Księżyce Monarchy

Tekst
Z serii: Hajmdal #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Księżyce Monarchy
Księżyce Monarchy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Księżyce Monarchy
Księżyce Monarchy
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS
OKRĘT FEDERACJI TERRAŃSKIEJ „HAJMDAL”

Ekipa remontowa pracowała na mostku nieprzerwanie od ponad czterdziestu godzin. Technicy instalowali nowe konsole, ekrany, projektory holograficzne. Naprawiali elektronikę, wymieniali wadliwe części, sprawdzali systemy komputerowe i dokonywali walidacji przyrządów pomiarowych. A i tak dopiero połowa usterek na mostku została naprawiona. Podobnie rzecz wyglądała na wszystkich pokładach okrętu.

Admirał Kashtaritu siedział w fotelu dowódcy, który znajdował się pośrodku pomieszczenia, a reszta stanowisk otaczała go półkolem. Gestem dłoni włączył główny hologram i wyszukał mapę systemu Zeta Monocerotis. Ukazał się trójwymiarowy obraz całego układu. Kashtaritu wiązał olbrzymie nadzieje z księżycami Monarchy. Liczył na to, że znajdą na nich niezbędne zasoby do dalszej podróży. Ale przede wszystkim potrzebowali czasu, żeby dokonać koniecznych napraw.

Admirał całą uwagę skupił na głównym hologramie. Sprawdził skalowanie, wyszukiwanie obiektów i kilka innych funkcji mapy. Wyglądało na to, że wszystko działa bez zarzutu. Zadowolony, Kashtaritu pokiwał głową i przeniósł spojrzenie na ekran wizualny. Ze względów bezpieczeństwa mostek „Hajmdala” znajdował się niemal w samym sercu okrętu, oddzielony od kosmicznej próżni tonami stali, i nie dało się bezpośrednio oglądać tego, co dzieje się na zewnątrz. Służył do tego system kamer zamontowany na kadłubie drednota i Kashtaritu przełączał się z jednej na drugą.

Monterzy w kosmicznych skafandrach na niemal całej długości okrętu spawali poszycie kadłuba, pocięte velmeńskimi laserami. Admirał zdawał sobie sprawę, że to tylko działania doraźne. Pancerz wymagał solidnego remontu, który można było przeprowadzić jedynie w odpowiednim doku.

W Galaktyce roiło się od systemów gwiezdnych posiadających własne stocznie. Zazwyczaj budowano je na orbitach niezamieszkanych planet bądź na zewnętrznych rubieżach układu. Zdarzało się, że funkcjonowały przy głównym porcie kosmicznym. Większość z nich specjalizowała się w remontach frachtowców, statków pasażerskich lub niewielkich jednostek wojskowych. Jednakże stocznie wojenne, w których można byłoby naprawić drednota, stanowiły rzadkość. Posiadały je największe galaktyczne imperia. A te z jakichś powodów na nich polowały.

Kashtaritu wiedział, że to nie koniec. W systemie Epsilon Eridani wrogowie nie zrealizowali głównego celu, jakim niewątpliwie było zniszczenie „Hajmdala”. Admirał nie miał złudzeń i wiedział, że będą ich ścigać i nie spoczną, dopóki nie doprowadzą do zagłady okrętu oraz całej jego załogi. Dlatego nie chciał ryzykować skoku do któregokolwiek z uczęszczanych układów gwiezdnych. Obawiał się, że od razu trafiliby w łapy Velmenów i Lacertan. A może nawet Khon-Ma?

Nie miał pojęcia, dlaczego zostali zaatakowani. Dlaczego rasom rządzącym Galaktyką tak bardzo przeszkadzało zjednoczenie ludzkości, że postanowiły zdusić inicjatywę w zarodku? Czym sprowokowali Lacertan, Velmenów i Khon-Ma? Przecież ludzie nie stanowili dla nich zagrożenia. Było ich zaledwie kilka tysięcy – tułaczy, którzy trzysta lat temu stracili macierzystą planetę i teraz pragnęli tylko znaleźć własne miejsce do życia. I jeszcze niedawno wydawało się, że marzenie może się ziścić.

