Pokonać chorobę

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Chciałbym zadedykować tę książkę mamie, tacie,

siostrom oraz Caitlin i Amelii. Nauczyliście mnie żyć,

wspieraliście, kiedy umierałem, i zainspirowaliście do

poszukiwania leku na chorobę moją i innych.

Kocham was.

WSTĘP

Kiedy opanuje się podstawy – gdzie położyć rękę, jak odchylić głowę oraz częstotliwość ucisków – oraz kiedy człowiek przyzwyczai się do nieuniknionego, czyli do pękających żeber pod twoimi dłońmi, najgorszą rzeczą w resuscytacji krążeniowo-oddechowej jest decyzja, kiedy przestać.

A jeśli kolejne uciśnięcie przywróci oddech?

A może dopiero następne?

Kiedy niezależnie od tego, jak mocno uciskasz, jak wielką masz nadzieję i jak bardzo się modlisz, puls nie wraca, to, co trzeba następnie zrobić, zależy tylko od ciebie. Nie da się już przywrócić życia. Ale nadzieja umiera ostatnia. Przynajmniej ją możesz utrzymać przy życiu. Możesz wykonywać uciski, aż stracisz czucie w rękach i ramionach, aż przestaniesz być skuteczny i nie będziesz mieć siły na złamanie kolejnego żebra.

A więc jak długo próbujesz przywrócić komuś oddech?

W końcu zdejmiesz ręce z ciała, w końcu będziesz musiał, ale w końcu nie jest liczbą. Nie jest wskazówką. Nie zobaczysz go na wykresie. I nawet nie odpowiada na pytania „kiedy” ani „dlaczego”. Kiedy w końcu przestaniesz, przestaniesz, bo zabraknie nadziei.

To dlatego ta decyzja jest tak trudna. Twój wysiłek pozwala ci mieć nadzieję, że jest szansa na przeżycie, a nadzieja daje ci siłę, by uciskać jeszcze silniej. Ta trójka – nadzieja, życie i wysiłek – ścigają się nawzajem, napędzają się wzajemnie.

Dwa razy w życiu wykonywałem resuscytację. Za każdym razem pacjenci byli niemal martwi, kiedy rozpocząłem uciski klatki piersiowej i modlitwy. I obaj zmarli. Nie chciałem przestać. Chciałem nadal ich ratować. Miałem nadzieję, że zobaczę jakieś drgnięcie na pulsometrze, nawet gdy już przestałem uciskać. Ale nadzieja i ufność często nie wystarczają. Nadzieja może być siłą, ale nie jest supermocą. Żadna z nich nie wchodzi w zakres medycyny, chociaż bardzo byśmy chcieli.

A jednak czasem wydaje nam się, że wystarczą.

Postanowiłem zostać lekarzem, choć wcześniej byłem świadkiem nieuleczalnej choroby i nieutulonego smutku – moja mama zmarła na raka mózgu, gdy byłem w college’u – ale ja wciąż optymistycznie wierzyłem w siłę nauki i medycyny, które poszukiwały odpowiedzi i leków. Szczerze mówiąc, z perspektywy czasu mogę to zrzucić na mój młody wiek i naiwność, ponieważ zasadniczo wierzyłem w baśniową teorię cywilizacji: z pewnością gdzieś na świecie, daleko i blisko, są ludzie, którzy usilnie pracują nad tym, by rozwiązać każdy problem, uciekając się zarówno do praktyki, jak i mocy magicznych. A może już rozwiązali wszystkie problemy.

Ta wiara ma przewrotne skutki, zwłaszcza w medycynie. Gdy uważasz, że istnieją odpowiedzi na niemal każdy problem medyczny, sądzisz, że musisz jedynie znaleźć lekarza, który zna taką odpowiedź. O ile tylko lekarze-czarownicy będą pilnie pracować nad znalezieniem leków na choroby, które na razie są nieuleczalne, my nie musimy ich pospieszać, kiedy choroba dotknie nas samych lub naszych bliskich.

