Europa o świcie

Tekst
Z serii: s-f
Z serii: Pęknięta Europa #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Dostawy żywności, którym towarzyszył hałas śmigłowców latających nad głowami i krążących nieustannie łodzi patrolowych, wywoływały na wyspie atmosferę karnawału, chociaż odbywającego się na nagiej skale pośrodku morza i zarządzanego przez uzbrojonych ludzi.

Nikt naprawdę nie chciał wziąć odpowiedzialności za uchodźców. Morza Śródziemne i Egejskie otaczały kraje wielekroć rzucone na kolana przez kryzysy ekonomiczne jeszcze przed tym, nim zaczęła się w nich srożyć grypa Xian; państwa, królestwa, republiki i kraiki, które ledwie były w stanie zatroszczyć się o własnych obywateli, nie mówiąc już o bezpaństwowcach. Humanitaryzm, zgadzali się wszyscy, był szlachetną ideą, ale w istocie zaczynał się w domu.

Stanowiło pewnik, że państwa Północy pogardzają uchodźcami i boją się ich, i to od dłuższego czasu. Preferowaną opcją było całkowite powstrzymanie ich napływu, w związku z czym w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie działały przez dziesięciolecia rozmaite programy budowania państwowości. Nieuchronnie pogarszały sytuację, ale były tak lukratywne dla prywatnych firm i korporacji, którym zlecono te przedsięwzięcia, że uznawano je za niemożliwe do zlikwidowania.

Podczas gdy rządy umywały ręce, a prywatne przedsiębiorstwa odwracały wzrok, obowiązek zapobieżenia temu, co w basenie Morza Śródziemnego stałoby się katastrofą o biblijnym wymiarze, spadł na zdumiewający zlepek agencji pomocowych, organizacji charytatywnych i pozarządowych. Żadna z nich nie mogła żywić nadziei, że udźwignie tak wielki ciężar niesienia pomocy, powstało zatem nieformalne kalendarium rotacji. Nie umknęło uwagi Benna, że żadna z tych agencji nie pochodziła z Północy, jeżeli nie liczyć ONZ-etu, który był wszędzie i robił bokami.

W tym miesiącu przyszła kolej na Albańczyków. Ich działania były kiepskie i amatorskie, ale wyspiarze – ci, którzy naprawdę byli świadomi istnienia Albanii – zgadzali się, iż graniczy z cudem, że Albańczycy w ogóle w tym uczestniczą. Przypłynęli przerobionym trawlerem-przetwórnią wydzierżawionym od rosyjskiej floty stacjonującej na Krymie, a swoje artykuły pomocowe transportowali na wyspę małą flotyllą pontonów.

Na początku powab tych dostaw okazywał się nieodparty dla wielu, którzy widzieli w nich jeśli nie sposób dotarcia na Północ, to przynajmniej na stały ląd. Włochy, Hiszpania, Albania, a nawet Chorwacja stanowiły przynajmniej start, przyczółek na kontynencie. Dlatego było mnóstwo prób wydostania się w roli pasażerów na gapę. Większość ucieczek okazała się nieudana, ale kilka blind dotarło aż na statki pomocowe, zanim zostali odkryci, a jeden, legendarny Sulejman, dostał się na stały ląd. Ludzie na wyspie wiedzieli o tym, gdyż Sulejman wrócił po trzech latach, odbiwszy się od nieprzeniknionej granicy węgierskiej, po czym został deportowany do Tunezji, żeby zacząć od nowa.

Benno powątpiewał w istnienie Sulejmana – chociaż część starszych wyspiarzy przysięgała, że go znali – ale sama liczba prób ucieczek doprowadziła do zdecydowanego zrewidowania zasad bezpieczeństwa dotyczących wizyt pomocowych. Odsetek nieudanych ucieczek wzrósł do stu procent i w końcu pragnienie wydostania się tą drogą zostało wyplenione wśród wyspiarzy. Nikt nie usiłował dostać się na pokład statków pomocowych już na długo przed tym, nim Benno trafił na wyspę.

Albańczycy przypływali zwykle w środku nocy; kiedy statek-przetwórnia zbliżył się do wyspy i rzucił kotwicę, odgłos jego silników niósł się po morzu i odbijał echem od zbocza góry, a gdy słońce się wzniosło, stał tam, parę mil dalej, czerwony i ogromny.

