Ziarno i krewTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach

Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ewa Winnicka Angole

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem.

Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki



Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by A. Abbas / Magnum Photos / Forum

Copyright © by Dariusz Rosiak, 2015

Copyright © for the maps by Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

and GeoServices

Redakcja Wojciech Górnaś / redaktornia.com

Korekta zespół d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-212-7

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

1. Szwecja

2. Południowa Turcja

3. Iracki Kurdystan

4. Stambuł

5. Liban

6. Egipt

7. Izrael, Zachodni Brzeg

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Dla Ani i Zuzi

Teraz się wydarzy to, a następnie tamto,

później zaś, za rok albo za dwa lata (jak obliczam),

takie a takie rozegrają się działania, takie a takie zapanują obyczaje.

Nie będziemy się troszczyć o daleką przyszłość.

Postaramy się o to, żeby się działo jak najlepiej.

Im zaś gorliwiej się postaramy, tym więcej zepsujemy

i tym gorzej wszystko powikłamy, aż wreszcie się pogrążymy

na samo dno zamętu. Wtedy się zatrzymamy.

I wybije godzina, by zabrali się do dzieła bogowie.

Zawsze przychodzą bogowie. Zstąpią

ze swoich machin – i jednych ocalą, a innych

gwałtownie a niespodzianie usuną ze sceny;

a gdy zaprowadzą jakiś porządek,

odejdą. – Potem zaś jeden będzie robił to,

a drugi tamto; z czasem jeszcze inni

będą robić swoje. I jeszcze raz wszystko zaczniemy.

Konstandinos Kawafis, Zstąpienie bogów

przeł. Zygmunt Kubiak

Metro w Sztokholmie jest wydrążone w skale z precyzją artysty cukiernika: czułem się w nim jak w środku wydłubanej i zmyślnie pomalowanej kamiennej bezy. Stacje są jak wielobarwne galerie sztuki, ale chyba nikt nie ogląda podziemnych malowideł. Po ruchomym chodniku na głównej stacji przesiadkowej T-Centralen idą nic niewidzące figurki z gier komputerowych, terminatorzy zdążający wspólnym krokiem do celu. W każdym metrze na świecie ludzie się spieszą, ale nie zawsze tak samo, nie w każdym ich intencje są równie mgliste: listopadowe twarze wpatrzone w punkt, w którym nic się nie przecina.

W metrze i kolejce dojazdowej do przedmieść Sztokholmu miałem spędzić wiele czasu. Na szczęście podróżowałem w towarzystwie Nady Zaito, mojej tłumaczki, przewodniczki, dobrego ducha. To ona poprowadzi mnie po zakamarkach jednej z najbardziej intrygujących społeczności w Europie początku XXI wieku.

Nada przyjechała do Szwecji w kwietniu 2013 roku. Skończyła studia ekonomiczne w Aleppo w Syrii i właśnie miała rozpocząć pracę w przedstawicielstwie ONZ, kiedy oddziały Państwa Islamskiego dotarły do jej miasta Kamiszli, tuż pod granicą turecką. Uciekała z siostrą Nurą, tak jak wielu jej rodaków. Mama i tata już wcześniej byli w Szwecji, brat i druga siostra zostali w Kamiszli.

Odległości między stacjami są znaczne, mieliśmy dużo czasu na rozmowę.

– Dzień za dniem mija. Myślisz sobie, tam jest wojna, mogą cię zabić, więc lepiej być tutaj. Ale ja nie chcę tu zostać. Tu nie jestem szczęśliwa, tam tak. Kamiszli to moje miasto, moja krew, moi przyjaciele.

Nada odbiera telefon, rozmawia chwilę po arabsku. Pytam, czy ma szwedzkich przyjaciół.

– Nie. Szwedzi są jacyś inni. Fascynuje mnie, jak można tyle pracować. Dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu po to, żeby potem pojechać do Szwajcarii na urlop. To nie jest życie. Poza tym niby są dla ciebie mili, ale w środku to rasiści. Jak widzą czarne włosy i brązowe oczy, to myślą, że chcesz ich wysadzić w powietrze. Dają ludziom sześć tysięcy koron miesięcznie i uważają, że to dla nas raj. Szukałam pracy i co chwila słyszałam: „Nie jesteś Szwedką, nie jesteś Szwedką”. A ja przecież nie chcę pracować jako ambasador Szwecji, tylko jako kelnerka w restauracji. I nie pracuję. Nic nie robię, tylko uczę się języka.