Teraz już jestem mądrzejszy. Przez ostatnie kilka lat miałem dużo czasu na to, by myśleć o lekarzach, a oni mieli dużo czasu, by myśleć o mnie. Nauczyłem się jednego: każdy z nas, kto wkłada biały fartuch, ma ścisły związek z pojęciem autorytetu. Oczywiście, wszyscy uczymy się i harujemy przez wiele lat, by na niego zasłużyć. Wszyscy go pragniemy. Wszyscy chcemy, by ufano naszym opiniom tam, gdzie ktoś inny ma mnóstwo pilnych pytań. A ludzie spodziewają się po lekarzach wszechwiedzy. Jednocześnie całe to wykształcenie, wszystkie te książki, wszystkie te staże na różnych oddziałach, wszystko to daje nam pojęcie w kwestii tego, co jest, a co nie jest możliwe. Nikt z nas nie wie wszystkiego. Nawet w przybliżeniu. Od czasu do czasu coś nam świetnie wychodzi – a kilku wybranych naprawdę jest mistrzami w swojej specjalności – ale w większości znamy swoje ograniczenia. Nie jest łatwo. Ponieważ poza tymi ograniczeniami jest iluzja wszechwiedzy, która nas dręczy: życie, które moglibyśmy ocalić, kuracja, którą moglibyśmy wynaleźć. Lek. Diagnoza. Jednoznaczna odpowiedź. Prawdą jest, że nikt nie wie wszystkiego, ale to nie jest tak naprawdę problemem. Problem polega na tym, że w pewnych kwestiach nikt nic nie wie, nic się nie robi, by to zmienić, a czasami medycyna całkowicie się myli. Wciąż wierzę w siłę nauki i medycyny. Wciąż wierzę w ciężką pracę i uprzejmość. I wciąż mam nadzieję. Nadal się modlę. Ale moje perypetie zarówno jako lekarza, jak i pacjenta nauczyły mnie wiele o tym, że często dochodzi do niesprawiedliwego rozdźwięku pomiędzy tym, co może zaoferować nauka, a naszym kruchym życiem, pomiędzy myślami i modlitwami a zdrowiem i dobrym samopoczuciem. To opowieść o tym, jak dowiedziałem się, że w medycynie nie istnieją magiczni wynalazcy, że nikt nie zajmuje się wymyślaniem prezentu dla mnie i nikt nie dostarczy mi leku na tacy. To również opowieść o tym, jak zrozumiałem, że nadzieja nie może być pojęciem pasywnym. To wybór i parcie do przodu; żywienie nadziei to coś więcej niż wypowiedzenie życzenia i czekanie, aż się spełni. Nadzieja powinna inspirować do działania. A kiedy to działanie przejawia się w medycynie i nauce, nadzieja może stać się rzeczywistością wykraczającą poza najśmielsze oczekiwania.

Krótko mówiąc, ta opowieść jest o umieraniu i mam nadzieję, że nauczycie się z niej czegoś o życiu.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Na drugim roku medycyny zostałem skierowany do szpitala w Betlejem w Pensylwanii, starego miasta, słynącego z produkcji stali, które w latach dziewięćdziesiątych pogrążyło się w kryzysie, lecz teraz stało się tętniącym energią miasteczkiem. Potrafiłem się tam odnaleźć. Niedawno przeszedłem przez własną ciemną dolinę – sześć lat wcześniej straciłem mamę, która umarła na raka – czułem się tak, jakbym właśnie wspiął się i przeszedł na drugą stronę. Śmierć mamy sprawiła, że postanowiłem studiować medycynę; marzyłem o tym, że będę pomagał pacjentom takim jak ona, poza tym chciałem się zemścić na chorobie, która ją zabrała.

Wyobraźcie mnie sobie jako wojownika walczącego z rakiem, uczącego się po to, by zrównywać z ziemią tak zwanego cesarza chorób, króla przerażenia. Wyobraźcie mnie sobie, jak ostrzę broń i szykuję się na wojnę, zachowuję stoicki spokój, choć kipię gniewem.

Ale najpierw wyobraźcie sobie mnie na stażu na położnictwie, gdzie kulę się z przerażenia. Tego szczególnego dnia nie czułem się jak wojownik, lecz jak aktor. Bez przerwy powtarzałem sobie w myślach, co mam zrobić. Przećwiczyłem kroki, przypomniałem sobie kwestie, przejrzałem listę kontrolną i próbowałem zapamiętać, jak gra się lekarza. Naprawdę czułem się tak, jakbym miał wejść na scenę. Ktoś odsłonił zasłony i przez okno sączyło się światło słoneczne, rzucając niebiański blask na parę, która po raz pierwszy miała zostać rodzicami, oraz na niebieskie prześcieradło niedawno założone przez pielęgniarkę. Oboje byli rozemocjonowani, czoło kobiety lśniło od potu; jestem pewien, że moje także.

Ci małżonkowie zbliżali się do trzydziestki, zatem byli starsi ode mnie. Przyszło mi do głowy, że wraz z Caitlin, która wówczas od trzech lat była moją dziewczyną, możemy niedługo znaleźć się w takiej samej sytuacji, i to była miła, pokrzepiająca myśl. Ale chyba wyglądałem na bardziej zdenerwowanego, niż sądziłem, ponieważ mężczyzna zapytał:

– To nie jest pana pierwszy raz, prawda?

