Herezją naznaczeniTekst

Z serii: Schronienie #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

Herezją naznaczeni

Przełożył Robert J. Szmidt

Dom Wydawniczy REBIS

W cyklu SCHRONIENIE dotychczas ukazały się:

Dla Bobbie Rice i Alice Weber,

dwóch kobiet,

które uwielbiam.

Odwalacie kawał dobrej roboty!


PAŹDZIERNIK

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

.I.
Świątynia Boga,
Miasto Syjon,
Ziemie Świątynne

W październiku wokół Świątyni zaległa wyjątkowo gruba – nawet jak na warunki panujące w Syjonie – warstwa śniegu, a kolejne płatki białego puchu wciąż sypały się z nieba, aby wpaść prosto w ramiona porywistego wiatru dmącego znad jeziora Pei. Ta sama zawierucha spychała grube kry prosto na skute mrozem wybrzeża, wzniecała śnieżne kurzawy na ulicach, usypywała strome zaspy gdzie tylko się dało i kąsała każdy skrawek odkrytej nieopatrznie skóry. Najbiedniejsi mieszkańcy miasta lgnęli do każdego źródła ciepła, jakie mogli znaleźć. Tych jednak było zbyt mało, więc rodzice spoglądali z niepokojem na mroźny krajobraz – oraz swoje pociechy – drżąc przy tym na myśl o długich pięciodniach, dzielących ich od wiosennych roztopów.

W Świątyni nikt nie cierpiał od mrozów. Pod gigantyczną kopułą nie miał prawa zaistnieć nawet jeden chłodniejszy podmuch. Bez względu na to, jakie warunki atmosferyczne panowały za murami budowli wzniesionej przez archaniołów dawno temu, jeszcze w czasach Stworzenia, we wnętrzach utrzymywała się wciąż stała temperatura.

Przeciętny obywatel nie mógł sobie nawet wyobrazić, jak luksusowe wyposażenie mają apartamenty przeznaczone dla członków Rady Wikariuszy, ale i wśród nich można było znaleźć takie, co przewyższały zbytkiem pozostałe. Na przykład komnaty wielkiego inkwizytora Zhaspyra Clyntahna. Znajdowały się one w jednym z narożników piątego piętra. Dzięki temu dwie ściany salonu, będącego zarazem jadalnią, składały się wyłącznie z wielkich okien – przeszklonych cudownymi, idealnie przejrzystymi i nie dającymi się zbić szybami, również będącymi dziełem archaniołów. Z wnętrza apartamentu można było dostrzec każdy szczegół panoramy miasta otaczającego Świątynię, ale osoba spoglądająca na przeszklone mury z zewnątrz czuła się tak, jakby patrzyła prosto w wysokiej klasy zwierciadła z polerowanego srebra. W dodatku szyby te były idealnym izolatorem, przeciwnie niż zwykłe produkty śmiertelników, słabo chroniące przed upałem albo mrozami. Zdobiące te pomieszczenia obrazy i posągi zostały dobrane przez prawdziwych znawców, by dopełniać idealnego piękna wyłożonych grubymi dywanami, zawsze ciepłych wnętrz dyskretnie oświetlanych trudnymi do zlokalizowania lampami.

Wiele czasu minęło od chwili, gdy Wyllym Rayno, arcybiskup Chiang-wu oraz namiestnik zakonu Schuelera w Harchongu, po raz pierwszy przekroczył próg osobistych komnat wielkiego inkwizytora. Piastowane stanowiska czyniły z niego prawą ręką Clyntahna w Świętym Oficjum. Dzięki temu miał ułatwiony dostęp do swojego przełożonego, kto wie, czy nie był mu nawet bliższy niż koledzy wikariusze z Grupy Czworga. Niemniej wielki inkwizytor miał jeszcze wiele sekretów, do których nie dopuszczał nawet arcybiskupa Chiang-wu. I szczerze mówiąc, Rayno wolał, by tak już zostało.

– Wchodź, Wyllymie, wchodź śmiało! – zawołał Clyntahn, gdy strzegący jego apartamentów gwardziści otworzyli drzwi.

