Europa o świcieTekst

Z serii: s-f
Z serii: Pęknięta Europa #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bodfish nie dali żadnego znaku, że zrozumieli choć jedno słowo. Kiedy odeszli, Mari odwróciła się do Alice i zmarszczyła brwi.

– Nie zaczynaj – rzuciła Alice. – Wiem.

– Są chorzy czy coś?

Alice wzruszyła ramionami.

– Może to jetlag.

– Tak – mruknęła Mari. – Między nami a Edynburgiem jest mnóstwo stref czasowych. – Pokręciła głową. – Są jednak bardzo dobrzy. Ich ostatni album jest nadzwyczajny. – Zauważyła wyraz twarzy Alice. – Dobra, nie jesteś fanką. Uwierz mi na słowo, że są dobrzy. Dzięki, że nam to zorganizowałaś.

– Och, nie ma za co. To żaden kłopot, ich impresariat bardzo chciał, żeby tutaj przyjechali.

– Przypuszczalnie chcieli mieć ich z głowy na kilka dni. Zamówiłam stolik w „Tambourine” po występie. Eloise trzyma dla nas otwartą kuchnię.

Alice wyobraziła sobie, jak to będzie zjeść całą kolację z Bodfish, po czym odsunęła tę myśl.

– Dzięki. Wrzucimy to w koszty ambasady. – Poczuła, że w jej kieszeni brzęczy telefon, wyjęła go, zobaczyła, kto dzwoni, i serce w niej zamarło. – Przepraszam, Mari, muszę odebrać.

– Jasne. Pójdę pogadać z chłopakami. Dobrze się czujesz?

Komórka przestała dzwonić. Potem odezwała się ponownie.

– Ja? Tak, wszystko w porządku, dzięki.

Poczekała, aż Mari odejdzie, potem stuknęła kciukiem w ikonkę i powiedziała:

– Cześć, Rob.

– Gdzie jesteś? – zapytał. – Zamartwiam się tutaj.

– W „Dupokształtnym Kocie”.

– Dlaczego?

– Występ Bodfish. Tych folkowców.

– Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś?

– Powiedziałam.

– Nie, nie powiedziałaś.

– Mówiłam ci parę tygodni temu.

– Nie zrobiłaś tego.

– Zrobiłam, Rob. Powiedziałam, że przyjeżdżają i że będę ich niańczyła.

– Nie powiedziałaś. Pamiętałbym o tym.

Westchnęła.

– Dobra. W porządku. Nie powiedziałam.

– Nie zachowuj się tak.

– Jak?

– Zawsze robisz się kurewsko sarkastyczna, gdy zostaniesz przyłapana.

– Rob, mówiłam ci.

– Kiedy wrócisz?

– Nieprędko. Występ jeszcze się nie zaczął, a potem muszę dopilnować, żeby wrócili do hotelu.

– Co z kolacją?

– Po koncercie Mari i ja zabieramy ich do restauracji. Musisz sobie coś wykombinować.

Po drugiej stronie zapadło milczenie. Kiedy Rob się odezwał, był bardziej zrzędliwy, ale wciąż agresywny.

– Lodówka jest pusta, a jeśli wyjmę coś z zamrażarki, zrobi się północ, zanim się rozmrozi.

– Cóż, zamów coś, Rob. Zadzwoń po pizzę albo coś innego.

Znowu milczenie.

– Obciąż tym ambasadę. W kuchennej szufladzie ze ściereczkami jest lista knajp, z którymi mamy umowy.

– Dlaczego ją tam włożyłaś? Jakim cudem mógłbym ją tam znaleźć?

– Jezu, Rob, leży tam od trzech lat. Jak mogłeś nie zauważyć?

– O której wrócisz? W przybliżeniu?

Westchnęła.

– Występ potrwa około czterdziestu minut, potem idziemy do „Tambourine”, a później muszę ich dostarczyć do Palace. Stamtąd wezmę taksówkę. Nie wiem. Koło północy?