Jeśli chodzi o medycynę, to wszystko, co z nią się wiąże, ma swój pierwszy raz – każdy lek ma swojego pierwszego pacjenta, każdy chirurg swoją pierwszą operację, każda metoda jest kiedyś wypróbowywana po raz pierwszy – a i moje życie wówczas było codziennie zdominowane przez pierwsze razy i nowe wyzwania.

Zapewniłem jednak przyszłego ojca, że już to robiłem. Nie powiedziałem mu natomiast tego, że tylko raz.

A potem zająłem pozycję. Dwa wypite rano red bulle zaczęły działać, więc byłem gotowy.

Gdy w myślach przypominałem sobie etapy porodu, nagle pojawił się pierwszy zwiastun dziecka – jego główka.

Nie upuść go, Dave. Nie upuść go, Dave. Nie upuść go, Dave.

A potem już poszło. Bezpiecznie sprowadziłem dziecko na świat (to łatwiejsze, niż wam się wydaje) i patrzyłem, jak bierze swój pierwszy oddech. W całym ciele odczułem świadomość celu, to uczucie objęło również kończyny i zdominowało zmysły do tego stopnia, że nawet nie dotarł do mnie zapach odchodów i krwi, który towarzyszy każdemu porodowi. Nie wyglądało to tak jak na filmach. Było o wiele więcej strachu i ulgi.

Później wiele razy przypominałem sobie narodziny tego dziecka. Tego, co zrobiłem, w żadnym wypadku nie można nazwać heroicznym, skomplikowanym czy niezwykłym. Poród był rutynowy. Ale pomogłem nowemu życiu i to było niesamowite. Szpitale zbyt często kojarzą się z czymś innym niż ze startem w życie – lekarze, pielęgniarki i pacjenci zbierają się w jednym pomieszczeniu, kiedy dzieje się coś złego.

W styczniu 2010 roku odbywałem swój pierwszy staż w szpitalu, gdzie po raz pierwszy widziałem poród, działo się to kilka miesięcy przed narodzinami tego dziecka w Betlejem w Pensylwanii. Po czterech latach kursów przygotowawczych, studiach magisterskich oraz półtora roku studiów w szkole medycznej w końcu nadeszła pora, by sprawdzić swoją wiedzę w praktyce. Koniec z obserwowaniem innych. Mogłem ratować ludzkie życie. Przed pierwszym dniem w pracy spałem jakieś trzy godziny – ostatni raz byłem tak podekscytowany, gdy grałem w futbol. Temperatura spadła poniżej zera, wstałem przed świtem, żeby iść do szpitala – niosła mnie tam adrenalina. Mnóstwo razy wchodziłem tym samym wejściem Szpitala Uniwersyteckiego w Pensylwanii, ale tego dnia było zupełnie inaczej. Podłogi bardziej lśniły. Hol był większy lub ja byłem mniejszy. Uśmiechnąłem się i pomachałem ochroniarzom, którzy grzecznie odpowiedzieli na pozdrowienie. Zapewne tego ranka widzieli wielu studentów medycyny. Każdy z nas oczywiście marzył o tym, że będzie przyjmował pacjentów i pomagał im niczym lekarze w serialu Doktor House.

 

Na początku skierowano mnie do dyżurki oddziału psychiatrycznego, gdzie miałem zapoznać się z zasadami konsultacji psychiatrycznych. Krótko mówiąc, nasza praca polegała na odwiedzaniu pacjentów na różnych oddziałach, gdyż lekarze prowadzący uznali, że przyda im się dodatkowe wsparcie psychiatryczne. Niektórzy pacjenci tylko majaczyli po operacji, inni natomiast chcieli zrobić krzywdę sobie lub innym.

Psychiatria nie była moją wymarzoną specjalizacją – przede wszystkim chciałem walczyć z rakiem – ale cieszyłem się, że mogę rozpocząć swoją karierę medyczną w tak pozytywny sposób. Wobec tego z werwą przystąpiłem do nowych obowiązków. Przywitałem się z jakąś trochę ode mnie starszą kobietą – jedną z rezydentek – którą pochłaniało coś na ekranie komputera. Podałem jej rękę, przedstawiłem się i oznajmiłem – niepotrzebnie – że to mój pierwszy staż.

Wówczas, podobnie jak teraz, zupełnie nie umiałem ukrywać swojego nastroju. Zawsze można było od razu wszystko po mnie poznać. Rezydentka zapewne mogła nawet poczuć moje zdenerwowanie.

