Fundamenty piekła drżąTekst

Z serii: Schronienie #8
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

Fundamenty piekła drżą

Przełożył Robert J. Szmidt

Dom Wydawniczy REBIS

W cyklu SCHRONIENIE dotychczas ukazały się:

Dla Sharon, Megan, Morgan i Michaela – czterech powodów, dla których wstaję co dnia.

Kocham was, moi drodzy.






MARZEC

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

.I.
Komnata Merlina Athrawesa
Ambasada Charisu
Siddar
Republika Siddarmarku

W kontraście z donośnym świstem zacinającego śniegiem wiatru, który podrywał nawet małe kamyki, zapadła nagle cisza wydawała się tym głębsza. W tejże ciszy delikatny dźwięk towarzyszący osunięciu się węgielka na palenisku w skromnej sypialni Merlina Athrawesa okazał się niemal ogłuszający. Seijin znieruchomiał z plecami przyciśniętymi do zamkniętych właśnie drzwi i próbując przebić wzrokiem rozjaśniony tylko światłem promieni półmrok, wbił spojrzenie szafirowych oczu w zgrabną kobietę siedzącą na jedynym fotelu przed kominkiem.

Tę samą, która przed chwilą nazwała go „Ahbraimem”.

Merlin zdał sobie sprawę, że w tej sytuacji pytanie, jak owa kobieta przedostała się do jego komnaty, nie zwracając na siebie uwagi strażników pilnujących charisjańskiej ambasady w sercu Siddaru, jest raczej drugorzędne.

Ciężki, praktyczny płaszcz wiszący na wieszaku – podobnie jak buty i grube wełniane pończochy, które zsunęła z drobnych, starannie wypielęgnowanych stóp i umieściła przed kominkiem – ociekał wodą z topiącego się śniegu. Ogień migotał w jej lśniących, pełnych wyrazu oczach, odbijał się od złotego naszyjnika wysadzanego topazami i zdobiącego jej arystokratyczną szyję i błyszczał we włosach, które były niemal tak czarne jak włosy Sharleyan Ahrmahk. Suknia, którą kobieta miała na sobie pod zwykłym, siermiężnym płaszczem, była tyleż ozdobna, co kosztowna. Merlin pomyślał, że ma przed sobą najpiękniejszą przedstawicielkę płci pięknej, jaką kiedykolwiek widział, i poczuł w nozdrzach subtelny słodki zapach jej perfum. Nie to jednak sprawiło, że zamarł bez ruchu.

– Dlaczego – zapytał po chwili głosem brzmiącym spokojniej, niżby należało się spodziewać w tej sytuacji – nazwałaś mnie „Ahbraimem”, madame Pahrsahn? – Przekrzywił głowę, robiąc zdziwioną minę. – Domyślam się, że to aluzja do pana Zhevonsa?

– Dobry jesteś, naprawdę – odparła z aprobatą Aivah Pahrsahn, która niegdyś była znana jako Ahnzhelyka Phonda, pośród innych mian. – Niemal… powtarzam: niemal udało ci się mnie przekonać. Ale to niemożliwe. Od zbyt dawna cię obserwuję, a wiedz, że mam doskonałą pamięć do szczegółów.

– Obserwujesz mnie? – powtórzył. – A przy czym? Niespecjalnie się staram kryć ze swoją działalnością tutaj, w Siddarze, przed tobą czy przed lordem protektorem. Lub przed waszymi agentami…

– Cóż – powiedziała zamyślona, odchylając się na oparcie i krzyżując elegancko nogi. Wsparła jedno ramię na podłokietniku fotela, po czym złożyła brodę na starannie wypielęgnowanej dłoni i spojrzała na niego wzrokiem kobiety, która poświęciła danemu zagadnieniu nazbyt dużo swojej uwagi. – Przyznaję, że po części zdradziło cię zadawanie się z jego wysokością tutaj, w stolicy, ale skłamałabym, mówiąc, że było to decydujące. Otóż nie… Nabrałam przekonania, że moje absurdalne podejrzenia mogą być uzasadnione, nie tyle widząc, co robisz tutaj, ile dostrzegając pewne zbiegi okoliczności pod twoją nieobecność, by tak rzec.

– To znaczy? – Wysoki, barczysty gwardzista cesarski skrzyżował ramiona na piersi i uniósł jedną brew. – I skoro już o tym mowa, jakież to podejrzenia, uzasadnione czy nie, masz na myśli?

– Przez niemal tysiąc lat świat obywał się bez seijinów – odpowiedziała madame Pahrsahn. – Po czym nagle ty pokazałeś się ni mniej, ni więcej, tylko w Charisie. Tymczasem w trakcie wojny z Upadłymi żaden seijin… ani jeden, Merlinie… nie pojawił się w dalekim, zapyziałym, mało istotnym Charisie. Gdy zaś Charis przestał być mały i nieistotny, ty znienacka zjawiłeś się nie gdzie indziej, tylko w samym Tellesbergu. – Posłała mu uśmiech, który spowodował dołeczki w jej twarzy.