Potem następował okres administracyjny. Przedstawiciele albańskiej agencji pomocowej odwiedzili Angelicę Newbon, żeby załatwić sprawy papierkowe i ustalić harmonogram. To mogło zająć kilka godzin lub cały dzień, a w tym czasie wyspiarze gromadzili się na brzegu i spoglądali na ogromny róg obfitości, który do nich przypłynął.

Następnym krokiem było ustawienie na nabrzeżu stolików i kuchni polowych pilnowanych przez oenzetowskich żołnierzy z karabinami i paralizatorami oraz przybycie tłumu wyspiarzy, w większości nowych, którzy nie nauczyli się jeszcze, że obecność stołów i kuchni niekoniecznie oznacza rychłe pojawienie się pożywienia. Kiedy stawało się jasne, że jedzenia nie ma, większość ludzi i tak zostawała, żeby się gapić, po prostu dlatego, że było to coś odmiennego. Egeja mogłaby opanować światowy rynek eksportu nudy.

Z powodu konieczności przetransportowania całego sprzętu i zapasów przygotowania mogły potrwać cały dzień, więc sama dostawa żywności nie zaczynała się wcześniej niż następnego dnia i do tego czasu większość wyspiarzy stawała się podenerwowana i niecierpliwa, a oenzetowscy strażnicy spięci i zirytowani.

Podejście do rozdzielania pomocy różniło się zależnie od organizacji. Dla jednych był to zwyczajny zrzut, przekazanie wyspiarzom setek worków ryżu i innych towarów, żeby zrobili z tym, co zechcą. Inni przywozili tylko odzież i lekarstwa. Albańczycy mieli mieszane podejście – odbywało się wydawanie towarów sypkich, takich jak ryż, sól i cukier, a także ubrań i leków, ale były także gorące posiłki, i rankiem trzeciego dnia z portu płynął niemal orgazmiczny zapach gotowania, który zdawał się spowijać całą wyspę, a ludzie zaczynali licznie gromadzić się na nabrzeżu.

Dla strażników zawsze był to czas pełen napięcia; zjawiał się cały kontyngent oenzetowski, żeby pilnować porządku, w zbrojach do tłumienia rozruchów oraz z bronią na ostre i gumowe pociski.

– Spójrz na nich – powiedział Stav, przyglądając się uważnie tłumowi. – Jak barany. Jesteśmy potomkami wojowników, a tylko na nas popatrz.

Benno, który był całkowicie pewny, że w jego drzewie genealogicznym nie było ani jednego wojownika, przyjrzał się otoczeniu, pocąc się w mundurze i hełmie z przyłbicą. Jedyną bronią, jaką miał, była pałka w uchwycie przy pasie, ale poza tym nic nie odróżniało go od strażników. Stav powiedział mu, że uniform pochodzi z zapasów, które Ringo utrzymywał od kilku lat w celu, którego można się było jedynie domyślać.

– Kiedy zostaniesz złapany, a tak się stanie, nie mów nikomu, skąd pochodzi sprzęt – przykazał. – To najgłupszy pomysł, jaki ktoś miał na tej skale, a poprzeczka jest zawieszona naprawdę wysoko.

Benno nie zawierzył całości planu Stavowi, bo gdyby to uczynił, przyjaciel nie zgodziłby się mu pomóc. Mundur sam w sobie stanowił niespodziankę. Benno wiedział, że gdzieś w obozie na szczycie góry Ringo ma skład przyzwoitych zachodnich ciuchów, które wystarczyłyby dla jego potrzeb.

– Dobra – rzucił Stav. – Idę. Życzyłbym ci szczęścia, ale to bezcelowe. Wrócisz tutaj, trafisz do Libii albo zginiesz, a to w zasadzie jedno i to samo.

– Co to była za praca? – zapytał Benno.

– Co?

– Praca, którą miałeś wykonywać dla Ringa. Powiedz mi, proszę, że nie miałeś dołączyć do jego egzekutorów.

Stav spojrzał szelmowsko i postukał się po nosie.

– Już za późno, bracie – powiedział. – Mówiłem ci, powinieneś był pójść ze mną, kiedy miałeś okazję.

– Kutas – mruknął Benno; głos wewnątrz hełmu brzmiał dziwnie głucho.

– Hej – odezwał się Stav. – To nie ja jestem przebrany za małpę.

