Europa o świcie

Tekst
Z serii: s-f
Z serii: Pęknięta Europa #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


CYKL „PĘKNIĘTA EUROPA”

EUROPA JESIENIĄ

EUROPA O PÓŁNOCY

EUROPA W ZIMIE

EUROPA O ŚWICIE

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

O EUROPIE JESIENIĄ

„To powieść szpiegowska, jednak osadzona w solidnym i arcyciekawym sztafażu fantastycznym, który czyni sam cykl jedną z najbardziej interesujących serii SF ostatnich lat (…). Europa jesienią to znakomity wstęp do opowieści, ale też opowieść sama w sobie. Owszem, pozostawia niedosyt w finale, gdyż tak zajmująca kreacja nie powinna się kończyć tak szybko. Jest też znakomitym punktem wyjścia do kolejnych części, stanowiąc jednocześnie jedną z najlepszych powieści SF ostatnich lat, przykuwającą uwagę swą oryginalnością. Cykl «Pęknięta Europa» to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ukazały się na polskim rynku wydawniczym w tym roku”. Dzikabanda.pl

„Jedna z najbardziej wyjątkowych powieści SF tej dekady”. „LA Review of Books”

„Gdy Hutchinson rozpoczynał cykl pierwszym tomem Europa jesienią, nikt nie myślał jeszcze o Brexicie. Ale książka dokładnie oddaje mieszankę samolubności, chciwości, paranoi i ignorancji, która przyczyniła się do pierwszego pęknięcia europejskiego projektu”. „Locus”

„Intrygująca powieść będąca połączeniem kryminału i powieści szpiegowskiej, która długo wodzi czytelnika za nos, by finalnie zdradzić stosunkowo niewiele – ot tyle, by zaostrzyć apetyt na kontynuację (…) osoby ceniące oryginalność wizji i mnogość wątków powinny być usatysfakcjonowane”. Tymoteusz Wronka, naekranie.pl

O EUROPIE O PÓŁNOCY

„Drugim tomem cyklu «Pęknięta Europa» Hutchinson umacnia mnie w przekonaniu, że jego kreacja jest jedną z najoryginalniejszych wizji Europy, jaką stworzyła dotychczas światowa fantastyka. (…) Polecam wszystkim, którzy szukają powieści sprawnie napisanych, nieszablonowych, balansujących pomiędzy lekką nutą ironii a powagą oraz dających punkt wyjścia do przemyśleń na temat kondycji współczesnego, otaczającego nas świata. Rzadko się zdarza, że powieść rozrywkowa, z dynamiczną akcją i nietuzinkowymi bohaterami, jednocześnie potrafi przemycać między wierszami tyle ważkich kwestii”. Dzikabanda.pl

„Sugestywna proza autora, jego świetna znajomość Europy Wschodniej i jego fuzja Kafki z Lenem Deightonem tworzą czarującą powieść o intrydze i paranoi”. „The Guardian”

„Mapa Europy została przerysowana, a kartografowie wciąż pracują… dla tych, którzy chcieliby sobie wykroić własne królestwa, największym darem w wizji przyszłości Dave’a Hutchinsona jest możliwość przekraczania granic”. Strange Horizons

„Intrygujący świat, charyzmatyczne postacie (…) Europa o północy, jak jej poprzedniczka Europa jesienią, jest pulsującą, energetyczną literaturą najwyższej próby”. „LA Review of Books”

„Pozycja mądra, niebanalna, wprowadzająca dużo świeżości do współczesnej literatury”. Ostatniatawerna.pl

„Powieść Hutchinsona to kawał dobrze napisanej prozy, która fascynuje i wciąga. Fascynuje swoją wizją i wciąga do świata, w którym nic nie jest takie, jak powinno być. Autor kreśli mocną intrygę, ukazując obraz klasycznego działania służb, ale w świecie, którego nie da się podciągnąć pod żadne reguły”. Kulturacja.pl

O EUROPIE W ZIMIE

„Hutchinson pisze świetnie, wyróżniają go nie tylko żywe, wnikliwie scharakteryzowane postacie, ale też nieco czarne poczucie humoru, przez co jego twórczość dostarcza trochę mrocznej rozrywki, a zarazem wydaje się niepokojąco trafna i na czasie”. „Locus”

„Z pozorną literacką łatwością Hutchinson splata bogate wątki, snując skomplikowaną alegorię politycznych manipulacji, podstępów i umiejętnego zarządzania państwem”. „The Guardian”

