Wojna Honor cz. I

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

HONOR HARRINGTON

Wojna Honor

część I

Przełożył Jarosław Kotarski

Dom Wydawniczy REBIS

Tytuł oryginału: War of Honor Copyright © 2002 by David Weber All rights reserved Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2017 Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa. Redaktor: Anna Poniedziałek Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński Ilustracja na okładce: David Mattingly Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Wojna Honor cz. 1, wyd. I, dodruk, Poznań 2017) ISBN 978-83-8062-887-8 Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o. ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08 fax: 61 867 37 74 e-mail: rebis@rebis.com.pl www.rebis.com.pl Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Mapy

WSTĘP

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ XI

ROZDZIAŁ XII

ROZDZIAŁ XIII

ROZDZIAŁ XIV

ROZDZIAŁ XV

ROZDZIAŁ XVI

ROZDZIAŁ XVII

ROZDZIAŁ XVIII

ROZDZIAŁ XIX

ROZDZIAŁ XX

ROZDZIAŁ XXI

ROZDZIAŁ XXII

ROZDZIAŁ XXIII

ROZDZIAŁ XXIV

ROZDZIAŁ XXV

ROZDZIAŁ XXVI

ROZDZIAŁ XXVII

ROZDZIAŁ XXVIII

ROZDZIAŁ XXIX

ROZDZIAŁ XXX

Cykl Honor Harrington

Rodzicom adoptującym z prawdziwej miłości

Boże błogosław




Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WSTĘP


Łączność potwierdza, sir – powiedział Korvetten Kapitän Engelmann takim tonem, jakby sam nie mógł uwierzyć w to, co mówi.

– Żartujesz?! – Kapitän der Sterne Huang Glockauer dowodzący ciężkim krążownikiem Imperialnej Marynarki Gangying, spojrzał z czystym niedowierzaniem na swego zastępcę. – Kod Siedemnaście Alfa?!

– Na pewno, sir. Ruihuan nie ma co do tego wątpliwości: od trzynastej sześć, czyli od ponad pięciu minut, nadają ten właśnie sygnał, więc to nie może być pomyłka.

– W takim razie to musi być uszkodzenie transpondera – mruknął Glockauer, odwracając się ku ekranowi taktycznemu.

Widać było na nim mający około czterech milionów ton frachtowiec zarejestrowany w Imperium, którego kilka minut temu jego oficer łącznościowy wezwał do dokonania identyfikacji.

– Przecież nikt nie może być tak głupi, by nadać ten kod w odpowiedzi na nasze wezwanie i lecieć dalej jakby nigdy nic! – warknął Glockauer.

– Trudno się z tym nie zgodzić – przyznał Engelmann.

Wiedział, że kapitan raczej myśli na głos, niż mówi do niego, ale jednym z obowiązków zastępcy dowódcy była rola alter ego kapitana. Oprócz pilnowania, by okręt i jego załoga sprawnie funkcjonowali, miał też obowiązek doradzać i oceniać różne pomysły dowódcy, gdy zachodziła taka konieczność. A sytuacja była na tyle nietypowa, że kapitan potrzebował właśnie takiej pomocy.

– Z drugiej strony – dodał Engelmann – przekonaliśmy się przez te wszystkie lata, że piraci potrafią zachowywać się naprawdę głupio.

– Fakt. Ale jak dotąd żaden nie wykazał się aż taką głupotą!

– Zawsze kiedyś jest ten pierwszy raz… ale jak się nad tym głębiej zastanowić, to może się okazać, że to wcale nie chodzi o głupotę piratów, sir. Tylko o przebiegłość zupełnie kogoś innego…

– Co masz na myśli?

– Każda firma przewozowa ma świadomość, że jeśli piraci zdobędą należący do niej frachtowiec, będą starali się oszukać ewentualny napotkany okręt wojenny, bo uciec mu nie zawsze zdołają. Większość flot zaś dysponuje aktualnymi wykazami frachtowców zarejestrowanych na swoim terenie, tak jak my spisem statków zarejestrowanych w Imperium. Jak pan wie, dane te obejmują kody emitowane przez transpondery i sygnatury napędu. Piraci wiedzą o tym i zdają sobie sprawę, że podanie fałszywej tożsamości po przeprogramowaniu transpondera bywa ryzykowne, dlatego wolą używać autentycznych kodów.