Znowu milczenie.

– Dobra. Ale powinnaś była mi powiedzieć.

Jak zawsze nie było sensu się spierać.

– Tak. Dobra.

– Okej. Zobaczymy się później.

– Tak, w porządku.

Rob się rozłączył, a ona stała przez chwilę z komórką w dłoni, rozglądała się po barze i liczyła do dziesięciu.

– Mówiłam ci – mruknęła pod nosem.

Włożyła telefon do kieszeni i przeszła przez bar do drugiej sali. Była nieco mniejsza od głównego pomieszczenia. W głębi wzniesiono niewielką estradę z desek do budowy tarasów. Resztę przestrzeni zajmowały luźno rozstawione niskie stoliki i wygodne fotele, w większości zajęte przez pijących i gawędzących cicho ludzi. Alice obeszła salę, szukając miejsca siedzącego. Skinęła na powitanie głową Nikołajowi, który przy stoliku w rogu sterował oświetleniem i dźwiękiem za pomocą poobijanego starego laptopa.

– Kopę lat – rzucił, kiedy usiadła obok niego na taborecie.

– Minęło trochę czasu – przyznała. – Co słychać?

Prychnął.

– Mnóstwo towarzyszy jest z ciebie bardzo niezadowolonych.

Główną rozrywką Nikołaja była polityka społeczności etnicznych Rosjan, o której najlepsze, co można było powiedzieć, to że nie pozostawała bierna.

Musiała zrobić błyskawiczny remanent wszystkich spraw, którymi mogła wkurzyć Rosjan, zanim doszła do oczywistego powodu.

– Nie napisałam scenariusza tego pieprzonego filmu – powiedziała z większym naciskiem, niż zamierzała. – Nie byłam jedyną, która umożliwiła jego powstanie. Powiedz swoim przyjaciołom, żeby się odpierdolili.

Drobiazgowo poprawił coś na monitorze laptopa, a potem podniósł ręce w geście poddania.

– Nie mój cyrk, nie moje małpy.

To było polskie powiedzonko, ale nieważne.

– To także twój cyrk, ty straszny człowieku.

– Można by pomyśleć, że ktoś gdzieś mógł wspomnieć komuś gdzieś indziej, iż kręcenie w Estonii filmu o nieudanej rosyjskiej inwazji na Estonię nie jest najmądrzejszym pomysłem, na jaki można wpaść – powiedział pedantycznie.

– Rozmawiałam o tym z reżyserem.

– Wiem. – Uśmiechnął się, wyciągnął rękę i poklepał ją po dłoni.

– Więc dlaczego twoi towarzysze nadal są tak zirytowani?

Wzruszył ramionami.

– Z przyzwyczajenia. Lubią być w zwarciu. Słyszałem, że macie nowego rezydenta.

Miał na myśli Harry’ego Szpiega.

– Skąd wiesz? Dowiedziałam się o nim dopiero wczoraj.

– W zeszłym tygodniu rozmawiałem z Malcolmem Smithem.

W jakiś sposób nie było to żadnym zaskoczeniem.

– Jak się ma Malcolm?

– Oparzenia słoneczne.

– Przekaż mu moje pozdrowienia, kiedy następnym razem będziesz z nim rozmawiał.

Nikołaj skinął głową.

– Zrobi się. Jak leci?

Alice wzruszyła ramionami.

– Po staremu. Widziałeś Selinę? Zapodziała się gdzieś.

Pokręcił głową.

– Byłem w ojczyźnie. Wróciłem zaledwie parę godzin temu.

– Składałeś raport centrali w Moskwie?

Zachichotał.

– Nie. Odwiedzałem staruszka. Choruje.

– Och, Nik. – Westchnęła, nagle przerażona, że była taka nonszalancka. – Przykro mi.