– Dziękuję, wasza łaskawość – wymamrotał Rayno, mijając wartowników.

Wielki inkwizytor wysunął ozdobioną wielkim pierścieniem dłoń, a arcybiskup pochylił się mocno, by ucałować go zgodnie ze zwyczajem. Potem wyprostował się i wsunął dłonie w poszerzone rękawy sutanny. Na stole leżały niedojedzone resztki mnogich, wykwintnych potraw. Rayno udał, że nie dostrzegł drugiego nakrycia. Większość wikariuszy zachowywała o wiele dalej idącą dyskrecję, decydując się na przyjmowanie metres w uświęconych wnętrzach Świątyni. Wszyscy wiedzieli, że takie rzeczy są tutaj na porządku dziennym, ale trzeba było dbać o pozory.

Termin „większość wikariuszy” nie obejmował jednak Zhaspyra Clyntahna. On był wielkim inkwizytorem, strażnikiem sumienia Kościoła Matki, ale nawet Rayno, który służył mu wiernie przez wiele dziesięcioleci, miewał czasem wątpliwości co do prawdziwych intencji swojego przełożonego. Jakim cudem ten człowiek może być tak gorliwym tępicielem grzechów, skoro sam je nieustannie popełnia?

Dajże spokój, Wyllymie, napomniał się arcybiskup w myślach. On jest gorliwym wyznawcą, a zarazem folgującym sobie grzesznikiem, nigdy jednak nie zniżył się do takiej hipokryzji, jak pozostali wikariusze. Clyntahn potrafi nakreślić wyraźną linię podziału między grzechami dającymi się odkupić a tymi, które są śmiertelną obrazą w oczach Boga i Jego sługi Schuelera. Może i sprawia wrażenie bardziej świętoszkowatego niż którykolwiek inny hierarcha, ale nawet ty musisz przyznać, że nie słyszałeś, aby kiedykolwiek ganił pozostałych braci w wikariacie za ich grzeszne prowadzenie. Jest nieprzejednany w obliczu duchowej słabości, to prawda, lecz wykazuje także… zadziwiającą pobłażliwość, kiedy chodzi o dodatkowe korzyści z pełnienia posługi.

Rayno zastanawiał się, kogo też Clyntahn mógł gościć tego wieczoru. Wielki inkwizytor znany był z niezaspokojonego apetytu na wszystko. Łaknął także częstych zmian. Wprawdzie kilka kobiet zdołało go utrzymać przy sobie dość długo, ale gdy się nimi znudził, potrafił je rzucać w okamgnieniu, bez pardonu, aczkolwiek – tu trzeba mu oddać sprawiedliwość – zawsze miał gest wobec swoich byłych kochanek.

Rayno, jako wysoko postawiony funkcjonariusz Inkwizycji, wiedział dobrze, że wielu dostojników Kościoła ma za złe Clyntahnowi jego uzależnienie od cielesnych uciech. Nikt oczywiście nie odważył się tego powiedzieć na głos, ale arcybiskup zdołał przechwycić kilka raportów dotyczących nieco dosadniejszych komentarzy, zanim te dotarły do wiadomości wielkiego inkwizytora. Nie dziwiło go jednak, że wśród hierarchów panuje takie… niezadowolenie. Po części można było je składać na karb zazdrości, aczkolwiek on sam wolał zakładać, że jego źródłem jest rosnąca dezaprobata. Szczerze mówiąc, sam wielokrotnie żywił podobne odczucia na długo przed objęciem urzędu przez Clyntahna, odkrył też pewną uniwersalną prawdę mówiącą, że każdy człowiek ma wady, a im wyższe stanowisko zajmuje, tym bardziej są one widoczne. Jeśli obecny wielki inkwizytor ogranicza się wyłącznie do zaspokajania własnych cielesnych potrzeb, jest i tak o niebo lepszy od swoich poprzedników, którzy potrafili czerpać osobistą satysfakcję z zadawania innym niezasłużonych cierpień.