– O czym obaj dobrze wiemy – przypomniał mu Glockauer, gdy pierwszy oficer zrobił dłuższą przerwę.

Nie była to wymówka, bo znał swego podkomendnego na tyle dobrze, by wiedział, że jest to z pewnością niezbędny wstęp do przedstawienia pomysłu, który właśnie przyszedł mu do głowy, choć musiał przyznać, że nieco przydługi.

– Dlatego właśnie zastanawiam się, czy ktoś w firmie Reichenbach nie wpadł na pomysł, jak tę wiedzę, zarówno naszą, jak i pilotów, wykorzystać przeciwko tym ostatnim. Załóżmy, że zaprogramowali transpondery tak, by nadawały Kod Siedemnaście Alfa uruchomiony przez kogoś z załogi, jeśli piraci opanowaliby statek, ale żeby informacja o tym nie docierała na mostek. Byłoby to logiczne, bo frachtowiec nie ma szansy uciec piratowi, a załoga odeprzeć abordażu. Jeśli spróbują, zostaną zmasakrowani, więc lepiej nie stawiać oporu. Takie rozwiązanie byłoby kuszące, zwłaszcza że wiedziałoby o tym ledwie kilku oficerów.

– Hmm… – Glockauer potarł z namysłem dolną wargę. – Możesz mieć rację… zwłaszcza jeśli piraci zostawiliby oryginalną załogę na pokładzie i zmusili do współpracy. Wtedy zaalarmowanie napotkanego przypadkiem okrętu wojennego byłoby podwójnie nęcące.

Potarł wargę silniej i zamyślił się. Kod Siedemnaście był standardowym sygnałem oznaczającym: „Atakują mnie piraci”. Był on wprogramowany w każdy transponder, choć używano go częściej w powieściach niż w życiu, bo nie było sensu go nadawać, jeśli w pobliżu nie pojawił się jakiś okręt wojenny, gdy atak następował. A piraci z zasady w takim sąsiedztwie nie atakowali. Samo nadanie sygnału mogło odstraszyć pirata, ale tylko w sytuacji, w której istniała realna szansa, że usłyszy go ktoś, kto zdoła zareagować. Zdarzało się to na tyle rzadko, iż naprawdę niewielu kapitanów odważało się nadać Kod Siedemnaście. Powód był prosty – piraci mścili się tak na załogach, które stawiały opór, jak i na tych, które próbowały wezwać pomoc.

 

Kod siedemnaście Alfa nadawano jeszcze rzadziej, gdyż znaczył: „Zostałem zdobyty abordażem przez piratów”. Prawdę mówiąc, Glockauer nie potrafił przypomnieć sobie ani jednego wypadku, by ktoś go nadał. Ćwiczeń floty naturalnie nie licząc.

– I tak byłoby to ryzykowne, bo uruchomienie transpondera, gdy w pobliżu jest jeszcze statek piracki, oznacza, że sprawa wyda się natychmiast – odezwał się Glockauer. – A nawet jeśli takie coś się nie zdarzy, zdobyty frachtowiec musi zawinąć do jakiegoś portu, a kiedy się doń zbliży, sygnał zostanie odebrany i piracka załoga pryzowa też się o nim dowie. A to będzie prawie na pewno oznaczało przykre konsekwencje, jeśli nie dla całej załogi, to dla kapitana i oficerów na pewno.

– To nie ulega wątpliwości – zgodził się Engelmann. – Należy jednak brać pod uwagę, że autor pomysłu założył, iż załoga zostanie zmasakrowana w czasie zdobywania statku lub zaraz po zacumowaniu w miejscu przeznaczenia, więc opłaca się podjąć każde ryzyko, by uratować statek i jakichś szczęściarzy z załogi.

– I można było w to hipotetyczne oprogramowanie wprowadzić na przykład blokadę uaktywniającą Kod Siedemnaście Alfa po, powiedzmy, dwudziestu czterech godzinach. Wcześniej transponder nadawał czysty sygnał. W takim wypadku jednostka piracka raczej nie byłaby w stanie go odebrać. Może też przestawać działać po określonym czasie albo, powiedzmy, po pierwszym wyjściu z nadprzestrzeni.