– Wraca do zdrowia. Trochę nas przestraszył, to wszystko.

Ojca Nikołaja powszechnie uważano za jednego z największych estońskich wydawców prasy, któremu w wejściu na sam szczyt przeszkodziła skaza w postaci entuzjastycznego zaangażowania swoich talentów na rzecz popierania ojczyzny etnicznych Rosjan w obrębie granic Estonii. Na emeryturze wyrzucił w górę ręce w geście obrzydzenia rodzinnym krajem i przeniósł się do Sankt Petersburga.

– Twoja mama wie?

Nikołaj skinął głową.

– Napisałem do niej esemesa. Nie przyjedzie. – Przerażona perspektywą przeprowadzki do Rosji matka Nikołaja rozwiodła się z mężem i przeniosła do Paryża, gdzie – to ostatnie, co Alice słyszała – żyła z przepakowywaczem niechronionych prawem autorskim powieści erotycznych. – Jest dobrze. Stary z tego wyjdzie.

Alice poznała Nikołaja na uniwersytecie, gdzie wykładał stosunki rosyjsko-estońskie, żeby sfinansować swój doktorat. Mieli przelotny romans na rok przed poznaniem przez nią Roba, ale sprawy rozwiązały się w sposób naturalny na długo przed tym, nim miała okazję poznać rodzinę Nika. Był krępy, miły, bardzo inteligentny i dosyć często przyłapywała się na tym, że zastanawia się, jakby to było, gdyby ze sobą zostali.

– Daj mi znać, proszę, gdybym mogła coś zrobić.

Uśmiechnął się i ponownie poklepał jej dłoń.

– Dobrze cię widzieć – powiedział.

Odwróciła dłoń wnętrzem ku górze i ujęła jego rękę.

– Ciebie też, Nik.

Ścisnął jej dłoń, puścił i wystukał kilka poleceń na laptopie. Kolor paru małych reflektorów wstawionych w sufit zmienił się, a potem wrócił do poprzedniej barwy.

– Macie spory tłum dziś wieczorem.

– Taa. – Rozejrzała się po sali. – Najwyraźniej są dobrzy.

– Botfish?

– Bodfish.

– Nieważne.

– Mari poprosiła, żeby sprawdzić, czy nie zechcieliby tutaj zagrać – powiedziała. – Ich impresariat był bardzo chętny. Bardziej niż oni, jak się wydaje.

– Nie wyglądasz na fankę.

Prychnęła.

– Ja i muzyka folkowa!

Roześmiał się.

– Tak, ty i muzyka folkowa. – Zerknął na nią. – Wyglądasz na zmęczoną. Dobrze się czujesz?

Tylko dwoje ludzi na świecie wiedziało o sytuacji z Robem. Nigdy nie powiedziała o tym Nikołajowi, bo chociaż był miły, uprzejmy i łagodny, to znał naprawdę niebezpiecznych ludzi. Obawiała się, że gdyby mu powiedziała, to w jego piersi mogłaby się obudzić jakaś drzemiąca bestia rycerskości, a parę dni później w mieście zjawiłaby się grupa ukraińskich płatnych zabójców, uzbrojona w piły łańcuchowe.

– Jestem tylko zapracowana.

Przyglądał się jej dłuższą chwilę, a potem skinął głową.

– Dobra. Skoro tak mówisz.

– Przypłynął prom? – zapytała, rozglądając się ponownie po sali. Dzisiejszej nocy mnóstwo ludzi nie wyglądało na Estończyków. Przed estradą rozmawiała ze sobą para: wysoka kobieta o krótkich brązowych włosach i starszy mężczyzna, który przypomniał Alice o twarzach prezydentów wyrzeźbionych w zboczu góry w Ameryce. Kobieta opierała dłoń na przedramieniu towarzysza, ale mowa ich ciała nie była charakterystyczna dla kochanków. Albo przynajmniej dla tego, co Alice uważała za mowę ciała kochanków.