„Powieści o pękniętej Europie należą do moich ulubionych, Europa w zimie nie jest tu wyjątkiem. Przykuwające uwagę, błyskotliwe, głęboko ludzkie, ze szpiegowskim dreszczykiem – tworzą spójną alternatywną rzeczywistość. To świetnie napisana proza. Kocham te książki. Chcę więcej. Natychmiast”. Patrick Ness, autor Siedmiu minut po północy i Na ostrzu noża

CZĘŚĆ PIERWSZA
FERNWEH1

Fernweh (niem.) – tęsknota za dalekim światem (przyp. tłum.). [wróć]

Grace Mercy

Co dwa lata Pete i Angie pokonywali całą trasę kanałem Staffordshire–Worcestershire, od połączenia Great Haywood z Trent i Mersey do stopni i śluzy, która otwiera się na Severn. Robili to niemal przez trzydzieści lat, odkąd kupili Grace Mercy. Zwykle wyruszali w lecie najpóźniej jak to było możliwe, po wyjeździe wszystkich turystów. Niekiedy odbywali rejs z dziećmi, a ostatnio z wnukami, ale obecnie zwykle we dwoje. To było miłe zakończenie sezonu.

Grace Mercy miała siedemnaście metrów długości i była starą barką, którą Pete zobaczył porzuconą i gnijącą, wepchniętą w róg basenu portowego w Bristolu. On i Angie byli małżeństwem zaledwie od dwóch lat – on pracował w miejscowej firmie inżynieryjnej, a ona była pielęgniarką we Frenchay Hospital – i borykali się, żeby opłacać hipotekę i rachunki. Widywał starą krypę codziennie w drodze do i z pracy i niekiedy po prostu przystawał i patrzył na nią przez kilka minut, a w głowie leniwie jawiła mu się na wpół ukształtowana myśl.

Nie był impulsywnym człowiekiem, nawet jako dwudziestolatek. Zajęło mu niemal pięć lat, zanim nabrał impetu, żeby poprosić Angie o rękę, a w tym czasie jej rodzice ostrzegali ją, że jest w nim coś „powolnego”. Ich miny w trakcie uroczystości ślubnej sugerowały, że zbytnio nie zmienili zdania.

Zajęło mu nieco ponad półtora roku, zanim poruszył z Angie kwestię Grace Mercy. Jedli pewnego wieczoru kolację w swoim mieszkaniu w Bedminsterze, a on spojrzał na żonę i zapytał:

– Angie, co powiesz na łódź?

– Na co? – zdziwiła się.

– Łódź – odparł. – Barkę. Moglibyśmy ją odnowić, zabierać turystów na wycieczki.

– Zwariowałeś? – powiedziała. – Ledwo stać nas na to mieszkanie, a co dopiero na łódź.

– Nie – odparł. – Chodzi mi o to, żebyśmy je sprzedali i zamieszkali na barce.

– Wydaje ci się, że jestem tak samo durna jak ty. Nie zamieszkam na łodzi.

I na tym rozmowa się skończyła. Ale jeśli Pete nie był impulsywnym mężczyzną, to także nie takim, który odstępuje od pomysłu, jaki zagnieździł mu się w głowie. W porze lunchu i późnymi wieczorami siadywał z małym notesem, ołówkiem i liczył. Po pracy kręcił się przez parę godzin w basenie portowym, gawędząc ze starymi prykami, którzy mieszkali na zacumowanych tam barkach. Jeden z nich, nieco żylasty gość imieniem Arthur, który twierdził, że urodził się na Kennet i Avon, przewiózł go swoją łodzią.

– To tam to stewa, a tamto to brezentowa nadbudówka.

Sam Arthur odnosił się lekceważąco do planu Pete’a.

– Nie mam pojęcia, dlaczego ktoś chciałby podróżować – powiedział. – To cholerne życie, miałem go po dziurki w nosie.

Jednak cierpliwie kontynuował nauki i Pete zaczął mieć pojęcie, czego będzie potrzebował, a bez czego mógłby się obyć, i wreszcie liczby zaczęły się ze sobą zgadzać.

W końcu odnalazł właścicielkę Grace Mercy, adwokatkę mieszkającą w Redland, i poprosił ją o możliwość obejrzenia starej krypy. Prawniczka odziedziczyła ją po kuzynie i nie miała ani pojęcia, co począć z barką, ani czasu, nawet gdyby to wiedziała. Uiszczała po prostu opłaty portowe, licząc częściowo, że łódź zatonie albo zostanie skradziona; wtedy przynajmniej mogłaby wystąpić o odszkodowanie z tytułu ubezpieczenia i pozbyć się kłopotu. Nie zaświtało jej nigdy w głowie, że ktoś mógłby zechcieć kupić starą łajbę, więc z wielką radością dała Pete’owi klucze na parę godzin w czasie jego przerwy na lunch.

