Honor na wygnaniu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

HONOR HARRINGTON

Honor na wygnaniu

Przełożył Jarosław Kotarski

Dom Wydawniczy REBIS

Tytuł oryginału: Flag in Exile Copyright © 1995 by David Weber All rights reserved Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2014, 2020 Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa. Redaktor: Anna Poniedziałek Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński Ilustracja na okładce: David Mattingly Wydanie II e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Honor na wyganiu, wyd. I, dodruk, Poznań 2014) ISBN 978-83-7818-917-6 Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o. ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08 e-mail: rebis@rebis.com.pl www.rebis.com.pl Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Dedykacja

5  Mapa

6  WSTĘP

7  ROZDZIAŁ I

8  ROZDZIAŁ II

9  ROZDZIAŁ III

10  ROZDZIAŁ IV

11  ROZDZIAŁ V

12  ROZDZIAŁ VI

13  ROZDZIAŁ VII

14  ROZDZIAŁ VIII

15  ROZDZIAŁ IX

16  ROZDZIAŁ X

17  ROZDZIAŁ XI

18  ROZDZIAŁ XII

19  ROZDZIAŁ XIII

20  ROZDZIAŁ XIV

21  ROZDZIAŁ XV

22  ROZDZIAŁ XVI

23  ROZDZIAŁ XVII

24  ROZDZIAŁ XVIII

25  ROZDZIAŁ XIX

26  ROZDZIAŁ XX

27  ROZDZIAŁ XXI

28  ROZDZIAŁ XXII

29  ROZDZIAŁ XXIII

30  ROZDZIAŁ XXIV

31  ROZDZIAŁ XXV

32  ROZDZIAŁ XXVI

33  ROZDZIAŁ XXVII

34  ROZDZIAŁ XXVIII

35  ROZDZIAŁ XXIX

36  ROZDZIAŁ XXX

37  ROZDZIAŁ XXXI

38  ROZDZIAŁ XXXII

39  ROZDZIAŁ XXXIII

40  ROZDZIAŁ XXXIV

41  EPILOG

42  OD AUTORA

43  Cykl Honor Harrington

Roge­rowi Żela­znemu – gen­tel­ma­nowi, nauczy­cie­lowi, auto­rowi i przy­ja­cie­lowi, któ­rego nie zna­łem wystar­cza­jąco długo.


WSTĘP


Admi­rał Eska­dry Zie­lo­nej Hamish Ale­xan­der, trzy­na­sty earl White Haven, sie­dział w swym fotelu na pomo­ście fla­go­wym HMS Queen Caitrin i przy­glą­dał się ekra­nowi, na któ­rym gwiazda typu 63, czyli słońce sys­temu Nigh­tin­gale, sta­no­wiła led­wie biały punk­cik, a nie­wi­doczna, bo zbyt odle­gła, jedyna zamiesz­kana pla­neta ozna­czona była błę­kitno-zie­lo­nym sym­bo­lem. Mię­dzy nim a Queen Caitrin znaj­do­wały się też inne sym­bole – czer­wone – ozna­cza­jące szyk wro­gich okrę­tów i im wła­śnie admi­rał poświę­cał szcze­gólną uwagę. Sen­sory pokła­dowe okrę­tów Ludo­wej Mary­narki wykryły jego siły wiele godzin temu. a jak dotąd prze­ciw­nik nie pró­bo­wał niczego nie­spo­dzie­wa­nego – utwo­rzył ścianę prze­gra­dza­jącą drogę do celu i obrał kurs pozwa­la­jący na zbli­że­nie się w zasięg ognia w spo­rej odle­gło­ści od gra­nicy wej­ścia w nad­prze­strzeń. Pozo­sta­wił mu więc ini­cja­tywę, co nie na wiele się przy­dało – obie strony wie­działy, po co zja­wiły się w ukła­dzie okręty Kró­lew­skiej Mary­narki, a obrońcy zaj­mo­wali pozy­cję sku­tecz­nie unie­moż­li­wia­jącą osią­gnię­cie celu. Co gor­sza, ich okręty utrzy­my­wały szyk bez dziw­nych, nie­spo­dzie­wa­nych manew­rów – typo­wych w ostat­nim cza­sie – i miały prze­wagę liczebną w sto­sunku cztery do trzech. On z kolei dys­po­no­wał lep­szymi okrę­tami i lep­szym uzbro­je­niem, ale jedyne, co mu pozo­stało, to bój spo­tka­niowy – zmora każ­dego sza­nu­ją­cego się dowódcy. Bio­rąc jed­nakże pod uwagę upór, z jakim okręty wroga trzy­mały się w szyku, nie było co liczyć na walkę manew­rową.