– Owszem, mam świadomość, że powtarzasz przy każdej okazji, iż nie jesteś seijinem, a w każdym razie sugerujesz to na tyle stanowczo, na ile to możliwe, wszelako nikt nigdy nie dał twoim słowom wiary w tym względzie. I słusznie, jak zrozumiałam, gdy dotarły do mnie doniesienia o twych czynach. Obawiam się, że cokolwiek byś mówił, twoje dokonania jasno świadczą o tym, kim naprawdę jesteś. I choć zastanawiające samo w sobie było pojawienie się seijina po tylu latach posuchy, jeszcze bardziej zastanawiające jest to, że udzieliłeś poparcia Kościołowi Charisu, aczkolwiek jak wiadomo, do tej pory seijinowie zawsze byli rycerzami Kościoła Matki. Ledwie usłyszałam o twoich niezwykłych zdolnościach, zdziwiłam się, co też seijin robi na służbie wyraźnie heretyckiego Kościoła i imperium.

– Słusznie zakładam, że znalazłaś na to wytłumaczenie? – zapytał uprzejmie.

– Cóż, zważywszy na różnice dzielące ów heretycki Kościół i to, co ta świnia Clyntahn i jego szacowna Grupa Czworga uczynili z Kościołem Matką, istotnie dość szybko doszłam do wniosku, że jesteś dowodem na dość wyraźny brak boskiej aprobaty dla ich działań. – Jej uśmiech zniknął. – Jeśli mam być szczera, od dawna zastanawiałam się, czemu Bóg się ociąga…

Skłonił głowę w niemym potaknięciu, akceptując tę ostatnią uwagę bez ustosunkowania się do niej wprost.

– Przyglądałam ci się tak bacznie, jak mogłam – podjęła po chwili. – Odległość stanowiła pewien problem, ale chyba jesteś świadom tego, że gdy zagnę na kogoś parol, ów ktoś nie ma ze mną najmniejszych szans. Zatem na długo przed tym, zanim seijin Ahbraim pojawił się u mnie w Syjonie, doszłam do wniosku, że pomimo twoich protestów jesteś najprawdziwszym seijinem. I nawet jeśli sam zaprzeczasz swoim powiązaniom z siłą wyższą, ewidentnie stoisz po stronie Boga.

Przy ostatnim zdaniu głos jej zmiękł, a nagły poryw wiatru za oknem wydał się nawet głośniejszy, gdy ich spojrzenia się skrzyżowały.

– To jeden z powodów, dla których byłam gotowa wysłuchać seijina Ahbraima, gdy pojawił się w Syjonie, aby przyśpieszyć realizację moich planów. Przypuszczam, że i tak by mnie przekonał, choć tak się składa, że pilnie studiowałam historię seijinów i miałam wystarczająco dużo czasu, aby wyrobić sobie opinię na twój temat. Opinia ta objęła twego kolegę po fachu i wspólnika, którego rady okazały się nadzwyczaj trafne. I jak widać, koniec końców sprowadziły mnie tutaj – wolną ręką uczyniła wdzięczny gest, jakby chciała objąć nim miasto znajdujące się poza ścianami komnaty – gdzie mogłam wspomóc własnymi wysiłkami tych, którzy otwarcie sprzeciwiają się Clyntahnowi i reszcie, próbując ich obalić. – Spojrzała Merlinowi głęboko w jego niebieskie oczy. – Za ten przywilej, za tę możliwość będę dozgonnie wdzięczna… seijinowi Ahbraimowi.

Tym razem Merlin Athrawes skinął głową nieco głębiej, właściwie był to niemal ukłon, po czym przeszedł do kominka, odsunął ekran ochronny i dołożył dwa duże węgle do ognia, sprawiając, że rozbłysły świeże, intensywnie czerwone płomienie. Seijin wsłuchiwał się przez chwilę w radosny syk języków liżących powierzchnię węgla, po czym przesunął znów ekran na wprost kominka i odwrócił się do madame Pahrsahn. Uniósł lewą rękę, oparł się nią o niewielki gzyms kominka i wygiął łukowato obie brwi, zachęcając rozmówczynię, aby kontynuowała wypowiedź.