Pewne prace w celu przystosowania Grace Mercy do rejsów zostały już wykonane, ale wyglądało na to, że albo kuzynowi adwokatki skończyły się pieniądze, albo umarł, zanim zdołał dokończyć robotę. Kadłub wydawał się w dobrym stanie. Wnętrze łodzi było tylko brudne i nieco zapleśniałe, pozbawione niemal wszystkiego oprócz najbardziej podstawowego wyposażenia. Nic takiego, czego nie załatwiłoby trochę wysiłku i parę maźnięć farbą. Silnik to był potwór, diesel Beta Greenline o użytecznej mocy znamionowej pięćdziesięciu koni mechanicznych, jednostka dla znacznie większej barki. To był złom, ale Pete znał się na silnikach i wiedział, że potrafi go naprawić. Odniósł klucze do kancelarii adwokatki w centrum miasta i powiedział, że jest zainteresowany. Musi tylko pogadać z żoną.

To oczywiście była przeszkoda nie do pokonania. Rachunki ledwo się dopinały. Mieli pewne oszczędności – prezent ślubny od jego rodziców, rezerwa na najczarniejszą godzinę, ale już częściowo uszczknięta – oraz pewien wkład własny w mieszkaniu, ale żeby kupić Grace Mercy, musieliby je najpierw sprzedać i w trakcie remontu łodzi mieszkać na jej pokładzie, a nie było mowy, żeby Angie się na to zgodziła.

 

A potem zdarzyło się coś tak niezwykłego, że Pete mógł jedynie porównać to z wygraną na loterii. W trakcie przerwy na lunch myszkował ze smutkiem pod pokładem, mając nadal w głowie boleśnie ostre wspomnienie wieczornej sprzeczki, gdy usłyszał nawoływanie z nabrzeża. Po wyjściu na zewnątrz ujrzał pulchnego mężczyznę z aktówką i w drogim garniturze.

– Pan jest właścicielem? – zapytał nieznajomy.

Pete żałośnie pokręcił głową, rozumiejąc jednocześnie, że w końcu pozwala odpłynąć swojemu marzeniu.

– Chciałbym – odparł.

– Wie pan, kto jest właścicielem?

– Taa. Miałem zamiar odkupić od niej łódź, ale nie ma mowy, żebym mógł sobie na to pozwolić. – A potem stwierdził, że tłumaczy kompletnie obcemu człowiekowi: – Cóż, mógłbym, chociaż ledwo, ledwo. Chodzi o żonę.

Pulchny obdarzył go przeciągłym, zdecydowanym spojrzeniem, które Pete uznał za dość niepokojące, mimo że zdawało się, iż nie kryje się za nim złośliwość.

– Chodzi wyłącznie o pieniądze?

– Taa. I jakby o mieszkanie na łodzi.

Zdawało się, że krągły człowiek podjął decyzję.

– Mogę wejść na pokład? – zapytał, patrząc z powątpiewaniem w dół na Grace Mercy.

– Proszę bardzo. Tam dalej jest drabina.

Z pewną trudnością pulchny mężczyzna zdołał zejść po szczeblach, nie upuszczając dyplomatki do wody. Dyszał ciężko, kiedy dotarł wreszcie do kabiny, ale natychmiast wyciągnął rękę i się przedstawił:

– Alan Strang. Czy pomogłoby to panu w jakiś sposób, gdyby miał pan sponsora?

– Kogo? – zapytała Angie tego wieczoru, kiedy Pete powiedział jej o zwrocie w sprawie.

– Nie powie, kto to jest. Po prostu ktoś z mnóstwem forsy, kto chce pomagać miejscowym. Jak te fundacje, co spełniają marzenia dzieciaków.

– Dzieciaki są w porządku – prychnęła Angie.

– Dadzą nam pieniądze na zakup i wyremontowanie łodzi – wyjaśnił. – Wszystko, czego chcą w zamian, to rejs od czasu do czasu, żeby sprawdzić, jak nam idzie.

Angie nie wyglądała na przekonaną.

– To wszystko brzmi nieco dziwacznie – stwierdziła.

– To jakiś miejscowy, który miał szczęście i chce się nim podzielić – powiedział Pete, niemal promieniując w stronę żony dobrymi myślami. – Daj spokój, Angie. Nie musimy sprzedawać mieszkania. Możemy remontować łódź w weekendy i w wolnych chwilach i wypływać nią w czasie urlopów.

