Ziarno i krew

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7 stycznia, Urfa, Adıyaman

Rano wróciłem pod cytadelę. Styczeń w Turcji ma jednak swoje zalety, przede wszystkim tę, że mało jest turystów. Miejsce, które za kilka miesięcy będzie nie do zniesienia ze względu na upał i tłum, dziś jest cichym i spokojnym zakątkiem, po którym oprowadził nas miejscowy kolega Agaty o imieniu Nahit.

Nahit opowiedział nam legendę, według której stawy powstały wskutek boskiej interwencji. Dorosły Abraham nie mógł znieść pogaństwa Nimroda i krytykował publicznie króla. Ten, rozwścieczony postępowaniem proroka, postanowił go ukarać w niezwykle wymyślny sposób. Kazał wyciąć wszystkie drzewa w okolicy i usypać z nich wielki stos, na którym miał spłonąć Abraham. Na wzgórzu górującym nad miastem wybudował dwie kolumny – miały one posłużyć jako widełki procy, z której król chciał wystrzelić proroka w ogień. Nawiasem mówiąc, kolumny górują nad miastem do dziś, ale przypominają nie o śmierci Abrahama, a o jego triumfie. Bóg uratował swojego proroka. Kiedy Nimrod wystrzelił go z procy na niechybną śmierć, płomienie zmieniły się w wodę, a rozpalone węgle w karpie. Ryby ułożyły się w coś w rodzaju materaca, na którym Abraham bezpiecznie wylądował i ocalił życie.

Karpie w nagrodę otrzymały od ludzi miano świętych. Każdy mieszkaniec Urfy wie, że kto zje karpia, natychmiast oślepnie. Zwracam uwagę Nahitowi, że najwyraźniej Pan Bóg uczynił wyjątek dla Polaków. Jest bardzo zdziwiony, kiedy mówię mu, że jemy karpie w Wigilię Bożego Narodzenia, a wcześniej trzymamy je w wannach, żeby umierały świeże.

To nie koniec legendy. Córka Nimroda Zeliha przyjęła wiarę Abrahama, sprzeciwiając się ojcu, za co ten postanowił wrzucić ją w płomienie podobnie jak Abrahama. Dalszy ciąg zależy od wersji legendy. Jedna mówi, że smutna Zeliha, myśląc, że Abraham zginął, płakała tak długo, aż jej łzy utworzyły staw obok stawu Abrahama. Druga zaś, że ojciec jednak zabił córkę, wystrzeliwując ją z kamiennej procy podobnie jak Abrahama. Mimo starań karpi, które i jej pospieszyły na pomoc, Zeliha niestety nie przeżyła upadku. Tak czy owak, mniejszy staw nosi nazwę Łzy Zelihy. A Nimroda Bóg ukarał, zsyłając muchę, która przez nos dostała się do jego mózgu. Władca nie mógł znieść brzęczenia w głowie i zaczął nią bić w mur, aż pękła czaszka.

I dobrze mu tak[10].

Nahit ma dwadzieścia siedem lat, jest najstarszy z rodziny, po śmierci ojca przed rokiem musiał wrócić do domu do Urfy, by zaopiekować się siostrami i matką. Wcześniej mieszkał w Stambule. Mówi mi o tym, jak szczególne miejsce zajmuje Abraham w sercach mieszkańców Urfy. To nie tylko kwestia religijna, Abraham przyciąga do tego podupadającego miasta rzesze pielgrzymów i turystów.

– Tutaj ludzie czują się bliżej Boga – mówi.

Pytam, czy wie, że Edessa była pierwszym miastem, które przyjęło chrześcijaństwo.

– Nie wiedziałem – mówi.

– Czy są tu jeszcze jakieś kościoły?

– Chyba nie. Kiedyś były dwa, ale jeden zamieniono w meczet, a drugi w ośrodek kultury. Myślę, że wielu ludzi w mieście żałuje, że Urfa nie jest już tym, czym była kiedyś, ale co zrobić… Ludzie stąd wyjeżdżają, jesteśmy małym, prowincjonalnym miastem, dobrze, że są chociaż turyści.

Z bliska karpie wyglądają jak miniaturowe rekinki. Gdy tylko zbliża się pokarm, setki ryb podpływają, urządzają wodne pandemonium i pożerają każdą porcję. Wygląda na to, że te ryby są wiecznie nienasycone, turyści w kółko wrzucają pokarm do wody, a karpie kłębią się i tłoczą, byle tylko wchłonąć jak najwięcej.

Tutaj są zupełnie bezpieczne, jedynym zagrożeniem jest pożarcie słabszych okazów przez silniejsze. Dozorcy nie dotykają nawet martwych karpi. Czekają, aż żywe wyjedzą trupom oczy i dopiero wtedy rozkładające się w wodzie resztki są odławiane i wyrzucane. Pewnie dozorcy wolą nie ryzykować utraty wzroku.

