Dzień za dniemTekst

Z serii: #GOYOUNG
Z serii: Każdego dnia #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

Someday

Projekt serii

MARIUSZ BANACHOWICZ

Projekt okładki

NATALIA TWARDY

Koordynacja projektu

SYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK

Redakcja

URSZULA ŚMIETANA

Korekta

ANNA KURZYCA

Redakcja techniczna

LOREM IPSUM

SOMEDAY © 2018 by David Levithan First published by Alfred A. Knopf, an imprint of Random House Children’s Books, a division of Penguin Random House LLC, New York. Translation rights arranged by AJA Anna Jarota Agency and The Clegg Agency, Inc., USA.

All Rights Reserved.

Polish edition © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-5934-2

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Strona redakcyjna

Dedykacja

DZIEŃ ZA DNIEM

Podziękowania

Przypisy

Hailey

– niech Ci się szczęści każdego dnia

RHIANNON

Za każdym razem, gdy dzwoni dzwonek do drzwi, myślę, że to może A. Tak samo wtedy, gdy ktoś spogląda na mnie o sekundę za długo. Gdy w skrzynce znajduję jakąś wiadomość. Kiedy na ekranie telefonu wyświetla się nieznany mi numer. Przez chwilę łudzę się, że to on.

Trudno jest pamiętać drugą osobę, jeśli nie wiemy, jak ona wygląda. A ponieważ A codziennie się zmienia, nie da się wybrać jakiegoś wspomnienia i rozciągnąć go na dłużej niż jeden dzień. Bez względu na to, jak sobie wyobrażam A, z całą pewnością w danej chwili A tak nie wygląda. Pamiętam go jako chłopaka i jako dziewczynę, jako osobę wysoką i osobę niską, o karnacji i włosach w każdym możliwym odcieniu. Wszystko zlewa się w jedną plamę, ale plama przybiera kształt tego, jakie uczucia A we mnie wywołuje. Być może to ten najwłaściwszy kształt.

Nie mam z nim kontaktu od miesiąca. Powinnam do tego przywyknąć, ale jak to zrobić, skoro jest ciągle obecny w moich myślach? Czy to nie jest tak, że największą bliskość z drugim człowiekiem osiągamy wówczas, gdy cały czas nam towarzyszy duchem?

Nie mogę jednak pokazać po sobie tych wszystkich moich przemyśleń i emocji. Wystarczy na mnie spojrzeć i od razu obraz jest jasny: oto dziewczyna, która pogrzebała szczątki swojego ostatniego nieudanego związku. Dziewczyna z nowym chłopakiem. Otoczona przyjaciółmi, którzy ją wspierają, i rodziną nie bardziej wkurzającą niż każda inna. Nie zobaczycie niczego więcej, nie wyczujecie, że istnieje jeszcze jakaś część mnie ‒ część zawarta w innym człowieku. Chyba że patrzylibyście mi w oczy odpowiednio długo, a do tego wiedzieli, czego wypatrywać. Ku czemu zmierzam? Jedynej osoby, która potrafiła tak na mnie patrzeć, już od dawna nie ma.

Mój chłopak, Alexander, wie, że o czymś mu nie mówię, ale nie należy do osób, które muszą wszystko wiedzieć. Daje mi przestrzeń osobistą. Twierdzi, że nie muszę się z niczym spieszyć. Ale widzę, że się we mnie zakochał i chciałby, żeby nam się udało. Ja też chcę.

Ale chcę także A.

Nawet jeśli nie możemy być razem. Nawet jeśli dzieli nas odległość. Nawet, jeśli słyszę najwyżej cześć – chcę wiedzieć, gdzie jest A i co o mnie myśli, choćby tylko czasami. Nawet jeżeli teraz to nic nie znaczy, chcę mieć pewność, że kiedyś coś znaczyło.

Dzwoni dzwonek do drzwi. Jestem sama w domu, a mój umysł od razu pędzi do A i wyobrażam sobie, że po drugiej stronie stoi obca osoba, która wcale nie jest obca. Wyobrażam sobie ten blask w jego – czy może jej – oczach. Wyobrażam sobie, jak A mówi, że istnieje rozwiązanie, że znaleziono sposób na pozostanie w tym samym ciele dłużej niż jeden dzień tak, by nikogo przy tym nie skrzywdzić.

– Już idę! – krzyczę. Oczywiście czuję się zdenerwowana, choć to idiotyczne.

Otwieram gwałtownie drzwi i widzę chłopaka, który wydaje się znajomy, choć nie od razu go rozpoznaję.

– Jesteś Rhiannon? – pyta.

Kiwam głową i uświadamiam sobie, kto to.