Wes­tchnął, spraw­dził odle­głość i spoj­rzał na ekran łącz­no­ści, na któ­rym widać było twarz kapi­tana Gold­ste­ina, dowódcy okrętu.

– Dosko­nale, kapi­ta­nie Gold­stein – powie­dział. – Może pan otwo­rzyć ogień.

– Aye, aye, milor­dzie!

Sekundę póź­niej pierw­sza salwa rakiet opu­ściła lewo­bur­towe wyrzut­nie okrętu. Natych­miast dołą­czyły do niej pozo­stałe jed­nostki Dwu­dzie­stej Pierw­szej Eska­dry Linio­wej i osiem super­dre­ad­no­ugh­tów rów­no­cze­śnie odpa­liło rakiety z zasob­ni­ków holo­wa­nych za rufami. Dre­ad­no­ughty z Ósmej i Sie­dem­na­stej Eska­dry poszły ich śla­dem i trzy tysiące dwie­ście rakiet pomknęło ku odda­lo­nym o pięć i pół miliona kilo­me­trów okrę­tom wroga.

White Haven przy­glą­dał się temu z coraz bar­dziej ponurą miną. Począt­kowa faza bitwy miała wręcz pod­ręcz­ni­kowy prze­bieg, a mimo to coś zde­cy­do­wa­nie go nie­po­ko­iło. Jak dotąd nic tego nie uza­sad­niało, a fakt, iż okrę­tów wroga poja­wiło się wię­cej niż zwy­kle, nie był aż tak zaska­ku­jący. Nie było to miłe, ale nale­żało się spo­dzie­wać, że po mie­sią­cach roz­pacz­li­wych obron orga­ni­zo­wa­nych na pocze­ka­niu, które nie­odmien­nie koń­czyły się klę­ską, Ludowa Mary­narka zdoła coś zor­ga­ni­zo­wać. W końcu Tre­vor Star był dla Repu­bliki Haven naprawdę waż­nym sys­te­mem, a ku niemu wła­śnie zmie­rzał atak Royal Man­ti­co­ran Navy. Teraz naj­wy­raź­niej miał przed sobą zor­ga­ni­zo­waną wcze­śniej grupę ope­ra­cyjną i być może wła­śnie brak ner­wo­wo­ści i zamie­sza­nia, typo­wych dla prze­ciw­nika w ostat­nich mie­sią­cach, sta­no­wił powód jego nie­po­koju. Dla­tego wła­śnie otwo­rzył ogień z tak dużej odle­gło­ści i zmu­sił się do ostroż­nego, bez­czyn­nego cze­ka­nia.

Salwa wystrze­lona przez okręty Ludo­wej Mary­narki była znacz­nie słab­sza, a to dla­tego, że nie uży­wały one holo­wa­nych zasob­ni­ków. Mimo to trzy­dzie­ści dwa super­dre­ad­no­ughty two­rzące cztery eska­dry liniowe odpa­liły tysiąc dwie­ście rakiet i White Haven zmełł prze­kleń­stwo, gdy prze­ko­nał się, że prze­ciw­nik skon­cen­tro­wał ogień na okrę­tach Dwu­dzie­stej Pierw­szej Eska­dry.