Powiedziawszy to, odszedł spacerowym krokiem w stronę tłumów na nabrzeżu.

Benno obserwował go, czując pierwsze fale paniki. Przypuszczalnie nadal był czas, żeby zmienić zdanie, ale co by wtedy począł? Cztery ostatnie dni krążył po wyspie z kąta w kąt, unikając wszelkich kontaktów. Nie mógł tego robić bez końca.

Mundur pomógł. Miał zdolność płoszenia ludzi. Jednak ważną rzeczą był nie sam uniform, ale zachowanie. Wszystkich oenzetowskich strażników charakteryzował szczególny rodzaj znużonego chodu, jakby wyczerpanego przez arogancję. Benno przyłączył się do ich grupy pilnującej kolejki wyspiarzy, która wiła się teraz w całym porcie i na zboczu wzgórza. Jeden z ochroniarzy skinął mu głową, ale poza tym nikt nie zwrócił na niego uwagi.

Ludzie przechodzili przez ustawioną na nabrzeżu bramkę bezpieczeństwa wykrywającą broń. Po drugiej stronie stało dwadzieścia kilka stołów, za którymi siedzieli kobiety i mężczyźni w letnich ubraniach. Tutaj wyspiarze okazywali swoje dokumenty, otrzymywali nowe z tymczasowym albańskim obywatelstwem, po czym szli ku kuchniom, żeby otrzymać posiłek, a potem odebrać paczki pomocowe. To był długotrwały, nieefektywny i żmudny proces wymyślony najwyraźniej tak samo w celu zirytowania ludzi, co i udzielenia im pomocy, i wraz z tym, jak dzień robił się coraz gorętszy, a zapach gotowanego jedzenia wprawiał oczekujących w podniecenie, zaczęło dochodzić do przepychanek. Benno i inni strażnicy chodzili w tę i z powrotem wzdłuż kolejki; wyspiarzom wystarczał często widok ich mowy ciała, jednak czasami trzeba było użyć ostrych słów, a niekiedy chwycić kogoś za ramię i nim potrzasnąć. Benno pamiętał, że kiedy Albańczycy byli tutaj poprzednim razem, niemal doszło do rozruchów, gdy jakiś biurokratyczny szkopuł sprawił, że wyspiarze stali w kolejce prawie cały dzień, po czym powiedziano im, żeby wrócili do swoich kontenerów.

Pierwszy dzień wizyty pomocowej okazywał się zawsze nieco chaotyczny, bez względu na skuteczność działania organizacji. Ludzie niecierpliwili się, żeby dostać jedzenie i inne dary, egzekutorzy kręcili się wokoło, żeby zebrać haracz z tego, co tamci otrzymali, strażnicy byli coraz bardziej zmęczeni, a pracownicy pomocowi zawsze zdenerwowani. Nawet w najlepsze dni panowało tutaj pewne napięcie.

Niewielka grupa strażników, której Benno był teraz niekwestionowanym członkiem, została wysłana na nabrzeże, żeby zluzować innych ochroniarzy czuwających przy bramce bezpieczeństwa. Nie był to nazbyt uciążliwy obowiązek – nikt nie chciał stracić swoich racji żywnościowych z powodu problemów na punkcie kontrolnym – ale patrząc stamtąd, Benno widział, że kolejka wyspiarzy ciągnie się poza zasięg wzroku. Rozdział pomocy był tak kiepsko zorganizowany, że zapowiadał się na całe dnie. Przechodziło jego pojęcie, dlaczego ktoś robił to tak nieudolnie.

 

Sterczenie przy bramce bezpieczeństwa oznaczało także przebywanie blisko nabrzeża, gdzie cumowało wiele jednostek pływających należących do albańskiego statku i ONZ-etu. Pilnowali ich oenzetowcy oraz personel armatora, chociaż nikt się nie spodziewał, że ktoś ukradnie jakąś łódź, gdyż zakładano, że wyspiarze zrezygnowali z tego konkretnego sposobu ucieczki.

W najbliższym sąsiedztwie roili się ludzie łatwi do zidentyfikowania ze względu na ubiór. Oenzetowcy mieli stroje ochronne i hełmy. Pracownicy pomocowi czyste letnie ubrania. Wyspiarze przeważnie łachmany. Wszystko za bramką wydawało się dosyć porządne, wzdłuż stołów przesuwała się kolejka uchodźców, którym pracownicy agencji pomocowych sprawdzali dokumenty i nadawali nowe obywatelstwo. Był to kolejny gorący bezchmurny dzień i albański statek w oddali zdawał się lewitować nad powierzchnią morza, która była wręcz zbyt jasna, żeby na nią patrzeć.