– Nathan?

Teraz i on jest zaskoczony.

– Znam cię, prawda? – pyta.

Odpowiadam zupełnie szczerze:

– To zależy od tego, co pamiętasz.

Wiem, że stąpam po niebezpiecznym gruncie. Nathan nie powinien pamiętać dnia, w którym A zajął jego ciało i pożyczył fragment jego życia. Nie powinien pamiętać, jak tańczyliśmy w piwnicy ani nic z tego, co zdarzyło się później.

– To twoje imię – mówi. – Ciągle do mnie wraca. Znasz to uczucie, kiedy budzisz się ze snu i pamiętasz tylko jedną rzecz? Tak właśnie było z twoim imieniem. Dlatego odszukałem w Internecie wszystkie Rhiannon, które mieszkają w pobliżu. Kiedy zobaczyłem twoje zdjęcie... poczułem się tak, jakbyśmy się już kiedyś spotkali, ale nie mam pojęcia kiedy i gdzie. – Ręce mu się zaczynają trząść. – Co się wydarzyło? Jeśli masz jakiekolwiek pojęcie o tym, co mówię, proszę, wyjaśnij mi to. Mam tylko strzępki...

Kto rozsądny uwierzyłby w prawdę? Kto nie zareagowałby śmiechem na wieść, że przenoszenie się z ciała do ciała jest możliwe? Taka właśnie była moja początkowa reakcja.

Ale uwierzyłam, ponieważ doskonale wiedziałam, że przytrafiło mi się coś niewytłumaczalnego.

I widzę, że Nathan też to wie. Ale i tak go ostrzegam:

– Nie uwierzysz, kiedy ci powiem.

– Zdziwisz się, w co wierzę na tym etapie – odpowiada.

Muszę być ostrożna, to oczywiste. Kiedy wyjawię mu prawdę, nie będzie odwrotu, a być może nie jest osobą godną zaufania.

Tyle że nie ma już A i w żaden sposób mu to nie zaszkodzi. A ja... ja muszę komuś o tym powiedzieć. Muszę podzielić się tą historią z kimś, kto przynajmniej po części zasługuje, by ją usłyszeć.

Dlatego wpuszczam Nathana do środka i każę mu usiąść.

I opowiadam mu tyle, ile mogę.

NATHAN

Z moich obliczeń wynika, że osiemdziesięciolatek ma za sobą 29 220 dni życia. Sporo ludzi przeżywa dłużej niż te 29 220 dni.

Dlatego jeden dzień nie powinien mieć większego znaczenia.

Zwłaszcza, jeśli się go nie pamięta. W końcu mnóstwo dni umyka nam z pamięci. Minie miesiąc czy dwa i już nie wiem, co robiłem w danej chwili.

Co się działo 29 października? Albo 7 września? Zapewne obudziłem się w swoim łóżku, poszedłem do szkoły. Wyobrażam sobie, że jadłem śniadanie, obiad i kolację, chociaż nie jestem w stanie odtworzyć żadnych szczegółów.

Większość wspomnień opiera się na dedukcji, a nasza pamięć przez cały czas gubi pojedyncze dni.

Jednak znacznie bardziej przerażające i dziwne jest, gdy dzień gubi się w jego trakcie. Kiedy człowiek budzi się następnego ranka i nie ma pojęcia, gdzie był i co robił. Chodzi o dzień, który jest pustą kartką.

Taki dzień stanowi wyrwę w życiu i nawet jeśli chcesz udawać, że nic takiego nie miało miejsca, nie jesteś w stanie się powstrzymać, by go nie trącać i nie obmacywać. Bo choć jest pusty, gdy dotykasz jego brzegów, czujesz, że coś tam jednak jest.

Obudziłem się na poboczu drogi.

Stracił przytomność, oznajmili policjanci.

Spił się, pomyśleli sobie. A potem zrobili badania i okazało się, że jednak jestem trzeźwy.

Za długo się włóczył, powiedzieli, a kiedy odstawili mnie do domu, poinformowali moich rodziców, że mam na siebie uważać.

Ale ja nie piję i się nie włóczę.

To kompletnie nie miało sensu.

Zupełnie, jakby coś mnie opętało. Wkrótce ta opcja wysunęła się na prowadzenie.

Diabeł mnie zmusił.

Tyle że w tym przypadku diabeł posiadał adres mailowy i w korespondencji ze mną przysięgał, że wcale nie jest diabłem.