– Muszę przyznać – rzekła cicho – że trochę trwało, zanim zaczęłam podejrzewać prawdę… czy też jedną z prawd… kryjących się za twoją maską, Merlinie. W gruncie rzeczy jestem pewna, że nie przejrzałam cię jeszcze do końca. Coś w tobie jednak wydało mi się bardzo znajome, gdyśmy spotkali się tutaj, w Siddarze, po raz pierwszy. Jak wspomniałam, mam doskonałą pamięć, a do tego kobieta mojej profesji… przynajmniej zaś profesji Ahnzhelyki Phondy… ma w zwyczaju zwracać uwagę na największe drobiazgi dotyczące spotkanych osób. Zwłaszcza gdy są mężczyznami. Szczególnie przystojnymi, którzy nie tylko zachowują się dwornie, ale też łagodnie i troskliwie, nawet gdy szukają usług kobiet takich jak Ahnzhelyka. A przecież Ahbraim i ja… czy też Ahbraim i Frahncyn Tahlbat… spędzili wystarczająco dużo czasu razem w magazynie Bruhstaira i w podróży do Syjonu.

Urwała na moment, po czym podjęła:

 

– Po tym, jak poznałam cię tu, w Siddarze, stopniowo zaczęło do mnie docierać, że bardzo mi go przypominasz. Och – ponownie machnęła wolną ręką – oczywiście, że masz inny kolor włosów i oczu. Różnią się też wasze głosy i akcenty, no i naturalnie Ahbraim jest gładko wygolony, podczas gdy ty nosisz tę oszałamiającą brodę i wąsy. A, i rzecz jasna ta blizna na policzku… Ale jesteście dokładnie tego samego wzrostu, macie tak samo szerokie ramiona, a kiedy przyjrzałam ci się uważniej i w myślach pozbawiłam cię zarostu, spostrzegłam, że macie też identyczny kształt brody. Naprawdę powinieneś był bardziej uważać, także jeśli chodzi o dłonie.

– Ach tak? – Merlin wyciągnął przed siebie rękę i przyjrzał się najpierw jej grzbietowi, a następnie wewnętrznej stronie ze smukłymi, silnymi palcami poznaczonymi odciskami od częstego trzymania miecza.

– Wątpię, aby ktokolwiek inny czegoś się domyślał – powiedziała po zastanowieniu. – Chodzi mi o to, że cały ten pomysł wydaje się dość naciągany, prawda? Nawet ja, która spędziłam lata na studiowaniu historii seijinów, musiałam się długo przekonywać, że bynajmniej się nie mylę. Jednakże kiedy to już się stało, zaczęłam zwracać uwagę na to, kiedy oraz gdzie Ahbraim czy też jakiś inny seijin, względnie możliwy seijin, pojawili się osobiście, nie ograniczając się do pisemnych raportów. Zaczęłam także się przyglądać wszelkim dostępnym informacjom na temat ich wyglądu zewnętrznego i zauważyłam dwie interesujące rzeczy. Po pierwsze, każdy seijin jest wysoki, znacznie powyżej przeciętnego wzrostu… tak jak ty. Po drugie, ilekroć namierzyłam pojawienie się innego seijina, ciebie akurat nie było w Siddarze, gdyż wybrałeś się z jakąś nieokreśloną i najczęściej tajną misją w teren. Czy to nie ciekawe zbiegi okoliczności?

– Ależ – odezwał się Merlin po chwili milczenia – to wcale nie są zbiegi okoliczności. – Przez moment przyglądał się z uwagą rozmówczyni, po czym wzruszył ramionami. – Ufam, że zrozumiesz, jeśli nie pośpieszę z wyjaśnieniami w nagłym przypływie entuzjazmu?

Madame Pahrsahn wybuchnęła gromkim, gardłowym, szczerym śmiechem, a następnie pokręciła głową.

– Merlinie, jakoś nie uważam cię za kogoś, kto poddaje się nagłemu przypływowi entuzjazmu czy czegokolwiek innego!

– Staram się nad sobą panować – zgodził się z nią uprzejmie.

– Z całkiem niezłym skutkiem – potaknęła. – Tak czy owak, kiedy zdałam sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach nie ma zbyt wielu seijinów, i gdy uświadomiłam sobie, że twoja nieobecność zawsze pokrywa się z pojawieniem się innego seijina, doszłam do wniosku, że tak naprawdę jesteś tylko ty. I że potrafisz nie tylko zmieniać swój wygląd zewnętrzny, ale też maskujesz się z równą łatwością jak maskojaszczur na kwiatowej grządce, a także pokonujesz znaczne odległości w zdumiewającym czasie. To właśnie, drogi przyjacielu, był ostateczny dowód, że faktycznie jesteś seijinem. Tak samo jak seijin Kohdy.