Jego wła­sne okręty wystrze­liły jesz­cze dwie pełne salwy bur­towe, nim wro­gie rakiety zna­la­zły się na tyle bli­sko, iż ode­zwała się pokła­dowa obrona anty­ra­kie­towa. Anty­ra­kiety na ekra­nie miały zie­loną barwę i spi­sy­wały się dosko­nale, ale skon­cen­tro­wa­nie ostrzału na ośmiu tylko celach spo­wo­do­wało, że nad­la­tu­ją­cych rakiet było zbyt wiele, by mogła sobie z nimi wszyst­kimi pora­dzić obrona prze­ciw­ra­kie­towa Dwu­dzie­stej Pierw­szej Eska­dry. Część rakiet wroga po pro­stu musiała się przez nią prze­drzeć…

 

Naj­pierw jed­nak ich wła­sne rakiety dole­ciały do celu. Sprzę­żone działka lase­rowe znisz­czyły wiele rakiet, które prze­do­stały się przez zaporę anty­ra­kiet, ale by nad­la­tu­jące poci­ski stały się cał­ko­wi­cie nie­groźne dla okrętu, musiały zostać znisz­czone co naj­mniej dwa­dzie­ścia pięć tysięcy kilo­me­trów od jego burty. Co prawda okręty RMN obrały za cele trzy eska­dry, nie jedną, ale ilość rakiet była tak duża, że sam rachu­nek praw­do­po­do­bień­stwa dzia­łał na ich korzyść. Coraz wię­cej poci­sków docie­rało do celu, a ich impul­sowe gło­wice lase­rowe deto­no­wały jedna po dru­giej, roz­sie­wa­jąc wokół pro­mie­nie lase­rowej ener­gii. Część z nich pochło­nęły lub odbiły osłony bur­towe, ale dzie­siątki przedarły się przez tę ostat­nią linię obrony i pruły pan­cerne kadłuby, nio­sąc śmierć i znisz­cze­nie. Potężne okręty tra­ciły atmos­ferę i uzbro­je­nie, ginęli człon­ko­wie załóg, węzły napę­dów prze­sta­wały ist­nieć, a osłony bur­towe zni­kały bądź prze­sta­wały być sta­bilne, uła­twia­jąc zada­nie kolej­nym pro­mie­niom lase­ro­wym.

Nim pie­kło wokół okrę­tów Ludo­wej Mary­narki zelżało, pierw­sza wystrze­lona przez nie salwa dotarła do okrę­tów Royal Man­ti­co­ran Navy. Ponie­waż okręty Ósmej Eska­dry znaj­do­wały się zbyt daleko za rufami jed­no­stek Dwu­dzie­stej Pierw­szej Eska­dry, nad­la­tu­jące poci­ski mogły ostrze­li­wać jedy­nie działka lase­rowe okrę­tów wcho­dzą­cych w skład eskadr Dwu­dzie­stej Pierw­szej i Sie­dem­na­stej. A było ich zbyt mało, by mogły pora­dzić sobie ze wszyst­kimi – i teraz straty zaczęły pono­sić okręty RMN.

White Haven obser­wo­wał z rosną­cym nie­po­ko­jem prze­bieg star­cia. Jego dowódcy spi­sy­wali się dosko­nale – według danych wyświe­tla­nych w dol­nej czę­ści ekranu nie­przy­ja­ciel poniósł poważne straty, choć jak dotąd żaden okręt nie został znisz­czony. Co dziw­niej­sze, żaden też nie wyco­fał się z walki, choć parę było prak­tycz­nie wybe­be­szo­nymi wra­kami. Jego wła­sny okręt fla­gowy został tylko lekko uszko­dzony, mimo że ekran w pew­nym momen­cie zami­go­tał, ale wie­dział, że to nie potrwa długo – przy boju spo­tka­nio­wym i cią­głym ostrzale na coraz krót­szy dystans, mimo iż każda następna salwa była mniej liczna od poprzed­niej, przez obronę anty­ra­kie­tową prze­do­sta­wało się tyle samo rakiet, a wywo­ły­wały one coraz więk­sze znisz­cze­nia. Ponie­waż prze­ciw­nik utrzy­my­wał kurs i szyk, zano­siło się na bitwę na wynisz­cze­nie – coś, co było kosz­ma­rem każ­dego dowódcy for­ma­cji linio­wej.

