiające istniejące gdzieś centra dowodzenia. A tak przy okazji, czy przemyślałaś moją ostatnią propozycję?

– Oczywiście, wasza wysokość. – Sowa uśmiechnęła się blado, rozbawiona sugestią, że mogłaby nie rozważyć tego tematu.

– Czy wydała ci się sensowna?

– Tak, ale tylko przy założeniu ścisłych ograniczeń, choć muszę przyznać, że nadal nie rozumiem, czemu miałoby to służyć – odpowiedziała sztuczna inteligencja. Gdy Nahrmahn uniósł znacząco brew, towarzyszący mu awatar przechylił głowę w podpatrzony u księcia sposób. – Mam, jak wasza wysokość raczył zauważyć, znacznie mniej rozbudowane moduły intuicji i wyobraźni niż przeciętny człowiek. Nie twierdzę jednak, że twój pomysł wydaje mi się bezcelowy, tylko że nie umiem dostrzec, czemu miałby służyć. Zważywszy na zawartość moich banków danych, muszą upłynąć jeszcze całe dziesięciolecia, zanim ludzie pokroju barona Morskiego Szczytu i Ehdwyrda Howsmyna będą potrzebowali mojej pomocy w odzyskaniu utraconej wiedzy.

– To prawda. Z drugiej jednak strony nawet w twoich zasobach istnieją wciąż spore luki. Przechowujesz niewyobrażalne, ale skończone ilości danych, niewykluczone więc, że możemy wpaść na nowe pomysły, które będziesz mogła wyprodukować w swoim module fabrycznym. Nie mówiąc już o możliwości przeprowadzania wirtualnych eksperymentów.

– To możliwe, aczkolwiek… wybacz mi, wasza wysokość, to, co zaraz powiem… moim skromnym zdaniem cele tych eksperymentów bardziej będą służyć twojej rozrywce niż faktycznemu rozwojowi współczesnej technologii. Wiem, że to przykre, ale w mojej opinii jesteś człowiekiem przebiegłym, a nawet pozbawionym skrupułów.

– Przywykłem do swoich metod działania – przyznał tonem wyższości książę. – Zauważ jednak, że przynoszą one więcej pożytku tym, którym służę, niż mnie samemu.

– Księżna Ohlyvya ujęła to nieco inaczej podczas ostatniej wizyty – skontrowała natychmiast Sowa, rozbawiając Nahrmahna.

– Może dlatego, że zna mnie tak dobrze i od tak dawna. Ty natomiast obserwujesz mnie od bardzo krótkiego czasu, a masz, jak sama przyznajesz, bardzo ograniczone moduły wyobraźni i intuicji. Jak sama rozumiesz, oszukanie ciebie i zmuszenie do zrobienia czegoś, co chcę, byłoby dziecinnie proste. Ufam, że teraz to rozumiesz.

– O, tak – odparła Sowa, uśmiechając się szerzej. – Jak najbardziej, wasza wysokość.

LIPIEC

.I.
Armia Glacierheart
Marchia Wschodnia
oraz
Pierwsza (wzmocniona) brygada
Prowincja Glacierheart
Republika Siddarmarku

Urządzenie podsłuchowe ukryte na naramienniku tuniki biskupa Cahnyra Kaitswyrtha było zbyt małe, by mogło je dostrzec ludzkie oko, ale jego czułość i zasięg budziły podziw, więc Merlin Athrawes, siedzący w mroku komnaty w odległym Siddarze, nie miał najmniejszego problemu z odsłuchaniem prowadzonej rozmowy.

– Tak, zdaję sobie sprawę z tego, o czym pisze nasz wódz – warczał Kaitswyrth, spoglądając bykiem na siedzącego po przeciwnej stronie stołu pułkownika Wylsynna Maindayla oraz biskupów Gahrmyna Hahlysa i Tymahna Scovayla.

Twarze obu duchownych spochmurniały niemal jednocześnie, gdy padły słowa „nasz wódz”, pułkownik natomiast zacisnął tylko usta. Był odpowiednikiem szefa sztabu jednostek Kaitswyrtha. Zdawać się mogło, że zamierza zaprotestować, ale wystarczył jeden rzut oka na stojącego za przełożonym tępego schuelerytę w czerwonej sutannie, by odeszła mu ochota na wyrażanie jakichkolwiek opinii.