Z Urfy do Adıyaman jedzie się busem zaledwie dwie godziny. To jedna z czterech metropolii diecezjalnych Syriackiego Kościoła Ortodoksyjnego, pozostałe znajdują się w klasztorach Mor Gabriel i Dajr az-Zafaran w Tur Abdin oraz w Stambule. Podczas tej podróży mam zamiar odwiedzić wszystkie cztery, a pierwszym przystankiem będzie kościół diecezjalny Świętych Piotra i Pawła w Adıyamanie, którego historia pokazuje, na czym w istocie polegało życie chrześcijan w tym regionie przez ostatnie sto lat.

W 1915 roku mieszkało tu siedemset rodzin ormiańskich i sto aramejskich. Chrześcijanie skupieni byli w kwartale, który muzułmanie nazywali co prawda „dzielnicą niewiernych”, ale życie było spokojne. Tutejsi sunniccy alewici, Ormianie i Asyryjczycy stanowili wspólnotę miejską, owszem, podzieloną na własne strefy wpływów ekonomicznych i religijnych, ale żyjącą na ogół w zgodzie. Ormianie i Asyryjczycy pobierali się między sobą, a ich dzieci mówiły po ormiańsku, czasem przyjmując asyryjskie nazwiska.

W 1915 roku Ormianie i Asyryjczycy mogli przeżyć na kilka sposobów. Niektórzy ocaleli dzięki odwadze rodzin alewickich, które przechowywały chrześcijan. Reszta miała do wyboru poddanie się deportacji, przejście na islam lub śmierć. Domy deportowanych były przejmowane przez miejscowych oraz rodziny muzułmańskie z Bałkanów, które Turcy przesiedlili do Adıyamanu. Przerażone matki ormiańskie i asyryjskie wywoziły swoje dzieci na wieś, zostawiając je w muzułmańskich domach. Trafiały do takich miejscowości, jak Narınca, Ulbis, Kafardis, Gerger, Venk, Haspiyas, wychowywały się w religii muzułmańskiej, nie wiedząc, kim w istocie są.

Jeszcze na początku lat siedemdziesiątych w Adıyamanie żyło sześćdziesiąt rodzin chrześcijańskich, czterdzieści ormiańskich i dwadzieścia asyryjskich. W czasie kryzysu cypryjskiego w 1973 roku muzułmanie chcieli spalić kościół i całą „dzielnicę niewiernych”, ale udało im się to tylko częściowo: kościół przetrwał. Jednak ostatni Ormianie i Asyryjczycy zaczęli opuszczać miasto. Na początku lat osiemdziesiątych napięcia między Turkami a garstką ostatnich chrześcijan osiągnęły punkt szczytowy, bo kościół stał się nie tylko miejscem schronienia dla nielicznych pozostałych w okolicy chrześcijan, ale czymś w rodzaju ośrodka terapeutycznego dla muzułmanów, którzy jako dorośli dowiadywali się, że pochodzą z rodzin chrześcijańskich. W dzieciństwie ocaleli z pogromów i po latach wracali do Adıyamanu, szukając korzeni. Niektórzy decydowali się na chrzest w tajemnicy przed otoczeniem. Takich działań ówczesnego księdza nie dało się jednak ukrywać w nieskończoność – w tej sytuacji wrogość muzułmanów narastała. Wreszcie w 1984 roku kościół Świętych Piotra i Pawła został zamknięty, a ksiądz, który w nim pracował, wyemigrował do Niemiec w tajemniczych okolicznościach. Ponoć był zastraszany, grożono mu nawet śmiercią za udzielanie chrztu Ormianom i Asyryjczykom. Ta postać mnie interesuje, chciałbym dowiedzieć się o niej więcej.

Przez lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte opuszczony budynek kościoła podupadał, tylko dozorca pilnował ruiny. W Adıyamanie zostało zaledwie kilka rodzin chrześcijańskich; w całej diecezji, rozciągniętej od Antiochii na zachodzie po Siverek na wschodzie i od Malatyi na północy po Urfę na południu, na pięciuset kilometrach kwadratowych żyło sto pięćdziesiąt rodzin asyryjskich – nie więcej niż sześćset osób.

O tym, co działo się dalej, miałem rozmawiać z metropolitą Adıyamanu i człowiekiem, który doprowadził do ponownego otwarcia kościoła. Biskup Melki Ürek trafił tu w 2001 roku i od razu rozpoczął starania o przywrócenie kościoła do życia. Po dziewięciu latach otrzymał zgodę władz i latem 2011 roku kościół Świętych Piotra i Pawła został oficjalnie otwarty. To była pierwsza świątynia udostępniona wiernym Syriackiego Kościoła Ortodoksyjnego w Turcji po upadku Imperium Osmańskiego. Korzystają z niej również nieliczni pozostali w regionie Ormianie, bo w Adıyamanie nie ma kościołów ormiańskich.