Władze Dominium Epsilon Eridani zobowiązały się oddać im jeden z globów w zamian za ochronę całego systemu. Bogate planety Togarian często najeżdżane były przez bardziej agresywne gatunki, a kupcy nie znali się na sztuce wojennej. Dlatego zatrudnili ludzi, wybudowali im najnowocześniejszy okręt i zgodzili się na postawione warunki. A potem ich zdradzili.

Nathaniel Kashtaritu zacisnął dłonie na poręczach fotela. Togarianie wiedzieli o ataku. Zdawali sobie sprawę, że celem są ludzie, i ich nie ostrzegli. Nie kiwnęli palcem, nie zrobili nic, żeby ich uratować. Tym samym admirał uważał kontrakt z Dominium Epsilon Eridani za nieważny i nie widział żadnych powodów, żeby tam wracać. Postanowił zatrzymać okręt dla Federacji Terrańskiej jako zadośćuczynienie za poniesione krzywdy.

− Wyspałeś się? – zapytał Abram Peters, który właśnie pojawił się na mostku. Szpakowaty mężczyzna miał na sobie nowy mundur ze złotymi emblematami komandora na rękawach. Kashtaritu pomyślał, że swój uniform, zabrudzony i wytarty w bitwie, również powinien zmienić. Nie wymagały tego procedury, ale najwyżsi rangą oficerowie powinni należycie się prezentować. To podnosiło morale załogi.

− Tak – odparł Kashtaritu. Kłamał. Ostatnio spał zdecydowanie za mało. Próbował zmuszać się do snu, ale przewracał się tylko z boku na bok. Rozmyślał o tym, co się stało, i rozważał, co należy dalej robić. Ciążyła na nim odpowiedzialność za okręt i całą załogę.

− Kłamiesz – stwierdził komandor, zerkając na niego znad stanowiska taktycznego, które próbował doprowadzić do stanu używalności. Admirał uśmiechnął się blado w odpowiedzi. Petersa nie dało się oszukać. Przyjaciel zbyt dobrze go znał. Zresztą brak snu widać było na pobrużdżonej twarzy Kashtaritu, w mocno pochylonych ramionach i zmęczonych oczach. Sam wiedział doskonale, że potrzebuje odpoczynku.

− Co ze stanowiskiem taktycznym? – spytał, zmieniając temat.

Abram Peters pokręcił smutno głową.

− Do dupy! – odparł i zaraz ściszył głos, nie chcąc, żeby obecni na mostku oficerowie słyszeli jego narzekania. – Zasilanie zostało przywrócone, konsola działa prawidłowo, system operacyjny jest zintegrowany z komputerem pokładowym, ale nadal nie działa program wspomagający procesy decyzyjne. A bez tego nic nie zrobimy.

− To nieprawda – stwierdził Kashtaritu. – Podczas bitwy porucznik Chong nieźle sobie poradził.

– Muszę przyznać, że opuszczenie osłon energetycznych i skierowanie całej mocy do dział bliskiego zasięgu było… hmm… niekonwencjonalne.

− Dokonał szybkiej analizy, bazując na własnej wiedzy i instynkcie.

− To było cholernie głupie.

− Raczej ryzykowne.

− Szalone!

− Dokonał szybkiej analizy i podjął słuszną decyzję.

− To prawda – przyznał wreszcie komandor. − Uratował nam tyłki.

− Nie tylko on…

Abram Peters zmrużył oczy.

− Kogo masz na myśli?

− Chorąży Gladys Gaumatę.

Komandor poczerwieniał ze złości.

− Ona o mało nie doprowadziła do naszej zagłady! Nie wiem, co cię podkusiło, żeby wtedy dać jej dostęp do wszystkich systemów okrętu. Przejęła kontrolę nad „Hajmdalem”. To mogło skończyć się tragedią.

− Przywróciła funkcjonalność newralgicznych systemów bojowych.

− Które ktoś wcześniej zablokował.

− Myślisz, że to ona?

− Sabotażu dokonał velmeński szpieg – rzekł Peters. − To nie ulega wątpliwości. Zrobił to ktoś posiadający cyberwszczepy. A wygląda na to, że Gaumata jest tym gównem naszpikowana!

− To czemu nam pomogła?

− Chciała zdobyć zaufanie i wkraść się w nasze łaski.