– Pierw­szy ma dość, sir! – zamel­do­wał jego szef sztabu, widząc jak pierw­szy nie­przy­ja­ciel­ski dre­ad­no­ught wypada z szyku i obraca się, by usta­wić ekra­nem ku nad­la­tu­ją­cym poci­skom.

– Widzę, Byron – skwi­to­wał White Haven.

W jego gło­sie nie było śladu rado­ści brzmią­cej w gło­sie kapi­tana Hun­tera.

Nie ule­gało kwe­stii, że wła­śnie zakoń­czył się okres łatwych zwy­cięstw – Ludowa Mary­narka zdo­łała się zmo­bi­li­zo­wać i znów stała się groź­nym prze­ciw­ni­kiem. Naj­le­piej świad­czyło o tym to, iż pozo­stałe okręty na­dal utrzy­my­wały szyk i strze­lały. Dotąd strata pierw­szego dopro­wa­dzała zwy­kle do paniki, a zawsze do zamie­sza­nia. Tym razem było ina­czej. Co nie wró­żyło dobrze na przy­szłość. Co prawda prze­ciw­nik na­dal popeł­niał błędy, ale już nie takie jak wcze­śniej. To star­cie było niezwy­kle zacięte. Okręty wro­giej for­ma­cji powinny już odpa­dać po dwa i po trzy, gdy zde­mo­ra­li­zo­wani ofi­ce­ro­wie mieli oka­zję prze­ko­nać się na wła­snej skó­rze o prze­wa­dze tech­nicz­nej Kró­lew­skiej Mary­narki, a tym­cza­sem nic takiego nie miało miej­sca. Prze­ciw­nik trzy­mał szyk i nie była to miła świa­do­mość dla kogoś, kto wie­dział, jaką prze­wagą liczebną i tona­żową dys­po­nuje na­dal Ludowa Mary­narka. Tym­cza­sem prze­ciw­nik upar­cie nie zmie­niał kursu mimo pono­szo­nych strat, chcąc dotrzeć w zasięg broni ener­ge­tycz­nej, bowiem dopiero to było w sta­nie zni­we­lo­wać prze­wagę tech­niczną rakiet i sys­te­mów elek­tro­nicz­nych okrę­tów Royal Man­ti­co­ran Navy.

Jeden z zie­lo­nych sym­boli przed­sta­wia­ją­cych okręty RMN zaczął pul­so­wać poma­rań­czowo, gdy pół tuzina pro­mieni lase­ro­wych tra­fiło w niego rów­no­cze­śnie. Ekran HMS King Michael znik­nął, potem poja­wił się na nowo I przez sekundę White Haven myślał, że naj­gor­sze za nimi – w następ­nej sekun­dzie super­dre­ad­no­ught zmie­nił się w minia­tu­rową super­nową. Mający ponad osiem milio­nów ton i liczącą sześć tysięcy ludzi załogę okręt prze­stał ist­nieć. Ktoś zaklął cicho, ktoś inny wes­tchnął, admi­rał Hamish Ale­xan­der pole­cił zaś lodo­wato opa­no­wa­nym gło­sem:

– Kapi­ta­nie Gold­stein, pro­szę zmie­nić kurs o pięt­na­ście stopni na prawą burtę.