Angie pokręciła głową.

– To ty masz wszystkie wolne chwile, nie ja.

Widział jednak, że żona zaczyna się wahać, w ciągu następnych paru tygodni wahała się coraz bardziej i bardziej, aż w końcu znaleźli się z Alanem Strangiem w biurze i podpisywali dokumenty. Mniej więcej po miesiącu Grace Mercy była ich.

Renowacja łodzi w weekendy i po pracy zajęła mu niemal trzy lata; były to wolne chwile wykradzione na majstrowanie przy dieslu, wymienianie różnych części, malowanie, szlifowanie i malowanie od nowa. Od czasu do czasu zjawiał się Arthur i inne staruchy, żeby pokazać, co robi źle, i ogólnie siać zamieszanie. W końcu Angie zaczęła przychodzić do portu, kiedy pozwalały jej na to zmiany w pracy – tylko raz rzuciła okiem na Grace Mercy w ten poranek, kiedy ją poinformował o propozycji Alana Stranga, i powiedziała: „No cóż, marnujesz jedynie cudze pieniądze i własny czas” – po czym nieśpiesznie zakrzątnęła się przy malowaniu. Niedługo potem stała nad nim, przyglądając się z dezaprobatą, jak rozmontowuje diesla, którego nazwał Behemotem, a wkrótce zaczęła mu pomagać. Po kilku dniach znała zmaltretowany silnik Greenline lepiej od niego.

Wspólnie doprowadzili do tego, że klekoczący Behemot pracował na tyle dobrze, że popłynęli do suchego doku w porcie, gdzie Pete mógł odpowiednio zbadać kadłub i pokryć go kilkoma warstwami farby bitumicznej. Przypuszczalnie na skutek jakiejś kolizji brakowało jednej z anod kadłuba pomagających chronić go przed korozją i Pete przyspawał nową, ale – co zdumiewające – pomijając kilka wgnieceń i rys, niemal wszystko poniżej linii wody było w dobrym stanie.

Przednią ładownię przekształcili w część mieszkalną, zatrzymując oryginalną kabinę na rufie dla siebie. Dziobowe pomieszczenie okaże się nieco ciasne dla więcej niż trzech osób, ale to, dowodził Pete, będzie stanowiło część atrakcji. Po epidemii grypy Xian turystyka odradzała się bardzo powoli; trzymający się dotąd domów ludzie zaczęli wypuszczać się na zewnątrz i nawet jeśli nie mieli jeszcze dość odwagi, żeby podróżować na Kontynent, albo dosyć energii, by spełnić liczne, przyprawiające o zawrót głowy wymagania wizowe, które pojawiły się po rozpadzie Unii Europejskiej, to byli skłonni wybrać się na urlop w kraju.

A przez lata Grace Mercy odpłacała się Pete’owi i Angie. Całe rodziny bukowały miejsca na łodzi na weekendowe wycieczki oraz dłuższe rejsy. W końcu interes kręcił się tak dobrze, że kolejno zrezygnowali z dotychczasowych zajęć i mniej więcej na pełny etat przenieśli się na wodę, chociaż nie sprzedali mieszkania. Dzieci urodziły się i wychowały na barce.

Nigdy więcej nie ujrzeli Alana Stranga, chociaż wymieniali kartki świąteczne, a comiesięczne subsydium od sponsora na utrzymanie łodzi wpływało cały czas na ich konto i jeszcze trochę zostawało. Z tego, co wiedzieli, sami darczyńcy nigdy się nie ujawnili, choć Pete zawsze podejrzewał, że zjawiali się na pokładzie incognito jako wycieczkowicze, żeby sprawdzić, jak się mają sprawy.

Kilka razy otrzymał mailem prośby od Alana Stranga, żeby popłynął łodzią w takie czy inne miejsce o podanych koordynatach GPS i przewiózł czekających tam ludzi dokądś indziej.

Angie była podejrzliwa wobec tych zleceń, ale ich pasażerowie wydawali się absolutnie przykładni i niewinni i Pete traktował ich jako niegroźny aneks do umowy, którą podpisali, żeby kupić Grace Mercy.

Raz, na Kenneth i Avon, został poproszony, by kierując się GPS-em, popłynął w pewne miejsce, a tam przekonał się, że łódź telepie się odcinkiem kanału, którego nigdy wcześniej nie widział, otwierającym się na wielką, szeroką i potężną rzekę. Sprawdził koordynaty i okazało się, że nawigacja satelitarna padła, ale na brzegu stała kobieta i machała rękami, więc podpłynął do niej, a ona zeskoczyła na pokład.