Kaitswyrth długo mierzył wzrokiem całą trójkę podwładnych. Nie należał nigdy do tak zwanych cierpliwych ludzi, ale naprawdę rzadko pozwalał sobie na otwarte okazywanie złości, a nawet frustracji, zwłaszcza w obliczu niższej rangi dowódców, jakimi byli Scovayl i Hahlys. A jeszcze rzadziej – zdarzyło się to do tej pory tylko kilka razy – wyładowywał się na Maindaylu.

Stres go zżera, to pewne, pomyślał Merlin, uśmiechając się pod nosem. Tak mi go żal.

– Dobrze – kontynuował Kaitswyrth nieco spokojniejszym tonem, gdy zrozumiał, że nikt inny nie zamierza oponować. – Rozumiem wasze obawy, tak samo jak wiem, co niepokoi naszego wodza, ale daleko nam jeszcze do problemów, z jakimi miał do czynienia biskup Bahrnabai. Niemniej jestem świadom faktu, że gdy nadejdzie zima, sytuacja zmieni się diametralnie i możemy mocno to odczuć, ale w tym momencie korzystamy z zabezpieczonych linii zaopatrzeniowych z Dohlaru, których nasz przyjaciel nie miał. A ci przeklęci heretycy, żeby ich tak Shan-wei wzięła, nie mają najmniejszych szans… – Zamilkł, jakby szukał odpowiedniego słowa, ale szybko zrezygnował. – Nie ma szans, by te ich dymiące, demoniczne, zainspirowane przez Proktora kuloodporne statki dostały się na nasze zaplecze i zablokowały kanał Charayn. Poza tym zgromadziliśmy za Aivahnstyn zapasy na całe dwa miesiące! Wiem, że musimy wybrać miejsce, w którym przezimujemy, zanim mrozy zaczną nam doskwierać. Wiem też, że musimy zrobić to na tyle szybko, by żołnierze mogli schronić się pod prawdziwymi dachami, a nie tylko płótnem. Ale, na Boga, mamy dopiero koniec lipca, a wikariusz Zhaspahr ma rację, mówiąc, że musimy przegnać heretyków jak najdalej, zanim powstrzymają nas pierwsze śniegi.

Ciekawa sprawa. Zhaspahr to „wikariusz”, lecz Maigwair to tylko „nasz wódz”, zastanowił się Merlin. Słuchając biskupa, nigdy bym się nie domyślił, że ci dwaj są członkami Grupy Czworga. Ani tego, że Maigwair jest naczelnym dowódcą Armii Boga, w której służy Kaitswyrth.

– Wiem też, że wojska biskupa Bahrnabaia zostały mocno przetrzebione za sprawą nowych broni heretyków. – Biskup powiódł wzrokiem po twarzach zasłuchanych podwładnych. – Ale nie zapominajmy, że został zaatakowany znienacka i wzięty przez zaskoczenie. No i co chyba nawet ważniejsze, jestem pewien jak sam Langhorne, że podczas szturmu na reduty heretyków nie widzieliśmy ani śladu nowych broni, prócz tych piekielnych karabinów, rzecz jasna.

– Nie, mój panie – przyznał Maindayl po chwili zastanowienia. – Z całym szacunkiem, ale nie powinieneś zapominać, że owi heretycy, o których mówiłeś, to były regularne oddziały Siddarmarku i garstka wspierającej je piechoty morskiej. Dopiero teraz staniemy naprzeciw prawdziwej heretyckiej armii, a jeśli wierzyć raportom biskupa Bahrnabaia, ta jest uzbrojona zupełnie inaczej.

Postawienie się dowódcy, nawet tak ostrożne, wymagało odwagi, pomyślał Merlin. Zwłaszcza że za plecami Kaitswyrtha stał ponury jak głaz Sedryk Zavyr, specjalny intendent. Biskup zmierzył wzrokiem szefa sztabu, a potem skinął głową, wzdychając ciężko.