– Albo jeszcze prościej: może reagować tylko na wezwanie do identyfikacji nadane przez okręt wojenny, sir – dodał z błyskiem w oku Engelmann. – My, podobnie jak inne okręty, w takich okolicznościach przedstawiamy się…

– A to jest w rzeczy samej doskonały pomysł, Binyan – pochwalił Glockauer. – To dawałoby gwarancję, że piraci nie wykryją sygnału…

– Tylko miło byłoby gdyby firma Reichenbach uznała za stosowne poinformować nas, że mają zamiar zrobić coś podobnego.

– Firma jako taka może nic o tym nie wiedzieć. – Glockauer uśmiechnął się złośliwie. – Stary Reichenbach to despota i choleryk, kieruje firmą, jak uważa za stosowne, jeśli więc to wymyślił albo jeśli ktoś podsunął mu ten pomysł, mógł kazać zainstalować takie zmodernizowane transpondery, nie informując o tym nikogo w firmie ani nawet kapitanów statków. Może też być to genialny pomysł tego konkretnego kapitana i stary nie ma o tym pojęcia.

– Albo obaj dorabiamy właśnie teorię do zwykłego błędu jakiegoś łącznościowca z tego frachtowca, który nadał kod alarmowy, nawet sobie z tego sprawy nie zdając.

– Możliwe, ale mało prawdopodobne, bo jak sam powiedziałeś, ich własny sprzęt powinien odebrać tę transmisję, więc należałoby spodziewać się, że zaraz przestaną i przeproszą. Skoro tak się nie stało, nie mamy wyjścia: musimy działać w oparciu o założenie, że sygnał nadano celowo.

– Zgadzam się, sir.

Obaj spojrzeli na główny ekran taktyczny, na którym zielony symbol zidentyfikowany jako frachtowiec Karawane i otoczony czerwonym kręgiem oznaczającym zdobytą przez wroga jednostkę leciał sobie spokojnie starym kursem.

– I co powiesz, Shilan? – spytał Glockauer.

– Możemy go dogonić bez problemu, sir – odparła oficer taktyczny Kapitän Leutnant Shilan Weiss. – Mamy dwa razy większe przyspieszenie i nawet gdyby w tej sekundzie wykonał zwrot i zaczął uciekać, dogonimy go pełną minutę świetlną przed granicą przejścia w nadprzestrzeń.

– Tyle, że byłoby to dość brutalne rozwiązanie – dodał Engelmann z paskudnym uśmiechem. – Przyznaję, że wolałbym wymyślić jakiś sprytny manewr, dzięki któremu pozwoliliby się nam zbliżyć bez konieczności długiego pościgu.

– Wybij to sobie z głowy – prychnął Glockauer. – Jeśli umieją liczyć, w momencie, w którym ruszymy ku nim, będą wiedzieli, że nie zdołają nam uciec. Najmądrzej by zrobili, wyłączając napęd i mając nadzieję, że będziemy skłonni ich aresztować, a nie zastrzelić od ręki, ale niezależnie od tego, czy postąpią logicznie czy nie, nawet najgłupsza banda piratów w takich okolicznościach nie da się nabrać na nic, co pozwoliłoby ciężkiemu krążownikowi zbliżyć się na odległość skutecznego ostrzału rakietowego.

– Obawiam się, że ma pan rację, sir – przyznał smętnie pierwszy oficer. – A nie mogą nie zauważyć, że się zbliżamy.

– W żaden sposób, chyba, że są w sztok pijani. – Glockauer przez parę następnych sekund przyglądał się ekranowi, po czym kiwnął głową i polecił: – No dobrze, Shilan, nie ma sensu się wysilać, weź kurs na przechwycenie i zwiększ przyspieszenie do pięciuset g. A ty Ruihuan, wywołaj frachtowiec, powiedz, kim jesteśmy, i zasugeruj, żeby poczekali na nas.

– Aye, aye, sir! – potwierdził z uśmieszkiem oficer łącznościowy, Kapitän Leutnant Ruihuan Hoffner.

– Żeby dodać wagi tej sugestii, Shilan, uaktywnij radary i lidary celownicze dalekiego zasięgu – dodał Glockauer. – To powinno ich przekonać, że nie żartujemy.

– Aye, aye, sir! – potwierdziła Weiss z równie paskudnym uśmiechem co przed chwilą Engelmann.

Po czym pochyliła się nad klawiaturą, by wykonać polecenie.