− Zgadujesz?

Tym razem komandor wzruszył ramionami.

− Nie – odpowiedział za niego Kashtaritu. – To wszystko nie trzyma się kupy. Gdyby chciała nas zniszczyć, już dawno bylibyśmy martwi. Nie sądzę, że to ona.

− Z werdyktem wstrzymaj się do zakończenia śledztwa – zastrzegł Peters. – Ale jeśli masz rację, to…

Komandor zamilkł i zmarszczył czoło.

− To co? – zapytał zaintrygowany admirał.

− To dopiero mamy problem.

− Co masz na myśli?

− Jeśli Gladys Gaumata jest niewinna, to oznacza, że wśród załogi nadal ukrywa się velmeński szpieg.

Nathaniel zmarszczył brwi.

− Dywersji można było dokonać w stoczni na Epsilon Eridani – powiedział.

Komandor pokręcił głową.

− Śledczy przejrzeli raporty – rzekł. – Po opuszczeniu doku wszystkie systemy działały bez żadnych usterek. Sabotażu dokonano tutaj, na okręcie. To musi być ktoś od nas. A jeśli nie Gaumata…

− Zrobił to ktoś inny – dokończył admirał.

Westchnął ciężko. Trudno było mu zaakceptować, że ktoś z załogi jest zdrajcą. Kashtaritu zdawał sobie sprawę, że w przeszłości ludzie mordowali się, toczyli wojny, a i obecnie stawali przeciw sobie w konfliktach toczonych przez obce rasy. Ale żeby człowiek z premedytacją pomagał w zagładzie własnego gatunku − to nie mieściło mu się w głowie. Tym bardziej że sabotażysta sam mógł zginąć.

„A jeśli to była misja samobójcza?” – rozważał admirał. Może zdrajca już nie żyje? Zginął w wybuchu, podczas pożaru, przecięty laserem lub udusił się w rozhermetyzowanym pomieszczeniu? Przecież na „Hajmdalu” poległo ponad trzysta osób.

Ale Kashtaritu sam w to nie wierzył. Instynkt podpowiadał mu, że Peters ma rację i velmeński szpieg nadal znajduje się wśród załogi drednota. A instynkt jeszcze nigdy nie zawiódł admirała.

− Kto prowadzi śledztwo? – zapytał komandora, który jako pierwszy oficer odpowiedzialny był za wdrożenie odpowiednich procedur.

− Major Tabor Flint.

Nathaniel Kashtaritu skrzywił się.

− Uważasz, że to dobry wybór?

− Nie – odparł Peters. – Ale wielu oficerów żandarmerii poległo podczas bitwy. Obecnie Flint jest najwyższy stopniem.

Admirał zmarszczył brwi.

− Powołany przez niego zespół dochodzeniowy już zaczął działać i teraz nie ma sensu tego zmieniać – tłumaczył Peters. Widocznie też miał obawy co do jakości śledztwa.

− Rozumiem – rzekł Kashtaritu. – Nie mam zamiaru się wtrącać. Chcę tylko uczestniczyć w przesłuchaniu chorąży Gaumaty.

− Oczywiście – rzekł z wyraźną ulgą komandor. – Dopilnuję tego.

Nathaniel Kashtaritu przeniósł wzrok ponownie na ekran wizualny, ale tym razem ustawił obraz nie na monterów i kadłub okrętu, ale na planetę, nad którą zawisł „Hajmdal”. Monarcha był gigantyczny, nawet jak na gazowego olbrzyma. Posiadał czarno-szkarłatną barwę, za którą odpowiadały związki chemiczne znajdujące się w atmosferze, takie jak lotny sód, potas i tlenek tytanu w stanie gazowym, pochłaniające niemal całe światło docierające z gwiazdy centralnej. Powierzchnia globu była jednak na tyle gorąca, że emitowała ciemnoczerwony poblask, wyglądający niczym rozżarzone kawałki węgla. Monarcha był jedyną planetą w układzie Zeta Monocerotis. Nie mieliby tu czego szukać, gdyby nie siedemdziesiąt osiem księżyców.