Merlin wbrew sobie zamrugał na to porównanie. Seijin Kohdy był postacią głęboko zakorzenioną w folklorze Schronienia, aczkolwiek w przeciwieństwie do „poświadczonych” seijinów odnotowanych w Świadectwach pozostawionych przez Adamów i Ewy, którzy przeżyli rebelię Shan-wei i wojnę Upadłych, na jego temat nie istniały żadne historyczne przekazy. Ba, mało tego. O ile seijinowie występujący w Świadectwach wszyscy byli trzeźwymi, skupionymi i niesłychanie zdyscyplinowanymi wojownikami Boga, archaniołów i Kościoła Matki, o tyle seijin Kohdy przewijał się przez opowieści niczym jakiś wędrowny magik czy wesoły wagabunda. Bądź też Odyseusz. Czasy, w których żył, bynajmniej nie należały do wesołych, a jednak większość traktujących o nim opowieści odnosiła się tyleż do jego przebiegłości, co do zdolności osiągania celów za pomocą podstępów i wybiegów, jak również jego magicznego miecza zwanego Rozłupywaczem Hełmów i… humoru, słabości do kobiet oraz upodobania do dobrej whiskey. W istocie Seijin Kohdy’s Premium Blend, jedna z najpopularniejszych chisholmskich whiskey, nosiła nazwę po nim, jej nalepka zaś przedstawiała nie tylko magiczny miecz, kojarzący się nierozerwalnie z jego postacią, ale też wyobrażenie Kohdy’ego we własnej osobie – nie z jedną, lecz dwiema skąpo odzianymi barmankami siedzącymi mu na kolanach.

Historyjki o seijinie Kohdym były pełne śmiechu i ciepła i wydawały się zupełnie inne niż opowieści o reszcie oficjalnych seijinów. Na tej podstawie Merlin doszedł do wniosku, że Kohdy to jednak postać fikcyjna. Konstrukt powołany do życia za sprawą późniejszych pokoleń na podstawie legend o „prawdziwych” seijinach, okraszonych domieszką sprytu, jakiej nie brakowało wszystkim mitologiom Starej Ziemi.

Aczkolwiek wszystko wskazywało na to, że Aivah mówi zupełnie poważnie, co zmusiło Merlina do zachowania stosownej ostrożności.

– Ciekawe, że o nim wspomniałaś – powiedział. – Szczególnie że nie przypominam sobie, aby seijin Kohdy widniał na oficjalnej liście seijinów, którzy służyli Kościołowi Matce i archaniołom.

– To prawda – przyznała kobieta, nagle zmieniając wyraz twarzy na poważniejszy, a ton głosu na bardziej ponury. – Wszyscy „oficjalni” seijinowie są świętymi Kościoła Matki, tymczasem on nigdzie nie figuruje.

– Nie? – Merlin odezwał się głosem jeszcze łagodniejszym niż przed chwilą.

– Nie – powtórzyła madame Pahrsahn. Zdjęła nogę z kolana, wyprostowała się i poruszyła skrzydełkami nosa, biorąc głęboki wdech. Następnie spojrzała Merlinowi prosto w oczy. – Kim ty naprawdę jesteś? Skąd naprawdę pochodzisz? I nie mów mi, proszę, że z Gór Światła.

– A skąd miałbym pochodzić, Aivah? – odpowiedział pytaniem na pytanie, wyciągając obie ręce takim gestem, jakby obejmował nie tylko swoją komnatę, nie tylko stolicę Republiki Siddarmarku, ale wręcz cały świat.

– Nie wiem – rzekła bardzo cicho, a jej oczy pociemniały wśród mroku rozświetlanego tylko błyskami ognia – ale podejrzewam, że skądkolwiek naprawdę jesteś, z tego samego miejsca pochodzą wszyscy Adamowie i Ewy, którzy przebudzili się na Schronieniu w Dzień Stworzenia.

.II.
Ambasada Charisu
Siddar
Republika Siddarmarku

Co takiego powiedziała?

W Corisandzie powoli robiło się jaśniej – i coraz cieplej. Wschodni horyzont widoczny z okien komnaty Sharleyan Ahrmahk w manchyrskim pałacu był odrobinę mniej czarny niż jeszcze przed chwilą, a sama cesarzowa wspierała się na stercie poduszek pośród morza pościeli i zwiewnej koszuli nocnej uszytej ze stalostu. W gruncie rzeczy do niedawna spała, zasnąwszy przed paroma godzinami, jednakże obudziła się, gdy nadeszło pilne połączenie z mężem przez komunikator. Nie trzeba dodawać, że w jej dużych brązowych oczach nie było teraz widać rozespania.

– Najwyraźniej Jeremiah Knowles nie był jedynym człowiekiem, który pozostawił spisaną relację – obwieścił jej sucho Merlin. – Nawiasem mówiąc, perspektywa jest znacznie odmienna, jeśli wierzyć temu, co Aivah… – Urwał, po czym jego wizerunek rzucony na jej soczewki kontaktowe przez sprzęt komunikacyjny Sowy prychnął i pokręcił głową. – Ech, do diabła. Odtąd będę ją nazywał po prostu Nynian. Klnę się, poza mną tylko ona ma na Schronieniu więcej tożsamości!

Pomimo powagi sytuacji ktoś zaśmiał się w słuchawce Sharleyan. Jej zdaniem tym kimś był Domynyk Staynair, chociaż równie dobrze mógł to być Ehdwyrd Howsmyn.