 

– Rejs bałtycki – mruknął Nikołaj, zajmując się laptopem i znowu zmieniając barwę świateł. – Gdańsk, Sztokholm, Helsinki, Tallin, Ryga, Kłajpeda i z powrotem do Gdańska, żeby polecieć do domu. Czternaście dni i tyle folkloru, ile dusza zapragnie.

– Zawsze miałam ochotę na taki rejs – powiedziała.

– Tak, pamiętam. Cóż, to mogą zapierdalać. – Zerknął na zegar w rogu ekranu laptopa. – Spóźniają się.

Z bezsprzecznie znikomego doświadczenia Alice ze sceną folkową wynikało, że czas folkowy nie jest dokładnie taki sam jak czas uniwersalny.

– Zaczną w swoim czasie.

– Nic nie pijesz.

– Jest spoko, dzięki.

Wzruszył ramionami.

– Dobra. Ty jesteś spoko, ja jestem spoko. Okej.

– Och, zamknij się. – Dobrodusznie uderzyła go w ramię.

Zawył teatralnie i je pomasował.

– Au! Teraz nie jest spoko.

– Pora na przedstawienie. – Wskazała przeciwległy koniec pomieszczenia, gdzie Bodfish w towarzystwie Mari meandrowali między stolikami i fotelami w kierunku estrady. – Hej, nie musisz zrobić próby dźwięku, albo coś? – dodała, gdy coś jej zaświtało.

Nikołaj parsknął drwiąco.

– Nie chcieli. Będę improwizował. To folk: kogo obchodzi, skoro nikt tego nie słucha?

Alice przyglądała się muzykom, którzy weszli na estradę i stanęli tam, patrząc na salę takim wzrokiem, jakby pierwszy raz widzieli publiczność i nie byli tym zbytnio zbudowani.

– Oni są naprawdę dziwni – stwierdziła.

– Artyści – mruknął pogardliwie Nikołaj, stukając w klawiaturę.

Mari w kilku słowach przedstawiła zespół. Podczas gdy Bodfish gmerali przy gitarach, rozległ się uprzejmy aplauz widzów, a kiedy ucichł, Wally i Luke podeszli do mikrofonów i bez żadnych wstępów zaczęli śpiewać.

I byli w porządku – naprawdę. Wally miał miły głos. Piosenka mówiła o kimś na statku wielorybniczym; nie zapierała tchu, ale była niezła. Alice poczuła, że mięśnie jej barków zaczynają się rozluźniać, a myśli wędrować.

Na swój sposób oboje byli zdesperowani. Selma, dziewczyna Polsloego, potrafiła być gwałtowna, gdy piła, a często to robiła. Polsloe był rozdarty między chęć zaopiekowania się nią a zwykłą ludzką potrzebą ucieczki, żeby żyć własnym życiem. Rob nigdy nie uderzył Alice, ale czuła, że małżeństwo z nim z wolna ją miażdży. Jednak nie mogła sobie pozwolić na odejście. Pensję miała mizerną, niewystarczającą, żeby stanąć na własnych nogach. Potrzebowała wyższego stanowiska w ambasadzie – w dowolnej ambasadzie, gdziekolwiek – ale żeby to osiągnąć, musiała tutaj zostać, odgrywać rolę dobrej żonki, nie kołysać łodzią i wytrwać. Nie czekała jedynie na kolejny szczebel kariery zawodowej, ale na drabinę ku wolności.

Była to drabina, która – coraz bardziej – wiodła do Polsloego. Niektóre z ich wiadomości były tak intymne, że odczytywanie ich ponownie, nawet teraz, po tym wszystkim, sprawiało, że robiła się mokra. Kiedy pierwszy raz odbywali wideokonferencję w pomieszczeniu ambasady, wraz z Timem i kilkunastoma innymi zainteresowanymi osobami, powstrzymywała się, żeby nie podejść do ekranu i przytulić się do niego.