Nadal był czas na zmianę zdania…

Benno wziął głęboki wdech i wystąpił naprzód. Przez bramkę bezpieczeństwa miał przejść starzec o długiej siwej brodzie. Benno chwycił go za ramię i wyciągnął brutalnie z kolejki.

– Co tam kombinujesz, wujku? – zapytał głośno.

Stary był oburzony i zaczął krzyczeć do niego po pasztuńsku, szarpiąc się i próbując wyrwać. W kolejce wyspiarzy rozległ się pomruk, ale niewystarczający. Benno był świadomy, jak musi wyglądać w oczach starego – potwór w czarnym uniformie, z twarzą ukrytą za pozbawionym rysów bąblem jednostronnej przyłbicy, i poczuł mdłości, gdy cofnął rękę i uderzył swojego więźnia w twarz.

Rozległy się kolejne pomruki i kilka okrzyków, ale wciąż nie był to efekt, na jaki liczył. W dodatku jeden ze strażników ruszył w jego stronę.

– Hej! – zawołał. – Co się dzieje, do diabła?

Benno puścił starego, który padł na kolana, szlochając.

– On…

– Co on? – Strażnik dotarł do niego i pochylił się, aż ich przyłbice się zetknęły. – Nie bije się mieszkańców wyspy! – wrzasnął.

To nie pokrywało się z doświadczeniem Benna, który powiódł wzrokiem wzdłuż kolejki i ujrzał, że wszyscy się uspokajają. Nadzieja na wywołanie zamieszek się nie urzeczywistniła. Pierdoleni wyspiarze, zbyt apatyczni nawet na wzniecenie rozruchów.

– Jak się nazywasz? – zapytał strażnik. – Kto jest dowódcą twojej drużyny?

To nie były pytania, na które Benno miał przygotowane odpowiedzi; spodziewał się, że w tej chwili na wyspie rozpęta się już chaos. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć – cokolwiek – i w tym momencie w tłumie wyżej na zboczu padł strzał.

Wyspiarze pochodzili z wielu kultur, mówili wieloma językami, wyznawali więcej niż jedno wcielenie Boga, ale wszyscy byli głęboko, intymnie zaznajomieni z hukiem broni palnej. Ci najbliżsi źródła odgłosu rozpierzchli się, odsłaniając nagle samotną sylwetkę z okazałym afro, z ręką uniesioną nad głową. Ręka szarpnęła się raz, drugi, rozległy się dwa kolejne strzały. Benno sapnął za przyłbicą, po czym pokręcił głową.

Wysoka postać opuściła ramię, złączyła dłonie przed sobą i wycelowała je w stronę najbliższego ochroniarza. Rozległ się następny strzał, strażnik zatoczył się w tył i przewrócił, a potem wszyscy zaczęli uciekać, krzycząc i wrzeszcząc.

– Pomóż Albańczykom! – zawołał strażnik, który opieprzał wcześniej Benna. – Zabierz ich na statek!

Benno się rozejrzał. Pracownicy pomocowi radzili sobie całkiem dobrze, ulatniając się na własną rękę, ale nie oponował. Odwrócił się i ruszył nabrzeżem, a biegnąc, ujrzał Stava, który zwijał się na ziemi, trafiony paralizatorami przez co najmniej dwóch oenzetowców.

Potem nie miał czasu o tym myśleć. Biegł keją, popędzając przed sobą spanikowanych pracowników pomocowych w stronę łodzi i wypatrując okazji.

Znalazł ją na końcu portu. Cumowała tam niemal pusta łódź, do której gramoliło się kilku Albańczyków, a do nich dołączyli dwaj strażnicy ONZ-etu. Benno obejrzał się na nabrzeże. Teraz było niemal opustoszałe, ugór rozrzuconych, przewróconych stołów i sprzętu łącznościowego. Dalej ogromny tłum ludzi wrzeszczał i walczył ze sobą. Benno usłyszał kolejne strzały, a potem schodził po zardzewiałej drabinie przymocowanej bolcami do ściany nabrzeża. Jeden trzpień puścił, drabina odchyliła się zatrważająco od zmurszałego betonu, a on z wysokości metra spadł do łodzi.