– Dobrze ci tak, Merlinie – zauważył Cayleb z miejsca, w którym siedział razem z seijinem w rozjaśnionym lampą saloniku własnego apartamentu w Siddarze. Miał narzucony na piżamę puszysty szlafrok (zimą w Siddarze musiał porzucić zwyczaj sypiania nago), chociaż w przeciwieństwie do swej żony nie spał, gdy pukanie Merlina wyciągnęło go z łóżka. – Jakiego to określenia użyłeś, odnosząc się do upierdliwego udoskonalenia mahndraynów wprowadzonego przez Zhwaigaira? – podjął. – „Zabawne jest, gdy sapera rozrywa własna petarda”1?

– Nie bądź niesprawiedliwy, Caylebie – zaprotestował Merlin. – Zajmuję się tym od siedmiu lat. Tymczasem z tego, co się zorientowałem, ona robi to, odkąd skończyła piętnasty rok życia!

– I to z jakim dobrym skutkiem! – potwierdziła z powagą Nimue Chwaeriau siedząca w komnacie Sharleyan. – W dodatku nie mając twoich… naszych… przewag, by tak rzec.

– Zawsze uważałem ją za wyjątkową kobietę – dodał cicho arcybiskup Maikel Staynair ze swej sypialni mieszczącej się w pałacu arcybiskupa Klairmanta Gairlynga, stojącym po drugiej stronie placu z pałacem książęcym w Manchyrze. – Aczkolwiek w życiu bym się nie spodziewał po niej czegoś takiego.

– Zupełnie jak my wszyscy, Maikelu – zauważył Cayleb. – Chyba nie muszę przypominać, że stąd pomysł na tę małą konferencję. Zatem co poczniemy w tej sytuacji?

– Zgadzam się, że trzeba zareagować bez zbędnej zwłoki – powiedział ze swego gabinetu Rahzhyr Mahklyn. W Tellesbergu pora była późniejsza niż w Siddarze, aczkolwiek nie tak późna (lub wczesna, zależnie od punktu widzenia) jak w Manchyrze. W związku z tym szef Królewskiej Akademii trzymał w obu dłoniach kubek z gorącą czekoladą, wpatrując się w smużkę pary z zatroskaną miną. – Zarazem pragnę podkreślić, że należy się bardzo poważnie zastanowić, ile prawdy można jej wyjawić.

– Nie sądzę, abyśmy mogli nad tym nadmiernie długo dywagować, Rahzyrze – wtrącił admirał Skalistego Szczytu. Brat arcybiskupa siedział na pomoście rufowym swego okrętu flagowego, wpatrując się ponad ciemnym lustrem Zatoki Tellesberskiej w oświetlone lampami gazowymi nabrzeże stolicy. W przeciwieństwie do Mahklyna raczył się szklaneczką whiskey. W tej właśnie chwili upił duży łyk, mlasnął językiem i przełknął, aby zaraz potrząsnąć głową. – Wiemy przecież, jak niesłychanie zdolna jest ta kobieta. A raczej do niedawna sądziliśmy, że to wiemy. Tymczasem właśnie się dowiedzieliśmy, że na Schronieniu istnieje, i to dłużej od naszego Bractwa, sekretna organizacja, której udało się pozostać w cieniu przez cały czas! Biorąc pod uwagę te jej rewelacje, myślę, że nie zalicza się do osób, które powinny uznać nas za niegodnych zaufania z tego powodu, że zatajamy przed nią informacje, których potrzebuje, a przynajmniej uważa, że potrzebuje.

– Muszę się z tym zgodzić – powiedział Merlin. – Zarówno jeśli chodzi o jej zdolności, jak i zagrożenie, jakie może spowodować nadepnięcie jej na odcisk. Dla pewności możecie spytać dziesiątkę czy coś koło tego martwych wikariuszy z Syjonu. Albo, skoro już o tym mowa, parę tysięcy buntowników lojalistów Świątyni czy kolejną dziesiątkę martwych skrytobójców tutaj, w Siddarze.

– Nie wspominając o tym, że to osoba, której zasady są równie nieugięte jak najlepsza zbroja Ehdwyrda – dodała Nimue. – Nie znam jej tak dobrze jak wy, Merlinie i Caylebie, ale doszłam do podobnych wniosków przed tym, zanim potraktowała nas tą kieszonkową głowicą nuklearną. – Szczupła, rudowłosa i niebieskooka kobieta, która dzieliła z Merlinem wspomnienia Nimue Alban, potrząsnęła głową w zamyśleniu. – Z jednej strony nie podejrzewam jej o skłonności samobójcze, ale z drugiej uważam, że jest gotowa zapłacić najwyższą cenę. Wolę nie myśleć, jakie szkody mogłaby wyrządzić nam i naszej organizacji, gdyby się na nas zawzięła. Ostatnie, czego nam trzeba, to żeby uznała nas za wrogów.