W ten spo­sób odda­lał się od prze­ciw­nika, zwięk­sza­jąc tym samym czas trwa­nia poje­dynku rakie­to­wego. Przy takiej róż­nicy sił jego okręty nie miały szans w star­ciu na małą odle­głość, a poje­dy­nek rakie­towy z każdą chwilą zmniej­szał tę dys­pro­por­cję. Z ponurą satys­fak­cją obser­wo­wał, jak for­ma­cja wroga także zmie­nia kurs i to gwał­tow­niej – okręty Ludo­wej Mary­narki wyko­nały ostrzej­szy zwrot, chcąc szyb­ciej zmniej­szyć dystans, choć w ten spo­sób nie­bez­piecz­nie wysta­wiały nie osło­nięte dzioby na tra­fie­nia. Dało się to natych­miast zauwa­żyć – w kilka sekund po zmia­nie kursu eks­plo­do­wał pierw­szy super­dre­ad­no­ught, a nim odle­głość zmniej­szyła się do czte­rech milio­nów kilo­me­trów, dwa kolejne prze­stały ist­nieć. Liczne tra­fie­nia i uszko­dze­nia pozo­sta­łych powoli, lecz stale wyrów­ny­wały siły obu stron, o czym na bie­żąco infor­mo­wała wyświe­tla­jąca się na dole ekranu ana­liza tak­tyczna.

– Kapi­ta­nie Gold­stein, pro­szę zmie­nić kurs o dzie­sięć stopni na lewą burtę – pole­cił White Haven, gdy uznał sto­su­nek sił za zado­wa­la­jący. – Skoro tak chcą się do nas zbli­żyć, pomo­żemy im.

– Aye, aye, milor­dzie. Jest dzie­sięć stopni na lewą burtę!

Ostrzał przy­brał na sile, gdy odle­głość mię­dzy obiema flo­tami zaczęła się zmniej­szać, ale coraz bar­dziej uwi­dacz­niała się prze­waga okrę­tów Kró­lew­skiej Mary­narki – coraz wię­cej wyrzutni wroga mil­kło, kolejny okręt wypadł z szyku, usta­wia­jąc się ekra­nem do prze­ciw­nika. Przy tym sto­sunku strat – pięć okrę­tów wroga wyłą­czo­nych z walki za jeden wła­sny – jego eska­dra będzie miała prze­wagę, gdy znajdą się w zasięgu broni ener­ge­tycz­nej… White Haven zmarsz­czył brwi: ten, kto dowo­dził siłami Ludo­wej Mary­narki, także miał tego świa­do­mość, więc dla­czego parł do samo­bój­stwa?! Nigh­tin­gale sta­no­wił istotny ele­ment zewnętrz­nej strefy obron­nej Tre­vor Star, ale nie na tyle istotny, by był wart utraty trzy­dzie­stu dwóch okrę­tów linio­wych. Musiał ist­nieć inny powód tego sza­leń­stwa…

– Nowy kon­takt! Nie­przy­ja­ciel­skie okręty liniowe w namia­rze 046 na 039! Odle­głość osiem­na­ście milio­nów kilo­me­trów i zmniej­sza się! – roz­legł się nagle głos jed­nego z ope­ra­to­rów. – Ozna­cze­nie sił: Bogey 2!

White Haven odwró­cił się ku głów­nej holo­pro­jek­cji tak­tycz­nej – za pra­wo­bur­tową ćwiartką rufową jego okrętu fla­go­wego zaczęły się poja­wiać nowe sym­bole, w miarę jak super­dre­ad­no­ughty prze­ciw­nika uru­cha­miały napędy i sta­wały się widoczne dla sen­so­rów. Dwa­dzie­ścia cztery nowe okręty liniowe sta­no­wiące dru­gie ugru­po­wa­nie wroga wyja­śniały sytu­ację i dziwne zacho­wa­nie pierw­szego, któ­rego zada­niem było wcią­gnąć go w zasadzkę. Nie­chęt­nie, ale musiał przy­znać, że Ludowa Mary­narka naprawdę wra­cała do formy – gdyby dowódca dru­giego zespołu pocze­kał jesz­cze z kwa­drans, cała eska­dra Kró­lew­skiej Mary­narki zna­la­złaby się w potrza­sku, zmu­szona wal­czyć na bli­ską odle­głość z nie­do­bit­kami pierw­szej grupy, a wysta­wiona na ogień z boku i z góry dru­giej, o któ­rej ist­nie­niu nic nie wie­działa. Nie­wiele okrę­tów RMN zdo­ła­łoby ujść z tej zasadzki.