Nagle dotarło do niej, że w pomieszczeniu panuje cisza. Spojrzała na estradę, na której Bodfish przestali grać w połowie kawałka. Po prostu stali tam, przyglądając się publiczności, która z kolei patrzyła na nich, skonsternowana. Czy to był element występu? Zapowiedź nagłego wypadku? Alice patrzyła.

Później, kiedy usiłowała to sobie poukładać w głowie, wydawało się, że pierwszy poruszył się Nikołaj. Zerwał się z krzesła i przemieszczał między obecnymi, ale nie był dość szybki. Całkiem spokojnie Luke podał swoją gitarę Wally’emu, zszedł z estrady, zbliżył się do stolika i rąbnął widza w twarz, a potem Alice nie widziała już, co się dzieje, gdyż nagle sala była pełna krzyczących ludzi.

W pewnej chwili ktoś podszedł do niej i podał jej kubek z czarną kawą. Bez cukru, ale i tak ją wypiła, a potem siedziała z dłońmi na podołku, trzymając puste naczynie i gapiąc się na gołą ścianę po drugiej stronie korytarza. Od czasu do czasu obok przechodzili policjanci lub cywilni pracownicy, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Wyjęła komórkę i sprawdziła godzinę, po czym z powrotem włożyła telefon do kieszeni.

To nie był pierwszy raz, gdy znalazła się w nowej komendzie policji obok placu Ratuszowego. Szkocja nie miała konsulatu w Estonii; goszczący tutaj obywatele szkoccy zachowywali się niekiedy nagannie albo padali ofiarami niewłaściwego zachowania, więc obowiązek reprezentowania ich w postępowaniu z władzami i oferowania pomocy, jakiej potrzebowali, spadał na ambasadę. Najczęściej ograniczało się to do wpłacania kaucji za krnąbrnych uczestników wieczorów kawalerskich i dopilnowania, żeby znaleźli się na pokładzie pierwszego samolotu lecącego do kraju, co na wiele sposobów było uciążliwe, więc istniał grafik.

Dział personalny pracował nad nim tygodniami, żeby dopilnować, że będzie skrupulatnie uczciwy i każdy pracownik spędzi tyle samo dni na dyżurze turystycznym, a kiedy plan został opublikowany w intranecie ambasady, dni dyżurów wszystkich wyższych urzędników wypadły w czasie ich urlopów, co było oczywiście godne ubolewania, ale nieuniknione. W rezultacie niższy personel spotkał się pewnego dnia w kantynie i uporządkował sprawy między sobą.

Komenda policji została wzniesiona za fasadami kilku wcześniej istniejących budynków. Z zewnątrz, jeśli zignorowało się dyskretną tablicę obok drzwi wejściowych, posterunek z łatwością można było przeoczyć wśród reszty hanzeatyckiej zabudowy ulicy. Wnętrze było skonstruowane na oblężenie: szereg sześcianów wewnątrz sześcianów sięgających kilka pięter pod poziom gruntu i połączonych pancernymi drzwiami. Pięć lat temu globalna wojna z terroryzmem zawitała w końcu do Tartu w Estonii w postaci gigantycznej bomby na ciężarówce i od tamtej pory Służby Bezpieczeństwa, już w najwyższym stopniu pogotowia ze względu na rosyjskie prowokacje, przyjęły mentalność oblężonej twierdzy. Komenda była otwarta od siedmiu tygodni i w tym czasie policja miała do czynienia z pijakami, awanturami na wieczorach kawalerskich, kieszonkowcami i jednym mordercą. Nie widziano, jak na razie, niczego podobnego kawalkadzie, która przybyła w wyniku przerwanego koncertu Bodfish.

Ktoś stanął przed nią. Podniosła wzrok i ujrzała Meg, szefową bezpieczeństwa ambasady, i Antonię, kierowniczkę działu personalnego, które patrzyły na nią z góry. Obie wyglądały gburowato.