Chwilę później przyszedł kolejny student. Cóż, jak się wkrótce dowiedziałem, w zasadzie nie był studentem medycyny, chociaż nasze role we wspieraniu pacjentów miały być takie same. Był już wtedy chirurgiem szczękowym; ukończył stomatologię oraz rezydenturę na stomatologii. Teraz wrócił, żeby podjąć staż na kilku oddziałach, co jest wymagane, gdy chce się wykonywać zawód chirurga szczękowego. Miałem rywalizować z kimś, kto już uczył się na lekarza od ośmiu lat.

I tak, to była rywalizacja. Obaj byliśmy ubrani jak plebs: w takie same krótkie białe fartuchy, sięgające nam zaledwie do pasa. To nas odróżniało od innych (i było zamierzone). Lekarz prowadzący oraz jeszcze jeden rezydent przyszli w fartuchach, które sięgały niemal do podłogi. Nigdy nie czułem się tak nieubrany. Zwłaszcza że Chirurg Szczękowy mógł włożyć dłuższy fartuch, gdyby tylko chciał. Już sobie na niego zasłużył. Już przeszedł przez sito. Żeby zostać lekarzem, trzeba najpierw ukończyć kursy przygotowawcze na medycynę, a następnie przejść czteroletnie szkolenie. To krok pierwszy. Potem w zasadzie dostajesz już długi fartuch, ale wciąż musisz zaliczyć rezydenturę oraz jeśli to możliwe staż, który trwa od trzech do ponad dwunastu lat – w zależności od specjalizacji – zanim w końcu będziesz mógł praktykować samodzielnie jako lekarz prowadzący. Przede mną wciąż była długa droga. Ale pierwszy dzień stanowił pierwszy krok.

Nasze poranne przywitanie (oraz moje osobiste przemyślenia) zostały przerwane przez piszczenie pagera. Nasza pierwsza misja. Szliśmy przez korytarz ustawieni według zajmowanego stanowiska – Chirurg Szczękowy i ja na końcu.

Kiedy dotarliśmy do sali chorych, poczułem gulę w gardle. W pokoju było ciemno. Pacjent był bardzo chory. Miał opuchnięte policzki od leków kortykosteroidowych, które mu podawano, co przypomniało mi wygląd mamy, która również była leczona w ten sposób na raka. Opuchnięte policzki powiększały jej uśmiech. Wspomnienie było słodko-gorzkie. Wiedziałem, z czym będę musiał się zmagać, jeśli bez przerwy będę myślał o mamie. Ale nie mogłem odciąć się od wspomnień. Poza tym nie chciałem tego robić – gdy przypomniałem sobie, jak się uśmiechała z wielkimi policzkami, sam się uśmiechnąłem.

Ten pacjent był nie tylko chory, ale znajdował się w stanie krytycznym, a naszym celem było ustalenie, czy może sam podejmować decyzję o swoim leczeniu. Przy łóżku siedziała jakaś kobieta i trzymała go za rękę. Wkrótce okazało się, że to jego żona. Łzy płynęły jej po twarzy, nie ocierała ich, więc w końcu zaczęły skapywać pomiędzy dłońmi, którymi trzymała jakiś koc. Mały kawałek pocieszenia, który wkrótce zwilgotniał od jej smutku. Pacjent był zdezorientowany, ale próbował odpowiedzieć na nasze pytania, mające na celu określenie, w jakim jest stanie psychicznym.

– Gdzie jesteśmy?

– W Nowym…

Byliśmy w Filadelfii.

– Jaki mamy rok?

– Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty siódmy.

Był 2010.

Zebraliśmy się przed jego salą, ale decyzja nie była trudna, więc rozmawialiśmy krótko. Pacjent nie mógł podejmować decyzji o dalszym leczeniu; powinna robić to jego żona.

Oczywiście medycyna nie jest zawsze tak zero-jedynkowa. Nie chodzi tylko o życie i śmierć, o radość i rozpacz. Czasami pomimo śmiertelnej choroby pacjent odczuwa radość.

Czas spędzony w zespole do spraw konsultacji psychiatrycznych pacjentów nie wyróżniał się długością trwania ani nie wykazał, że mam jakieś szczególne predyspozycje do tej pracy.

Po dwóch tygodniach w zespole konsultacyjnym z radością przeniosłem się na psychiatryczny zamknięty oddział szpitalny. To było przytłaczające doświadczenie dla szkolącego się lekarza, miejsce dla pacjentów na krawędzi: zmagających się z depresją, chorobą dwubiegunową, schizofrenią i niedoszłych samobójców. Chociaż ten staż był koniecznym krokiem w stronę kariery lekarskiej, nie spodziewałem się, że zyskam jakieś umiejętności potrzebne do walki z rakiem.