Sytuacja zrobiła się jeszcze dziwniejsza. Pojawił się pastor. Rozmawiał z moimi rodzicami o wypędzeniu ze mnie demonów. Chciałem mu wierzyć, bo łatwiej jest żyć ze świadomością, że puste miejsce jest w rzeczywistości złym miejscem. Nie chcemy czuć bezradności, dlatego tworzymy sobie wrogów, z którymi można walczyć. Moja walka nigdy się jednak nie zaczęła. Przestałem wierzyć pastorowi, odkąd sam zaczął się zachowywać jak demon. Zwabił dziewczynę do mojego domu i ją zaatakował. Pomogłem jej uciec, a on nawet nie próbował się tłumaczyć. Oznajmił tylko, że musi z nią porozmawiać i zniknął.

 

Tymczasem osoba, która przejęła moje życie na jeden dzień, wyznała, że codziennie przeskakuje do innego ciała. Nie miałem pojęcia, jak mam uwierzyć w coś takiego. Miałem za to mnóstwo pytań.

Tyle że i ta osoba zniknęła, a ja zostałem z dziurą po tym, co powinno być fragmentem mojego życia.

Pustka nie jest jednak nigdy zupełnie pusta. Weźmy na przykład pustą kartkę. Owszem, nie ma na niej nic napisanego, nie ma czego przeczytać. Ale wystarczy przybliżyć papier do oczu i wpatrywać się w niego przez dłuższy czas, a zobaczy się wzory. Kształty i zniekształcenia. Przytrzymaj kartkę pod światło, a dostrzeżesz jeszcze więcej – całą topografię pustki. A niekiedy, jeśli patrzeć naprawdę bardzo uważnie, można nawet zauważyć słowo.

U mnie tym słowem było Rhiannon.

Nie miałem pojęcia, co ono oznacza i dlaczego je pamiętam. A jednak tkwiło w głębi pustki.

Kolejny krok był całkiem prosty. W promieniu osiemdziesięciu kilometrów znalazłem tylko trzy osoby o tym imieniu. Jedna była mniej więcej w moim wieku i wyglądała znajomo, chociaż nie miałem pojęcia, jak to możliwe.

Dalej było już trudniej. Musiałem coś zrobić z uzyskaną informacją. Co miałbym powiedzieć tej dziewczynie? Pamiętam cię, ale nie rozumiem dlaczego? Przecież to brzmiało idiotycznie, a ja miałem już dość tego, że wszyscy patrzą na mnie jak na wariata.

Ale właśnie stoję pod jej domem, bo gdybym tu nie przyjechał, chyba bym zwariował. Dzwonię do drzwi. Otwiera i ledwo na mnie spogląda, już wie, kim jestem.

Nie byłem na to przygotowany.

Nie jestem też przygotowany na to wszystko, co ona mi opowiada i na łatwość, z jaką wyrzuca z siebie kolejne słowa. Zupełnie jakby była wdzięczna, że może podzielić się ze mną swoją wiedzą, jakbym to ja wyświadczał jej przysługę. Ja jestem jej równie wdzięczny. Przez cały czas byliśmy partnerami w układance, dopiero teraz zaczynamy dostrzegać pasujące do siebie elementy. Rhiannon mówi, że osoba, która ze mną rozmawiała, która zabrała mi ten jeden dzień i go przeżyła za mnie, a potem zostawiła mnie na poboczu, ma na imię A. Odpowiadam, że owszem, spotkałem A dwa dni z rzędu i za każdym razem znajdował się w ciele innej dziewczyny. Nie jest zaskoczona tym faktem, jednak ja czuję się cholernie zdziwiony, że mogę rozmawiać o tym z kimś, kto mnie wysłuchuje i wierzy w każde moje słowo. Rhiannon mówi, że A miał ogromne wyrzuty sumienia w związku z tym, co mi się przytrafiło, a po sposobie, w jaki przeprasza w jego imieniu, uświadamiam sobie, że ŁAŁ ‒ ona go po prostu kocha. Kocha osobę, która przechodzi z jednego ciała do drugiego. Wyrwa, jaką zostawił A w jej życiu, jest jeszcze większa niż moja. Ja straciłem jeden dzień, ona znacznie więcej.

– Pewnie masz mnie za wariatkę – mówi, kończąc swoją opowieść.

Jak mam dać jej do zrozumienia, że to samo myślałem o sobie chyba z milion razy w ciągu ostatnich tygodni? Jak mam jej przekazać, że kiedy w twoim życiu dzieją się dziwne – naprawdę dziwne – rzeczy, stajesz się otwarty i gotów uwierzyć w całą resztę nieprawdopodobieństw?

– Wariactwem jest to, co nam się przytrafiło – mówię. – Nie my.