– Co się stało? – zapytała Meg.

– Nie wiem – odparła Alice. – Byli zaledwie w połowie pierwszej piosenki, kiedy jeden z nich zszedł z estrady i walnął tamtego gościa.

– Przeszkadzał? – zapytała Antonia.

– Nie tak, żebym to zauważyła, nie.

– Byli pijani? – dopytywała się Meg. – Zespół?

– Jest ich tylko dwóch. Nie wiem. Byli nieźle nawaleni dzisiaj rano, kiedy wysiedli z samolotu. Wczoraj rano. – Pomasowała sobie twarz. – Ale nie sprawiali kłopotów. Odwiozłam ich do Palace i o ile wiem, przespali cały dzień. Wieczorem wyglądali na trzeźwych. – Mrugnęła do tamtych. – Co tutaj robicie?

– Ktoś z pubu zadzwonił do ambasady – wyjaśniła Antonia.

– Ale jestem tutaj – powiedziała Alice. – Zajmuję się tym.

– Gdzie oni są?

– W celach.

– Pogadałyśmy z oficerem dyżurnym – zwróciła się do niej Antonia. – Poszkodowany nie zamierza wnieść oskarżenia. Policja nadal się waha, ale sądzimy, że zdecydują się na natychmiastową deportację i wydanie zakazu wjazdu dla Bodfish po wsze czasy.

Alice zdawało się, że dzisiejszego wieczoru panowała nad sytuacją, ale wyczuwała, że teraz wymyka się jej z rąk. Nie było oczywiste, dlaczego zjawił się tutaj starszy personel; zeszłego roku, kiedy sprzątała po drugiej stronie miasta bałagan po czymś, co było niemal zamieszkami między turystami a miejscowymi, musiała się z tym uporać kompletnie sama.

– Nie było potrzeby, żebyście tutaj przyjeżdżały – stwierdziła. – Miałam to pod kontrolą.

– Przed lunchem chcę mieć na biurku pisemny raport – poleciła Meg. – Kopie dla Antonii i Nicky. Idź do domu. Policja wsadzi te wypierdki do porannego samolotu, a ktoś odbierze ich po przylocie.

– Co? Nie. To znaczy ja mogę to zrobić. To mój obowiązek.

– Już nie – powiedziała Antonia. – Jest późno. Jedź do domu.

Alice wstała, wzięła torebkę i przewiesiła ją przez ramię.

– Co się dzieje? Mam jakieś kłopoty?

– Nic się nie dzieje i nie masz żadnych kłopotów – odparła Antonia. – Po prostu idź do domu.

– I nie zapomnij o tym raporcie – przykazała jej Meg.

Wędrówka korytarzami do drzwi wyjściowych wydawała się bardzo długa. Po drodze Alice minęła małą poczekalnię. Siedziała w niej para z pubu, wysoka kobieta i mężczyzna o kamiennej twarzy, który okazał się obywatelem Norwegii. Miał podbite oko. W zamieszaniu w „Dupokształtnym Kocie” nie była w stanie z nimi porozmawiać, a później policja trzymała ich osobno. Dręczyła się, czy ma do nich podejść i przeprosić, ale w końcu poszła dalej, a oni nie okazali w żaden sposób, że ją zauważyli.

– Wiesz, która jest godzina? – zapytał Rob, zanim jeszcze zamknęła za sobą drzwi.

– Tak, prawdę mówiąc, wiem – odparła.

– Gdzie się podziewałaś, do diabła?

Zatrzasnęła drzwi. Postawiła torebkę u swoich stóp i zdjęła płaszcz.

– Doszło do bójki – powiedziała, wieszając okrycie na haczyku za drzwiami. – Jeden z folkowców rąbnął widza. Byłam na policji, starałam się to załatwić.

– Kłamczucha.