– Dziękuję ci, Wyllymie, za niezwłoczne przybycie – kontynuował tymczasem Clyntahn, prowadząc arcybiskupa w kierunku jednego z niezwykle wygodnych foteli. Obdarzył Rayno szerokim uśmiechem i własnoręcznie nalał mu wina. Zachowanie wielkiego inkwizytora przy stole ustępowało zazwyczaj jego niezwykłej umiejętności doboru potraw i trunków, ale potrafił być uroczym gospodarzem, jeśli tylko chciał. I wcale nie musiał przy tym udawać. Nigdy mu jednak nie przyszło do głowy, że mógłby traktować w podobny sposób ludzi spoza swojego ścisłego otoczenia, czyli tych, na których mógł polegać i którym ufał. Czy też raczej był w stanie zaufać bardziej niż innym.

– Zauważyłem, że w wiadomości od ciebie, wasza łaskawość, nie było nawet słowa ponaglenia, ale skoro i tak miałem coś do załatwienia w Świątyni, uznałem, że zacznę od wizyty u ciebie.

– Gdybym miał pod sobą choć z tuzin równie gorliwych biskupów jak ty! – odparł egzaltowanie Clyntahn. – Na Langhorne’a! Wiele bym oddał choćby za sześciu!

Rayno uśmiechnął się i pochylił głowę, dziękując za miły komplement. Potem usiadł wygodniej i dzierżąc oburącz puchar z winem, spojrzał pytająco na przełożonego.

Clyntahn spoglądał w stronę okna sięgającego od podłogi do sufitu. Wpatrywał się w biały puch wirujący za szybą. Wydawał się mocno zaabsorbowany obserwacją płatków niesionych porywistym wiatrem, nie spuszczał z nich oczu przez kilka długich minut. W końcu odwrócił głowę, przeniósł wzrok na Rayno i pochylił się do przodu.

– Cóż… – zagaił, przybierając minę, która sugerowała, że zamierza od razu przejść do sedna. – Jestem pewien, że czytałeś raporty dotyczące przeprowadzonego w ostatnich miesiącach sekwestru charisjańskich frachtowców. – Mówiąc te słowa, uniósł lekko brew. Arcybiskup skinął głową w odpowiedzi. – Świetnie. Byłem pewien, że je znasz. Wiesz więc, że doszło w ich trakcie do kilku… incydentów

– Oczywiście, wasza łaskawość – przyznał Rayno, gdy Clyntahn zamilkł na moment.

Jakże mógłby nie wiedzieć o tych „kilku incydentach”. Wszyscy w Syjonie o nich mówili! Operacja zajmowania nieuzbrojonych frachtowców – od której miało się zacząć egzekwowanie rozkazu zamknięcia kontynentalnych portów dla towarów z Korony – zmieniła się w prawdziwą katastrofę. Charisjanie mogą ją nawet określić mianem masakry, gdy już dotrą do nich wieści na temat sierpniowych wydarzeń w Feraydzie.

Właściwie, poprawił się w myślach, nie ma wątpliwości, że już to uczynili, przecież pewna część ich kupieckiej floty zdołała ujść z Delferahku i z pewnością pożeglowała prosto do Tellesbergu. Arcybiskup zadrżał na myśl o tym, co pracujący dla heretyków specjaliści od propagandy mogą zrobić dzięki tak wielkim stratom wśród cywilnych załóg. Jedno jest pewne, dodał ze smutkiem w oczach, żaden z nich nie będzie próbował pomniejszyć rangi tego wydarzenia.

 

O tym samym z pewnością myślał teraz Clyntahn. Wielki inkwizytor nie odnosił się jednak do liczby heretyków zabitych w trakcie zainicjowanej przez siebie akcji, tylko koncentrował się na pytaniu: co zrobić, by Święte Oficjum nie poniosło z tego tytułu szkody. Kilka konfiskat zakończyło się ogólną jatką, jak na przykład akcja w Delferahku. W innych wypadkach też było źle, choć już nie tak krwawo. Rayno niepokoiła zwłaszcza sytuacja w Siddarze. Według raportów agentów Inkwizycji operacja przebiegała o wiele spokojniej niż we wspomnianym Feraydzie… Przynajmniej do momentu, gdy wszystkie frachtowce należące do Charisjan z nieznanych powodów postanowiły… masowo wyjść w morze. Decyzję o ucieczce podjęto, zanim lord protektor raczył powrócić i wydać dekret zezwalający na wprowadzenie w życie instrukcji dotyczących przejmowania charisjańskiego mienia, a to w żadnym razie nie mogło być dziełem przypadku.