– Masz rację, Wylsynnie – przyznał. – I chociaż niektórym trudno w to uwierzyć – tutaj posłał znaczące spojrzenie w kierunku Scovayla i Hahlysa – ja też jestem tego świadom. Ale jeśli nawet wróg wytoczy przeciw nam wszystko, o czym mówił Wyrshym, nie utkniemy w jakiejś przeklętej dolinie pozbawieni obu flanek, mając do wyboru jedynie frontalne ataki na wroga. – Postukał palcem w leżącą pomiędzy nimi mapę, na której odwzorowano pozycje jednostek znajdujących się na skrawku ziemi pomiędzy Glacierheart a Skalistym Szczytem… w samym sercu lasu Ahnstynwood. – Na litość Langhorne’a, przełęcz Glacierheart ma sto pięćdziesiąt mil szerokości! A iloma ludźmi dysponują heretycy? Jest ich tutaj co najwyżej dziesięć tysięcy. Bądźmy bardziej szczodrzy, niech będzie, że i piętnaście! To daje zaledwie stu ludzi na jedną milę terenu, a większość przedpola jest zarośnięta lasem, w którym nowoczesne dalekosiężne karabiny tracą na wartości. Nie mówcie mi, że się mylę.

Maindayl przyglądał mu się przez chwilę, aż Merlin zaczął podejrzewać, że zechce zaraz przypomnieć Kaitswyrthowi, że ta sama gęstwina ogranicza mobilność oddziałów Armii Boga. Ten jednak pokiwał tylko głową i zachował podobne przemyślenia dla siebie.

– Zastanówmy się zatem nad innym problemem – warczał tymczasem biskup, dźgając palcem mapę. – Siedzimy w samym środku tych ostępów, otaczających rzekę i nas przy okazji niczym stado wygłodniałych jaszczurodrapów. Nie wiem jak wy, ale ja nie zamierzam siedzieć tutaj bezczynnie przez całą zimę i odmrażać sobie tyłek ku uciesze Shan-wei. A jeszcze bardziej nie pasuje mi dawanie czasu heretykom na poczynienie dalszych przygotowań, kiedy moi ludzie będą zajmowali się wykruszaniem lodu z nosów. Spójrzcie. – Przesunął palcem po linii oznaczającej rzekę Daivyn, aż po Jezioro Lodowe. – W tym momencie szlaki zaopatrzeniowe tego bękarta księcia Eastshare są zabezpieczone od miejsca, w którym utknął, aż po sam Siddar. My jednak znajdujemy się zaledwie siedemdziesiąt dwie mile od Jeziora Lodowego i nie więcej niż dwieście osiemdziesiąt od Saithoru, o ile pokonamy ten zbiornik wodny i udamy się w dół Graywater. Co ja mówię, stoimy sto osiemdziesiąt mil od samego Tairysu! Nie uważacie, że zdobycie stolicy prowincji wytrąci heretyków z równowagi, nawet po tym, co zdołali nam zrobić na Przełęczy Sylmahna? Jakże pragnę dotrzeć aż tam albo chociaż w pobliże miasta, by wysłać przodem parę tysięcy jazdy i wypalić do gołej ziemi gniazda tych zdradzieckich żmij, ale najpierw muszę się skupić na zdobyciu przyczółka. Jeśli opanujemy miejsce, w którym Graywater wypływa z jeziora, zaciśniemy dłoń na krtani Glacierheart już na samym początku kolejnego sezonu tej kampanii.

 

To akurat prawda, przyznał w myślach Merlin. Domyślam się, że książę Eastshare będzie miał inne zdanie na ten temat, ale Kaitswyrth ma rację: gdyby udało mu się zdobyć taki przyczółek, narobiłby księciu nielichych problemów. Wielka szkoda, że nie mamy na Jeziorze Lodowym choć jednej kanonierki!

– Mamy ponad sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi pod bronią, jeśli liczyć wszystkie oddziały milicji, jakie dołączyły do nas po drodze – dodał biskup, stukając w mapę nieco delikatniej, ale z większą emfazą. – A oni nie mogą bronić pozycji oddalonych od jeziora, ponieważ narażają się na otoczenie, będą więc musieli się cofnąć, jeśli zaczniemy zachodzić ich od flanki, ponieważ moglibyśmy ich otoczyć, jak zrobiliśmy to z pierwszą linią heretyków. Jeśli uderzymy na nich od frontu, jednocześnie rozpoczynając manewr oskrzydlający, odstąpią i zaczną wycofywać się w kierunku jeziora, gdzie przyszpilimy ich ostatecznie, ponieważ nie ma tam tych pieprzonych drzew. Chciałbym zobaczyć, jak próbują zaokrętować swoje oddziały pod naszym ostrzałem! A jeśli spróbują pójść brzegiem, bez własnej jazdy, dopadniemy drani bez problemu i zmusimy do walki na otwartej przestrzeni. Dlatego nie chcę słyszeć nawet słowa o konieczności pozostania na miejscu. W najgorszym przypadku poniesiemy większe straty, ale wykorzystamy w pełni te dwa miesiące, które nam jeszcze zostały. W najlepszym razie dotrzemy tak daleko, że oczyścimy całe Glacierheart i ruszymy na niziny, jak tylko zaczną się roztopy. Wcześniej natomiast przetrzebimy tych pieprzonych heretyków. Zrozumiano? – Szef sztabu i obaj dowódcy dywizji przytaknęli, a on odpowiedział im podobnym, ale bardziej zdecydowanym gestem. – Zatem postanowione. Przygotujcie plany operacyjne na jutrzejszy wieczór. Możecie odejść.