Wyjaśniam jej to, co wiem – o tym, jak Poole stwierdził, że opętał mnie diabeł i że są na świecie inne osoby, którym przydarzyło się dokładnie to samo. Powiedział, że nie jestem osamotniony, a to właśnie najbardziej chciałem usłyszeć. Przez cały czas mnie jednak wykorzystywał, a gdy w końcu to do mnie dotarło, zwrócił się przeciwko mnie. Oświadczył, że nie mam pojęcia, w co jestem zamieszany. Powiedział, że zaprzepaściłem jedną szansę na odkrycie, co jest ze mną nie tak. I że nie mam już żadnej przyszłości, ponieważ część mnie na zawsze pozostała w przeszłości.

Mam szesnaście lat. Już sam fakt, że dorosły wykrzyczał mi takie rzeczy w twarz, był dla mnie bardzo trudny, ale jednocześnie czułem, że to nieprawda. Tylko on mi uwierzył i dlatego ja odwzajemniłem się tym samym, jednak przestałem darzyć go zaufaniem. Dlatego, że mnie przeklinał.

Nie wiem, co powiedzieć. Chyba sądziłem, że będzie mi dana druga szansa, że on wróci i jeszcze raz o wszystkim pogadamy. Chyba wierzyłem, że on coś zyska na tym, że mi pomoże. Tyle że on mnie wykorzystał i zniknął.

Mówię to wszystko Rhiannon, siedząc przy jej kuchennym stole.

– Potem już się nie odezwał? – pyta.

Kręcę przecząco głową.

– A ty nie masz kontaktu z A?

Widzę, jaki ból sprawia jej potwierdzenie, że nie. Będę szczery – nigdy nie miałem dziewczyny i nigdy się nie zakochałem. Jednak przebywałem w otoczeniu zakochanych na tyle często, że wiem, jak wyglądają. Co prawda A zniknął, ale jej miłość została.

– A gdzieś musi być – mówię.

– Mam dość czekania – odpowiada.

– W takim razie znajdźmy go.

Musi być jakiś sposób.

X

Żeby zostać w danym ciele, trzeba je przejąć.

Żeby je przejąć, trzeba wyrugować znajdującego się w środku człowieka.

To niełatwe zadanie, należy bowiem zdominować istniejącą w ciele duszę, stłamsić ją, aż zniknie. Da się to zrobić.

Wpatruję się w leżące na łóżku ciało. Rzadko kiedy czynię tak wielkie szkody, więc jestem zafascynowany efektem. Zwykle zamyka się oczy martwej osoby, ale ja wolę, jak są otwarte. Dzięki temu mogę analizować, czego w nich brakuje.

Oto twarz, którą widziałem codziennie w lustrze przez ostatnie miesiące. Anderson Poole, lat pięćdziesiąt osiem. Gdy patrzę mu w oczy, to tylko oczy – pozbawione wyrazu tak samo, jak jego martwe palce czy nos. Kiedy to się zdarzyło po raz pierwszy, sądziłem, że może da się sprawić, aby słabi i zdesperowani uwierzyli, iż dusza, która kiedyś przebywała w ciele, teraz znajduje się gdzie indziej. Że nie dosięgła jej całkowita zagłada. Ja jednak widzę tylko bezbrzeżną pustkę.

Nie ma powodu, dla którego powinienem tu tkwić. W każdej chwili obsługa hotelowa może uznać, że czas zignorować wywieszkę „Nie przeszkadzać” i wejdzie do pokoju, by znaleźć wielebnego ojca w stanie, w którym nic już nie przeszkadza. Śledztwo wykaże, że umarł z przyczyn naturalnych. Umysł przestał funkcjonować, a ciało podążyło jego śladem.

Nikt nie będzie wiedział, że tu byłem. Nikt się nie domyśli, że umysł przestał funkcjonować, ponieważ to ja przeciąłem połączenia.

Czas było coś zmienić, bo już się nudziłem. Anderson Poole przestał mi być potrzebny.

Teraz zajmuję młodsze ciało. Studenta, który od teraz przestanie chodzić na zajęcia. W tym ciele czuję się silniejszy i atrakcyjniejszy, co mi się podoba. Nikt nie patrzył na Andersona Poole’a, gdy ten szedł ulicą. Szanowali go tylko ze względu na zajmowaną pozycję i tylko dlatego go słuchali.

– Byłeś tak blisko – mówię mu. Moją nową ręką zamykam mu lewe oko, ale zaraz ponownie je otwieram. – Już prawie go miałeś. Niepotrzebnie go przestraszyłeś.

Poole nie odpowiada, ale też wcale tego od niego nie oczekiwałem.

Dzwoni telefon. Zapewne recepcja, dając mu ostatnią szansę.