Biskup Ürek przyjmuje nas w swoim gabinecie. Na ścianie portret syriackiego patriarchy Ignacego Efrema II, po prawej stronie biurka flaga turecka, po lewej sztandar z godłem Syriackiego Kościoła Ortodoksyjnego. Wszystko to wygląda niezwykle oficjalnie, ale za chwilę miałem przekonać się, jak serdecznym i otwartym człowiekiem jest biskup.

Pytam, czy chrześcijanie w Adıyamanie i okolicach są teraz bezpieczni.

– O tak, każdy może przyjść do naszego kościoła i się modlić – mówi. – Zdarzają się codzienne trudności, ale nie wolno się poddawać. Brakuje środków, nie mamy szkół, edukacja religijna i nauka o naszej kulturze spoczywa na barkach rodziny i Kościoła.

Do pokoju biskupa co chwila wchodzą jego współpracownicy, przerywają rozmowę, biskup proponuje zupę, a skoro zupę, to może cały obiad, czemu nie? Rozmawia przez telefon, załatwiając jakieś sprawy administracyjne, ubrany w czerwoną sutannę, jak to arcybiskup. Ale biskup Ürek jest inny od wielu znanych mi hierarchów kościelnych. Serdeczny, gościnny, gotowy odpowiadać na każde pytanie i jeszcze częstuje nas obiadem. Pokazuje mi aplikację Syriam FM w swoim iPhonie.

– Nadaje chyba z Holandii – mówi. W logo stacji zauważam aramejską flagę.

– A wie ksiądz, że właśnie byłem w Södertälje, gdzie mieszka trzydzieści tysięcy Asyryjczyków…

– Jakich Asyryjczyków?! – przerywa mi biskup i widzę, że zaraz będzie zdenerwowany. – Nie ma czegoś takiego jak Asyryjczycy! Istnieją Syriacy, Aramejczycy, ale nie ma Asyryjczyków. Jesteśmy jednym aramejskim narodem, Asyryjczycy to sztuczny twór wymyślony po to, żeby nas podzielić. W naszej społeczności nawet nie używamy tego określenia – mówi.

– Owszem, używacie – dopowiadam w duchu. Tylko nie w Adıyamanie. W zakrystii starego kościoła syriackiego docieram do sedna sporu między Asyryjczykami a Aramejczykami, zwanymi Syryjczykami czy Syriakami – fakt, że w języku polskim najczęściej mówi się o Syryjczykach, choć przecież nie chodzi tu o mieszkańców Syrii, jeszcze bardziej utrudnia zrozumienie. W Södertälje chodzi o kibiców klubów Assyriska i Syrianska, wiernych od Jakuba i Efrema. A tutaj?

 

– Asyryjczycy byli starożytnym narodem – mówi biskup. – Stary Testament o nim wspomina, ale ten naród już nie istnieje, podobnie jak Sumerowie, Hetyci, Akadyjczycy czy inne ludy sprzed tysięcy lat, które wyginęły albo zostały wchłonięte przez inne narody. Jesteśmy Aramejczykami, naszym kościołem jest Syriacki Kościół Ortodoksyjny.

– To dlaczego w Södertälje…

– To właśnie tam stworzono cały ten problem, którego nie ma – ciągnie biskup Ürek. – Tym młodym ludziom, z którymi pan rozmawiał w Szwecji, nacjonaliści wyprali mózgi, w całej ich teorii narodu asyryjskiego nie ma ani krzty prawdy. Mienią się obrońcami chrześcijan, ale w rzeczywistości osłabiają aramejską kulturę, niszczą ją i dzielą naszą wspólnotę. Opowiadają brednie na nasz temat, ale to wszystko polityka. Chodzi o zdobycie wpływów w Szwecji, czy tam, gdzie mieszkają. Może mają za dużo wolności i za mało problemów, swoboda im w głowie pomieszała.

Biskup jest wyraźnie wzburzony.

– Niech pan pyta o wszystko, nie ma tematów tabu. Jednak proszę nie ulegać ich propagandzie, bo oni nawet nie wiedzą, jak wielką krzywdę czynią swoim rodakom w Turcji czy Syrii.

Postanawiam nie ulegać, ale muszę się zdecydować choćby na to, jak ich nazywać. Chyba najlepszym rozwiązaniem będzie nazywanie ich tak, jak sami sobie tego życzą, w końcu nie ma powodu, żeby postępować inaczej. Nacjonaliści ze Szwecji zostają zatem Asyryjczykami, a Aramejczycy z Adıyamanu czy Tur Abdin niech będą Aramejczykami.

Pytam, na ile religia jest częścią tej aramejskiej tożsamości.