– Wrócisz, kiedy wojna się skończy?

– O tak, mój Boże! Ja już teraz chcę wrócić. Tylko rodzice nie pozwalają. Niektórzy z nas zostają w Syrii. Wokół spadają bomby, ludzie giną, ale oni nie chcą opuścić Syrii. Bo co mieliby tutaj robić?

Przesiedliśmy się w kolejkę w kierunku Södertälje, przedmieścia Sztokholmu oddalonego o trzydzieści kilometrów od centrum. Na miejscu obok usiadł mężczyzna koło czterdziestki, najwyraźniej rozumiał, o czym mówimy. Przedstawił się jako Tony. Jest piekarzem, ma zakład w centrum Sztokholmu. Pochodzi z Midyat na południu Turcji, miał zaledwie sześć miesięcy, gdy rodzice uciekli do Niemiec tuż po wybuchu konfliktu grecko-tureckiego o Cypr[1]. Od 1975 roku mieszka w Södertälje.

 

– Chrześcijanie byli najlepszymi ludźmi w Midyat, złotnicy, jubilerzy, bankierzy, prawnicy. Było nas prawie półtora miliona w Turcji, Syrii, Iraku, Iranie. Po Sejfo, ludobójstwie z tysiąc dziewięćset piętnastego (wiesz, o czym mówię, prawda?), zostało dwadzieścia tysięcy. Teraz ostatni wyjeżdżają.

Trochę przesadził z liczbami, ale nie prostowałem. Taki już los małego narodu, że nikt nie pamięta o jego cierpieniu, zwłaszcza jeśli odbywa się ono w cieniu cierpienia większego narodu. W 1915 roku osmańscy Turcy i Kurdowie wymordowali kilkaset tysięcy Ormian. O Asyryjczykach i Grekach, których również mordowali, mało kto wie.

W pewnej chwili Tony zdjął kurtkę, potem sweter i podwinął rękaw koszuli. Na prawym ramieniu miał tatuaż, który znałem z książek o Asyryjczykach. Obraz przypominał orła z rozpostartymi skrzydłami na czerwonym tle.

– Ten orzeł to symbol naszej potęgi. Syrianska, rozumiesz?

Rozumiałem co nieco. Chociaż nie był to orzeł, tylko pochodnia, symbol Ducha Świętego, czerwone tło oznaczało krew ofiar Sejfo, a żółte płomienie – nadzieję na życie w wolnym państwie. Tak wyglądała jedna z dwóch flag asyryjskich. Spytałem Tony’ego, czy jest chrześcijaninem.

– O tak, chodzę do Świętego Efrema w Södertälje, ale rzadko – powiedział. – Jaki pożytek miałby ze mnie Pan Bóg i ludzie, gdybym chodził do kościoła, ale poza tym był podły, zdradzał innych ludzi, bił żonę?

Dwa tygodnie wcześniej w Krakowie pewien ksiądz prowadził mnie do swojego mieszkania po szerokich schodach budynku na Kanoniczej.

– Ten strop jest lekko zniszczony, bo Szwedzi go naruszyli – powiedział, przystając na półpiętrze. Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że Szwecja będzie wracać w tej opowieści wielokrotnie. – W czasie potopu oczywiście. Jesienią tysiąc sześćset pięćdziesiątego piątego roku Szwedzi oblegali miasto i strzelali z armat. Czarniecki nie miał szans i poddał Kraków w październiku. Ciągle mamy na głowie konserwatora zabytków, nic nie da się tu zmienić. A tu, niech pan patrzy, jaka ładna gotycka płaskorzeźba. Wy tam, w Warszawie, chyba nie macie dużo takich klatek schodowych?