Glockauer odpowiedział jej uśmiechem i wrócił na swój fotel, by poczekać na odpowiedź z frachtowca. Spojrzał na przedstawiający go na głównym ekranie taktycznym symbol i spoważniał.

W Konfederacji Silesiańskiej piractwo zawsze stanowiło problem, mimo iż człowiek wyruszył do gwiazd tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt lat temu. Natomiast w ciągu ostatnich piętnastu lat standardowych stało się tu prawdziwą plagą.

Powód był prosty, choć rzadko przyznawał to którykolwiek z oficerów Imperialnej Marynarki – otóż od ponad dwustu lat standardowych w Konfederacji główny ciężar zwalczania piractwa ponosiła Royal Manticoran Navy. Imperium dopiero w ostatnim wieku standardowym stało się na tyle duże i na tyle rozbudowało flotę, by zacząć współuczestniczyć w tym procesie. Jeszcze bowiem dobre siedemdziesiąt pięć lat standardowych temu w Imperium Andermańskim zarejestrowanych było zbyt mało frachtowców, by miało sens zwiększanie lekkich sił floty na tyle, by stały się one poważniejszą przeszkodą dla operujących na obszarze Konfederacji piratów i korsarzy.

Naturalnie, choć każda szanująca się flota zwalczała piractwo, Imperialna Marynarka nigdy się do tego nie ograniczała, gdyż Imperium zawsze było w pierwszej kolejności zainteresowane bezpieczeństwem rejonów granicznych.

I dalszym rozwojem terytorialnym.

Nikt tego oficjalnie nie powiedział, ale wszyscy, których iloraz inteligencji przewyższał kretyna, tak w Imperium, jak i w Konfederacji czy Królestwie mieli tego świadomość. Królestwo Manticore także zupełnie jednoznacznie, choć nadal nieoficjalnie przypominało Imperium, że uważa Konfederację za swoje podwórko i żadnych zmian terytorialnych na rzecz Imperium nie zaakceptuje.

Wieloletnia wojna z Ludową Republiką Haven odciągnęła jednak zbyt wiele sił Królewskiej Marynarki od zadań policyjnych, by nie stało się to widoczne. Proces rozpoczął się około 50–60 lat standardowych temu, natomiast od chwili wybuchu wojny przybrał gwałtownie na sile, gdyż RMN po prostu nie miała dość okrętów, by skutecznie utrzymywać porządek w Konfederacji. Glockauer naturalnie nie wiedział, jak przebiegały narady na najwyższym szczeblu Ministerstwa Spraw Zagranicznych czy Admiralicji ani też jak Imperium zdecydowało się wykorzystać te okoliczności, ale tylko skończony matoł mógł sądzić, że żadnej reakcji nie będzie.

Z jednej bowiem strony aż wstyd byłoby nie wykorzystać takiej okazji do powiększenia Imperium, z drugiej to właśnie Gwiezdne Królestwo Manticore stanowiło jedyny bufor pomiędzy Ludową Republiką Haven z rosnącymi apetytami terytorialnymi a Imperium.

Jak dotąd zwyciężyło pragmatyczne podejście, co było typowe dla polityki zagranicznej Imperium Andermańskiego – uznano, że rzucanie kłód pod nogi państwu toczącemu wojnę o przetrwanie z przeciwnikiem skłonnym połknąć także Imperium byłoby błędem. Imperium pozostało „neutralne”, sprzyjając jednakże na wszelkie możliwe sposoby Królestwu Manticore.

Jednakże Royal Manticoran Navy odniosła szybsze i większe zwycięstwo, niż spodziewał się ktokolwiek w wywiadzie floty – przynajmniej według wiedzy Glockauera. A wywiad nie spał, o czym najlepiej świadczyły nie tylko informacje o nowych systemach uzbrojenia i taktyce ich użycia przez RMN, ale także ostatnie modernizacje i przezbrojenia okrętów Imperialnej Marynarki. Natomiast skala przewagi technicznej Królewskiej Marynarki i tak w pełni oczywista stała się dopiero w momencie, gdy admirał White Haven rozpoczął ofensywę.