– Cześć – przywitała się. – Jestem Hannelore.

Sprawiała wrażenie, jakby spędziła noc w krzakach, ale wyglądała na wesołą i rozluźnioną, mimo że zdawało się, iż w oddali słychać strzały z broni palnej.

– Co to takiego? – zapytała Angie.

Hannelore odwróciła się w stronę, skąd dobiegały odgłosy.

– LARP-owcy – odparła.

– Co -wcy? – zdziwiła się Angie.

– Uczestnicy gry fabularnej na żywo – wyjaśniła Hannelore. – Korporacyjny weekend integracyjny. Faceci bawią się w Indian i kowboi. – Obdarzyła Angie spojrzeniem wyrażającym anielską cierpliwość, co tamta doskonale zrozumiała. – Głupki. – Uśmiechnęła się do nich promiennie. – Ale wciąż dość ekscytujące, co? Coś jak Dunkierka.

Pete spojrzał na rzekę i zadrzewione brzegi. Pojął, że w ogóle nie zna tego fragmentu drogi wodnej.

– Cóż, nie bardzo – stwierdził.

Hannelore pokręciła głową.

– No, nie bardzo. – Zwróciła się do Pete’a: – Lepiej ruszajmy w drogę, kapitanie. Jeśli nas tutaj znajdą, to przez chwilę będą uciążliwi, a ja mam po dziurki w nosie uciążliwych mężczyzn.

To nie był problem; jeśli było trzeba, Behemot potrafił nadać łodzi zaskakującą prędkość, ale chwilowo Pete czuł się zagubiony.

– GPS padł – powiedział.

Hannelore tylko się uśmiechnęła i znowu pokręciła głową.

– Nie ma sprawy, kapitanie – oznajmiła. – Znam drogę. Pokażę wam.

Tak zrobiła i niebawem Pete znalazł się na znajomych wodach, a niedługo potem wysadzili Hannelore przy śluzie Swineford i obserwowali, jak oddala się ścieżką holowniczą, jakby niczym się nie przejmowała, chociaż Pete’owi się zdawało, że w mowie jej ciała dostrzega pewną determinację.

Angie spojrzała na niego groźnie, a on się skrzywił.

– Może ucieka przed policją albo coś? – powiedziała.

– Musiałaby być cholernie zdesperowana, żeby uciekać barką, kochanie – odparł.

To przez dłuższy czas wydawało się ostatnim ze zleceń, które Angie nazywała „cholernie dziwnymi zadaniami”. Lata mijały, a na pokład Grace Mercy wchodzili jedynie turyści. Czasami sprawy szły źle, ale częściej dobrze, i Pete uważał, że wszystko ułożyło się pomyślnie.

BAŁTYCKA
APOKALIPSA
1

Wielkim hitem filmowym tego roku była, co niewiarygodne, polsko-estońska koprodukcja, przebój kinowy z mnóstwem strzelanin, wieloma eksplozjami i liczbą zabitych dorównującą z grubsza sumie ofiar wojny trzydziestoletniej. Rob wyraził opinię, że jest to najgłupszy obraz na świecie, i odmówił jego obejrzenia.

Większość scen nakręcono w Tallinie, z częściowym wykorzystaniem plenerów w Lahemaa. Film miał premierę w kinie Sõprus, najstarszym w kraju, a ponieważ reżyser pochodził z Prestwick, to na Alice spadł obowiązek bycia łączniczką między wytwórnią filmową a organizatorami projekcji oraz zadanie zorganizowania popremierowego przyjęcia w rezydencji ambasadora. I w ten sposób włączył się w to Rob, przywierając do niej jak mięczak, domagając się informacji, kto jest kim, pragnąc zostać przedstawiony ludziom, którzy wpadli mu w oko, przerywając rozmowy, które próbowała prowadzić, i podlizując się Nicky, pani ambasador, która miała to gdzieś, gdyż pogardzała Anglikami w ogóle, a Robem w szczególności. W pewnym momencie, meandrując spokojnie między gośćmi po krótkiej wizycie w klopie, Alice dostrzegła go po drugiej stronie pomieszczenia, jak wciskał w dłonie któregoś z producentów egzemplarz swojego ostatniego, wydanego własnym sumptem tomiku.