 

Admirał przeniósł wzrok z gazowego olbrzyma na migoczące gwiazdy, składające się na Drogę Mleczną. Niemal na samym jej skraju, w Ramieniu Perseusza, znajdował się układ gwiezdny, do którego zmierzali. Tam znajdą schronienie. Przynajmniej admirał głęboko w to wierzył.

Komputerowe wyliczenia wskazywały, że system gwiezdny znajdował się obecnie pięćdziesiąt tysięcy lat świetlnych od nich, co oznaczało, że „Hajmdal” musiał przemierzyć jeszcze niemal połowę Galaktyki. Potrzebował co najmniej piętnastu skoków nadświetlnych, ale najpierw trzeba było znaleźć złoża metanu i wytworzyć paliwo. Inaczej okręt nigdzie nie poleci. Należało również dokonać niezbędnych napraw. Integralność kadłuba drastycznie się zmniejszyła, a to oznaczało, że podczas skoku naprężenia mogły rozerwać okręt na strzępy.

Kashtaritu gestem zamknął mapę na głównym hologramie i przywołał raporty z oceny stanu technicznego drednota. Większość dział pozostawała uszkodzona, trwały prace nad przywróceniem pełnej sprawności systemu kierowania ogniem, jeden z silników manewrowych nadal nie działał, a technicy odpowiedzialni za naprawę bezradnie rozkładali ręce, twierdząc, że potrzebują części zamiennych.

Admirał zdawał sobie sprawę, że „Hajmdal” jest zupełnie bezbronny i nie przetrwa kolejnej bitwy. Ta świadomość przerażała. Velmeni i Lacertanie na pewno nie próżnowali i przeczesywali najbliższe układy gwiezdne. Dysponowali technologią pozwalającą wyśledzić ich potencjalne miejsca skoków i prędzej czy później zjawią się w systemie Zeta Monocerotis. Dlatego należało się spieszyć.

− Co z myśliwcami? – zapytał Kashtaritu Petersa. Zastępca dowódcy podniósł wzrok znad konsoli i skrzywił się w ponurym uśmiechu.

− W tej chwili mamy czternaście sprawnych maszyn.

− Tylko?! – zdumiał się admirał.

− Mechanicy pracują bez przerwy – odparł komandor. – Zapewniają, że w ciągu dwudziestu czterech godzin do dyspozycji będą przynajmniej dwie eskadry.

− To musi nam wystarczyć – westchnął ciężko admirał. – Trzeba zwiększyć tempo poszukiwań. Niech technicy przystosują myśliwce do misji zwiadowczych, a piloci szykują się do lotów na księżyce Monarchy.

− Czy to rozsądne? – zaniepokoił się Peters. – Pozbawimy „Hajmdala” jedynej obrony na wypadek zagrożenia.

− Kilka myśliwców nie zrobi różnicy – odparł Kashtaritu. – Nieprzyjaciel i tak ma nas jak na patelni. Musimy jak najszybciej zdobyć zasoby i ruszać dalej.

− Powiesz mi wreszcie, dokąd lecimy? – spytał poirytowany komandor. − Jestem pierwszym oficerem, do cholery, powinienem wiedzieć takie rzeczy!

− Niestety, przyjacielu, jeszcze nic ci nie mogę zdradzić.

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS
BAGIENNY KSIĘŻYC MONARCHA 64

Na ustach Valerii pojawił się uśmiech. Po raz ostatni uśmiechała się, gdy siedząc w kantynie pilotów, zgarniała wygraną pulę w Mintaka. Zaraz potem na okręcie ogłoszono czwarty stopień gotowości bojowej. Cały personel miał obowiązek natychmiast stawić się na służbę. Od razu zerwała się z miejsca, pobiegła do hangaru i nawet nie zdążyła schować wygranych drachm. Przepadły na zawsze. Dwie godziny później z kantyny pilotów zostały zgliszcza.

Jednak nie rozpaczała z powodu pieniędzy, opłakiwała za to pilotów, którzy zginęli podczas bitwy w systemie Epsilon Eridani. Nie mogła się z tym pogodzić. Według raportu śmierć poniosło ponad czterdziestu, a dziesięciu uznano za zaginionych. Wśród nich był Uriah Nelson.