Moim pierwszym pacjentem na tym oddziale był George. Miał pięćdziesiąt dwa lata, był rozwiedziony, wysoki, postawny. U George’a wykryto glejaka, agresywnego raka mózgu – najgorszego ze wszystkich, to na niego zmarła moja mama. Jedna część jego twarzy opadła, utykał. Ale to nie dlatego znalazł się w szpitalu. Był na oddziale psychiatrycznym ze względu na depresję oraz chęć popełnienia samobójstwa. W tym tygodniu oznajmiono mu, że ma przed sobą dwa miesiące życia.

Rezydentka powiedziała, że George nie chciał z nikim rozmawiać, odkąd trafił na oddział, i że przez prawie cały dzień nie rusza się ze swojej sali. Poprosiła mnie o przeprowadzenie testu na stan psychiczny pacjenta, by uzupełnić jego dokumentację. Pomimo szybko rosnącego guza mózgu udało mu się uzyskać 30 punktów na 30 możliwych. Większość pacjentów, których badałem, uzyskiwała około 25 punktów, chociaż nie cierpieli na raka mózgu.

Kiedy pokazałem mu wyniki, rozpromienił się.

– Dałem radę! Dostanę jakąś nagrodę?

– Super. Wrócę do pana z niespodzianką. – Uśmiechnąłem się.

Oddalił się z większą pewnością siebie, niż kiedy przyszedł na badanie. Było to widać nawet po jego postawie i kroku. Mniej pociągał nogą.

Ale później tego samego dnia widziałem, jak leżał w łóżku przy wyłączonym telewizorze. Po prostu wpatrywał się w ścianę. Radość, jaką sprawiłem mu testem, była tylko chwilowa. Nawet jeśli była tylko chwilowa, da się ją powtórzyć. Nic nie stało na przeszkodzie, mogłem znowu go podbudować. Jeśli to było najlepsze, co mog­liśmy dla niego zrobić, to warto było spróbować.

Przeszukałem internet i znalazłem nowy zestaw pytań określających stan psychiczny. Tym razem dostał 28 na 30 punktów, prawie tak samo dobrze jak poprzednio i znacznie lepiej niż średni wynik 25 punktów. George uśmiechał się od ucha do ucha. Następnego ranka nie leżał w łóżku – znalazłem go przy dyżurce pielęgniarek, gdzie przechwalał się każdemu, kto chciał słuchać, jak dobrze mu poszło w dwóch testach.

Dopóki George znajdował się w szpitalu, każdego dnia po południu przeprowadzałem taki test. Nie były to badania konieczne ze względów formalnych i ich wyniki nie znalazły się w jego karcie, ale nie o to w nich chodziło. Stan psychiczny George’a uległ zmianie – pacjent porzucił myśli samobójcze i stał się bardziej radosny dzięki rutynowemu kwestionariuszowi szpitalnemu. Z czasem też stało się coś jeszcze.

Jeden z punktów testu polega na tym, że pacjent ma napisać dowolne zdanie na kartce. George za każdym razem pisał coś o swojej córce, Ashley. W poniedziałek napisał „Kocham Ashley”. We wtorek: „W sobotę były urodziny Ashley”. W środę napisał: „Tęsknię za Ashley”. W czwartek: „Kocham Ashley!”. Jasne było, że Ashley jest dla niego ważna. Więc zapytałem go o nią. Dowiedziałem się, że od dłuższego czasu z nią nie rozmawiał, ale każdego dnia nagrywał się na jej poczcie głosowej. Nie jestem naiwny; wiedziałem, że sytuacja jest bardziej skomplikowana, niż się wydawało. Wiedziałem, że takie oddalenie może mieć wiele przyczyn. Obserwowałem mężczyznę, który w ostatnich dniach swojego życia pisał krótkie liściki do swojej córki, choć ona nigdy ich nie zobaczy, i nagrywał się na pocztę głosową, choć ona nigdy nie oddzwaniała, i w końcu pomyślałem, że dość łatwo można rozwiązać tę sytuację. Zapytałem George’a, czy mógłbym zadzwonić do Ashley i powiedzieć jej, że on dobrze sobie radzi, opowiedzieć o świetnych wynikach testów oraz liścikach i o tym, jak sam się czułem, gdy moja mama miała raka mózgu. Zgodził się. Więc zadzwoniłem i nagrałem się jej na poczcie.

Następnego dnia zapytałem George’a co u niego.

– Świetnie! Wczoraj wieczorem dzwoniła Ashley!

Kiedy znalazłem się za rogiem, z dala od George’a, uniosłem rękę w geście triumfu. Wtedy chyba pierwszy raz naprawdę pomogłem pacjentowi. I nie była to żadna skomplikowana procedura medyczna ani pokaz zręczności chirurgicznej. Nie dokonałem żadnego odkrycia. Po prostu pozwoliłem sobie na to, by moimi poczynaniami kierowały nadzieja i pragnienie, aby ostatnie dni George’a były radosne. George i ja dokonaliśmy przełomu podczas wypełniania dokumentacji medycznej. I tyle. Tyle wystarczy, by dać człowiekowi wsparcie.