– Religia jest tylko częścią składową tożsamości, język był wcześniej. Skoro Chrystus mówił po aramejsku, to musiał się go od kogoś nauczyć. Zatem dzieje naszego narodu zaczynają się wraz z rozwojem języka aramejskiego. Chrześcijaństwo to nasza cecha religijna, natomiast aramejskość („syriackość”, jak mówi biskup) jest naszą cechą narodową.

Ryzykując dalszą irytację gospodarza, pytam biskupa, na ile tutejsi Aramejczycy są skuteczni w stosunkach z władzami. Inaczej niż inne grupy, na przykład Kurdowie, Aramejczycy walczą przecież o swoje prawa wyłącznie w ramach obowiązującego w Turcji porządku.

– W Södertälje niektórzy twierdzą, że powinniście być bardziej radykalni, podobnie jak Kurdowie – mówię.

– Można mówić, co kto chce, nic to nie kosztuje. Ilu jest Kurdów, a ilu Aramejczyków? Powinniśmy mierzyć zamiary na siły, którymi dysponujemy, inaczej działamy wbrew własnym interesom. Cele polityczne, które stawiają sobie Kurdowie, nie leżą w naszym zasięgu. Powinniśmy uważać, żeby sobie nie zaszkodzić.

Pytam biskupa, czy nie boi się, że chrześcijaństwo przestanie tutaj istnieć. Nieważne, jak je zwać: aramejskie czy asyryjskie.

– Zawierzamy Bogu. Jeśli On pozwoli, to przetrwamy. Ale pytanie, które pan zadaje, samo w sobie jest czymś brutalnym, bo sugeruje, że takie zagrożenie istnieje i że naprawdę możemy zniknąć z tego regionu. Nas się ciągle straszy, tak jakby za plecami ciągle czyhało niebezpieczeństwo.

– Kto was straszy?

– Kieruję te słowa do muzułmanów w naszym regionie i do wszystkich, którzy prowadzą bestialską politykę wobec chrześcijan na Bliskim Wschodzie. Niech natychmiast odstąpią od niej, niech skończy się przemoc! Dosyć!

Jemy wspólnie obiad, dołącza do nas Tuma, czyli Tomasz, z Midyat w centrum regionu Tur Abdin, w którym kiedyś mieszkało ponad milion chrześcijan. Tuma pracuje w Adıyamanie od roku jako kościelny. Pochodzi z wielodzietnej rodziny, ma dziesięcioro rodzeństwa. Cztery siostry w Niemczech, brat niedaleko miasta Mardin w klasztorze Dajr az-Zafaran, czyli Szafranowym (nazwa oficjalna to klasztor Świętego Ananiasza), uczy dzieci aramejskiego. Tuma nie był od roku w Midyat, ale niedawno siostra była z wizytą u niego. Pytam, czy zamierza wyjechać z Turcji do rodziny w Niemczech.

– Nie chcę, mogę co najwyżej pojechać na chwilę, żeby zobaczyć, jak tam jest. Ale na stałe nie wyjadę.

Isa Aklius pochodzi z miasteczka Hah, dwadzieścia pięć kilometrów od Midyat. Przyjechał do Adıyamanu na chrzest wnuka, który odbył się poprzedniego dnia. Mówi, że w jego wsi było kiedyś czterdzieści kościołów.

– Kiedy przestały istnieć?

– Nie wiem dokładnie – mówi Isa – ale kiedyś na pewno działały, wszyscy o tym wiedzą.

Obiecuję mu, że odwiedzę Hah.

Moja wizyta zbliża się do końca. Biskup częstuje nas likierem, opowiada o swoich kontaktach z Polakami.

– Dobrze, że Polacy odzyskali swoje chrześcijaństwo po czasach komunizmu, bo chrześcijaństwo to źródło naszej cywilizacji. Nie ma nic piękniejszego niż odzyskanie wiary.

Tłumaczę, że w czasach komunizmu Polacy nie tracili wiary, a kto wie, może nawet wierzyli silniej niż obecnie. Ale nie mamy czasu na drążenie tego tematu. Przed kościołem spotykam młodego mnicha Nahira. Oprowadza mnie po świątyni, opowiada o swoim powołaniu. Nahir został mnichem trzy lata temu, po studiach w Londynie. Pytam, dlaczego zdecydował się na życie zakonne. To przecież tak rzadki dziś wybór.

– Bóg tak chciał. Jestem szczęśliwy, że mnie wezwał i mogę służyć ludziom – odpowiada Nahir.

Pod kościołem czeka na nas Szinazi, znajomy Agaty z Kahty, miasta oddalonego o pół godziny drogi od Adıyamanu. Zawiezie nas samochodem do swojego domu. W Kahcie jest więcej rodzin chrześcijańskich niż w Adıyamanie, co najmniej pięćdziesiąt, ale nie ma ani jednego kościoła. Szinazi mówi, że na tym właśnie polega polityka władz: zostawić kościoły tam, gdzie nie ma chrześcijan, a tam, gdzie są chrześcijanie, nie budować nowych.