Merlin potaknął z powagą, tak samo jak większość uczestników konferencji.

– Wiecie… – odezwał się Maikel Staynair po chwili – zawsze się zastanawiałem, jak dziecko wywodzące się z takiego środowiska, a właściwie dziewczynka, którą przybrani rodzice odesłali do klasztoru po tym, jak jej ojciec został wielkim wikariuszem, nie tylko wymknęła się z klasztoru, ale też została najsłynniejszą kurtyzaną na Ziemiach Świątynnych! Skoro już o tym mowa, zawsze też chciałem wiedzieć, skąd wzięła na to fundusze.

– Osobiście uważam, że pieniądze dostała pod stołem w ramach próby zamknięcia jej ust – dopowiedział Nahrmahn Baytz ze swej wirtualnej rzeczywistości stworzonej w komputerach Jaskini Nimue. – Nie wątpię, że wybrała to… powołanie w celu odegrania się na ojcu, zarazem jednak przykręciła mu śrubę, aby się odpowiednio ustawić. – Uśmiechnął się szelmowsko. – W końcu ja sam uczyniłem podobnie, żeby daleko nie szukać!

– Obawiam się, że rozumuję podobnie jak ty, Nahrmahnie – rzekł Staynair.

– Wszyscy myślimy podobnie – zauważył admirał. – I wszyscy, jak mi się zdaje, przypisywaliśmy jej znaczną moc.

– Zgoda – kiwnął głową arcybiskup. – Ja jednak w dalszym ciągu staram się pojąć, jak mogliśmy się aż tak pomylić, i im dłużej nad tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że jej życzeniem było, aby tak właśnie uważał każdy, kto wiedział, kim się urodziła. Jedno jest boleśnie jasne: mamy do czynienia z kobietą, która nie tylko planuje z ogromnym wyprzedzeniem liczonym w dekadach, a nawet stuleciach, ale też która przeżyła całe swoje życie niczym harchońska niewolnica seksualna. Jakkolwiek wiele tożsamości się w niej odkryje, w środku czai się kolejna.

 

Merlin pomyślał, że Staynair jest mistrzem niedopowiedzeń.

Aivah – Nynian – opowiadała swoją historię godzinami, lecz on i tak ani przez chwilę nie pomyślał, że zdecydowała się nagle wyjawić wszystkie swoje tajemnice. On przynajmniej by tego nie zrobił. A już na pewno nie wtedy, gdyby wciąż nie miał dowodów na to, że rozmówca jest istotnie tym, za kogo jest brany.

– Sowa nagrała całą rozmowę – powiedział na głos. – Każdy, kto chce, może się z nią zapoznać w dowolnym czasie, nie sądzę bowiem, aby Nynian oczekiwała od nas niezwłocznej odpowiedzi. Musi być świadoma, że to wywoła nasze wzburzenie, a przecież nic nie wie o SAPK-ach ani o komunikatorach, w związku z czym da mnie i Caylebowi nieco czasu na rozmowę i podjęcie decyzji. Wszelako Domynyk ma rację, twierdząc, że lepiej nie dawać jej powodów do braku zaufania.

Myślami wrócił do tamtej rozmowy i mimowolnie znów poczuł zdziwienie.

* * *

– …zatem gdy byłam w klasztorze, siostra Klairah mnie zrekrutowała – powiedziała cicho Aivah, wpatrując się w płomienie na kominku, podczas gdy za murami ambasady szalał wiatr. – Nie mam pojęcia, ile ci wiadomo na temat klasztoru Świętej Ahnzhelyki, ale jest to miejsce, do którego rodzice wysyłają młode damy z buntowniczym nastawieniem. Miejsce to je nawraca do tego stopnia, że większość przyjmuje śluby zakonne. Oczywiście w moim wypadku powodów zesłania było więcej, ja jednak nie miałam nic przeciwko surowym regułom, które mnie objęły. Jak sądzę, byłam w wieku, w którym łatwo jest ulec wrażeniu… w końcu miałam zaledwie piętnaście lat!… W każdym razie wierzyłam, że poczułam prawdziwe powołanie, i siostra Klairah uważała tak samo. Sondowała mnie ostrożnie, zważywszy na to, kim był mój ojciec i kto mnie wychował, aczkolwiek faktem jest, że właśnie przez tę buntowniczość nowicjuszek klasztoru Świętej Ahnzhelyki stanowiły one obiekt zainteresowania sióstr klasztoru Świętego Kohdy’ego, i to od wielu lat. Naturalnie większość siostrzyczek Świętej Ahnzhelyki nie miała o niczym pojęcia, a te, które coś tam wiedziały, były dalekie od wystawiania się na niebezpieczeństwo w obliczu Inkwizycji. Klasztoru Świętego Kohdy’ego nigdy nie zlikwidowano, mimo że powinno tak się stać po tym, jak jego patron został usunięty ze Świadectw. Gdybym miała zgadywać, tobym powiedziała, że nie doszło do tego z następującego względu: aniołowie, którzy przeżyli, czekali z podjęciem działań, aż ostatni Adamowie i Ewy wymrą. Naniesienie zmian w Świadectwach przyszło im bez trudu, jako że wszystkie oryginały znajdowały się w bibliotece Świątyni, jednakże… przynajmniej według pamiętników siostrzyczek… postanowili zaczekać z poprawianiem przekazu o świętym Kohdym do czasu, aż znikną ludzie, którzy nosili w pamięci wspomnienia na ten temat.