Valeria mocno zacisnęła dłoń na przepustnicy i wściekle pchnęła dźwignię do przodu. Maszyna wykonała zwrot. Zbyt wolno. Kobieta zaklęła. Ciężkie myśliwce nigdy nie charakteryzowały się zbyt dużą szybkością i manewrowością, ale ten zachowywał się w locie niczym tłusty hipopotam z szóstej planety w systemie Alnaira. Obciążony przez techników sprzętem rozpoznawczym, zwiększył masę co najmniej o połowę.

Wydawało się, że żaden z ciężkich myśliwców nie przetrwał bitwy w systemie Epsilon Eridani, ale okazały się bardziej wytrzymałe, niż sądzono i na „Hajmdala” dotarło kilka uszkodzonych maszyn. Technicy hangarowi zrobili co mogli, żeby doprowadzić je do użytku. Efekt ich pracy był całkiem niezły.

Czarna obniżyła pułap lotu tak, żeby jak najbardziej zbliżyć się do brązowej brei, która stanowiła powierzchnię księżyca. Bagna zajmowały niemal cały glob. Gdzieniegdzie tylko na torfiastych kożuchach rosły gęste trzciny i z brudnej wody wyłaniały się powykręcane konary. Brąz i zgniła zieleń zdominowały cały krajobraz. Nawet niebo przybrało podobną barwę, a zza pastelowych, żółtych chmur wyłaniał się posępny Monarcha.

Valerii nie podobało się tutaj. Chciała jak najszybciej odlecieć. Ale najpierw musiała wypełnić zadanie.

− Tu Grom Cztery – przerwała ciszę w eterze. – Karo Osiem, zgłoś się.

Odpowiedziały jej tylko trzaski. Zmarszczyła brwi. Nie po raz pierwszy na księżycach Monarchy zanikała łączność radiowa. W przestrzeni kosmicznej wszystko działało jak należy, a problemy zaczynały się po wejściu w atmosferę. Technicy nie umieli wytłumaczyć, czym to jest spowodowane.

− Frank, jesteś tam?

Nadal tylko trzaski i szumy.

− Co jest, do cholery?! – Valeria ze złością uderzyła w hełm tam, gdzie wbudowane były słuchawki, jakby dzięki temu miała zostać przywrócona łączność. Może właśnie uderzenie poskutkowało, a może był to zwykły przypadek, ale nagle odezwał się Frank Bennet:

− Jestem, Czarna. Tuż za tobą. Osłaniam twój śliczny tyłeczek.

Obejrzała się i przez tylną szybę kokpitu ujrzała terrański myśliwiec przechwytujący. Na trójkątnych, szeroko rozpiętych skrzydłach tańczyły świetlne refleksy. Odetchnęła z ulgą.

− Debil! – rzuciła krótko.

W słuchawkach usłyszała rubaszny śmiech i to jeszcze bardziej ją rozzłościło. Odkąd zaczęli latać razem, Frank Bennet zaczął się do niej przystawiać. Jednak robił to w sposób chamski, zupełnie bez wyczucia, uważając, że zdobędzie ją niewybrednymi tekstami i dowcipami wprost z portowych knajp, które mogą co najwyżej podziałać na tamtejsze bywalczynie, ale nie na porucznik terrańskiej floty. Poza tym zupełnie nie był w jej typie. Valeria nie mogła zapomnieć o Nelsonie.

Ich związek był niezwykle burzliwy. Często się kłócili, awantury wybuchały niemal codziennie, ale równie szybko kończyły się dzikim, szalonym seksem. I nie zawsze w zaciszu kajuty. Pewnego razu kochali się w kokpicie jej myśliwca, w czasie tankowania maszyny. Innym razem w sali odpraw, tuż po skończonym spotkaniu. Niejednokrotnie robili to w hangarze, w windzie, pustym korytarzu rufowym, a raz nawet w luku torpedowym. Valeria uśmiechnęła się na wspomnienie płetwy rakiety wciskającej się jej w pośladek.