Będę musiał zaraz iść. Nie powinno mnie tu być, kiedy pokojówka go znajdzie. Zacznie krzyczeć. Modlić się. Zadzwoni na policję.

Nikt nie będzie po nim płakać. Nie pozostawił żadnej rodziny. Miał wąskie grono przyjaciół, ale zdusiłem jego wspomnienia, dokonałem za niego wyborów i przyjaźnie się wykruszyły. Jego śmierć nie zaburzy niczyjego życia. Wiedziałem o tym od samego początku. Ostatecznie nie jestem zupełnie bezduszny.

Uważam, że ważne, bym wrócił i zobaczył ciało. Nie muszę tego robić, czasami jest to niemożliwe, ale próbuję. Nie chodzi o uczczenie pamięci ani nic takiego – ciału na tym nie zależy, jest martwe. Ale patrzenie na to, jak wygląda człowiek bez tlącego się wewnątrz życia, pozwala mi na głębsze odczucie tego, kim jestem i co przynoszę.

Chciałbym porównać spostrzeżenia z inną, podobną do mnie osobą. Chciałbym usiąść i porozmawiać o życiu bez własnego ciała. Chciałbym, by moi bracia zrozumieli, jaką mamy władzę i jak możemy ją wykorzystać. Chciałbym, by moja historia została zapisana w czyimś umyśle.

Biedny Anderson Poole. Kiedy się za niego zabierałem, poznałem wszystkie fakty z jego życia. Wykorzystałem je, a potem pozbywałem się ich, fragment po fragmencie. Wkrótce nie miał już własnych wspomnień – tylko te, które ja miałem o nim. Teraz, kiedy się od niego odseparowałem, nie zamierzam ich zachowywać. Jego życie po prostu zniknie.

Gdybym miał mu jednak podziękować, podziękowałbym za to, że był taki słaby i uległy. Spojrzę mu w oczy po raz ostatni, w tkwiące tam pustkę i bezsens.

Jakiż człowiek jest bezbronny, gdy jego istnienie jest zależne od ciała. Lepiej byłoby nie musieć polegać na powłoce cielesnej.

A

DZIEŃ 6065

Życie jest trudniejsze do zniesienia, gdy ma się za kim tęsknić.

Budzę się na przedmieściach Denver i czuję się tak, jakbym znajdował się na przedmieściach własnego życia. Dzwoni budzik, a ja chcę tylko spać.

Mam jednak obowiązki. Spoczywa na mnie odpowiedzialność. Dlatego wstaję. Jak się okazuje, zajmuję ciało i życie dziewczyny o imieniu Danielle. Ubieram się i próbuję nie myśleć o tym, co teraz robi Rhiannon. Dzieli nas różnica dwóch godzin. Dwie godziny, ale cała wieczność.

Udowodniłem, że mam rację, tyle że zrobiłem to w niewłaściwy sposób. Zawsze przypuszczałem, że przywiązanie to niebezpieczeństwo: będzie mnie ciągnęło w dół, ponieważ w moim przypadku związanie się z kimś na stałe nie jest możliwe. Owszem, można wyznaczyć linię pomiędzy dwoma punktami i je połączyć... ale jak to zrobić, skoro jeden punkt codziennie znika?

Jedyna pociecha, że byłoby gorzej, gdyby nasza relacja trwała dłużej. Cierpiałbym bardziej. Muszę mieć nadzieję, że ona jest szczęśliwa, bo jeśli tak, moja rozpacz nabiera określonej wartości.

Nigdy nie sądziłem, że będę myślał o takich rzeczach. Nigdy nie zamierzałem oglądać się za siebie w taki sposób. Kiedyś potrafiłem iść do przodu, a gdy kończył się dzień, nie miałem poczucia, że jakaś część mnie zostaje z tyłu. Wcześniej moje życie sprowadzało się wyłącznie do tego, gdzie jestem w danym momencie.

Próbuję skupić się na życiu, które pożyczam sobie na jeden dzień. Chcę się zatracić w obowiązkach tych osób, nauce, kłótniach, śnie.

Niestety, to nie działa.

Danielle jest dzisiaj małomówna. Coś mruczy pod nosem, gdy matka zadaje jej pytania w drodze do szkoły. Przytakuje koleżankom, ale gdyby dopytywały, o czym przed chwilą mówiły, nie potrafiłaby tego powiedzieć. Jej przyjaciółka zaczyna chichotać, kiedy mija je pewien chłopak, ale Danielle (czyli ja) nawet nie próbuje przypomnieć sobie jego imienia.