Merlin Athrawes, który nie musiał oddychać, zaczerpnął gwałtownie powietrza skutkiem pamięci mięśniowej, gdy Nynian przerwała i przeniosła na niego spojrzenie. Zdumiewający był rzeczowy ton, jakim zasugerowała – nie, nie zasugerowała, tylko oznajmiła – że najważniejszy święty dokument Kościoła Boga Oczekiwanego, nie licząc samego Pisma, został sfałszowany, a przynajmniej znacząco „zredagowany”. Nie chodziło o fakt, który nie podlegał wątpliwości, lecz o jej pewność w tym zakresie. Na swój sposób było to nawet większe zaskoczenie niż przedstawienie przez Maikela Staynaira pamiętnika świętego Zherneau w Tellesbergu.

Nynian najwyraźniej jeszcze nie skończyła – uśmiechnęła się tylko krzywo, gdy gestem zachęcił ją, aby mówiła dalej.

– Święty Kohdy również był seijinem – podjęła po chwili. – Nie wydaje mi się, aby dysponował wszystkimi twoimi umiejętnościami, Merlinie, miał jednak kilka nadludzkich zdolności. Co do historii o Rozłupywaczu Hełmów, to są one prawdziwe. Wiem to stąd, że sama miałam go w ręku, używając do ciosania bryły granitu. – Uśmiechnęła się ponownie, a wyraz jej twarzy zmiękł, choć w oczach pokazało się słodko-gorzkie spojrzenie. Zanim znów się odezwała, pokręciła głową. – Kiedy siostra Klairah mnie rekrutowała, nie zdawałam sobie sprawy… będąc znacznie bardziej niewinna i naiwna w tamtym czasie… że spotkać mnie może bardzo smutny wypadek, jeśli nie uwierzę w jej słowa. – Mina jej spochmurniała. – Niektóre kandydatki doznały „wypadku” i ja także nie dożyłabym zobaczenia miecza i pamiętnika świętego Kohdy’ego, gdyby nie to, że siostrze Klairah udało się mnie przekonać.

Merlin zesztywniał, a ona skinęła głową jakby zadowolona z jego reakcji.

– Części nie da się odczytać – dodała szybko. – Jest napisana w nieznanym języku. Według zrozumiałych wersów seijin Kohdy używał mowy zwanej „español”. Nie wiem dlaczego, ale po przeczytaniu reszty wiele razy, sądzę, że zaczął prowadzić pamiętnik, zanim nabrał wątpliwości co do tego, po której stronie właściwie jest. Tak przynajmniej wynika z pierwszej części pamiętnika. Fragmenty „español” są początkowo krótkie, przedzielane fragmentami dla nas zrozumiałymi, chociaż już ostatnie osiem miesięcy widnieje wyłącznie w języku „español”. Przypuszczam, że przechodził na niego, ilekroć pisał rzeczy, które mogły poważnie zaszkodzić sprawie Chihiro i Schuelera, gdyby wpadły w niepowołane ręce. A może chodziło o rzeczy, co do których nie miał jeszcze absolutnej pewności? Ze wzmianek rzuconych tu i ówdzie w zrozumiałej części domyśliłam się, że chodziło o jedno i o drugie. Seijin Kohdy nie był pewien własnych przekonań i nie chciał pociągnąć za sobą innych, którzy ufali mu z powodu tego, kim i czym był, zwłaszcza gdyby się okazało, że jednak się myli, i gdyby jego pisma wpadły w niepowołane ręce. Nie mogę mówić z całą stanowczością, ponieważ nie wyrażał się jasno na ten temat w tych fragmentach, które możemy zrozumieć. Dopóki nie natknęłam się na ten jego „español”, nie podejrzewałam nawet, że inny język może w ogóle istnieć! I jakkolwiek rozsądne wydawało mu się jego użycie swego czasu, faktem jest, że nawet członkinie żeńskiego zgromadzenia nie są zgodne co do kilku kwestii.

– Ach tak? – Merlin przechylił głowę, na co Nynian uśmiechnęła się cierpko.