– Ani jednej takiej nie mamy – odpowiedziałem posłusznie. – Tylko Stare Miasto, a i ono to replika. Nie ma porównania z Krakowem. Aż dziw bierze, że tylu ludzi przeprowadza się z Krakowa do Warszawy, przyjeżdżają, pracują za grosze, biorą kredyt na kawalerkę w bloku i jakoś im architektura nie przeszkadza. – Ostatniego zdania oczywiście nie powiedziałem, tylko tak sobie pomyślałem złośliwie.

Weszliśmy do mieszkania, które przypominało skromny oddział muzeum historii religii. Na ścianach koptyjskie krzyże, ikony, obrazy święte. I książki, wszędzie opasłe tomy oprawione w skórę. Byłem w domu wybitnego znawcy wschodniego chrześcijaństwa, księdza profesora Krzysztofa Kościelniaka z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

– Zaraz panu rozrysuję, od czego to się zaczęło, bez tego nie zrozumie pan nic. Nie będzie pan wiedział, kto jest kim. Zresztą nawet jak ktoś myśli, że wie, to i tak nie zawsze rozumie.

Niewiele rozumiałem, choć o tej podróży myślałem od kilkunastu lat, od kiedy przeczytałem książkę Williama Dalrymple’a From the Holy Mountain. Dalrymple przez pięć miesięcy w 1994 roku podróżował śladem Jana Moschosa, chrześcijańskiego mnicha żyjącego na przełomie VI i VII wieku, i napisał książkę, która nie dawała mi spokoju. Dzięki niej docierało do mnie, jak nigdy wcześniej, jaką rolę w historii człowieka odgrywa chrześcijaństwo.

Powszechnie wiadomo, że bez chrześcijaństwa nie byłoby cywilizacji zachodniej. Jednak Dalrymple nie pisał analizy wielkich procesów historycznych ani wydarzeń zmieniających bieg dziejów, w każdym razie nie to było w jego książce najważniejsze. To była fascynująca opowieść o tym, jak nowa religia zmieniała zwykłych ludzi, jak kształtowała ich wrażliwość, myślenie i system wartości. Pod koniec XX wieku autor wracał w miejsca, gdzie narodziło się chrześcijaństwo, odkrywał w nich jego szczątki. I opowiadał.

Od połowy lat dziewięćdziesiątych na Bliskim Wschodzie wydarzyło się mnóstwo rzeczy, głównie złych. Od dawna nie ma już świata Jana Moschosa, ale na naszych oczach rozpadały się również chrześcijańskie enklawy opisane przez Williama Dalrymple’a. Pomyślałem, że to dobry moment, by odwiedzić miejsca i ludzi, o których pisał Brytyjczyk.

Przygotowując się przez wiele tygodni do wyjazdu, śledziłem doniesienia wojenne z Bliskiego Wschodu, czytałem dzieła pisarzy pochodzących z tego regionu, błądziłem we mgle zawiłych sporów teologicznych pierwszych wieków po Chrystusie, zgłębiałem tajniki herezji i dociekań, które dziś dla wielu zachodnich chrześcijan stanowią całkowitą abstrakcję.

Jednak nawet najlepsze książki nie przygotują na niezwykłe uczucie dezorientacji, które zaskakuje reportera, gdy staje twarzą w twarz z drugim człowiekiem. Słyszy nową, nieznaną historię zaprzeczającą wszystkiemu, co wyczytał w mądrych książkach i znał z wcześniejszych doświadczeń. Musi wtedy wybrać, komu zawierzyć: tekstom opierającym się na autorytecie autora, historykom i ekspertom czy zwykłemu człowiekowi, którego opowieść burzy dotychczasowe spojrzenie i klarowność akademickiego wywodu. W autentycznym kontakcie z człowiekiem ginie pewność i zgoda na świat wcześniej znany i opisany, pojawiają się paradoksy, niejasności, sprzeczności. Czyli normalne życie.

Jego szukałem podczas tej podróży.

Chrześcijaństwo pochodzi ze Wschodu. Wszystko zaczęło się w Antiochii, Jerozolimie, Aleksandrii, Konstantynopolu. Rzym był daleko. Italię podbijali Wizygoci i Hunowie, Wyspy Brytyjskie terroryzowali Piktowie, Szkoci i Sasi, teren Polski był puszczą, w której ludzie konkurowali o tereny z żubrami i wilkami. Tymczasem na Wschodzie wykuwała się teologia chrześcijańska, która miała zmienić świat, bujnie kwitła kultura, powstawały piękne kościoły. Stąd apostołowie i ich naśladowcy wyruszali w świat, tutaj tysiące mnichów szło na pustynię, by poświęcać życie Bogu.