Wszystko wróciłoby do normy, gdyby wojna została zakończona, a RMN zajęła przedwojenne stanowisko w kwestii Konfederacji. Tak się jednak nie stało i z wielu powodów było to znacznie gorsze. Królewska Marynarka nie odtworzyła swych lekkich sił w stopniu wystarczającym, by licznie powróciły one na obszar Konfederacji, przejmując tradycyjną rolę głównego policjanta. Piractwo pieniło się więc nadal, a co gorsza wiele pirackich grup uzyskało znacznie nowsze okręty. Co prawda jak dotąd Imperialna Marynarka nie zetknęła się z niczym większym od krążownika liniowego, a te trzy, na które trafiono, zniszczono wspólnymi siłami z Royal Manticoran Navy, ale piratów było zdecydowanie więcej, i to nieporównanie lepiej uzbrojonych i wyszkolonych – jak na załogi Urzędu Bezpieczeństwa czy Ludowej Marynarki przystało. Ich repertuar wzbogacił się też o rajdy na planety. Według najnowszych ocen wywiadu w ciągu ostatniego roku w wyniku działań piratów zginęło ćwierć miliona obywateli Konfederacji. W stosunku do całej populacji był to niewart wspomnienia drobiazg, natomiast liczba sama w sobie była przerażająca.

Kolejnym powodem było zawarcie przez Królestwo Manticore traktatu z Republiką Sidemore obejmującą system Marsh. W ciągu ostatnich ośmiu lat standardowych system stał się całkiem potężną bazą floty, a fakt, że znajdował się poza granicami Konfederacji, powodował, iż była to wręcz idealna baza dla Royal Manticoran Navy. Leżąc bowiem nieco z boku tradycyjnej Trasy Trójkąta, stanowiła doskonałą bazę logistyczną do działań w południowo – zachodniej części Konfederacji.

Prywatnie Glockauer nie miał nic przeciwko pomocy w zwalczaniu piractwa, jaką w ten sposób otrzymywał. Natomiast jako imperialny oficer nie był zachwycony faktem, iż jest ona możliwa tylko dzięki temu, że Królestwo Manticore dorobiło się bazy floty w rejonie, w którym od lat odmawiało Imperium prawa do posiadania takowej. A to Imperium Andermańskie miało większe prawo do kontrolowania sytuacji w Konfederacji, bo z nią graniczyło. Ochrona granic i bezpieczeństwa oraz spójności wewnętrznej zawsze była priorytetowym zadaniem dla władz Imperium, a tymczasem w bazie Sidemore stacjonował cały zespół wydzielony Królewskiej Marynarki w składzie dwóch eskadr liniowych wspartych przez krążowniki liniowe i zwykłe. I siły te zdołały spacyfikować około 10% obszaru Konfederacji, co obiektywnie oceniając, było sporym osiągnięciem.

Oficjalnie tak poważne siły oddelegowano, by zapobiec dalszemu pojawianiu się na obszarze Konfederacji zwartych jednostek, czy to byłej floty UB, czy Ludowej Marynarki oraz uniemożliwić okrętom Marynarki Republiki rajdy, gdyby doszło do wznowienia działań wojennych między Sojuszem a Republiką Haven.

Takie były oficjalne powody zawarcia traktatu z Republiką Sidemore. Choć były one prawdziwe, nikt w Imperium nie wierzył, że są jedyne. Niechęć do Gwiezdnego Królestwa Manticore rosła przez ostatnich pięć lat standardowych powoli, lecz stale. Im więcej czasu mijało od klęski Ludowej Marynarki, tym powody te stawały się mniej wiarygodne i to, czy oficjalny pokój został zawarty czy nie, było bez znaczenia. Niezadowolenie z obecności RMN w systemie Marsh rosło wprost proporcjonalnie do spadku zagrożenia, jakie stanowiła dla Imperium Republika Haven, i choć Glockauer doskonale zdawał sobie sprawę, do czego mogło to doprowadzić, miał też gorącą nadzieję, że tak się nie stanie.

Bowiem pomimo stałego wzrostu sił i poziomu technicznego Imperialnej Marynarki oraz oczywistego debilizmu obecnej Admiralicji Royal Manticoran Navy nie miała najmniejszej ochoty spotkać się w walce z flotą, która praktycznie zniszczyła najpotężniejsze siły zbrojne w okolicy.