Przechodzę przez szkolne korytarze, starając się nie zwracać na nic uwagi, nie czytać historii rozwijających się na twarzach otaczających mnie osób, poezji ich gestów, ballad samotników. Nie, żeby były dla mnie nudne. Wręcz przeciwnie – teraz wszyscy są dla mnie ciekawi, ponieważ wiem więcej na temat ich uczuć, wiem, jak to jest przejmować się życiem, w którym się tkwi, i ludźmi, którzy krążą dookoła.

Dwa dni wcześniej zostałem w domu i do wieczora grałem w grę komputerową. Po sześciu godzinach osiągnąłem najwyższy level, a kiedy gra się skończyła, poczułem chwilową ekscytację. A potem... smutek. Ponieważ dotarłem do końca. Owszem, mogłem wrócić do początku i zacząć od nowa. Znaleźć to, co pominąłem za pierwszym razem. Ale i tak czekałby mnie ponowny koniec. I tak musiałbym dojść do miejsca, z którego nie ma już dalszej drogi.

Tak właśnie wygląda teraz moje życie. Na nowo odtwarzam grę, w którą już wygrałem i nie mam poczucia, że oznacza cokolwiek więcej niż przemieszczanie się na kolejne poziomy. Zabijam czas i dlatego mój czas jest martwy.

Wiem, że Danielle nie zasługuje na taki dzień. Przepraszam ją na okrągło, gdy ledwo przebiera nogami na szkolnych korytarzach i nie słucha, co mówią nauczyciele. Dochodzę do siebie na angielskim, bo jest kartkówka z rozdziałów od siódmego do dziesiątego Jane Eyre. Nie chcę, żeby dostała jedynkę.

Najtrudniej jest przy komputerze. Co za okrutny portal. Wiem, że gdybym chciał, mógłbym w każdej chwili zobaczyć Rhiannon. Mógłbym się z nią skontaktować. Może nie od razu, ale prędzej czy później na pewno. Ten kontakt dałby mi wielką otuchę. Z drugiej jednak strony wiem, że po jakimś czasie, po moim ustawicznym czerpaniu, nie zostałaby już w niej żadna otucha dla mnie. Każda obietnica, jaką mógłbym jej poczynić, byłaby bezwartościowa, bez względu na to, ile z siebie bym w nią włożył. Każda uwaga, którą by mi poświęciła, odrywałaby ją od jej prawdziwego życia.

 

Nie mogę jej tego zrobić. Nie mogę napełniać jej nadzieją, bo przecież zawsze będę się zmieniał. Kochanie mnie nigdy nie będzie możliwe.

Co gorsza, nie mogę z nikim o tym porozmawiać. Przecież nie wezmę na bok przyjaciółki Danielle – Hy, co jest skrótem od Hyacinth – i nie powiem jej: Dzisiaj nie jestem sobą, wiesz dlaczego? Już wyjaśniam... Nie mogę zasłonić kurtyny, ponieważ z punktu widzenia życia Danielle to ja sam jestem kurtyną, czymś, co przesłania jej prawdziwy obraz rzeczywistości.

Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się, czy jestem jedyną taką osobą na świecie. Nigdy nie przyszło mi do głowy, by szukać innych. Jestem dokładnie taki jak ty, powiedział Poole. Wiedziałem jednak, że nawet jeśli faktycznie przemieszczał się z ciała do ciała, przeskakiwał z życia do życia, to jednak to, co robił z tymi ludźmi, kłóciło się z moimi zasadami. Chciał mnie przyciągnąć do siebie i zdradzić mi swoje tajemnice, tyle że ja wcale nie miałem zamiaru ich poznać, bo wiem, że sprowadzają się do szkód i destrukcji.

Dlatego właśnie uciekłem. Żeby położyć wszystkiemu kres, zanim to ja zdołam poczynić szkody.

Od tamtego czasu ciągle uciekam. Nie w geograficznym rozumienia tego słowa, bo od niemal miesiąca pozostaję w okolicach Denver. Widzę jednak siebie zawsze w stosunku do miejsca, z którego odchodzę, a nie tego, do którego zmierzam.

Zresztą ja do niczego nie zmierzam. Po prostu żyję.

Po lekcjach Danielle i jej koleżanki idą pochodzić po sklepach. Nie chcą kupić niczego konkretnego, po prostu tak właśnie spędzają wolny czas.

Jeśli któraś pyta mnie o zdanie, udzielam go, ale najbardziej niezobowiązująco, jak tylko się da. Wyjaśniam Hy, że czuję wielką senność, a ona twierdzi, że wobec tego musimy koniecznie wybrać się do City of Saints, lokalnej kawiarni. Nie mam jak jej powiedzieć, że w tym momencie wcale nie chcę się obudzić.