White Haven uśmiech­nął się zło­śli­wie – gdyby prze­ciw­nik pocze­kał… ale tego nie zro­bił i ujaw­nił się o kwa­drans za wcze­śnie, co zmie­niało sytu­ację dia­me­tral­nie. Był to bez wąt­pie­nia sku­tek braku doświad­cze­nia dowo­dzą­cego zespo­łem Bogey 2, a to z kolei było skut­kiem czy­stek, które nowe wła­dze Ludo­wej Repu­bliki prze­pro­wa­dziły we flo­cie. Wyrżnęli prak­tycz­nie wszyst­kich wyż­szych dowód­ców, a więc i więk­szość doświad­czo­nych, co się wła­śnie zemściło. Bar­dziej doświad­czony ofi­cer zigno­ro­wałby straty pono­szone przez pierw­szy zespól i cze­kał, aż prze­ciw­nik znaj­dzie się w potrza­sku. Przy tak nie­wiel­kiej odle­gło­ści i przy ostrzale z broni ener­ge­tycz­nej z obu burt prze­waga tech­niczna uzbro­je­nia dale­ko­dy­stan­so­wego nie liczy­łaby się, a okręty Kró­lew­skiej Mary­narki zosta­łyby dosłow­nie zma­sa­kro­wane. I Ludowa Mary­narka odnio­słaby pierw­sze zwy­cię­stwo w tej woj­nie.

Kwe­stia była pro­sta – nie mógł wdać się w walkę z takimi siłami, bo ozna­cza­łoby to zagładę jego sił, a więc musiał dotrzeć do gra­nicy wej­ścia w nad­prze­strzeń i uciec, zanim pułapka się zamknie. By tego doko­nać, nie mógł jedy­nie zmie­nić kursu, bowiem zgod­nie z wyli­cze­niem kom­pu­tera tak­tycz­nego oba zgru­po­wa­nia prze­ciw­nika połą­czą się wcze­śniej, jeśli to zrobi, a jego okręty będą i tak miały zbyt dużą pręd­kość, by z mar­szu wejść w nad­prze­strzeń. Jedyne, co mu pozo­stało, to ostry zwrot na lewą burtę pro­sto ku lecą­cej for­ma­cji. Dzięki temu Bogey 2 nie zdąży wziąć udziału w walce. Minu­sem było to, że musiał wejść w zasięg broni ener­ge­tycz­nej pierw­szego zgru­po­wa­nia szyb­ciej niż pla­no­wał, co ozna­czało, że ponie­sie znacz­nie więk­sze straty niż zakła­dał przed bitwą.

White Haven pogo­dził się z tym, wie­dząc, że nie ma innego wyj­ścia, a w ten spo­sób nie dość, że ura­tuje więk­szość okrę­tów, to jesz­cze zada prze­ciw­ni­kowi duże straty. Wpro­wa­dził nowy kurs do pod­ręcz­nego kom­pu­tera nawi­ga­cyj­nego i gdy na ekra­nie poja­wiła się nowa pro­jek­cja, uśmiech­nął się z mściwą satys­fak­cją – tak jak podej­rze­wał, jego eska­dra znaj­do­wała się w pozy­cji umoż­li­wia­ją­cej prze­cię­cie kursu prze­ciw­nika bez wysta­wia­nia dzio­bów pro­sto na jego salwy bur­towe. A okręty Ludo­wej Mary­narki będą musiały zmie­nić kurs albo wysta­wią swoje nie osło­nięte dzioby na jego salwy bur­towe. Jeśli się zde­cy­dują na to dru­gie, zada­dzą mu więk­sze straty, bowiem poje­dy­nek potrwa dłu­żej, ale same zostaną zma­sa­kro­wane.