Niby wiemy, że tak było. Wiemy też, że tysiące wschodnich chrześcijan giną dziś z rąk fanatyków muzułmańskich, setki tysięcy uciekają z miejsc, w których ich przodkowie mieszkali przez stulecia. Są zastraszani, wysiedlani z rodzinnych stron, a my przyglądamy się bezczynnie, jak wysycha źródło, z którego wybiła nasza kultura. Oglądamy w telewizji albo na YouTube zbrodnie Państwa Islamskiego i co najwyżej organizujemy zbiórki charytatywne – jak zwykle, gdy chcemy zagłuszyć sumienie.

Nie chciałem dorzucać na tę tacę ani uprawiać salonowej moralistyki. Wolałem wyruszyć w podróż, spróbować opisać świat, który być może się kończy, złożyć hołd jego mieszkańcom. Czymże ma być prawdziwa podróż, jeśli nie wyrazem szacunku dla ludzi i ich historii, adoracją miejsc i rzeczy?

Ksiądz wyciągnął książkę z półki.

– Wie pan, co to jest?

Przewróciłem kilka pożółkłych stron zapisanych pismem, którego nie rozumiałem.

– Księga Psalmów z XIII wieku. Etiopska, spisana w języku gyyz.

– Oryginał?

– Z całą pewnością.

– A skąd ksiądz to ma?

Ksiądz Kościelniak zbył milczeniem moje pytanie.

– Jeśli chce pan cokolwiek napisać, to musi pan wiedzieć, skąd się wszystko wzięło. Nie wystarczy cofnąć się dwadzieścia lat czy dwieście. Trzeba wrócić do samego początku.

Wziął kartkę i zaczął rysować pień, z którego odchodziły kolejne gałęzie. Przede mną wyrastał schemat podziałów świata wschodnich chrześcijan.

1. Szwecja
8 listopada 2014, Sztokholm

Dalrymple pojechał na południe, ja zaczynałem podróż po północnej stronie Bałtyku. Na początku listopada znalazłem się w wynajętym pokoju w dzielnicy Älvsjö w Sztokholmie. Za oknem widać było osiedle bloków mieszkalnych, zza ściany dochodziła głośna muzyka. Była sobota wieczór, zastanawiałem się, czy taki łomot będzie mi towarzyszył przez cały pobyt. Niepotrzebnie, od niedzieli rano nic nie było słychać. Niewiele też było widać. W pierwszych dwóch tygodniach listopada 2014 roku w Sztokholmie zanotowano dwie godziny słonecznej pogody. To był rekord, który zdawał się potwierdzać, że zmiany klimatu mogą doprowadzić nas wszystkich do szaleństwa, a może nawet zbiorowego samobójstwa. Metro, zwłaszcza piękne metro sztokholmskie, nie było najgorszym miejscem do przetrwania. W pokoju, zwłaszcza po zapaleniu świeczek i zaciągnięciu zasłon, czułem się jak w przytulnym grobowcu; na zewnątrz było jeszcze gorzej.

Moim gospodarzem w Älvsjö był Johan, jeden z trzech najwybitniejszych szwedzkich gitarzystów flamenco. Tak przy­najmniej twierdziła jego żona Kiana, rodowita Iranka. Kiana jest specjalistką od zakładania alarmów w sklepach.

– Trudno było wyjechać?

– Łatwo. Ludzie na Zachodzie myślą, że policja w Iranie wie wszystko o wszystkich i wszystkich kontroluje. To nieprawda. W Teheranie dostałam wizę brytyjską, pojechałam do Londynu, tam spotkałam Johana, pobraliśmy się w Iranie przed dwoma laty, przyjechaliśmy do Sztokholmu. Za parę miesięcy będę szwedzką obywatelką. Irański paszport też sobie zostawię. I nikomu nic do tego.

Pytam Kianę, czy jest muzułmanką.