– Niektórzy z nas, mnie nie wyłączając, są zdania, że ów fragment, w którym odnotował swoje postanowienie, aby stosować „español”, pochodzi z czasów i miejsca przed Stworzeniem. W połączeniu z kilkoma innymi zaskakującymi wtrętami można niemal odnieść wrażenie, że wszyscy Adamowie i Ewy przebywali… gdzieś indziej przed tym, zanim powstało Schronienie.

Jej ciemne oczy nabrały napiętego wyrazu, świdrując go niczym dwa bliźniacze ostrza, a jednak gdy podjęła, głos miała spokojny, zgoła pogodny.

– Wszakże nawet ci z nas, którzy się zgadzają co do takiej interpretacji, nie są zgodni co do tego, gdzie mieściło się owo „gdzieś indziej”. Większość z nas wierzy, że nawet archanioł nie jest w stanie stworzyć duszy, że do tego trzeba samego Boga, oraz że wszyscy Adamowie i Ewy byli z Nim, kiedy archaniołowie przygotowywali świat do zamieszkania. Aczkolwiek spora liczba uważa, że równie dobrze może to znaczyć, iż Adamowie i Ewy żyli na zupełnie innym świecie, a Bóg i archaniołowie sprowadzili ich stamtąd tutaj, zamiast dać im życie dopiero w dniu Stworzenia. To zasadnicza różnica i osobiście wychodzę z założenia, że rozwiązalibyśmy tę zagadkę, gdyby Kohdy napisał wszystko w zrozumiałym dla nas języku. Przez „nas” – dodała, unosząc obie brwi – mam na myśli członkinie naszego zgromadzenia.

– Może zdołam coś na to poradzić – rzekł wolno. – Niczego jednak nie mogę obiecać. No i musiałabyś mi powierzyć egzemplarz pamiętnika czy też przynajmniej jego rzetelną kopię.

– Albo sobie zaufamy porządnie, Merlinie – powiedziała – albo to się skończy dla kogoś bardzo źle.

Była nadzwyczajnie spokojna jak na kobietę, która właśnie przyznała, że siostry Świętego Kohdy’ego – kimkolwiek na Shan-wei były – pozbawiły życia nieznaną liczbę młodych kobiet w celu utrzymania w tajemnicy swego sekretu. Z drugiej strony, jeśli faktycznie została zrekrutowana w wieku lat piętnastu, od tamtej pory spędziła ponad trzydzieści pięć miejscowych lat – to znaczy trzydzieści dwa lata standardowe – w obrębie tegoż zgromadzenia.

– Tak czy owak – podjęła – pod koniec wojny z Upadłymi święty Kohdy zaczął kwestionować całość wiedzy przekazywanej przez archaniołów. Ze zrozumiałych fragmentów pamiętnika wiemy, że spotkał kogoś, kto walczył do końca po drugiej stronie, i że ów ktoś zdołał go przekonać, iż to, co stało się na Rafie Armagedonu, bynajmniej nie świadczyło o upadku Shan-wei. Skoro już o tym mowa, zapoznawszy się z punktem widzenia tej osoby, Kohdy zaczął zadawać sobie pytanie, czy to przypadkiem nie sam Langhorne uwolnił Rakurai na Rafie Armagedonu. Upadli, którzy podjęli walkę Shan-wei po upadku Rafy Armagedonu, utrzymywali, że to nie ona, lecz Chihiro i Schueler przeszli na stronę zła, aczkolwiek Kohdy zawsze ignorował te twierdzenia. W końcu Shan-wei była matką wszelkiego kłamstwa, prawda? Według pamiętnika nie wszyscy seijinowie walczyli pod sztandarem Chihiro i Schuelera, cokolwiek by mówiły nam Świadectwa dzisiaj. Zostali okrzyknięci demonami przez archaniołów i Matkę Kościół, ale Kohdy stanął z nimi oko w oko, podczas walki. Powziął wątpliwości co do nich nawet przed tym, zanim jeden z nich go pokonał, po czym zwątpił jeszcze bardziej, gdy ów darował mu życie, odsłaniając przed nim całkowicie inną prawdę. Nie wiem dokładnie, na czym polegała ta prawda… mniej więcej w tym czasie bowiem zaczął pisać w niezrozumiałym języku zwanym „español”… jednakże faktem jest, że to za jej sprawą zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno opowiedział się po dobrej stronie. Oczywiście trwało, zanim sformułował wszystkie pytania, a gdy to się w końcu stało, wojna z Upadłymi dobiegła niemal końca. Buntownicze pomniejsze anioły zostały niemal w całości wytropione i zniszczone. Słudzy walczący po stronie archaniołów w większości wycofali się do Gwiazdy Zarannej, a niedobitki „demonów” walczących po stronie Upadłych zostały zepchnięte do ich ostatniej reduty w Górach Pustki, po czym archaniołowie zabrali się do szykowania ostatecznej rozprawy. I na tym kończą się wpisy w pamiętniku.