* * *

Cóż, nie to chciałem dzisiaj usłyszeć, pomyślał Merlin, wstając z fotela, by podejść do okna, z którego roztaczał się widok na panoramę rozświetlonego Siddaru. Trwające od kilku dni burze minęły, pozostawiając czyste, rześkie powietrze, w którym wszystkie latarnie były wyraźnie widoczne pośród czerni mroku. Nie było ich jednak wiele i nie świeciły za jasno jak na standardy obowiązujące w Federacji Terrańskiej z czasów młodości Nimue Alban, wystarczały wszakże do oświetlenia głównych ulic miasta. Merlin przyglądał im się ze smutkiem na twarzy.

Szkoda, że Kaitswyrth po prostu nie ruszył naprzód i nie spanikował. Był zwykłym głupcem, skoro uważał, że książę Eastshare nie dysponuje takim samym arsenałem, jakiego Kynt użył podczas bitew o Przełęcz Sylmahna. Z drugiej jednak strony było to mniej idiotyczne niż udawanie, że rozumie się powody, dla których Clyntahn kazał nazwać jego wojska Armią Glacierheart, jak wcześniej oddziały Wyrshyma – Armią Sylmahna. Czy to nie sugerowało, że liczy na wiele ze strony swojego dowódcy? A biskup zamierzał stanąć na głowie, podobnie jak wcześniej Wyrshym, by zadowolić wikariusza, nawet jeśli nie miało to wielkiego sensu.

Niestety miał rację co do jednego: nie mylił się wiele w szacunkach sił, które zagradzały mu drogę do jeziora, i faktycznie znajdował się niespełna sto osiemdziesiąt mil od rzeki Graywater, i to bez względu na to, czy ominie Jezioro Lodowe od południa czy północy. Taką odległość może pokonać w dwa pięciodnie, jeśli nikt nie zagrodzi mu drogi.

A jeśli uda mu się przeciąć szlaki zaopatrzeniowe księcia, jak HMS Delthak i Hador zrobiły to w przypadku biskupa Bahrnabaia Wyrshyma, książę Eastshare rzeczywiście nie będzie miał wyboru i zostanie zmuszony do wycofania wojsk. Mimo ogromnej przewagi w sprzęcie nie zignoruje przecież zagrożenia, jakim jest możliwość zamknięcia w kotle przez armię liczącą niemal sto pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy.

Czas, by seijin Ahbraim złożył księciu kolejną wizytę. Ale wcześniej muszę zamienić słowo z Nahrmahnem i – sprawdził czas na wbudowanym chronometrze – z Caylebem, zanim wyłączy na noc komunikator, jak i jego żona.

* * *

– Wasza łaskawość, wybacz, że ci przeszkadzam, ale masz gościa.

Ruhsyl Thairis, książę Eastshare, spojrzał na kaprala Slyma Chalkyra, swojego ordynansa, gdy ten wpuszczał na stanowisko dowodzenia kapitana Lywysa Braynaira. Stanowisko dowodzenia było solidnym bunkrem zbudowanym z dłużyc i przysypanym warstwą ziemi, zdolnym do wytrzymania bezpośredniego trafienia sześciocalowym pociskiem używanym przez charisjańską artylerię. Musiał być tak odporny, skoro stanowił centralny punkt układu nerwowego armii księcia. Inżynierowie zadbali także, by można było bronić tego miejsca, więc mdłe światło lamp wyłuskiwało z półmroku lśniące lufy karabinów porozstawianych na licznych stojakach.

Książę Eastshare uniósł brew, kierując spojrzenie na młodego, rudego podwładnego.

– A cóż to za gość, Lywysie? – zapytał uśmiechającego się dziwnie Braynaira.

– Taki, którego zawsze chętnie powitasz, z tego, co mówiłeś, wasza łaskawość. Przyjaciel samego seijina Merlina, jak sądzę.