– Nie bardzo. To znaczy teoretycznie jestem, ale nie wiem nawet, czy wierzę w Boga. Obrzydzili mi wiarę.

Kiana pokazuje zdjęcia ze ślubu i wesela: młode kobiety w bikini piją szampana w towarzystwie mężczyzn na brzegu prywatnego basenu.

– Rewelacyjne przyjęcie mieliśmy! Tak się wszyscy popili, że nie byli w stanie wrócić do domu – śmieje się Kiana. – Moja siostra musiała ich rozwozić. Zobacz, jaką mam piękną siostrę.

Pokazuje fotografię młodej dziewczyny w minispódniczce i bluzce z dużym dekoltem.

– Ona w takim stroju jeździ samochodem. Regularnie zatrzymuje ją policja i odprowadza na posterunek. A ta się z nimi kłóci, odmawia płacenia kar. Pokrzyczą trochę, pogrożą, a potem ją zwalniają.

Iran, alkohol, roznegliżowane kobiety i bezradność Strażników Rewolucji – poznawałem nieznane oblicze islamskiej codzienności. Intrygujące usłyszeć coś takiego w Sztokholmie od irańskiej specjalistki od zakładania alarmów, żony szwedzkiego gitarzysty flamenco. W następnych dniach miałem usłyszeć zgoła coś innego na temat islamu.

Nazajutrz rano rozpoczynałem podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan. Nie na Bliskim Wschodzie, ale właśnie tutaj, po drugiej stronie Bałtyku, w kraju niegdyś luterańskim, dziś uznawanym za ideał demokratycznego socjalizmu, gdzie zrządzeniem historii wylądowały tysiące orientalnych wyznawców Chrystusa. Opowiedzą mi o swoim życiu, o radościach i bólu, o tym, kogo kochają, a kogo nienawidzą. Taką przynajmniej miałem nadzieję, taki był plan. Mglisty i niepewny, bo prawdziwa podróż zawsze jest mglista i niepewna. Na koniec, kiedy z chaosu zaczną wyłaniać się kształty, a z natłoku słów historie o ludziach, można odkryć nieznaną cząstkę siebie.

9 listopada, Södertälje

W mokry niedzielny poranek dreptałem w miejscu na pętli autobusu linii 751. Wszystko pozamykane, a do odjazdu zostało jeszcze dwadzieścia pięć minut. Kawa z automatu na stacji? Nie, dziękuję. Na przystanku pusto, ruszyłem w stronę małej zatoczki, w której cumowało kilka łodzi. Parkiem przemknęła jakaś postać otulona w skafander. Podobno latem jest tu pięknie, bo tysiące kwiatów zdobią całe centrum. Bezskutecznie usiłowałem to sobie wyobrazić, powtarzając w myślach, że w Södertälje urodził się Björn Borg, więc jest to w pewnym sensie miasto historyczne. Może nawet warto je zwiedzić.

Znalazłem się w światowej stolicy Asyryjczyków. Na dziewięćdziesiąt tysięcy mieszkańców Södertälje ponad połowa to obcokrajowcy, a trzydzieści tysięcy to chrześcijanie z Turcji, Iraku, Syrii. Osiedlają się w Szwecji od ponad czterdziestu lat, a kolejne fale imigracji zbiegają się z datami bliskowschodnich konfliktów i ludzkich tragedii. Wojny państw arabskich z Izraelem, grecko-turecki konflikt o Cypr, rzezie w Libanie, rewolucja w Iranie i konflikt iracko-irański w latach osiemdziesiątych, pierwsza wojna w Zatoce Perskiej w latach dziewięćdziesiątych, potem inwazja na Irak i obalenie Saddama Husajna na początku XXI wieku, wreszcie od 2011 roku wojna domowa w Syrii – to najnowsze akty wielkiej tragedii, exodusu chrześcijan z miejsc, w których ich przodkowie żyli od tysięcy lat. Wcześniej też nie było im łatwo, ale trwali. Teraz stanęli wobec widma ostatecznej katastrofy.