– Kapi­ta­nie Gold­stein, pro­szę wziąć kurs 270 na 000! – pole­cił. – Pełna szyb­kość i pro­szę prze­ka­zać na wszyst­kie okręty: odwró­cić się ekra­nami do Bogey 2 i kon­ty­nu­ować walkę z Bogey 1!

Nie cze­ka­jąc na potwier­dze­nie, ponow­nie sku­pił uwagę na ekra­nie tak­tycz­nym. Jego okręty zwró­ciły się ekra­nami ku nowemu prze­ciw­ni­kowi, nie prze­ry­wa­jąc ostrzału sta­rego. Co prawda Bogey 2 znaj­do­wał się poza zasię­giem ostrzału rakiet dys­po­nu­ją­cych jesz­cze napę­dem, ale jego dowódca mógł zary­zy­ko­wać parę salw w nadziei, że poci­ski po wyczer­pa­niu paliwa na­dal będą lecieć tym samym kur­sem, a staną się nie­wy­kry­walne dla pokła­do­wych sen­so­rów. W ten spo­sób zabez­pie­czył się przed taką nie­spo­dzianką i mógł skon­cen­tro­wać się na pier­wot­nym prze­ciw­niku.

I na dal­szej ucieczce. Bo ucie­kał – i wie­dzieli o tym wszy­scy, tak jego pod­władni, jak i prze­ciw­nik. Po raz pierw­szy w tej woj­nie Ludo­wej Mary­narce udało się powstrzy­mać cał­ko­wi­cie ofen­sywę Royal Man­ti­co­ran Navy, i to zada­jąc jej przy oka­zji poważne straty. Obser­wo­wał zmie­nia­jące się pro­gnozy w miarę roz­woju sytu­acji, świa­dom, że do samego końca bitwy nie będzie wie­dział, jak wiel­kie one będą. Jedno nie ule­gało kwe­stii: na pewno będą poważne…

A gdyby nie nie­cier­pli­wość dowódcy Bogey 2, byłyby olbrzy­mie. Prze­strzeń była wystar­cza­jąco obszerna, by ukryć w niej całe floty, jak długo okręty nie emi­to­wały zdra­dza­ją­cego ich obec­ność pro­mie­nio­wa­nia, ale by zasadzka taka jak ta speł­niła swoje zada­nie, konieczne było dosko­nałe zgra­nie cza­sowe obu zespo­łów ją orga­ni­zu­ją­cych, nawet jeśli ofiara była uprzejma współ­pra­co­wać tak dalece jak on… Dal­sze roz­my­śla­nia prze­rwał mu widok kolej­nego zie­lo­nego sym­bolu zmie­nia­ją­cego barwę na poma­rań­czowy. HMS Thun­de­rer prze­ła­mał się na dwie połowy, roz­sie­wa­jąc wokół kap­suły ratun­kowe. White Haven przy­gryzł wargę – nie mógł nic zro­bić dla roz­bit­ków, bo jeśli zwolni, Bogey 2 zdoła dogo­nić jego for­ma­cję. Jeśli zaś zosta­wiłby jakie­kol­wiek lek­kie okręty, by odszu­kały ich i wzięły na pokłady, ska­załby je na zagładę. A ich załogi na śmierć lub nie­wolę.