I nie było.

Rayno nie miał żadnego dowodu wskazującego na osobę, która poinformowała heretyków, ale wiedział, że kimkolwiek był ten człowiek, musiał się cieszyć wielkim zaufaniem Greyghora. Dręczyło go pytanie, czy informator działał na własny rachunek, czy też lord protektor zdradził zaufanie Kościoła. Mając na uwadze fakt, że najbliżsi współpracownicy nie mogli go odnaleźć i przez prawie dwanaście godzin nie potrafili dostarczyć instrukcji od Clyntahna nieobecnemu władcy, Rayno podejrzewał, że nie spodobałaby mu się odpowiedź na zadane przed momentem pytanie, gdyby ją poznał.

Kimkolwiek był informator, nie działał w pojedynkę bez względu na to, kto faktycznie był pomysłodawcą przecieku. Siddar nie był jedynym portem Republiki, z którego charisjańskie frachtowce wyszły w tajemniczych okolicznościach na kilka godzin przed planowanym sekwestrem, a to sugerowało istnienie znacznie większego problemu niż kilku marynarzy poległych w Feraydzie.

Aczkolwiek nie spodziewam się, by ktoś w Radzie – a nawet zakonie! – analizował tę sprawę pod takim właśnie kątem, utyskiwał w myślach Rayno. Nazwisko Samyla Wylsynna samo przyszło mu do głowy. Na szczęście zdążył się opanować w porę i nie obdarzył wielkiego inkwizytora kwaśną miną. Arcybiskup wiedział, że Clyntahn z pewnością zgodziłby się w całej rozciągłości z jego zdaniem na temat wikariusza Samyla. Niemniej istniało ryzyko, że mógłby pomyśleć, iż mina sugeruje krytyczne podejście podwładnego do pomysłu zamknięcia portów przed charisjańskimi kupcami, a to mogłoby mieć niezbyt miłe konsekwencje. Dla Rayno, oczywiście.

– Cóż – powtórzył Clyntahn, wracając do podjętego wcześniej wątku. – Omawialiśmy jakiś czas temu potrzebę przedstawienia wiernym prawdziwej wersji zdarzeń, zanim plotki szerzone przez heretyków zdołają się zakorzenić w ludzkich umysłach. Zgodzisz się zapewne, że w tym wypadku ma to szczególne znaczenie.

– Oczywiście, wasza łaskawość. W jaki sposób mogę pomóc?

– To trwało dłużej, niż się spodziewałem – przyznał szczerze wielki inkwizytor – ale Duchairn i Trynair zaakceptowali w końcu tekst odezwy, w której wyjaśniamy, do czego doszło, zwłaszcza w Feraydzie, i informujemy, że każdy kto został zamordowany przez Charisjan, zostanie ogłoszony męczennikiem za sprawę Kościoła Matki. Ale to wciąż za mało. Tekst jest zbyt łagodny, nie nawołuje na przykład do ogłoszenia świętej wojny. Wiem, że dzięki niemu przygotowujemy sobie grunt pod podjęcie takiej decyzji, ale prawda też jest taka, że część Rady nadal się waha. Wydaje mi się, że Duchairn wciąż wierzy, a może jest to już tylko nadzieja, iż uda się jeszcze załagodzić konflikt z heretykami. Ale nawet on w głębi duszy musi już wiedzieć, że to niemożliwe. Sprawy zaszły za daleko. Kościół Matka i Inkwizycja nie mogą pozwolić, aby tak potworny występek przeciw woli Boga i Jego planowi zbawienia ludzkich dusz przeszedł bez echa. Kara musi być odstraszająca, Wyllymie. Tak poważna, by nikt nawet nie pomyślał o możliwości pójścia w ślady Charisjan.