 

Omal nie wzruszył ramionami – obserwując nieudolnie próbujący mu się wymknąć symbol Karawane na głównym ekranie taktycznym, nie musiał martwić się obecnością Królewskiej Marynarki i tym, czy dojdzie do konfrontacji z nią. Przestał więc o tym myśleć i skupił się na tym, co znajdzie na pokładzie frachtowca grupa abordażowa.

Doświadczenie podpowiadało mu, że nic przyjemnego.


– Wiadomość od komandora Zrubeka, sir!

Admirał Lester Tourville uśmiechnął się szeroko, słysząc głos porucznik Eisenberg. Co prawda jego sztab od dawna tak go tytułował, ale było to nielegalne i karalne w czasach, gdy wszyscy byli „towarzyszami oficerami”. Teraz wróciły stare dobre formy i nadal sprawiało mu to satysfakcję. Znacznie mniejszą niż widok tylu nowych twarzy na pomoście flagowym po latach współpracy ze zgranym zespołem. Przyznawał jednak rację Tomowi Theismanowi, iż choć sztaby, które obaj z Javierem Giscardem stworzyli, odegrały kluczową rolę w osiągnięciu sukcesów, które przypadły w udziale dowodzonym przez nich obu flotom, to były również zastępowalne. Skoro raz stworzyli zgrane, sprawnie działające zespoły, i to w znacznie trudniejszych warunkach, mogli zrobić to ponownie. A ludzie, których wykształcili, potrzebni byli nowej Marynarce Republiki na innych, samodzielnych stanowiskach. No i od dawna należały im się awanse.

Do porucznik Anity, Eisenberg, czyli swego nowego oficera łącznościowego, przyzwyczajał się szczególnie trudno, tak dlatego, że do sztabu należała dopiero od sześciu miesięcy standardowych, jak i dlatego, że wyglądała niesamowicie wręcz młodo. Przypominał sobie stale, że blondynka mająca dwadzieścia osiem lat standardowych jest osobą bardziej niż samodzielną, ale niewiele to dawało, gdyż jako należąca do trzeciej generacji poddanej prolongowi Anita wyglądała, jakby miała dwanaście lat, a na dodatek była filigranowej budowy i mierzyła niewiele ponad półtora metra.

Faktem też było, iż była młoda jak na swój stopień i stanowisko, ale to dotyczyło większości aktualnego korpusu oficerskiego Marynarki Republiki. Porucznik Eisenberg była też kompetentna i znacznie pewniejsza siebie, niż można by wnosić z jej wyglądu.

Podświadomie podejrzewał, że częściowo przynajmniej to jej młodość tak na niego działała, bo czuł w kościach zmęczenie zwiększające się z każdym miesiącem… Przegnał tę myśl i dał jej znak, by podeszła.

Zrobiła to i wręczyła mu bez słowa elektrokartę.

Gdy nacisnął przycisk odtwarzania, na ekraniku pojawiła się twarz ciemnowłosego mężczyzny.

– Miał pan rację, sir – oznajmił bez wstępów komodor Scott Zrubek. – Próbowali nas podejść dokładnie tak, jak pan podejrzewał. Wysłałem więc dwie flotylle niszczycieli, żeby przyjrzały się bliżej tym „frachtowcom”, a reszta sił czekała na granicy maksymalnego skutecznego ognia rakietowego. Sądzę, że gdy zobaczyli, co robimy, nastąpiły pewne drobne zmiany na stanowiskach dowódczych.

Zrubek uśmiechnął się paskudnie, a Tourville kiwnął głową z aprobatą.