Szinazi jest muzułmaninem, jego żona Birgul jest muzułmanką, ich dwóch synów – Kemal i Levent – również. Jest jeszcze Güzin, ich siostra, która kilka lat temu stała się przyczyną rodzinnej traumy.

Kiedy dotarliśmy z Szinazim do domu, Kemal ze swoją kanadyjską żoną właśnie pakowali walizki. Po wakacjach w Kahcie przygotowywali się do powrotu do Abu Dhabi, gdzie mieszkają. Rano mieli wsiąść do samolotu z Gaziantepu do Stambułu, a stamtąd lecieć do domu. Jednak wydarzyła się rzecz niespotykana – w Kahcie spadł śnieg. Pierwszy raz od dwunastu lat. Wyglądało na to, że lokalne lotnisko zostanie zamknięte. Roztrzęsiona Diana, żona Kemala, z nosem w komputerze szukała awaryjnych połączeń ze Stambułem. Kemal uspokajał ją, że pewnie śnieg zaraz przestanie padać, a równocześnie opowiadał mi historię rodziny.

– Mama najpierw nie pozwoliła naszej Güzin wyjść za mąż. Tata się zgodził, ale mama nie. Teraz wszyscy kochają Erguna, bo jest porządnym człowiekiem, ale wtedy to była katastrofa. Córka chce wyjść za Ormianina? Ślub córki z chrześcijaninem? To przecież skandal na całe miasto!

Mama płakała całymi dniami, szantażowała rodzinę. „Nie pozwolę im się pobrać!”, krzyczała. „Ludzie nas odrzucą! Nikt z nami nie będzie chciał rozmawiać, wszyscy sąsiedzi poczują się obrażeni”. Była na zmianę smutna i wściekła. W końcu ojciec do niej rzekł: „Dajże spokój, nie możesz tak się zachowywać”. I wreszcie się zgodziła.

Birgul, mama Kemala, szykuje dla nas herbatę, zaraz przyjdzie do pokoju, dołączy do rozmowy. Jestem gościem niezwykłej rodziny, w której przodkowie ojca byli Aramejczykami, a matki – Ormianami. Rodzina przeżyła ludobójstwo 1915 roku dzięki temu, że przyjęła islam.

– W dzieciństwie nic nie wiedzieliśmy o naszym pochodzeniu – mówi Kemal. – Jeszcze w wieku czternastu lat chodziłem do meczetu, modliłem się sumiennie, przestrzegałem postów i tak dalej. Ale jedna rzecz mnie dziwiła. Widziałem czasem, jak babcia, mama taty, wykonuje znak krzyża. Chodziła normalnie do meczetu, modliła się z muzułmanami, a potem w domu się żegnała. Pytałem ją, dlaczego robi ten znak, a ona mówiła: „Przecież Pan Bóg jest ten sam, nie ma różnicy, jak się modlisz”. Tak było jeszcze dziesięć lat temu.

Pytałem ojca, o co w tym chodzi, kim my jesteśmy. I on mi coś tłumaczył na odczepnego. Aż któregoś dnia wziął Leventa, Güzin i mnie do pokoju i tak mówi: „Powinniście wiedzieć, że wasi dziadkowie byli chrześcijanami. W naszej rodzinie było trzech braci, jeden uciekł do Libanu, dwóch przeszło na islam, żeby ratować życie”. I jeszcze dodał, że po stronie mamy wszyscy byli Ormianami i że uratowali życie tylko ci, którzy przeszli na islam. Wszystko nam powiedział, jakie nazwiska nosili członkowie naszej rodziny, jak nazywały się okoliczne miejscowości, opowiedział nam o mordowaniu chrześcijan, o deportacjach, o plądrowaniu domów chrześcijan przez Turków i Kurdów.

Pamiętam dokładnie, że po tej rozmowie Güzin powiedziała: „Baba, tato, kiedy skończę osiemnaście lat, chcę się ochrzcić. Chcę zmienić wiarę”.

Dorosła, poznała Erguna, który jest Ormianinem. To nie był przypadek, ona chciała poznać kogoś takiego. Chciała być bliżej swojej dawnej tożsamości, nie wyobrażam sobie, żeby wyszła za muzułmanina. Ochrzciła się i została aramejską chrześcijanką, wróciła do naszych korzeni.

Birgul siada obok mnie. Jest piękną kobietą o twarzy bez zmarszczek, uśmiechnięta, mówi łagodnym, ale pewnym siebie głosem.