Rayno kiwał głową po każdym zdaniu. Clyntahn nie powiedział niczego nowego, może prócz informacji, że odezwa – której powstania arcybiskup spodziewał się od wielu pięciodni – lada moment powinna ujrzeć światło dzienne. Z drugiej jednak strony wydawało mu się, że wielki inkwizytor – nawet jeśli brać pod uwagę jego zwyczajową gadatliwość – przywołał ten temat nieprzypadkowo.

– Muszę ci wyznać, Wyllymie, że problemy, jakie nam sprawiają ci przeklęci Charisjanie, nie są głównym tematem moich żarliwych modlitw. Tak, wiem, trzeba się będzie z nimi szybko rozprawić, niemniej Cayleb i Staynair nie stanowią tak naprawdę zagrożenia, ponieważ są na tyle głupi, że ujawnili swój niecny spisek przed całym światem. Deklarując wierność zdradzieckim doktrynom Shan-wei służącym podzieleniu Kościoła Matki, narazili się nie tylko na zemstę z naszej strony, ale i na sąd Boży. Dlatego jestem pewien, że nadejdzie taki czas, gdy dopadnie ich karzące ramię naszego Stwórcy, a my otrzymamy szansę na pomszczenie naszych krzywd i uczynimy to z całą stanowczością. Dla mnie największym problemem, Wyllymie, jest aktualna sytuacja w Siddarmarku. Ktoś wysoko postawiony we władzach Republiki uprzedził Charisjan o planowanym sekwestrze. Wiem, że Zahmsyn ma związane ręce i ze względu na zawiłości dyplomatyczne nie może otwarcie ogłosić, że cała wina za to spada na Greyghora, ale ja nie mam najmniejszych wątpliwości, iż lord protektor osobiście odpowiada za ten przeciek. Jeśli nawet nie wydał bezpośredniego rozkazu… a wierz mi, że nie założyłbym się nawet o garniec podłego piwa, że tak nie było… polecenie musiało wyjść z jego najbliższego otoczenia. Do tej pory jednak nie uczyniono niczego, by odnaleźć złoczyńcę, nie mówiąc już o jego ukaraniu. Mamy więc do czynienia ze śmiertelnie groźnym zepsuciem kryjącym się za fasadą złudnej lojalności i udawanego szacunku. Infekcja ta, pozostawiona sama sobie, będzie się rozwijała i kto wie, czy nie obudzimy się któregoś ranka, mając na Schronieniu nie dwa, ale trzy, a może i cztery twory podobne do Kościoła Charisu.

– Rozumiem, wasza łaskawość – wymamrotał Rayno, gdy wielki inkwizytor zamilkł na moment. Zaczynał bowiem pojmować, do czego zmierza jego przełożony. Gdyby chodziło o „złoczyńcę” pochodzącego spoza ścisłego grona rządzących Republiką, Clyntahn nie kłopotałby się rozwojem owego zepsucia. Zażądałby głowy zdrajcy bez względu na to, kim był ten człowiek. Niestety, zbyt mocne naciskanie na Siddarmark w obecnej sytuacji wydawało się wysoce niewskazane. Sojusz między pikinierami Republiki a flotą Cayleba był ostatnią rzeczą, jakiej mógł pragnąć Kościół.

– Niestety – kontynuował Clyntahn, jakby czytał w myślach Rayno (co zdaniem arcybiskupa nie było aż tak nieprawdopodobne, jak by się mogło wydawać) – jeśli Greyghor nie zdoła albo nie zechce ujawnić osób w to zamieszanych, niewiele możemy zrobić. Przynajmniej na razie.

– Ze słów waszej łaskawości wnioskuję, że przygotowania do zmiany tej sytuacji są już czynione?

Rayno zapytał raczej przez grzeczność niż z zaciekawienia, co Clyntahn skwitował rozbawionym parsknięciem.

– Szczerze mówiąc, masz rację – przyznał, widząc uniesioną pytająco brew arcybiskupa. – Zamierzam wykorzystać fakt, że Siddarmark jest tak bardzo przywiązany do swoich republikańskich tradycji.