Byłem świadkiem radości ludzi, którzy po raz pierwszy zostali rodzicami, i rozpaczy ubezwłasnowolnionego pacjenta i jego żony, ale tak naprawdę udało mi się dać radość George’owi.

Dobrze się z tym czułem. Chciałem więcej.

Na szczęście dla mnie ten etap szkolenia przyszłych lekarzy jest tak pomyślany, by dawać coraz więcej. Więcej, niż jesteś w stanie przyjąć.

ROZDZIAŁ DRUGI

Wydawałoby się, że będę zbyt zmęczony, żeby robić coś jeszcze poza murami szpitala, ale niekończące się godziny i duże napięcie dawały mi mnóstwo energii i werwy. Pomiędzy kolejnymi stażami na oddziałach i długimi dyżurami moi najlepsi przyjaciele ze studiów i ja wymykaliśmy się na siłownię. Ćwiczyliśmy oraz wypełnialiśmy czas tak zwanym dynamicznym wypoczynkiem, podczas którego narzekaliśmy na staż, personel szpitalny, a ja przez pierwsze tygodnie na Chirurga Szczękowego.

Jako że jestem cieniem dawnego siebie, nie wydaje mi się niestosowne wspomnieć, że wtedy potrafiłem wyciskać sto siedemdziesiąt kilo na leżąco. Moi kumple zaczęli nazywać mnie Bestią. Nawet w college’u jako futbolista w Division 1 nie byłem większą Bestią.

Pewnego wieczoru kilku moich przyjaciół oglądało mecz drużyny z Filadelfii, podczas gdy ja uczyłem się w swoim pokoju. Wyszedłem na chwilę, gdy Ryan Howard zamierzał się do uderzenia kijem. W tamtym czasie Howard był jednym z najlepszych pałkarzy w lidze baseballu. Komentator powiedział, że Howard jest w stanie wycisnąć sto sześćdziesiąt kilo. Mój kolega Aaron spojrzał na mnie i powiedział:

– Howard wyciska sto sześćdziesiąt kilo, by zdobywać punkty dla drużyny. A tobie po co one? Żeby odchylać skórę pacjenta podczas operacji? – Wszyscy zaczęli się śmiać. Być może czując, że mój śmiech był nieco wymuszony, następnego dnia Aaron przysłał mi maila z linkiem do zawodów w wyciskaniu w Stanardsville w Wirginii ze słowami: „Wykorzystaj swoje umiejętności”. Wciąż nie wiem, czy mówił poważnie, ale podjąłem wyzwanie. Kilka tygodni później dziewięciu z nas pojechało dwoma samochodami do Stanardsville, miasta zamieszkiwanego przez pięciuset mieszkańców, oddalonego o pięć godzin drogi od Filadelfii. Tylko ja miałem wziąć udział w zawodach, ale moi przyjaciele z chęcią poświęcili swój cenny wolny czas, żeby mi kibicować. Na szczęście dla mnie w tych zawodach uczestnicy musieli oddać próbkę moczu do badania na zawartość nielegalnych substancji. Ja zażyłem jedynie trzy red bulle, które są całkowicie dozwolone.

Co prawda nie zdobywałem punktów dla drużyny baseballowej, ale wygrałem te zawody w wyciskaniu w mojej klasie wagowej. Zabrakło mi niecałych trzech kilogramów do pobicia rekordu stanowego. Kumple dopingowali mnie: „Bestia! Bestia!”. Wieczorem porządnie oblaliśmy to osiągnięcie.

 

Być może moja przygoda z wyciskaniem dowodzi tego, co powiedziałby wam ktoś, kto mnie dobrze zna: mam w sobie coś z masochisty. Przejawiało się to też w tym, że ciągłe wymagania stawiane przed młodym lekarzem tak mi pasowały. Im więcej ode mnie żądano, tym lepiej potrafiłem sobie zorganizować zarówno pracę, jak i czas wolny. Fakt, iż mogłem pomagać ludziom takim jak George, sprawił, że jeszcze bardziej skupiałem się na wszystkim, co robiłem. Miałem wrażenie, że wreszcie odkrywam potencjał ukryty gdzieś głęboko lub zamrożony na czas studiowania medycyny.

To było stare, dobre uczucie. Zarówno w szkole, jak i na boisku naprawdę pomagało mi to, że potrafiłem lepiej się skupić i pracować ciężej niż inni. Tylko dlatego odnosiłem sukcesy w futbolu; grałem jako rozgrywający w Georgetown, mimo że Bóg mnie nie obdarzył szybkimi nogami.