Kiedy w moim życiu była Rhiannon, wszystko działo się bardzo szybko. Przychodzi mi na myśl, żeby do niej pojechać, znów ją zobaczyć, wypić razem kawę. Przypominam sobie, że zawsze, gdy tak robiłem, bałem się, że to będzie ostatni dzień, kiedy ona zechce w ogóle mnie widzieć. I byłem szalenie szczęśliwy, gdy się okazywało, że tak nie jest. Wyobrażam sobie, jak całuje mnie na powitanie, jak w jej oczach budzi się radość na mój widok.

Słyszę krzyk, a potem ktoś chwyta mnie za ramię i gwałtownie ciągnie w tył. Uświadamiam sobie, że ten krzyk to było imię Danielle, ręka należy do Hy, a kierowca ciężarówki, która niemal mnie nie rozjechała, wymija mnie, głośno trąbiąc. Hy powtarza na okrągło: „O mój Boże”, któraś z koleżanek Danielle wzdycha: „O mały włos”, a druga mówi: „Wiesz co? Tobie naprawdę jest potrzebna ta kawa!”. To żart, który nikogo nie śmieszy. Serce Danielle wali ze strachu.

– Przepraszam – bąkam. – Bardzo przepraszam.

Hy odpowiada, że w porządku, ponieważ sądzi, iż to ją przepraszam. Nie. Moje słowa kieruję do Danielle.

Nie zwracałem na nic uwagi.

Zawsze muszę zwracać uwagę.

Pozostałe dziewczyny nazywają Hy bohaterką. Światło zmienia się na zielone, przechodzimy na drugą stronę. Nadal się trzęsę. Hy mnie obejmuje i mówi, że już dobrze. Wszystko jest dobrze.

– Stawiam ci kawę – oznajmiam. Hy nie protestuje.

Przez resztę dnia staram się być obecny.

To wystarcza. Rodzina i przyjaciele Danielle nie mają nic przeciwko jej milczeniu, o ile czują przy sobie jej obecność. Słucham, co mają do powiedzenia. Próbuję zachować ich słowa, mam nadzieję, że w takim miejscu, do którego Danielle z łatwością sięgnie. Hy uważa, że jej zauroczenie kimś o imieniu France wymyka się spod kontroli. Chaundra się z tym zgadza. Holly martwi się o swojego brata. Mama Danielle boi się, że jej szefowa wkrótce wyleci. Ojciec Danielle przejmuje się, że Broncos spieprzą cały sezon. Siostra Danielle robi projekt o jaszczurkach.

Wszyscy oni sądzą, że Danielle jest z nimi. Że to ona ich wysłuchuje. Kiedyś satysfakcję przynosiło mi doskonałe odgrywanie swojej roli, to, że nikt nie podejrzewał mnie o bycie aktorem. Nie przyszło mi do głowy, że kiedykolwiek pozwolę komuś zajrzeć pod maskę, że ktokolwiek zobaczy prawdziwego mnie. I nikt nie widział. Nikt przed Rhiannon i nikt po niej.

Jestem zagubiony.

Nie potrafię zignorować najbardziej niebezpiecznego pytania na świecie:

A jeśli chciałbym, żeby mnie ktoś odnalazł?

A

DZIEŃ 6076

W którąś sobotę rano budzi mnie esemes:

Jadę. Mam nadzieję, że wstałeś.

Wyobrażam sobie, że nawet jeśli człowiek zasypia codziennie w tym samym łóżku, w dobrze znanej pościeli, wśród dobrze znanych ścian, i tak w momencie pobudki ma głębokie poczucie zagubienia i nie wie, gdzie się znajduje. Najpierw ogarnia miejsce, potem dopiero to, kim jest. U mnie jest trudniej, ponieważ to, gdzie jestem i kim jestem, sprowadza się w zasadzie do tego samego.

Dzisiaj mam na imię Marco. Wykorzystuję pamięć mięśni i odblokowuję telefon, jednocześnie próbując ogarnąć, kim jestem. Piszę: Właśnie wstaję. Za ile będziesz?, zanim jeszcze skojarzę, kim jest Manny, adresat mojej wiadomości.

10 minut. Nie nastawiłeś budzika? Przecież ci kazałem!

Najwidoczniej Marco nie nastawił, bo zawsze budzę się na dźwięk alarmu.

Przestań pisać – odpowiadam. – Jedź.

Przymknij się. Stoję na czerwonym. Bądź gotów za 9 minut.

Próbuję zmyć z siebie umysłową mgłę pod prysznicem, ale udaje mi się to tylko połowicznie. Manny to najlepszy przyjaciel Marca. Docieram do wspomnień z czasów, gdy był małym dzieckiem, co oznacza, że przyjaźnią się od bardzo dawna. Dzisiaj jest dla nich wielki dzień – jakimś cudem zdaję sobie sprawę, że muszę wstać i się ogarnąć, chociaż nie wiem dlaczego.