– Wygląda na to, że mieli ładownie pełne zasobników i spodziewali się, że zbliżymy się na tyle, by zdołali je postawić – dodał Zrubek. – Kiedy się zorientowali, że w ich zasięgu nie znajdą się nasze ciężkie jednostki, do kogoś tam musiało dotrzeć, że zmasakrowanie samych niszczycieli tylko naprawdę poważnie nas wkurzy. Skoro więc zasadzka się nie udała, a uciec w żaden sposób nie mogli, zdecydowali się poddać, licząc na to, że zechcemy jeszcze brać jeńców. Sądząc z meldunków, jakie dotąd dostałem, ich dowódca miał inny punkt widzenia, więc jego zastępca użył zwyczajowego dla ubeków argumentu i strzelił mu w plecy. W efekcie zdobyliśmy wszystkie frachtowce i ponad dwa bataliony interwencyjne jeńców, sir. Szacunkowo rzecz biorąc, ma się rozumieć. Wydaje mi się, że większość to starzy funkcjonariusze, a część nawet próbowała stawiać opór, dlatego nie znam jeszcze dokładnej liczby jeńców, bo frachtowce obsadzały trzy pełne bataliony. Przepuścimy ich po kolei przez bazę danych. Byłbym bardzo zdziwiony, gdyby nie znalazło się wśród nich co najmniej kilkuset figurujących na liście „zastrzelić od ręki”. Na tych sześciu frachtowcach jest w mojej ocenie tyle rakiet co na dwóch–trzech superdreadnoughtach. Moi ludzie czyszczą teraz pokładowe bazy danych, bo zapowiedzieliśmy ubekom, że jeśli je tkną, żaden rana nie doczeka, więc zdobyliśmy je nienaruszone. Gdy tylko kryptolodzy je sprawdzą, będę mógł dostarczyć na okręt flagowy wszystkie zdobyte dane. W mojej ocenie, sir, Carson wysłał tych biednych durniów, żeby nas osłabili jak tylko się da, bo nie ma dość okrętów, by stawić nam opór. Powinniśmy zdobyć w bazach danych kody identyfikacyjne umożliwiające przelot przez pola minowe, ale może był sprytniejszy, niż zakładamy, i skoro spisał ich na straty, mógł podać im fałszywe, więc nie planuję niczego niespodziewanego bez uzgodnienia z panem. Za pięć do sześciu godzin sytuacja tutaj będzie już w pełni wyklarowana, frachtowce obsadzone załogami pryzowymi wyślę do Haven i jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, powinienem dołączyć do sił głównych nie później niż dwudziestego trzeciego około siedemnastej. Tubylcy wyglądają na ciężko zadowolonych z naszego przybycia, więc nie sądzę, żebyśmy musieli obsadzać planetę silnym garnizonem, i nic nie powinno nas zatrzymać. Zrubek, bez odbioru.

Ekranik pociemniał, Tourville zaś ponownie kiwnął głową z aprobatą.

Zrubek należał do grona nowych oficerów flagowych, których umiejętności przez ostatnie trzy lata standardowe szlifowali obaj z Javierem. Zadanie zaś oczyszczenia systemu Montague z pozostałości sił towarzysza generała Adriana Carsona było jego pierwszą w pełni samodzielną operacją i wyglądało na to, że zdał egzamin doskonale, czego zresztą Tourville się spodziewał. W pewnym sensie były to ćwiczenie z ostrą amunicją, ale gdyby Zrubek okazał się zbyt pewny siebie, to przy tej liczbie rakiet, jaką dysponowały frachtowce, wynik byłby zupełnie inny.

Dlatego Tourville dał mu wolną rękę – musiał mieć pewność, że komodor Zrubek rzeczywiście jest gotów objąć samodzielne dowództwo.

Uśmiechnął się w duchu, nadal nie mogąc w pełni zaakceptować faktu, iż znacznie mniej się denerwował, wiedząc, że może zostać zastrzelony przez UB, niż teraz, wysyłając ludzi na akcje i czekając na ich meldunki.

Pokiwał głową i zmarszczył brwi, zabierając się do analizy sytuacji. Po utracie Montague Carson kontrolował bezpośrednio jeszcze dwa systemy, a jego teoretyczny sprzymierzeniec, towarzysz admirał Agnelli, trzy. Tyle że to przymierze od początku było nieco dziwne, łagodnie rzecz ujmując. Obaj byli ambitni, ale Carson zachował resztki prawdziwego przywiązania do zasad Nowego Ładu stworzonego przez Komitet Bezpieczeństwa Publicznego. Może dlatego, że dosłużył się w Urzędzie Bezpieczeństwa wysokiego stopnia, może dlatego, że lubił przemoc i strach, ale nie ulegało wątpliwości, że kierowała nim nie tylko chęć osiągnięcia prywatnych korzyści.

Czego nie sposób było zarzucić Federicowi Agnellemu. Tourville był tego pewien, jako że miał nieprzyjemność znać go od dawna i od samego początku szczerze go nie cierpiał. Nie potrafił w nim dostrzec ani jednej pozytywnej cechy. Ledwie że kompetentny taktyk był przekonany o własnej niezwyciężoności, a do zwolenników Komitetu przyłączył się w nadziei na uzyskanie władzy i majątku. W rozgrywkach politycznych inaczej niż w walce okazał się naprawdę dobry. Przez jego machinacje zginęło przynajmniej dwóch admirałów. Tylko dlatego, że stali mu na drodze – przekonał UB, że są „wrogami Ludu”, więc trafili pod mur.