– To ciekawe, wasza łaskawość. – Tym razem Rayno przechylił głowę i skrzyżował rozprostowane nogi, jakby spodziewał się dłuższych wyjaśnień.

– Greyghor jest tak hardy mimo okazywanego publicznie oddania sprawom Kościoła, ponieważ uważa, że jego władza zależy wyłącznie od poparcia wyborców dla prowadzonej przez niego polityki. I niestety ma rację. Właśnie z tego względu nie naciskamy na niego mocniej, chociaż powinniśmy to zrobić już dawno temu. Niemniej mam poważne wątpliwości, czy poddani Greyghora naprawdę są tak jednomyślni w kwestii poparcia heretyków, jak mu się wydaje. Idę o zakład, że lord protektor bardzo szybko zmięknie, jeśli mu udowodnimy, że jego wyborcy mają zgoła odmienne zdanie w kwestii Charisu i zakulisowych gierek wskazujących na jego poparcie dla schizmy.

– To bardzo rozsądna myśl, wasza łaskawość – przyznał Rayno, kiwając głową. – Jak zamierzasz doprowadzić do… korzystnych dla nas zmian w stanowisku tamtejszej opinii publicznej?

– Za kilka dni – odparł Clyntahn nieco nieobecnym głosem, wpatrując się ponownie w szalejącą za oknem śnieżycę – do Syjonu przybędzie paru charisjańskich marynarzy z zajętych przez nas frachtowców. A dokładniej rzecz ujmując, zostaną dostarczeni prosto do Świątyni.

– Naprawdę, wasza łaskawość?

– Naprawdę – potwierdził wielki inkwizytor. – Trafią prosto w ręce zakonu, czyli twoje, Wyllymie. – W tym momencie Clyntahn oderwał wzrok od okien i spojrzał arcybiskupowi w oczy. – Zadbałem o to, by wieści o ich rychłym przybyciu nie dotarły do uszu kanclerza i skarbnika Rady. Uznałem, że nie ma sensu, aby niepokojono ich wewnętrznymi sprawami Inkwizycji. A co ty o tym myślisz?

– Nie powinniśmy ich niepokoić zwłaszcza teraz.

Po tych słowach na ustach Clyntahna pojawił się przelotny uśmiech.

– Zatem mamy identyczne podejście do tej sprawy, Wyllymie. Musimy przesłuchać tych Charisjan. Nie zapominając, że Shan-wei jest matką wszelakiego kłamstwa. Nie wątpię, że uczyniła wszystko, aby znajdujący się pod jej wpływem heretycy nie mogli zdradzić ani jej, ani planów swojego przeklętego władcy. Święte Oficjum zna jednak sposoby na zdarcie maski Shan-wei i ujawnienie kryjącej się pod nią prawdy. To będzie twoje zadanie, Wyllymie. Osobiście poprowadzisz przesłuchania. Ci ludzie mają wyznać całą prawdę o ostatnich wydarzeniach. Pragnę, aby potwierdzili jasno i wyraźnie, że uczestniczyli w przygotowaniu zbrojnej prowokacji wobec władz świeckich, które usiłowały w pokojowy sposób wykonać nakazy Kościoła Matki i jego zwierzchników. Świat musi się dowiedzieć, jak wygląda prawda o tych krwawych wydarzeniach, my zaś musimy mu pokazać perwersyjne praktyki i liczne bluźnierstwa tak zwanego Kościoła Charisu, którymi heretycy zamierzają zniewolić dzieci Boże, oddając je we władzę pani wszelakiego zła. Przyznanie się do winy tych nieszczęsnych grzeszników nie posłuży li tylko zbawieniu ich dusz, ale wpłynie także znacząco na sposób myślenia ludzi. I to wszędzie… nawet w Siddarmarku.