– Och, nie dziś w nocy, Rob. – Westchnęła, zaniosła torebkę do salonu i rzuciła ją na krzesło. – Miałam strasznie chujowy dzień.

– Powiedziałaś, że wrócisz o północy. Jest niemal trzecia nad ranem. Gdzie byłaś?

– Ostatnie pięć i pół godziny spędziłam na komendzie policji przy Raekoja plats, usiłując załagodzić dyplomatyczny incydent między Szkocją a Norwegią! – warknęła. – Nie jadłam nic od lunchu i jestem naprawdę kurewsko nieszczęśliwa, więc przestań.

– Nie wierzę ci.

– Masz – powiedziała, wyjmując telefon z torebki. – Masz. Zadzwoń na policję. Zapytaj ich. Są w szybkim wybieraniu. Naciśnij siedem.

Nawet nie spojrzał na telefon. Po prostu patrzył na nią z cynicznym uśmiechem na twarzy.

– Cóż, ja także nie miałem nic do jedzenia.

– Co?

Kiwnął głową, zadowolony z siebie.

– Nie znalazłem twojej listy.

Ważne było, by zachować spokój, nie wrzeszczeć. Poszła do kuchni i wysunęła szufladę. Lista knajp z dowozem leżała na samym wierzchu na ścierkach, niemal odkąd wprowadzili się do mieszkania, ale teraz jej nie było. Alice wyjęła ścierki z szuflady, ale lista zniknęła.

– Siedziałem więc tutaj całą noc, zamartwiając się o ciebie i nie mając nic do jedzenia – powiedział Rob triumfującym tonem. – A ty byłaś w mieście ze swoimi kumplami i nawet nie zadałaś sobie trudu, żeby do mnie zadzwonić.

– Nie byłam w mieście z kumplami – odpowiedziała, tłumiąc z pewnym wysiłkiem gniew. To nie było niepodobne do Roba, żeby usunąć listę w celu wywołania awantury. – Mówiłam ci. Prawie przez całą noc byłam na policji przy Raekoja plats. Nie bawiłam się dobrze. – Nie wspomniała o niepokojącej obecności Meg i Antonii. Wyjaśnianie tego Robowi było bezsensowne; sama musiała to przetrawić. – A skoro byłeś tak kurewsko głodny, to mogłeś sobie zrobić pieprzoną kanapkę.

Nagle przeszedł do obrony.

– Hej, nie denerwuj się tak.

– Nie denerwuję się – odparła.

– Owszem, denerwujesz.

– Naprawdę nie.

– Naprawdę tak.

– Cóż, denerwuję się teraz.

– Och, daj spokój, Shmoo – powiedział, obejmując ją.

Odsunęła się.

– Nie nazywaj mnie tak. – Kiedyś uważała to za urocze, póki nie sprawdziła, co to znaczy, a potem stało się to po prostu kolejnym drogowskazem na szlaku do piekła.

– Hej. – Przybrał minę skrzywdzonego chłopca, tę, którą łamał jej serce, kiedy zalecali się do siebie. – Nie ma sprawy, jeśli nie chcesz rozmawiać.

Spojrzała na niego, brakowało jej słów. Najwyraźniej była potworem. Cała noc poza domem, mąż porzucony na pastwę głodu, a po powrocie wdaje się z nim w sprzeczkę. To cud, że wytrzymał z nią tak długo. Świat Roba ponownie znalazł się na normalnej orbicie.

Ramiona jej obwisły.

 

– Idę spać.

– Powinnaś coś zjeść.

– Jest bardzo późno, Rob.

Weszła do sypialni.

Później, kiedy leżała, nie śpiąc i słuchając chrapiącego obok Roba, pojęła z przerażeniem, że tak często zamieniała dzisiaj karty SIM w telefonie, że nie pamięta, czy kiedy zaoferowała go Robowi, w komórce była niewinna karta czy ta sekretna od Polsloego.