 

Wyjeżdżali w różne miejsca – do Stanów Zjednoczonych, Australii, Gruzji, Armenii, Niemiec i Rosji. Nigdzie jednak nie stworzyli tak silnej wspólnoty jak w Szwecji, a zwłaszcza w Södertälje. Tutaj mają własne kościoły, szkoły, przedsiębiorstwa, stacje telewizyjne i radiowe, organizacje społeczne i dwa porządne kluby piłkarskie, dziś drugoligowe, które kiedyś osiągały przyzwoite wyniki w szwedzkiej ekstraklasie.

Rząd szwedzki już pod koniec lat siedemdziesiątych postanowił przyjmować ze względów humanitarnych wszystkich uchodźców z Bliskiego Wschodu. W 2011 roku ta deklaracja została powtórzona w zupełnie innej sytuacji politycznej i społecznej. Gdy cała Europa, zwłaszcza kraje południa kontynentu, zamykała granice przed uchodźcami, władze w Sztokholmie gwarantowały status uchodźcy każdemu uciekinierowi z Syrii, który dotrze do Szwecji. Co więcej, w Szwecji każdy uchodźca może sobie wybrać miejsce osiedlenia, a lokalna władza musi mu zapewnić warunki do życia.

Nic dziwnego, że od początku wojny w Iraku w 2003 roku do Södertälje dotarło osiem tysięcy chrześcijan. Przyjeżdżają, bo właściwie każdy, kto tu trafia, ma kogoś, kto już tu jest: brata, siostrę, kuzyna, wujka, w najgorszym wypadku przyjaciół.

Wielu nowych imigrantów ląduje w miejscach, gdzie panuje dwudziestopięcio-, trzydziestoprocentowe bezrobocie i normą jest życie z zasiłków. Mieszkają z krewnymi przez kilka tygodni, czasem po trzy–cztery rodziny gnieżdżą się w trzypokojowym mieszkaniu. Średnio siedem lat zajmuje imigrantowi wejście na rynek pracy w Szwecji, wielu z nich nigdy się to nie udaje. Niektórzy nigdy nie nauczą się szwedzkiego, nie zdobędą pracy, nie wyjdą ze swojego środowiska. Każdy jednak dostaje status uchodźcy: po trzech, czterech miesiącach mają uregulowany pobyt. Zaczynasz uczyć się szwedzkiego, wchodzisz w system pomocy, dostajesz zasiłek. I masz nadzieję, że nie zawsze będzie tak jak teraz.

Po dwudziestu minutach autobus linii 751 dowiózł mnie na zadrzewione przedmieścia pod asyryjską katedrę Świętego Jakuba z Nisibis. Byłem umówiony z członkiem rady parafialnej Remonem Eskanderem.

Katedra to potężny budynek postawiony na sporej działce ogrodzonej płotem. Przed bramą kościoła snuło się kilku żebraków. Odganiał ich ubrany w garnitur, energiczny mężczyzna w średnim wieku.

– Dariusz?

– Tak, to ja.

Remon wprowadził mnie do kościoła, w którym trwało nabożeństwo. Kilkaset osób siedziało w ławkach, kobiety po lewej, mężczyźni po prawej, liturgia była śpiewana w języku nowo­aramejskim – niedokładnie takim, jakiego używał Chrystus, ale bardzo zbliżonym.

Czułem kadzidło, słyszałem anielski śpiew chóru i wyćwiczony głęboki głos kantora. Księża krzątali się przy ołtarzu w tym znanym z każdej świątyni rytualnym tańcu, którego sens wierni poznają w dzieciństwie i którego nigdy nie zapominają.

– Nasza tradycja ginie – mówił Remon – i w Szwecji nie przetrwa.

Remon wyemigrował w 1976 roku, podczas wojny Syrii z Izraelem. Brat poszedł na front, ślad po nim zaginął, a Remon miał być następny w kolejce do armii. Rodzice rozpaczali, ale ratunkiem okazała się siostra. Miała męża Szweda, wysłała zaproszenie. Remon dostał wizę i pozwolenie na pracę.

– Ja pewnie jeszcze pozostanę szwedzkim Asyryjczykiem, moje dzieci też. Ale ich dzieci, moje wnuki, będą zwykłymi Szwedami. Szwedzi też się zmieniają. Trzydzieści lat temu byli inni, dziś stają się wrodzy w stosunku do obcych. Właściwie im się nie dziwię. Widzą, jak marnieje to społeczeństwo, jak jest niszczone przez niektórych imigrantów, zwłaszcza muzułmanów.