Sprawa z Nicky i Robem stała się w istocie Sprawą, która na jakiś czas zagroziła tutejszej posadzie Alice, aż Rob oświadczył, że zamierza oskarżyć Nicky o dyskryminację rasową. Alice, skrajnie zażenowana całą tą pyskówką, starała się nie wychylać, kiedy Rob i dział personalny wymieniali między sobą gniewne maile i odbywali jeszcze gniewniejsze rozmowy telefoniczne. Rob zarzucił jej, że nie udziela mu wystarczającego wsparcia emocjonalnego. Robił to zresztą bardzo często.

W końcu sprawa ucichła. Alice nigdy właściwie nie poznała całej historii, ale odniosła wrażenie, że z Holyrood przyszła wiadomość, iż całe zajście zaczyna przyciągać uwagę mediów, więc wszyscy powinni po cichu się dogadać i zamknąć, kurwa, gęby.

– Wielka Mo zagroziła, że się zjawi i natrze niektórym uszu – powiedziała Selina pewnego dnia podczas lunchu. Wielka Mo była premierem Szkocji i sama perspektywa jej wizyty wystarczyła, żeby całą ambasadę natchnąć bojaźnią bożą.

Alice nie chciała właściwie o tym rozmawiać – wolałaby raczej, żeby to wszystko przeminęło albo pojawiła się jakaś dziura, w której mogłaby się zagrzebać, albo coś – ale ciekawość wzięła w górę i zapytała:

– Co się stało?

Selina wzruszyła ramionami.

– Polityka. – Uniosła dłoń na wysokość ucha i poruszyła przy nim palcami – jej znak na określenie bzdur, których żaden racjonalny człowiek nie wziąłby poważnie, które jednak rządziły życiem personelu ambasady.

– Wyślą mnie do Londynu? – zapytała Alice. Ze wszystkich szkockich młodych ambasad londyńska była powszechnie uważana za najgorszą; ograniczona przez astronomiczne ceny nieruchomości gnieździła się w małym, wynajętym bliźniaku w Lewisham, pośmiewisko korpusu dyplomatycznego. Angielska prasa okresowo zamieszczała jej zdjęcia opatrzone satyrycznymi podpisami.

Selina prychnęła.

– Och, nie! Ktoś z personelu Nicky zostanie wezwany na poufną rozmowę. Prawdopodobnie chujek Jake, jest zbędny. Potem wszystko zwyczajnie potoczy się dalej.

I tak też się stało. Z czasem Nicky i Rob nauczyli się wzajemnie tolerować swoją obecność. Rob nawet próbował do niej zagadywać – lubił ględzić – lecz ona dawała temu odpór.

Jednak Alice nigdy się z tego nie otrząsnęła. Uwielbiała Estonię i podziwiała Tallin, ale incydent w jakiś niejasny sposób zatruł odczuwanie przez nią tego miejsca. Miała wrażenie, że ktoś nałożył delikatny filtr na postrzeganie przez nią miasta, albo może jakiś usunął; nie wiedziała. Przekonała się, że zauważa rzeczy, na które normalnie nie zwróciłaby uwagi, znajdując wzory i związki, nad którymi przeszłaby do porządku dziennego.

– Dostajesz paranoi – zadrwiła Selina.

Alice parsknęła.

– To cud, że nie jadę na cracku.

Ale nigdy więcej o tym nie wspomniała.

 

Minęły dwa miesiące, a ona nadal widywała przyklejone do murów plakaty filmu, łuszczące się, podarte i wyblakłe na skutek oddziaływania pogody, ten specjalnie zaprojektowany i zbijający z tropu wykrzyknik rzucający się w oczy na tle rosyjskiego czołgu szarżującego przez płonący las. To nie spodobało się Moskwie, a jeszcze mniej rosyjskiej mniejszości w Estonii, której członkowie wywoływali niepokoje w miejscach plenerów filmowych, żywiołowo bojkotowali kina, gdzie film wyświetlano, i zorganizowali nieudany atak cybernetyczny podczas przygotowań do premiery. Podarte, zniszczone afisze stanowiły memento zawieruchy, która przez półtora roku srożyła się w życiu Alice. Przypominały jej także o Polsloem. Ich widok jednocześnie wywoływał w niej złość i przyprawiał o lekki zawrót głowy. Podarta i zniszczona.