Po żałobie po śmierci mamy wróciłem na właściwe tory. Musiałem wziąć byka za rogi. Byłem zdrowy, wszystko układało się kwitnąco. Byłem mistrzem w wyciskaniu na ławeczce w swojej klasie wagowej w Wirginii, miałem wspaniałą dziewczynę, Caitlin, która była dla mnie opoką, gdy przechodziłem trudne chwile po śmierci mamy, a teraz – nawet na odległość (mieszkała w Raleigh w Karolinie Północnej, gdzie kończyła college) – równie mocno wspierała mnie w dążeniu do zostania lekarzem. Powoli zmierzałem do dnia, gdy pokonam chorobę, która odebrała mi matkę. Czułem się tak, jakbym podbijał cały świat.

Ale światy zostawały za mną.

Pewnego wieczoru, kilka tygodni po Stanardsville, uczyłem się przed stażem na neurologii – przerzucałem fiszkę za fiszką, gdy zadzwonił telefon. To była Caitlin. Prawie co drugi tydzień kursowaliśmy pomiędzy Filadelfią i Raleigh, żeby się spotkać i spędzić ze sobą weekend. Pomyślałem, że może właśnie wróciła z rodzinnego obiadu z moją rodziną – chodziła na nie nawet wtedy, gdy nie było mnie w Raleigh, żeby z nimi pobyć – i teraz dzwoni do mnie, żeby opowiedzieć, co słychać u rodziny. A może wróciła do domu z pracy i chce się ze mną podzielić czymś zabawnym – kiedy nie miała zajęć, pracowała w sklepie odzieżowym mojej siostry lub pilnowała mojej trzyletniej siostrzenicy, Anne Marie. Nieważne, co miała mi do powiedzenia, jej telefony zawsze wprawiały mnie w dobry nastrój.

Ten jednak od pierwszej chwili był inny.

– Cześć – powiedziała – musimy pogadać. – Chociaż wypowiedziała zaledwie trzy słowa, brzmiała niezwykle smutno i nerwowo. Zacząłem się zastanawiać, czy stało się coś złego u niej w pracy albo na uczelni, a może coś z jej rodzicami lub bratem, którzy byli mi bardzo bliscy. – Chyba musimy zrobić sobie przerwę.

To był niespodziewany cios. Nigdy nie wyobrażałem sobie życia bez Caitlin. Czyżby o tym nie wiedziała? Zapomniałem jej powiedzieć? Potrzebowałem jej. Sądziłem, zakładałem, że wiedziała o tym i chciała być przy mnie. Zabrakło mi słów.

W końcu po prostu powiedziałem:

– W porządku – po czym nastąpiła długa pauza.

Teraz rozumiem, że nie chciałem usłyszeć, co wpłynęło na tę decyzję, więc nie drążyłem tematu i nie zapytałem. Moja umiejętność szybkiej koncentracji, coś, co pomagało mi w tak wielu sytuacjach i miało pomagać w przyszłości, rzadko działała przy Caitlin.

Wobec tego to ona przerwała ciszę.

– Myślę, że powinniśmy zrobić sobie przerwę, ponieważ nie jestem dla ciebie najważniejsza.

Wiedziałem, o co jej chodzi, ale nie mogłem przestać myśleć: Wiedziałaś o wszystkim. Wiedziałaś, co mam do zrobienia i w co się pakujemy. Przez trzy lata jakoś nam się udawało. Potrafiliśmy utrzymać nasz związek – i spędzić ze sobą najszczęśliwsze chwile naszego życia – pomimo ograniczeń czasowych i geograficznych: kiedy ja mieszkałem w Georgetown, a ty w Raleigh. Wyjechałem na cały rok, żeby obronić pracę magisterską w Anglii, i urabiałem sobie ręce po łokcie, żeby wyrobić się w krócej niż rok, bym mógł jak najszybciej wrócić do ciebie do Stanów. Teraz od dwóch lat byłem oddalony o siedem godzin jazdy. Mam różne priorytety w życiu, lecz ty jesteś zawsze blisko szczytu listy. Nie wiesz o tym? Dlaczego teraz? Dlaczego nie poruszyłaś tego tematu, kiedy spotkaliśmy się w zeszłym tygodniu? Dlaczego nie chcesz już być ze mną?

Byłem jednak tak zszokowany, że nie zaprotestowałem ani słowem; pomiędzy nami rozciągała się cisza, która chyba jeszcze bardziej utwierdzała ją w postanowieniu, żeby ze mną skończyć. Moje zaskoczenie i brak słów były typowe dla nas, mieliśmy problemy w komunikowaniu swoich potrzeb, co stanowiło jeden z czynników, które wpłynęły na to rozstanie. Rozłączyliśmy się.