Nastroje wrogie wobec imigrantów rosły w Szwecji od lat, apogeum nastąpiło w 2014 roku, kiedy Szwedzcy Demokraci, partia proponująca odsyłanie imigrantów do ich krajów, zdobyli w wyborach prawie trzynaście procent głosów. Pewnie dlatego, że żadne inne stronnictwo w Szwecji nie mówiło otwarcie o imigrantach. To był temat tabu. Polityczna poprawność wymagała, by o imigrantach mówić dobrze albo wcale.

Główne partie – zarówno lewicowa, jak i prawicowa – nie podejmowały tych tematów z obawy, że usłyszą zarzut rasizmu. Kiedy doszedł kryzys gospodarczy, który poważnie zubożył społeczeństwo, ludzie zaczęli szukać alternatywy i znaleźli ją u Szwedzkich Demokratów. Dwa tygodnie po mojej wizycie w Szwecji rząd upadł i kraj znalazł się w obliczu kolejnych wyborów, w których – wszyscy byli tego pewni – Szwedzcy Demokraci mieli zdobyć jeszcze większe poparcie[2].

Po nabożeństwie katedra szybko się wyludniła. Dorośli przeszli do sali obok na przyjęcie, dzieci ganiały po korytarzach budynku albo oblegały stragan z odpustowymi pamiątkami. Usiadłem w pustym kościele w towarzystwie Nady, jej siostry Nury i kilku osób, które się zgodziły opowiedzieć mi, w jaki sposób dotarły do Södertälje.

Prawie wszyscy przybyli dzięki przemytnikom ludzi. Niektórzy kiedyś mieli majątek, ale wyprzedali go, żeby zapłacić za przerzut do Szwecji. Niektórzy zadłużyli się, niektórzy pracują dla sieci przemytników przez rok czy dwa, żeby opłacić nielegalną podróż. Niektórym udaje się przylecieć samolotem do Turcji, zdobyć dobry europejski paszport, dzięki któremu przybywają do Szwecji. Inni płyną łodziami przez Morze Śródziemne. Niektórzy toną.

W Södertälje Asyryjczykom jest łatwiej, bo znajdą tu ludzi, którzy mówią ich językiem, znają ich kulturę, wyznają tę samą religię, wszyscy umieją przeżegnać się w ten sam sposób i zmówić pacierz po aramejsku. Ale pozostają obcy, zwłaszcza ci, którzy przyjeżdżają teraz.

Mój rozmówca nie chce się przedstawić, nazwijmy go Gabriel, bo to częste imię wśród asyryjskich chrześcijan. Pochodzi z Kamiszli, tak jak Nada. Wielu Asyryjczyków spotkanych przez mnie w Södertälje stamtąd pochodzi.

Historia Gabriela jest typowa. Najpierw samodzielnie przedostał się z Syrii do Libanu, stamtąd do Turcji, gdzie dołączył do grupy osób z rodzinnego miasta i dalej podróżował w ich towarzystwie.

Do Grecji przypłynął na małej drewnianej łodzi. Przemytnik obiecał, że do Grecji popłyną jachtem, ale do sześciometrowej łodzi musiało się zmieścić dwadzieścia dziewięć osób, wśród nich kobiety i dzieci. Płynęli od pierwszej w nocy do piątej rano. Po półtorej godziny rejsu złapała ich straż graniczna – już na wodach greckich. Zgodnie z przepisami straż powinna doholować ich łódź do brzegu, jednak greccy pogranicznicy nie zrobili tego. Gabriel wspomina, że gdy zostali zatrzymani, woda zaczęła się wlewać do łodzi, tak bardzo była przeciążona.

– Myśleliśmy, że nas uratują, ale straż przecięła przewód doprowadzający paliwo w łodzi. Potem wzięli nas na hol i przeciągnęli na tureckie wody terytorialne. Zostawili nas na morzu, a sami odpłynęli – mówi Gabriel. – Dzięki Bogu jeden z pasażerów miał przy sobie telefon komórkowy i akurat był zasięg. Dodzwonił się do jakiejś oenzetowskiej organizacji pomocowej. Potem okazało się, że ludzie z tej organizacji powiadomili straż graniczną i zagrozili aferą, więc ostatecznie strażnicy wrócili i nas uratowali.