– Güzin powiedziała, że chce wrócić do swoich korzeni, do źródeł. Na początku nie byłam zadowolona, nie poszłam na tę ceremonię do Adıyamanu, Szinazi poszedł, ja nie. Güzin miała wtedy dwadzieścia lat, to było dwudziestego siódmego sierpnia dwa tysiące ósmego roku. Nasi sąsiedzi bardzo negatywnie zareagowali i byłam tym przytłoczona. Potem zrozumiałam, że to jest osobisty wybór mojej córki, ona go dokonała, a my zostaliśmy gdzieś pomiędzy, jesteśmy zawieszeni pośrodku. Moja mama, niech Allah ma ją w swojej opiece, też mówiła: „Albo bądźcie po jednej stronie, albo po drugiej”. Ale my nie mamy pojęcia, co robić, jesteśmy skołowani. Gdy chodzimy do meczetu i modlimy się pięć razy dziennie, to mówią, że robimy to ze strachu. A kiedy chcemy wrócić do dawnej wiary, to mówią, że jesteśmy obcy. „Gâvur[11], giaury”, tak o nas mówią. Cały czas jest w nas strach. Boimy się, zwłaszcza dorośli. Ciągle mamy w pamięci strach.

Kemal:

– Moi rodzice jeszcze do niedawna nie byli w stanie nawet mówić o tym, co się kiedyś tutaj działo, pamięć o ludobójstwie była dla nich zbyt wielką traumą. Nawet tata pamięta czasy, kiedy chrześcijanie w Kahcie byli fizycznie atakowani i bali się wyjść na ulicę. Mama opowiadała mi, jak Eufrat w mieście spływał krwią. I nie mówiła o roku 1915, tylko o latach siedemdziesiątych.

Pytam, czy ciągle dochodzi do aktów wrogości wobec chrześcijan.

Birgul:

– Teraz już nie, rodziny chrześcijańskie mogą tu normalnie żyć. Ale obnosić się z wiarą nie powinny.

Kemal:

– Güzin zmusiła nas swoim krokiem do rozmowy o historii rodziny, ale my jesteśmy wyjątkiem. Wielu ludzi w Kahcie nie wie, że kiedyś ich rodziny były chrześcijańskie, i nigdy się tego nie dowie.

– Wiesz, że ja nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak ze sobą rozmawialiśmy. – mówi Kemal. – Rodzice unikają tego tematu, nie chcą go poruszać. Dopiero przy tobie się otworzyli.

Nie wiem, co odpowiedzieć. Wiele podróżuję, trafiam zwykle na otwartych ludzi, gotowych do rozmowy. Jednak nie pamiętam równie przejmującej serdeczności i gościnności jak w tym muzułmańskim domu. Jestem dla nich obcym człowiekiem z dalekiego kraju. Nic mnie z nimi nie łączy poza tym, że moja tłumaczka Agata pracuje z ich synem Leventem w Stambule i dzięki nim trafiłem do tej rodziny. Zostałem przyjęty jak przyjaciel i powiernik rodzinnej tajemnicy.

Dzwonek do drzwi, przychodzi Adem, teść Güzin. Na oko sześćdziesięciolatek, choć głos ma zmęczony i chyba sam jest zmęczony, ale czuję, że bardzo chce podzielić się ze mną swoją historią. Po krótkiej prezentacji i kilku łykach herbaty zaczyna opowieść.

– Wczoraj był dla nas wyjątkowy dzień, Boże Narodzenie, ale nie mogliśmy go świętować. Nie mogliśmy przecież zamknąć sklepów, bo muzułmanie pytaliby, co takiego się wydarzyło. Ja nadzoruję spawaczy, taki mam zawód. Nie mogę nie iść do pracy, moi pracownicy są muzułmanami, niektórzy nawet nie wiedzą, że jestem Ormianinem. Więc nie obchodziliśmy Bożego Narodzenia tak, jakbyśmy chcieli.

Szinazi:

– Kiedy miałem dwanaście–trzynaście lat, w drugiej klasie gimnazjum pokłóciłem się z kolegą i on rzucił: „Ty się nie mądrzyj, bo ty jesteś gâvur”. Wracam do domu i pytam tatę: „Tato, czy my jesteśmy niewierni?”. Tata mówi: „No, w sumie tak, jesteśmy”. Czasem nawet baliśmy się odpisywać na listy od mojego wujka, który żył w Libanie. Pytał, jak nam się wiedzie, zachęcał, żebyśmy do niego dołączyli. Ale baliśmy się. Baliśmy się wyjechać, baliśmy się nawet odpisać, żeby ktoś nie odkrył naszej tajemnicy.

 

Adem zniża głos:

– Nawet kiedy się modlimy, robimy to trochę potajemnie, wszystkie nasze prawdziwe modlitwy odmawiamy po kryjomu.

– Jak to?

– W domu, tak żeby nikt nie słyszał. Czasem modlimy się w prywatnych domach. Tak jest bezpieczniej.

Pytam Adema, kto opowiedział mu po raz pierwszy o ludobójstwie.