W celu pomieszczenia swojej ambasady w Tallinie rząd szkocki podpisał umowę długoterminowego najmu pięciu pięter w budynku za rogiem Hotelu Palace. Parter zajmowały supermarket i butik, a piwnice klub, w którym od czasu do czasu odbywały się całonocne balangi dla mających nostalgiczne ciągoty i zamiłowanie do mety. Nie było niczym niezwykłym, że Alice przychodziła do pracy w sobotę rano i zastawała grupki chwiejących się hulaków z plastikowymi kubkami z piwem, nadal przystrojonych świecącymi pałeczkami i czekających na tramwaj. Nie była to pomyślna lokalizacja dla ambasady – spoglądali z pewną zazdrością na ambasadę Irlandii wznoszącą się nad nimi w Śródmieściu – ale jej się podobała. Było stąd tylko pięć minut pieszo na Starówkę, a odgłosy ruchu ulicznego krzyżującego się przed Palace z torami tramwajowymi biegnącymi środkiem ulicy brzmiały chwilami jak koński galop. Kiedy wiele samochodów osobowych i furgonetek ruszało jednocześnie na światłach, przypominało to paniczną ucieczkę, a ona odbierała ten dźwięk jako kojący.

Frontowe drzwi były niegdyś otwierane przez zamontowany na ścianie zamek na odcisk palca, skrzyneczkę mniejszą od paczki papierosów. Z powodów, które zaginęły w oparach alkoholu i prochów, niewinne urządzenie rozzłościło imprezowiczów, więc uczynili je bezużytecznym, zasmarowując skaner linii papilarnych klejem epoksydowym. Ambasada przypisała to rozbuchanemu młodzieńczemu humorowi, poskarżyła się właścicielom klubu i wymieniła urządzenie. Kilka dni później czytnik ponownie został pokryty zakrzepłą żywicą.

W ambasadzie westchnięto, cmoknięto z dezaprobatą i ponownie poskarżono się właścicielom klubu, po czym kolejny raz wymieniono skrzynkę, a w następny weekend urządzenie zostało uszkodzone. Tym razem hulacy podbili stawkę, oblewając skaner szybko wiążącym plastikiem, który pokrył go akryliczną bryłą wielkości pięści, skąd ściekły ostre, przejrzyste stalaktyty i utworzyły kałużę na trotuarze.

To oczywiście było nie do przyjęcia i tym razem ambasada dostarczyła policji fragmenty nagrań z kamer bezpieczeństwa, które ukazały zamaskowane, zakapturzone postaci czające się przy drzwiach wejściowych. Policja współczuła, ale musiała przyznać, że obrazy nie stanowią wystarczającego materiału identyfikacyjnego, żeby usprawiedliwiało to aresztowania, o wniesieniu oskarżenia nie wspominając.

Ambasada wynajęła prywatną firmę ochroniarską do patrolowania nocą ulicy i wymieniła zamek. Dwa dni później został całkowicie wyrwany ze ściany, położony na progu, oblany benzyną i podpalony. Ochroniarze niczego nie widzieli.

Wtedy sprawa dotarła do Holyrood. Wielka Mo zaprosiła estońskiego ambasadora na pogawędkę przy herbatce, ale ambasador okazał się, z całym szacunkiem, niezbyt pomocny w znalezieniu rozwiązania. Rozpatrzenie podania o zamknięcie klubu wymagałoby czasu, dowodził, i jedynie podsyciło emocje. Skomplementował jednak ciasteczka, które mu podano.

W rezultacie ambasada ugięła się przed siłą wyższą. Zamek na odcisk palca został usunięty i zastąpiony zwykłym dzwonkiem. W wąskim holu wejściowym umieszczono krzesło i biurko, a na nim monitor podłączony do kamery bezpieczeństwa nad wejściem, za biurkiem zaś usadzano Paava, Saamuela, Marta i Aigara, czterech ogromnych ochroniarzy, w zasadzie mięsne góry obleczone w trzyczęściowe garnitury, uzbrojone w paralizatory, gaz łzawiący i karabinki na gumowe kule.

Ten poziom niedogodności zdawał się w końcu satysfakcjonować Bezimiennych Wrogów Czytnika Linii Papilarnych i akty wandalizmu ustały, pomijając odosobniony graficiarski incydent, kiedy ktoś na ścianie obok namalował od szablonu dość fantazyjnej wielkości kutasa z jajami.

Na murze nadal widniała jasna plama w miejscu, skąd wodą pod ciśnieniem usunięto z kamieniarki obraźliwe genitalia. Alice przestała ją zauważać. Nacisnęła dzwonek przy drzwiach, uniosła swoją przepustkę i uśmiechnęła się do kamery, a zamek zabrzęczał. Naparła barkiem na drzwi i pchnęła je mocno, przeciwdziałając sprężynom, zanim zamek zdołałby się ponownie zablokować.