Doholowali ich do jednej z greckich wysp. Gabriel pojechał do Aten, gdzie skontaktował się z kolejnym przemytnikiem, który załatwił mu fałszywy paszport – i tak przyleciał z Grecji do Sztokholmu.

Początkowo myślałem, że Gabriel zmyśla. Jak to możliwe, by straż graniczna europejskiego państwa psuła łodzie ludziom, którym grozi śmierć? Jednak takie relacje uchodźców cudem uratowanych po przeprawie przez Morze Śródziemne powtarzają się regularnie. Ocaleńcy mówią, że straże graniczne, czasem nawet jednostki wojskowe, przepływają obok uszkodzonych łodzi i nie reagują. Ich zadaniem nie jest bowiem ratowanie tonących, ale ochrona granic Europy, czyli niedopuszczanie do niej uchodźców[3].

Rosy jest w Szwecji od dwóch miesięcy. Przepłynęła z Turcji do Grecji dwuosobową motorówką. Przemytnicy wcisnęli na pokład osiem osób.

– Po piętnastu minutach dopłynęliśmy do jakiejś góry wystającej z morza, na której były tylko skały i pokrzywy. Przemytnik po prostu zostawił nas tam i uciekł. Tak bardzo się bałam, że o śmierci myślałam z ulgą. Próbowaliśmy obejść górę wzdłuż brzegu, ale to było zbyt ryzykowne, wzgórze było strome i mog­liśmy spaść do morza. Próbowaliśmy dzwonić do straży granicznej, ale nikt nie odbierał. Następnego dnia rano zobaczył nas sternik jakiejś łodzi przepływającej obok. I to on dodzwonił się do greckiej straży granicznej. Sam nie mógł nas uratować, bo wokół góry były skały i rozbiłby łódź, ale strażnicy mieli mniejsze łodzie, mogli dobić do brzegu tej góry.

Przewieźli nas na wyspę Kalymnos na posterunek policji, gdzie biegały takie ogromne szczury; strasznie się bałam. Nie było nawet łóżek, spaliśmy na krzesłach, nie dawali nam jedzenia. Wreszcie zjawił się ktoś z ONZ, zobaczył, w jakich warunkach mieszkamy, i przeniesiono nas do klasztoru. Tam było trochę lepiej, jedliśmy jeden posiłek dziennie. Jak mnisi – śmieje się moja rozmówczyni.

Przemytnik przewiózł Rosy na lotnisko, dał jej bilet do Sztokholmu i paszport na francuskie nazwisko. Udało się, dziś jest w Södertälje, czeka na papiery.

Ramen Gabrail pochodzi z miasta Hasaka na północy Syrii, tam studiował mechanikę. W Södertälje przebywa od piętnastu miesięcy, jego dwie siostry i ojciec zostali w Syrii. Przypłynął z Egiptu, tam skończył studia z tytułem inżyniera na Uniwersytecie Ajn Szams w Kairze. Zdecydował się na wyjazd, kiedy w 2013 roku zaczęła się druga rewolucja[4], czyli obalanie Muhammada Mursiego.

Przeprawa trwała sześć dni. Podróżował z kuzynem, w ich grupie było siedemdziesięciu Syryjczyków, głównie rodziny z Dary i Damaszku. W nocy z hotelu w Aleksandrii zabrał ich autobus, pojechali za miasto na plażę, ciemno, choć oko wykol, słychać było tylko fale i gdzieś w tym szumie głos: „Tutaj! Tutaj chodźcie!”.

Dostali szalupę na jakieś dziesięć osób, weszło dwadzieścia pięć. Wypłynęli w morze i po dwudziestu minutach przenieśli się na pokład trochę większej łodzi. Szalupa wróciła po resztę, a oni czekali. Wreszcie przemytnicy zwieźli grupami wszystkich uchodźców i ruszyli dalej. To było lato, ale w nocy było bardzo zimno, morze niespokojne, wielu ludzi zapadało na chorobę morską, wymiotowało.