Włącza się podekscytowany Kemal:

– Wujku, on cię pyta o tysiąc dziewięćset piętnasty, wiesz, o co chodzi, o ludobójstwo Ormian! Ja też jestem ciekaw, powiedz, co się wtedy działo?

Adem:

– W mojej rodzinie zabito siedem osób. Mój dziadek miał wtedy pięć lat, pasał owce i to pamiętał, potem mi opowiedział. Wiem, kto zabił moich drugich dziadków i kuzynów, kto był mordercą, ale przez te wszystkie lata nic nie mogliśmy zrobić. A teraz mordercy już nie żyją.

Do piętnastego roku życia Adem nie wiedział, że jest Ormianinem. Dowiedział się dzięki chrześcijanom z wioski oddalonej o kilka kilometrów od rodzinnego domu we wsi Balli. To oni mu powiedzieli, kim jest, rodzice nic nie zdradzili.

– Potem, kiedy już wiedziałem, rodzice dalej nie mówili, nie chcieli ze mną o tym rozmawiać.

– Czyli do piętnastego roku życia był pan muzułmaninem? – uściślam.

– Nie byłem muzułmaninem – poprawia Adem. – Zmusili mnie, żebym nim był.

Ochrzcił się w tajemnicy przed rodzicami w 1983 roku. Miał wtedy dwadzieścia osiem lat.

– Rodzice nie mieli o tym pojęcia. Mama w końcu się dowiedziała, ale też nikomu nic nie mówiła, bo bała się o mnie i o całą rodzinę.

Pomogli mu dalecy krewni, zaprowadzili do kościoła w Adıya­manie, skontaktowali z księdzem, który go ochrzcił w tajemnicy. Kilka tygodni później, kiedy chrzest wyszedł na jaw, krewni, którzy pomagali Ademowi, uciekli do Antiochii, a potem do Niemiec. Bali się o życie.

– To były okropne czasy, strach było wyjść na ulicę.

– Dlaczego się pan ochrzcił? – pytam.

– I tak wiedzieli, że jestem chrześcijaninem, byliśmy giaurami, obcymi. Pomyślałem, że skoro i tak mnie nie chcą, to niech już będę pełnym chrześcijaninem. Ciągle mi mówili: „Nie jesteś taki jak my, nie jesteś taki jak my”. Więc pomyślałem, że będę przynajmniej taki jak moi przodkowie, jak mama i tata. Dlatego się ochrzciłem.

– Nigdy pan tego nie żałował?

– Nigdy nie żałowałem. Choć całe życie zmagam się z konsekwencjami tej decyzji, to nie żałuję.

Chwilę milczymy, Adem przypomina historię z udziałem żony.

– Ugotowała jajka w łupinach cebuli na Wielkanoc. Ci, którzy wiedzieli, że to jajka na Wielkanoc, mówili: „Zobacz, co ci niewierni wymyślają!”. A ci, co nie wiedzieli, mówili: „Popatrz, jakie ładne jajka ugotowała, musi bardzo kochać swoje dzieci, bo tak ładnie przyrządziła te jajka na śniadanie”.

Śmiejemy się, Adem opowiada dalej:

– Była tutaj taka rodzina, ale wszystkie dzieci wyemigrowały do Niemiec, potem zmarł ojciec, matka wyjechała i koniec, nie ma ich. Wszyscy tak możemy skończyć. Młodzi nie zostają, wyjeżdżają. Pierwszym przystankiem jest Stambuł, potem zagranica, bo tam mogą żyć swobodnie. Wyjeżdżają i okazuje się, że na Zachodzie ich też nie lubią. Tutaj ich nie lubią, bo są chrześcijanami, tam ich nie lubią, bo są Turkami. To lepiej już zostać, przynajmniej jesteśmy u siebie.

Czekamy na Güzin, pijąc herbatę i zajadając pyszne pączki zrobione przez Birgul. Czekamy na Güzin, ale przychodzi Kristin. To znaczy Güzin przedstawia się jako Kristin.

– Zmieniłam swoje imię przy chrzcie. Tolga, mój syn, Ergun, mój mąż, to są tureckie imiona, ale ja jestem Kristin, czyli chrześcijanka, należąca do Chrystusa. Ochrzciłam się czternastego lipca dwa tysiące szóstego roku.

– Jak to dwa tysiące szóstego? – dziwię się. – Mama mówi, że ochrzciłaś się dwa lata później.

Kristin się śmieje.

– Nie wiem, dlaczego tak mówi, przecież jej nie było na chrzcie. Może słabo pamięta.

Może. Każdy z nas zabiera tylko tyle przeżyć, dat, uczuć, ile zdoła udźwignąć. Wpycha je w różne zakamarki schowka zwanego pamięcią, a potem formuje w ulubione kształty.

– Dlaczego się ochrzciłaś?