– Tak? – Książę wstał. – Seijin Ahbraim jest tutaj?

– Zgadza się, wasza łaskawość – usłyszał inny głos, tym razem tenor, i zza kapitana wynurzył się zgięty w głębokim ukłonie Zhevons. Odziany był bardzo prosto, jak zawsze, a kasztanowe, zaczesane do tyłu włosy pozaplatał w cienkie warkoczyki.

– Cieszę się, że cię widzę – rzekł książę Eastshare, wyciągając rękę, by uścisnąć przedramię przybysza. Rzadko kiedy spoufalał się z osobami z gminu, ale ten akurat mężczyzna wymykał się tak prostemu zaszeregowaniu. I chociaż nigdy nie kazał się tytułować seijinem, książę nie wątpił, że ma do czynienia z wojownikiem pokroju samego Merlina. – Z drugiej jednak strony – dodał, gdy już puścił rękę gościa – nie masz w zwyczaju wpadać na przyjacielskie pogawędki, gdy tylko jesteś w okolicy. Jeśli dobrze rozumiem, miałeś wyjechać do Siddaru?

– Szczerze powiedziawszy, wasza wysokość, nigdy nie twierdziłem, że udaję się do stolicy – odparł Zhevons. – Nie planowałem także wracać w te ostępy wcześniej niż za dwa pięciodnie, ale zostałem niestety zmuszony do zmiany planów.

– Niestety? – Książę zmrużył oczy.

– Sądzę, że nasz przyjaciel Kaitswyrth zacznie ci się narzucać. A z tego, co wiem, prawie na pewno zamierza cię oskrzydlić i zmusić do odwrotu. Masz pojęcie, że zaczął nazywać swoje oddziały Armią Glacierheart?

– Ambitny człowiek – oświadczył zwięźle książę Eastshare.

– Clyntahn, jak sądzę, popchnął go dyskretnie w pożądanym kierunku, a Kaitswyrth wziął sobie jego radę do serca. Jemu chyba naprawdę spodobał się pomysł zepchnięcia twoich sił aż do jeziora, ale teraz wymyślił, że może zmusić nas do wycofania na drugi brzeg i pozostawienia Saithoru, a nawet Tairysu.

– Naprawdę? – Książę wyszczerzył zęby, ale nie w uśmiechu. – Moi ludzie i ja mamy jeszcze co nieco do powiedzenia w tej materii.

– Wątpię, aby uderzył bezpośrednio na wasze pozycje.

– A ja uważam, że musi to zrobić, jeśli chce cokolwiek osiągnąć, mistrzu Zhevons. Wybrałeś nam doskonałe linie obrony. Lasy po obu flankach są zbyt gęste, by udało się przeprowadzić nimi zwarte oddziały, więc jego jazda będzie tam bezużyteczna. A nie możesz też zapominać, że zarówno rzeka, jak i szlak biegną przez sam środek zajmowanych przez nas pozycji. Nie obejdzie nas, o ile nie wytnie sobie nowych szlaków w takiej odległości od traktu, byśmy nie mogli ich ostrzelać, a to potrwałoby pewnie aż do następnego lata.

Książę ma rację, przyznał w duchu Ahbraim Zhevons, który dzięki umiejętnościom rekonfiguracyjnym CZAO w niczym nie przypominał teraz Merlina Athrawesa. Porastające serce Glacierheart lasy Ahstynwood należały do najstarszych puszcz Schronienia, w których ziemskie rośliny stanowiły zaledwie promil wszystkich drzew. A większość tutejszych gatunków była naprawdę gigantyczna i potężna, obwody ich pni można było liczyć w metrach. Najstarsze dęby tytaniczne były nawet dwa razy grubsze – i tylko Bóg jeden wiedział, jak głęboko sięgają ich korzenie. Co gorsza, wszędzie wokół roiło się od gęstych krzewów, które blokowały czasem całą przestrzeń pomiędzy drzewami, sprawiając, że te odludzia były bardziej niedostępne niż lasy z czasów wojny secesyjnej. Na Starej Ziemi nie znano takich gatunków jak kablowinorośl, której najeżone igłami liany można było z powodzeniem wykorzystywać jako zamiennik drutu kolczastego, albo ogniowinorośl, tak łatwopalna, jak nazwa na to wskazuje, a przy tym niemiłosiernie trująca. Armia Glacierheart nie miała szans na szybkie wycięcie nowych szlaków.