Towarzyszące tym słowom palące spojrzenie było tak stresujące, że Rayno musiał zaczerpnąć głębiej tchu, aby ochłonąć. Wielki inkwizytor miał rację: jeśli grzesznik, który zboczył ze ścieżki wyznaczonej przez archaniołów, chciał uratować duszę od wiecznej męki, musiał poczuć skruchę i wyznać wszystkie grzechy. A Święte Oficjum znało metody, dzięki którym można było nawrócić najbardziej zatwardziałych więźniów. Według stosowanej w nim doktryny, pragnienie ulżenia duszy grzesznika wymagało brutalnego potraktowania jego ciała. Arcybiskup musiał jednak przyznać ze smutkiem, że uwolnienie duszy z twierdz pychy, buty i arogancji, aby mogła się ponownie ogrzać w ogniu miłości Bożej, wymagało często wielkiej pomysłowości i równie sporego wysiłku. Bez względu na stopień trudności stawianych przed nią zadań, Inkwizycja już dawno odkryła, że potrafi je wykonywać z ogromną skutecznością.

– Jak szybko mają się przyznać, wasza łaskawość? – zapytał po chwili milczenia.

– Jak najszybciej, ale nie od razu – odparł Clyntahn, wzruszając ramionami. – Ludzie, którzy zdecydowali się uwierzyć w kłamstwa szerzone przez heretyków, nie zmienią zdania, dopóki moi przyjaciele z Rady nie zaczną działać w bardziej zdecydowany sposób. Szczerze mówiąc, obawiam się, że Duchairn drży na samą myśl o tym, że Inkwizycja robi co do niej należy. Jestem więc pewien, że wytoczy przeciw nam najcięższe działa, aby wyrazić świętoszkowate zastrzeżenia. Dlatego przynajmniej na razie musimy działać po cichu. Postaraj się więc, aby informacje o przybyciu nowych więźniów nie wydostały się poza szeregi zakonu, i dopilnuj, aby tylko najpobożniejsi i najbardziej dyskretni bracia mieli do nich dostęp. Muszę mieć pewność, że otrzymam te zeznania wtedy, gdy będę ich potrzebował, zatem nie pozwólmy, aby jakiś nafaszerowany dobrymi intencjami idiota zepsuł nam wszystko tylko dlatego, że nie zrozumiał powagi sytuacji. Okazanie tym ludziom choćby odrobiny łaski może być największym okrucieństwem ze wszystkich, jakie mogą ich tu spotkać, nie mówiąc już o tym, że zniweczy nasze działania.

 

– Zgadzam się z twoją opinią, wasza łaskawość – odparł Rayno – aczkolwiek mam też pewne… zastrzeżenia natury taktycznej.

– Czyli jakie, Wyllymie? – Clyntahn zmrużył lekko oczy, ale arcybiskup udał, że tego nie dostrzega, kiedy dokańczał myśl tym samym, wyważonym tonem.

– Wszystko, co wasza łaskawość raczył powiedzieć na temat ujawnienia zeznań w sprzyjającym momencie, wydaje mi się nie tylko rozsądne, ale i słuszne. Problem w tym, że obaj przywykliśmy do stosowania pragmatycznych, choć mało estetycznych metod, dzięki którym nawracamy dusze upadłych na ścieżkę wytyczoną przez Boga i Jego archanioła Langhorne’a. Jeśli, a raczej kiedy ujawnimy wydobyte z heretyków zeznania, niektórzy z hierarchów zaczną się zastanawiać, dlaczego nie pokazaliśmy ich opinii publicznej natychmiast po ich zdobyciu. To będą naprawdę szczere i co więcej, uprawnione pytania, ponieważ zdecydowana większość ludzi spoza Świętego Oficjum nie ma pojęcia, że ocalenie grzesznej duszy bywa czasami pierwszym krokiem na długiej drodze do pokonania większego zła. Niemniej możesz być pewien, wasza łaskawość, że znajdą się i tacy, co nie omieszkają wykorzystać tego faktu, aby zdyskredytować każde słowo, jakie wypowiemy. Będą twierdzili, że zeznania zostały wymuszone torturami, więc ich wartość musi być znikoma.

– To bardzo trafne spostrzeżenie – przyznał Clyntahn. – Prawdę mówiąc, sam się zacząłem nad tą kwestią zastanawiać. Ale ledwie mi to przyszło na myśl, zrozumiałem, że nie mamy powodu do niepokoju.

– Jesteś tego pewien, wasza łaskawość?