 

Obie połówki HMS Thun­de­rer eks­plo­do­wały, gdy wybu­chły zain­sta­lo­wane z myślą o takiej koniecz­no­ści ładunki auto­de­struk­cyjne. Sekundy póź­niej znacz­nie sil­niej­sza eks­plo­zja zakoń­czyła ist­nie­nie kolej­nego super­dre­ad­no­ughta Ludo­wej Mary­narki. Hamish Ale­xan­der zmu­sił się do spo­koj­nego sie­dze­nia i cze­ka­nia. Prze­ciw­nik będzie miał dość czasu i okrę­tów, by prze­pro­wa­dzić akcję ratun­kową, więc ci z załóg okrę­tów RMN, któ­rzy oca­leli, także zostaną ura­to­wani. Co prawda los jeńca wojen­nego nie był zbyt świe­tlaną per­spek­tywą, ale zde­cy­do­wa­nie lep­szą niż śmierć. Ludowa Repu­blika miała masę wad, nato­miast nic jak dotąd nie wska­zy­wało, by nie prze­strze­gała mię­dzy­pla­ne­tar­nych kon­wen­cji regu­lu­ją­cych zasady pro­wa­dze­nia wojny i trak­to­wa­nia jeń­ców.

– Za trzy­dzie­ści sie­dem minut znaj­dziemy się w zasięgu broni ener­ge­tycz­nej, sir – powie­dział cicho kapi­tan Hun­ter. – Według naj­now­szych obli­czeń Bogey 1 będzie w sta­nie kon­ty­nu­ować walkę aż do prze­kro­cze­nia gra­nicy wej­ścia w nad­prze­strzeń.

– Rozu­miem – odparł spo­koj­nie White Haven.

Dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że pozo­rami spo­koju nie oszuka Hun­tera, ale nie­pi­sane zasady wyma­gały, by dowódca zawsze zacho­wy­wał spo­kój albo go dobrze uda­wał, a pozo­stali spra­wiali wra­że­nie, że biorą to za dobrą monetę.

Kolejny okręt Ludo­wej Mary­narki wyco­fał się z walki – pozo­stało ich dwa­dzie­ścia pięć, a jego załogi jesz­cze zmniej­szą tę liczbę w ciągu naj­bliż­szej pół godziny. A mimo to prze­ciw­nik utrzy­my­wał szyk i kurs – Ludowa Mary­narka jako licz­niej­sza mogła łatwiej znieść stratę więk­szej liczby okrę­tów linio­wych niż Royal Man­ti­co­ran Navy i dowo­dzący zespo­łem Bogey 1, naj­wy­raź­niej tego świa­dom, posta­no­wił zadać prze­ciw­nikowi jak naj­więk­sze straty. Obser­wu­jąc coraz zacie­klej­szą wymianę ognia, White Haven nie miał weso­łych myśli. Prze­ciw­nik zaczął wyka­zy­wać ini­cja­tywę, co prawda jesz­cze nie­po­rad­nie i nie­sku­tecz­nie, ale skoń­czyła się panika, z jaką dotąd reago­wał na ataki. Zda­wał sobie co prawda sprawę od samego początku, że taka chwila nadej­dzie, bowiem Ludowa Repu­blika Haven była zbyt potężna, by dało się ją poko­nać w bły­ska­wicz­nej woj­nie, ale miał nadzieję, że jej siły zbrojne póź­niej powrócą do rów­no­wagi. Teraz wie­dział, że się prze­li­czył…

– Byron, plan Delta Trzy – powie­dział cicho, ofi­cjal­nie potwier­dza­jąc zamiar jak naj­szyb­szego wej­ścia w nad­prze­strzeń. – Skon­cen­tru­jemy ogień na ich środ­ko­wej eska­drze: tam naj­praw­do­po­dob­niej jest fla­go­wiec. Może uda się go znisz­czyć, nim prze­mó­wią działa.

– Aye, aye, sir – potwier­dził kapi­tan Hun­ter.

Earl White Haven odchy­lił się na opar­cie fotela, słu­cha­jąc, jak szef sztabu wydaje dokład­niej­sze roz­kazy i obser­wu­jąc ekran wizu­alny. Zro­bił wszystko, co mógł.

Teraz mógł tylko cze­kać, ilu jego pod­ko­mend­nych prze­żyje tę bitwę.