Było oczywiste, że nikt na jej pokładzie nie ma pojęcia, co dalej robić. Zdenerwowani ochroniarze stali z wyciągniętą bronią; Albańczycy siedzieli skuleni, przerażeni. Benno wziął głęboki wdech, postarał się nadać swojej sylwetce pozór władczości i odezwał się do najbliższego strażnika:

– Uruchom łódź, musimy zawieźć tych ludzi z powrotem na statek.

Najwyraźniej czując ulgę, że ktoś ma plan, mężczyzna poszedł na rufę i uruchomił silnik; drugi uwolnił łódź, po prostu przecinając liny cumownicze, po czym odpłynęli od wyspy w stronę albańskiego statku.

– Co się, kurwa, dzieje? – zapytał ten od cum.

– Nie wiem – odparł Benno. – Musimy odstawić tych ludzi w bezpieczne miejsce, a potem wrócić i pomóc zaprowadzić porządek.

To najwyraźniej zabrzmiało wystarczająco autorytarnie, żeby zadowolić wszystkich w łodzi, chociaż wyraźnie było widać, że strażnicy nie są zbyt entuzjastycznie nastawieni do tej części wypowiedzi, która traktowała o powrocie i zaprowadzaniu porządku. Benno obejrzał się na wyspę i ujrzał na nabrzeżu tłum walczących ze sobą ludzi. W głębi, z różnych miejsc na zboczach góry unosił się dym zasysany przez wirniki kilku helikopterów. To był chaos, na jaki wcześniej liczył, chociaż niewywołany przez niego. Pomyślał o Stavie leżącym na ziemi i raz za razem traktowanym paralizatorem. Ile razy można było oberwać z tasera, zanim okaże się to fatalne?

Rejs do statku trwał tylko kilka minut, ale wydawał się dłuższy, a potem musieli chwilę czekać, kołysząc się na falach, żeby dać czas na opuszczenie łodzi tym, którzy przypłynęli przed nimi, jednak później Benno wspinał się po stopniach stromego trapu wiszącego przy burcie, a następnie stanął wśród krajobrazu metalu i rupieci. Pokład albańskiej jednostki zdawał się ciągnąć w nieskończoność we wszystkie strony, zastawiony skrzyniami, pudłami i sprzętem. Wszędzie biegali ludzie.

Benno przyczaił się za rzędem skrzyń i pozbył się swojego stroju. Pod nim miał na sobie nieco przepocone i wymięte bojówki i koszulkę polo, standardowy strój pracownika pomocowego, uprzejmość Stava z magazynów Ringa. Wcisnął mundur między skrzynie i oddalił się stamtąd.

Ważne było, żeby sprawiać takie wrażenie, jakby się tutaj należało, jakby się wiedziało, dokąd iść i co robić. Przeszedł pewnie przez pokład, dotarł do otwartych drzwi, zajrzał szybko do wnętrza, a potem przekroczył próg i zszedł po stalowych schodach.

Statek był po prostu zbyt wielki, żeby go spenetrować za jednym zamachem. Benno szedł korytarzami, zejściówkami, schodami, po drabinach i przez ogromną ładownię wypełnioną artykułami pomocowymi, aż w końcu znalazł to, czego szukał, mały magazyn na uboczu w części statku, która wyglądała na rzadko odwiedzaną. Sprawdził, czy jest sam, wszedł do magazynku i zamknął za sobą drzwi.

– Bardzo dobrze – rozległ się głos. – Świetna robota.

Benno się odwrócił. Na skrzyni przed nim siedział facet z ONZ-etu, z panamą w dłoniach. Przypominało to finał jakiejś długiej i skomplikowanej sztuczki magicznej. Benno gibnął się na piętach, gotów uciec, ale tamten wydawał się całkowicie zrelaksowany.

– Nie zamierzam cię skrzywdzić – powiedział. – Nie zamierzam wydać cię władzom. Prawdę mówiąc, pewnie zaoferuję ci pracę, jeśli chcesz.

Benno po prostu gapił się na niego.

– Przy okazji, nazywam się Strang. – Z bliska był dosyć pulchny, ale mieszkańcom wyspy wszyscy ludzie z zewnętrznego świata wydawali się tacy. – To dosyć imponujące, tam, na wyspie, wywołanie rozruchów, żeby uciec. Pozostawiło ofiary, ale niezłe, jak na improwizację.