Jest dziewiąta cztery, a więc wcale nie tak wcześnie. Nie mam pojęcia, czy pozostali domownicy jeszcze śpią, czy może jestem sam w domu. Nie mam czasu, by to sprawdzić, bo widzę, że przy krawężniku zatrzymuje się auto Manny’ego. Chłopak nie trąbi. Czeka.

Macham mu przez okno. Znajduję portfel i wypadam z domu.

Kiedy wsiadam do samochodu, Manny wybucha śmiechem.

– Co? – pytam.

– Przysięgam, gdybyś nie miał mnie jako twojego osobistego budzika, przespałbyś całe życie. Masz kasę?

Chociaż mam w kieszeni portfel Marca, czuję, że powinienem zaprzeczyć. Dziwnie działa mózg: nie mam pojęcia, ile pieniędzy znajduje się w portfelu, ale wiem, że nie taką kwotę Manny ma na myśli.

– Kurde – mówię.

Manny kręci głową.

– Chyba twoi rodzice powinni mi płacić za to, że cię niańczę, ty debilu. Zacznijmy od początku.

– Wracam za minutę – obiecuję i wyskakuję z samochodu. Wpadam do domu przez drzwi frontowe, które zapomniałem zamknąć na klucz.

Docieram do pokoju Marca i rozglądam się bezradnie. Gdzie trzymasz forsę? – pytam go i od razu wiem, że powinienem jej szukać pod łóżkiem w pudełku po butach. Znajduję plik banknotów.

Na co to? – pytam, jednak tym razem odpowiedź się nie pojawia. Widocznie niektóre informacje znajdują się bliżej powierzchni, a inne tkwią głębiej.

Wracam do samochodu. Manny udaje, że spał.

– Przecież wcale nie było mnie aż tak długo – protestuję.

– Masz szczęście, gościu, że przewidziałem dodatkowych piętnaście minut na twoją rozpierduchę. Czekaliśmy na to kupę miesięcy, więc zostaw swoje zasraństwo, okej?

W ustach Manny’ego zasraństwo brzmi jak czułe słówko. Chłopak jest rozbawiony moim opóźnieniem, a nie wkurzony.

– To co porabiałeś od czasu, kiedy się ostatnio widzieliśmy? – To jedno z Bezpiecznych Pytań, które mam w swoim repertuarze.

– To było dziesięć kurewsko samotnych godzin, ale dałem radę – odpowiada Manny. – Cholernie się cieszę, że w końcu poznasz Hellera. Ten gość jest po prostu zajebisty, nie wierzę, że nas będzie robił.

– Wyjechane w kosmos – mówię. – Po prostu kosmos.

– Ric się normalnie posika. No wiesz, jego kobra wymiata, ale przy tym, co Heller nam zrobi, to jego kobra będzie wyglądała jak zwykły robal. Mam rację?

– Absolutną.

Muszę koniecznie zrozumieć, o co chodzi. Najlepsi kumple tak jak najbliższa rodzina mówią szyfrem i trzeba się sporo namęczyć, żeby to wszystko rozkodować. Chwytam się, czego mogę – w tym przypadku wiem, że Ric to brat Manny’ego. Szybko sobie przypominam, że ma na ramieniu tatuaż przedstawiający kobrę, i wreszcie wiem, o czym Manny mówi. Co oznacza, że Heller musi być tatuażystą, a Marco i Manny z pewnością jadą zrobić sobie pierwszy tatuaż w życiu.

Teraz już rozumiem, dlaczego Manny jest tak podekscytowany. To rzeczywiście wielki dzień.

Widzę, że ekscytacja sprawia, że jest jak na haju. Uśmiecha się do tego, co się za chwilę wydarzy.

– Zdecydowałeś już, co wybierzesz? – pyta, ale nie daje Marcowi szansy na odpowiedź, bo od razu dodaje: – Nie. Nie mów. Zaskocz mnie.

– To akurat będzie łatwe – odpowiadam.

– Tylko nie spękaj! – Manny uderza mnie żartobliwie w rękę. – Warto będzie przeżyć każdy ból dla efektu końcowego. A poza tym ja tam będę z tobą. Reaguj, jak chcesz, ale masz się nie ruszać z fotela, jasne?

Mówi to, ponieważ wyczuwa moje wahanie czy dlatego, że Marco zwykle wykazuje brak pewności? Przypuszczam, że chodzi o Marca, ale martwię się, że jednak o mnie.