A potem przerwałem ciszę.

– To koniec? Powinienem o nas walczyć? – zapytałem na głos. Pozwoliłem sobie na niemal baśniową wiarę w to, że wszystko się ułoży, że jeśli „jesteśmy sobie pisani”, to znajdziemy do siebie drogę. Widocznie teraz nie jest właściwa pora, a przynajmniej tak sobie wmawiałem, żeby złagodzić ból. Byłem młody, zdrowy i nieco wytrącony z równowagi, ale sądziłem, że mamy przed sobą mnóstwo czasu, by wszystko naprostować. Nie musiałem od razu działać. Mogłem poczekać i zobaczyć, co dalej.

Kiedy pierwszy szok minął, moją reakcją na zerwanie było to samo, co doprowadziło mnie do tego punktu. Jeszcze bardziej się skupiłem. Więcej się uczyłem. Zostawałem po godzinach w szpitalu. Ćwiczyłem i stawałem się jeszcze większą Bestią. Nie chciałem stać w miejscu na tyle długo, by zmierzyć się z tym, co się stało. Jeśli będę szybko uciekał, uda mi się przegonić ból.

Dwa miesiące później Caitlin uniemożliwiła mi ucieczkę od niej. Odwiedzała swoich rodziców w Filadelfii i zaprosiła mnie na kolację. Po wszystkim powiedziała mi, że była gotowa do mnie wrócić, jeśli ponownie stałaby się dla mnie najważniejsza. Wciąż czułem się zraniony i nadal wierzyłem, że jeśli mamy być ze sobą, sprawy ułożą się w odpowiednim dla nas momencie. W ostatnich miesiącach rzuciłem się w wir zajęć i to odciągało mnie od myślenia o uczuciach, które do niej żywiłem. Odrzuciłem zaproszenie. Mieliśmy czas, więc wolałem skupić się na innych sprawach.

Do tego momentu udawało mi się zaprzeczać, racjonalizować i wszystko sobie tłumaczyć. Życie – i śmierć – postępowały naprzód, nieczułe na moją potrzebę schowania głowy w piasek.

Tydzień później do szpitala przyjęto chudą, lecz zdrowo wyglądającą sześćdziesięciolatkę z typowymi objawami udaru. Ja i rezydentka zajmująca się udarami zostaliśmy rano wezwani przez pager. Zbiegliśmy do izby przyjęć – naprawdę biegliśmy. Pacjentka coś mówiła, ale jej wypowiedź nie miała żadnego sensu. Miała sparaliżowaną prawą stronę ciała. Zawieźliśmy ją na tomografię.

Wylew był poważny. Rezydentka rozmawiała z kobietą i jej mężem.

– Jest lek, który może pomóc, jeśli zostanie podany zaraz po wystąpieniu objawów. Mogą jednak wystąpić poważne skutki uboczne, z którymi muszą się państwo liczyć. – Wyjaśniła, na czym polegają. Informacja była jasna – trzeba postępować szybko, jeśli chcemy odnieść jakiś skutek. Z tą decyzją wiązały się jednak poważne konsekwencje.

Wyszliśmy z sali, żeby dać małżeństwu czas na decyzję. Kiedy mąż wyszedł, powiedział nam, że chcą tej kuracji, więc od razu przystąpiliśmy do działania i podaliśmy jej lek.

Siedziałem przy pacjentce i monitorowałem oznaki poprawy. Właściwie to niczego nie monitorowałem – po prostu modliłem się i miałem nadzieję. Pierwsza minuta trwała całą wieczność. A potem zauważyłem zmianę. Ale nie na lepsze. Zaczęło jej się szybko pogarszać. Jeszcze gorzej mówiła. W zasadzie nie można jej było już zrozumieć. Doznała rzadkiej, ale dobrze przebadanej komplikacji po podaniu leku: krwotoku śródczaszkowego, czyli krwawienia z mózgu. Z trudem oddychała. Natychmiast przerwaliśmy procedurę i zrobiliśmy co w naszej mocy, żeby utrzymać ją przy życiu. Podnieśliśmy łóżko do pozycji pionowej, podaliśmy nowe leki, skonsultowaliśmy się z neurochirurgiem w sprawie przeprowadzenia kraniotomii, modliliśmy się i trzymaliśmy kciuki. Mimo naszych wysiłków umarła w ciągu trzech godzin. Takie zakończenie nie zdarzało się często, lecz ryzyko było dobrze znane, poinformowaliśmy o nim ją i jej męża, ale to i tak nie polepszyło naszych nastrojów.