– Tak. – Wielki inkwizytor skinął głową. – Wiem, że w momencie gdy uda ci się przymusić tych ludzi do wyrzeczenia się Shan-wei i wyznania grzechów, dowiemy się o naprawdę wielu niecnych praktykach i potwornych wynaturzeniach tak zwanego Kościoła Charisu, których istnienia nawet nie podejrzewamy. I to ze szczegółami. A niezłomny strażnik prawdy, jakim wedle mojej wiedzy zawsze byłeś, nie pozwoliłby przecież, aby tego rodzaju oskarżenia zostały wypowiedziane publicznie bez ich uprzedniego bardzo dokładnego sprawdzenia. Nie przekazałbyś wiernym szokujących szczegółów, które mogłyby się po jakimś czasie okazać kłamstwami wrednych heretyków. Tak więc dopóki nie sprawdzimy z niezwykłą starannością wiarygodności owych zeznań, nie wolno nam ich zaprezentować przed Radą Wikariuszy ani obywatelami Siddarmarku, których wprowadzono wcześniej w błąd opowieściami o tym, że Cayleb, Staynair i pozostali heretycy mają jakiekolwiek podstawy do usprawiedliwienia swoich czynów.

– Rozumiem, wasza łaskawość – powiedział zgodnie z prawdą Rayno.

– I dobrze, Wyllymie. Świetnie nawet! Wiem, że mogę zaufać twojej staranności i dyskrecji w tej sprawie.

– Możesz, wasza łaskawość. Jak zawsze. Mam tylko jedno pytanie: czy chcesz być informowany na bieżąco o naszych postępach?

– Na pewno nie na piśmie – odparł Clyntahn po chwili zastanowienia. – Z każdego raportu można wyjąć kilka wyrwanych z kontekstu zdań, zwłaszcza gdy pismo takie wpadnie w ręce ludzi, którzy zechcą zrobić z niego wiadomy użytek. Informuj mnie wyłącznie ustnie. Gdy nadejdzie odpowiedni moment, chcę mieć pod ręką całą masę heretyków, którzy przyznali się do winy. Rzecz jasna, ich szczegółowe zeznania mają być spisane. A także podpisane i opieczętowane jak trzeba.

– Rozumiem, wasza łaskawość. – Rayno wstał i pochylił się, by ucałować pierścień wielkiego inkwizytora. – Z całym szacunkiem, wasza łaskawość, ale wydaje mi się, że powinienem wrócić do siedziby Oficjum. Muszę dokonać selekcji personelu i sprawdzić, czy wybrani bracia w pełni rozumieją nasze obawy i troski.

– Moim zdaniem to doskonały pomysł, Wyllymie – stwierdził Clyntahn, odprowadzając arcybiskupa do drzwi apartamentu. – Naprawdę doskonały. Ale dokonując wyboru, nawet na moment nie zapominaj, jak przebiegła potrafi być Shan-wei. Jeśli na zbroi któregoś z twoich inkwizytorów pojawi się choćby jedna rysa, ona z pewnością ją znajdzie i będzie wiedziała, jak z tej okazji skorzystać. Ciąży na nas zbyt wielka odpowiedzialność, żeby na to pozwolić. Konsekwencje naszego niepowodzenia byłyby niewyobrażalne. Upewnij się zatem, że każdy z wybrańców nosi nieskazitelną świetlistą zbroję wiary, a nade wszystko, że ma wystarczająco silną wolę, która pozwoli mu zrobić, co trzeba, nie zważając na ogrom cierpienia, jakie będzie musiał przy tym zadać. Odpowiadamy tylko przed Bogiem, Wyllymie. Przychylność bądź dezaprobata ze strony zwykłych, omylnych śmiertelników nie może nas odwieść od celu bez względu na to, jak drastycznymi metodami będziemy ku niemu zmierzali. Jak naucza Schueler, powtarzając słowa archanioła Langhorne’a: „Ekstremizm w dążeniu do boskości nigdy nie będzie grzechem”.

– Tak, wasza łaskawość. – Rayno zniżył głos. – W nadchodzących dniach wszyscy będziemy o tym pamiętali.