A to znaczyło, że jeśli Carson znalazł się w takich opałach, jak Tourville podejrzewał, Agnelli bez wahania zostawi go samego. Było to głupie posunięcie, jako że po załatwieniu Carsona zostanie samotnym przeciwnikiem Dwunastej Floty, ale do tak dalekowzrocznego myślenia Agnelli był po prostu niezdolny. Liczył, że w jakiś sposób kolejny raz zdoła się wywinąć – w końcu zawsze dotąd udawało mu się jakoś odciągnąć od siebie uwagę rządu i poradzić sobie z wewnętrzną opozycją. To zawsze trwało trzy i pół roku standardowego, więc miał pewne podstawy do podobnych nadziei.

Tyle że przez ten czas sytuacja zmieniła się dość radykalnie i Tourville był przekonany, że kolejny podobny numer Agnellemu nie wyjdzie. Przekonanie to napawało go zresztą głęboką satysfakcją. Gdy wraz z Theismanem i Giscardem postanowili wziąć na siebie zapewnienie bezpieczeństwa rządowi nowej Republiki Haven, mieli przed sobą niemal niewykonalne zadanie przypominające walkę z wielogłowym potworem. Tourville przyznawał uczciwie, że gdyby zdawał sobie wówczas sprawę, że będzie miał do czynienia z gniazdem żmij zawierających ciągle nowe sojusze i zdradzających kolejnych sprzymierzeńców, nie podjąłby się tego. Z drugiej strony miał też świadomość, iż tak naprawdę nie miał wyboru. Podobnie jak Javier czy Theisman. No i stopniowo udawało im się kolejno eliminować wewnętrzne zagrożenia, aż pozostało naprawdę niewielu takich jak Carson czy Agnelli, którzy korzystając z zamieszania, zdołali wykroić dla siebie udzielne włości. I właśnie dlatego Federico Agnelli będzie miał naprawdę trudne zadanie, chcąc znaleźć następcę Carsona…

Istniała całkiem realna szansa, że Dwunastej Flocie uda się w ten sposób oczyścić w miarę szybko cały sektor. Wówczas pozostałyby jeszcze tylko ze trzy miejsca stanowiące poważne zagrożenia… Cóż, zaczynało wyglądać na to, że Tom i Eloise mieli jednak rację, twierdząc, że da się zaprowadzić porządek i przywrócić stabilizację…

Potrząsnął głową zirytowany – ze snucia marzeń nie wynikało nic sensownego. Oddał Eisenberg elektrokartę i powiedział:

– Dziękuję, Anito. Dopilnuj, by kopia tego meldunku została dołączona do następnego raportu, jaki będziemy wysyłać do stolicy.

– Oczywiście, sir! – zapewniła.

Wsunęła elektrokartę pod pachę, wyprężyła się, salutując, wykonała precyzyjny w tył zwrot i odmaszerowała na swoje stanowisko.

Patrzący na jej wyprostowaną niczym na paradzie sylwetkę Lester Tourville robił, co mógł, by się nie uśmiechać.

Zbyt szeroko.


Admirał Michael Reynaud z Królewskiej Agencji Zwiadu Kartograficznego kolejny raz żałował starego biura. Nikt inny go nie żałował, bo nowe było większe, wygodniejsze i okazalsze, no i znajdowało się na Stacji Kosmicznej Jej Królewskiej Mości Hephaestus. A to była tylko jedna z korzyści związanych z niedawną promocją, więc powinien się cieszyć, a nie narzekać. Problem zaś polegał na tym, że choć biuro rzeczywiście było wygodne i przestronne, nie było tym, w którym spędził ostatnich piętnaście lat standardowych, no i urządził je dokładnie tak, jak chciał.

A poza tym poprzednie zajęcie podobało mu się znacznie bardziej od nowego… choć to nie do końca była prawda. Zupełnie szczerze, to nie podobali mu się ci, dla których pracował. I to była główna przyczyna jego parszywego nastroju.