– Dobre pytanie – uśmiecha się Kristin. Dowiedziała się o swoim pochodzeniu przypadkiem. Pewnego dnia dziewczynka od sąsiadów, jak się okazało, chrześcijan, powiedziała do niej: „Ty też jesteś gâvur”. Ja jej na to: „Nie jestem, o co ci chodzi?”. Wróciłam do domu i powiedziałam, że w szkole mówią o mnie gâvur. Babcia się najpierw bardzo zdenerwowała, a potem przyznała, że kiedyś mieliśmy inną wiarę, byliśmy za nią prześladowani, więc od niej odeszliśmy, ale i tak wszyscy wiedzą, kim jesteśmy. „Teraz musimy milczeć – mówiła babcia – ale dla nich pozostaniemy obcy”.

Kiedy babcia mi to powiedziała, zaczęłam szukać. Wcześniej czytałam Koran, religia nie była mi obca. Czytałam, obserwowałam i porównywałam. Nie chciałam zmieniać wiary bezrefleksyjnie i im więcej się dowiadywałam, tym bardziej chrześcijaństwo mi się podobało, wciągałam się. Poszłam do kościoła, poznałam księdza i zakonników, zaczęłam z nimi rozmawiać. Powoli, powoli wchodziłam w to środowisko, aż w końcu poznałam Erguna, mojego przyszłego męża, który jest chrześcijaninem i to jeszcze bardziej mnie przekonało. W pewnym momencie zrozumiałam, że nie ma dla mnie odwrotu.

Pytam Kristin, jak inni przyjmują fakt, że jest chrześcijanką.

– Nie obnoszę się z wiarą. Studiuję na uniwersytecie i wszyscy tam wiedzą, kim jestem. Traktują mnie w sposób szczególny, darzą, powiedzmy, życzliwym zainteresowaniem. Ale nie ­wszędzie w Turcji tak jest, żyjemy w muzułmańskim społeczeństwie.

– Miałabyś problem, gdybyś nosiła krzyżyk na bluzce?

– Ludzie zaczęliby na mnie inaczej patrzeć. Pewnie myśleliby, że robię to specjalnie, żeby ich sprowokować. Gdybym mieszkała w takim mieście jak Mardin, to mogłabym chodzić z krzyżykiem na wierzchu. Mogłabym też mówić po aramejsku i nie byłoby problemu. Ale w Kahcie noszę krzyżyk pod bluzką. Nigdy nie chodzę bez krzyżyka, ale zawsze go trzymam pod ubraniem. Nie mogę obnosić się ze swoją wiarą, nie mogę ogłaszać, że jestem chrześcijanką. Mimo to jestem szczęśliwa, że mogę wierzyć w Mesjasza i moja rodzina idzie drogą Mesjasza.

Słuchałem tych rodzinnych opowieści i nie mogłem uciec od bliskich skojarzeń. Przemilczany, pomijany temat ludobójstwa przodków, zmiana wiary w tajemnicy przed rodziną, przypadkowe spotkanie, dzięki któremu wraca zagubiona tożsamość – to były historie, które znałem z relacji Żydów ocalałych z Holokaustu. Kontekst historyczny i społeczny jest inny, ale zachowania i uczucia podobne. Podobnie jak u nas w Europie, kolejne pokolenie wbrew wszystkiemu próbuje odbudować zręby świata, który odszedł i nigdy nie wróci.

– Ochrzciłam Tolgę zgodnie ze zwyczajem, gdy miał dwadzieścia dni – mówi Kristin. – Ale nie wpisałam mu wyznania do dowodu. Niech sam zdecyduje, czy naprawdę chce być w pełni świadomym chrześcijaninem. W ten sposób jego wiara będzie zdrowa, stanie się wyrazem indywidualnego wyboru.

Kristin, Tolga i Ergun chodzą do kościoła w Adıyamanie co niedziela, o ile to możliwe. Wspólnie się modlą, czytają Biblię, Kristin nauczyła się aramejskiego, sprawnie czyta. Tolga chodzi dopiero do trzeciej klasy.

– Chcę, żeby znał aramejski, bo to jest jego język ojczysty.

– Język ojczysty?

– Tak – potwierdza Kristin. – Aramejski jest jego językiem ojczystym.

Siedzimy w mieszkaniu dawnej chrześcijańskiej rodziny w mieście Kahta w tureckiej Anatolii, która kiedyś była sercem wschodniego chrześcijaństwa. W telewizji opowiadają właśnie o zamachach na redakcję „Charlie Hebdo” w Paryżu, Kemal i jego żona gorączkowo szukają połączeń lotniczych ze Stambułem, bo jednak śnieg nie przestaje padać. W końcu Kemal rezygnuje, zostawia komputer żonie, zakłada kurtkę i wychodzi z ojcem, by nacieszyć się białym puchem.