Ochroniarze pracowali parami, jeden cały czas przy biurku z przodu, a drugi jako rezerwa na czas przerwy i wsparcie na wypadek zagrożenia. Dzisiaj to Mart siedział pod jarzeniówką w nieco obskurnym holu. Był to zwykły korytarz prowadzący do wind i schodów na wyższe piętra, a stanowisko ochroniarzy niemal całkowicie go blokowało. Mart i Paavo lubili pracować razem; Mart był poważny i uprzejmy, a Paavo nieco flirciarski, ale poza tym byli mniej więcej jak Tweedledee i Tweedledum – nierozróżnialnymi, ogromnymi, pozbawionymi karków, łysymi, napędzanymi sterydami mięśniakami.

– Dzień dobry, Mart – powiedziała, podchodząc do biurka i podając swoją przepustkę.

Mart wsunął ją do małego czytnika na blacie przed sobą.

– Witam panią. – Cały kobiecy personel tytułował „paniami” bez względu na ich stan cywilny.

Alice przyłożyła kciuk do skanera linii papilarnych na biurku, obok czytnika kart. Mart spojrzał na monitor, skinął lekko głową i oddał jej identyfikator. Nicky wydała zarządzenie poprzez Meg, szefową ochrony ambasady. Procedury bezpieczeństwa miały być przestrzegane co do joty pod groźbą zwolnienia z pracy. Nikt nie mógł zostać wpuszczony bez dopełnienia formalności, nieważne, jak dobrze ochroniarze znali daną osobę.

Sekcja kulturalna ambasady mieściła się w dwóch pokojach na pierwszym piętrze i składała z trzech pracowników. Schodząc po szczeblach drabiny służbowej, byli nimi attaché Tim, Selina i Alice. Tim był mglistą obecnością, najczęściej przebywającą gdzieś w mieście i korzystającą z rozmaitych kulturalnych darmoch; Alice i Selina – wysoka, smukła mieszkanka Aberdeen o kościach policzkowych supermodelki i słownictwie dokera – wykonywały większość codziennej pracy, która nie wymagała uczestniczenia w przyjęciach, wystawach i wernisażach.

– Znowu zaprosili pana Ośmiornicę – powitała ją Selina, kiedy Alice powiesiła płaszcz i usiadła za biurkiem.

– No to cudnie – odparła. Bieżącą sprawą był niewielki festiwal literacki, w którym w zeszłym roku uczestniczyła para poetów z Tayside oraz Jimmy Cox, autor awanturniczego cyklu powieściowego osadzonego w Glasgow w czasie pierwszej wojny o niepodległość. Podczas wieczornego przyjęcia w Ratuszu Cox obmacywał ją po pijaku i dosyć nieśmiało.

– Jak znowu udało mu się wkręcić?

– Jest inteligentny i zabawny, a jego książki cieszą się w Estonii popularnością. Ale cipolajza jeszcze się tutaj nie wślizgnął. Nadal możemy zawetować jego zaproszenie.

– Możemy?

– Możemy poinformować organizatorów, że wycofamy nasze wsparcie, jeśli nie anulują zaproszenia.

Alice prychnęła.

– Portki im opadną ze strachu.

– Zdziwiłabyś się, po tym filmie nadal cieszymy się sporą życzliwością.

– Film, phi.

– Poważnie. Chcesz, żebym naszkicowała zawiadomienie do organizatorów festiwalu? To nie zajmie nawet pięciu minut, Tim je podpisze, nie zadawszy sobie trudu przeczytania go, a Cox stanie się w Tallinie persona non grata.

Alice zastanowiła się nad tym. Ostatnia wizyta Coxa skończyła się ambasadorską reprymendą dla niego i bardzo niezręczną rozmową z działem personalnym. Próba wycofania zaproszenia jedynie odgrzałaby sprawę.

– Daj spokój – powiedziała Selina. – To pierdolona napaść na tle seksualnym. Nicky i te cipy z góry naprawdę to spieprzyły. Cox powinien zostać aresztowany.

I stałoby się tak, gdyby kadry nie zasugerowały, że lepiej będzie siedzieć cicho i trzymać całą chryję pod korcem. Nie chcemy zamieszania i złej prasy, Alice. Sami to załatwimy. A potem wyobraziła sobie, jak zareagowałby Rob, gdyby poszła do sądu, i nagle chciała tylko, żeby zamieszanie poszło w niepamięć. Pokręciła głową.

– Niech ten chujek ma swoje wakacje – stwierdziła. – Ale nie zajmuję się festiwalem. I tak teraz twoja kolej.