– Miałem pomoc – rzekł Benno.

– Twój przyjaciel z bronią? – Strang posmutniał. – No cóż, nie. Chciałbym móc powiedzieć, że poświęcił się dla ciebie, ale tak nie było.

– Co?

Strang położył kapelusz na skrzyni obok siebie i klasnął w dłonie.

– Nie byłeś jedynym, który wykorzystał niepokoje, żeby ukryć swoje działania. Ringo przejął władzę nad wyspą.

– Ringo już rządził wyspą.

– Ringo pracuje dla UNHCR – stwierdził Strang. – Jest instrumentem kontroli, oni kontrolują jego, on kontroluje wyspę. Nawet nie muszą mu płacić ani zużywać zasobów, a tylko pozwolić mu działać, grożąc odebraniem zabawek, jeśli posunie się za daleko. Jednak ta próba uzyskania suwerenności zmieniła nieco układ sił. ONZ nagle zaczął mieć do czynienia z głową państwa, a nie małym watażką, więc zamierzali go usunąć. Ringo postanowił uderzyć pierwszy. Już otacza personel oenzetowski na wyspie, przypuszczalnie biorąc ich na zakładników.

Benno stał jak wryty.

– Spójrzmy prawdzie w oczy – ciągnął Strang. – Egeja nie miała nigdy rozwinąć sztandarów jako niepodległy kraj. Jest bezwartościowa. Jej jedynym zasobem naturalnym są uchodźcy, a ich nikt nie chce.

Benno ponownie pomyślał o Stavie. Jakie zajęcie dał mu Ringo? Wywołać zamieszki, żeby samemu móc przejąć władzę?

– To najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałem – odezwał się, przygotowując się do odwrócenia się na pięcie i odejścia.

– Nikt nigdy nie mówił, że Ringo jest mądry – odpowiedział Strang. – Jest tylko sprytnym despotą. Teraz ONZ, grecki rząd oraz wszyscy, którzy dadzą się przekonać do przyłączenia się do tego, oczyszczą wyspę siłą. Tak, Egeja czasowo jest suwerennym państwem, i tak, będzie to akt wojny, ale będzie ona krótka, Ringo przegra i nikt zbytnio się tym nie przejmie.

– Dlaczego mnie szukałeś?

– Masz coś, co należy do mnie – odparł Strang. Ujrzał minę Benna i dodał: – Proszę, nie obrażaj mojej inteligencji, zaprzeczając.

Telefon w kieszeni Benna miał zaledwie kilka milimetrów grubości, ale nagle zaczął mu ciążyć bardziej niż Jowisz.

– A co, jeśli mam?

– Nie chcę go odzyskać. Nie chcę nawet pieniędzy, możesz je zatrzymać z moim błogosławieństwem, bo będą ci potrzebne. Powinien tam być esemes, a ja tylko chcę poznać jego treść.

Benno zastanowił się nad tym.

– A co potem?

– No cóż, oczywiście nie możesz wrócić na wyspę. Za jakiś tydzień nie będzie tam do czego wracać. Mogę ci załatwić dokumenty dowolnego kraju w Europie, dokądkolwiek chcesz pojechać, chociaż sugeruję, żebyś bardzo poważnie zastanowił się nad propozycją pracowania dla mnie. Zdaje się, że masz pewne zdolności.

– A jeśli nie, to odeślesz mnie z powrotem.

Strang westchnął.

– To nie jest sprawa życia i śmierci. Nie potrzebuję tego hasła kontaktowego w tej chwili. Mogę poczekać. W końcu ja dostanę telefon, a ty znajdziesz się z powrotem w Afryce, na Bliskim Wschodzie czy gdziekolwiek, dokąd ONZ postanowi cię wykopać, i nie będzie ci tam lepiej.

Benno przyglądał się mu przez dłuższy czas.

– Praca – powiedział.

– Sądzę, że uznasz ją za interesującą. Będziesz dużo podróżował.

Benno zastanawiał się nad tym chwilę, po czym wyjął z kieszeni telefon, włączył go i dostał się do pliku wiadomości tekstowych, żeby się nie pomylić.

– „Spotykałem się z Rokeby Venus” – przeczytał.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?