Zaraz jednak uśmiech zgasł, a w czarnych oczach pojawił się gniew. Mocno zacisnęła wargi, zmarszczyła brwi. Dobrze wiedziała, że Uriah to babiarz. Właśnie o to się najczęściej kłócili – o kobiety, które pojawiały się wokół niego. Przyciągał je niczym magnes i trudno było im się dziwić. Wysoki, jasnowłosy pilot z błękitnymi oczami, zawsze uśmiechnięty, tryskający humorem i prezentujący swobodny sposób bycia, potrafił oczarować każdą dziewczynę. A jemu to się podobało. Flirtował, bo to leżało w jego charakterze. I gdy w końcu się do tego przyzwyczaiła, pogodziła ze zdradami Nelsona, pojawiła się ona.

Abigail Torres miała równie czarne włosy jak Valeria, ale nie krótkie i z równo przyciętą grzywką, ale długie, opadające na ramiona. Do tego dochodziła ciemna karnacja i bystre, miodowe oczy. Zwykła szeregowa z wojsk rozpoznawczych. Na początku Czarna uznała, że to kolejny skok w bok, krótkie zauroczenie ładną buzią i Nelson szybko się znudzi Torres. Niestety, stało się inaczej.

Pewnego dnia Uriah stwierdził, że musi z Valerią poważnie porozmawiać. To było miesiąc przed zakończeniem szkolenia i oddaniem „Hajmdala” do czynnej służby. Okręt stał w togariańskiej stoczni, dokonywano ostatnich poprawek i przez ten czas kwaterowali na Aquaris. Umówili się na spacer po plaży. Przyszła z walącym sercem. Dobrze wiedziała, co chciał jej powiedzieć.

Mówił długo. Nie patrzył jej w oczy. Spoglądał na ocean i pomarańczowe refleksy tańczące na falach zachodzącego słońca Epsilon Eridani. Przepraszał. Za wszystkie zdrady, za to, że traktował ją przedmiotowo, choć wiedział, że zaangażowała się w ten związek emocjonalnie. A potem zranił ją jeszcze bardziej. Zaczął opowiadać o Abigail, a gdy mówił, oczy mu błyszczały. Stwierdził, że to kobieta, o jakiej zawsze marzył, i jest to coś poważnego.

Pewnie spodziewał się, że Valeria będzie wściekła. Zacznie krzyczeć, wyzywać go, może nawet uderzy, bo czasami podczas kłótni tak się zdarzało. Ale ona pokiwała tylko głową, uśmiechnęła się blado i odeszła bez słowa. Wtedy nie czuła nic. Kompletnie nic.

Od tamtego czasu ze sobą nie rozmawiali. Ona cierpiała w milczeniu, płakała do poduszki, w ten sposób gasząc swój gniew i żal. On błyszczał. Przy Abigail stał się jeszcze bardziej energiczny, uwodził pewnością siebie i zdawało się, że może przenosić góry. Ponoć nawet był wierny tej Torres.

Torturą było dla Czarnej patrzeć na niego każdego dnia, widzieć jego szczęście i radość. Wypełniała ją wściekłość. Wściekłość i zazdrość. Nie radziła sobie z tym do tego stopnia, że rozważała prośbę o nowy przydział. Ponoć brakowało wyszkolonych pilotów do promów desantowych. Ale zaraz uświadamiała sobie, że myśliwce to jej pasja i nie chce latać na niczym innym. Patrzyła zatem i cierpiała. I zazdrościła Abigail Torres.

A teraz straciły go obie.

− Czarna? – usłyszała w słuchawkach głos Franka, który wyrwał ją z ponurych rozmyślań. Valeria uświadomiła sobie, że już dawno dotarli nad wyznaczony do badania obszar.

Mechanikom udało się doprowadzić do stanu używalności część maszyn i teraz dywizjon liczył czternaście sprawnych myśliwców. Siedem z nich stanowiły maszyny ciężkie i dalekiego zasięgu, które admirał Kashtaritu rozkazał przystosować do zadań zwiadowczych i wysłać na księżyce Monarchy. Technicy wymontowali z nich całe uzbrojenie, a zamiast tego zainstalowali moduły czujnikowe, różnego rodzaju przyrządy analityczne, aparaty, kamery elektrooptyczne oraz na podczerwień, sondy i stację przekaźnikową. Właśnie przez to jej myśliwiec poruszał się w atmosferze niczym mucha w smole.

Jako eskortę każdej tak wyposażonej jednostce przydzielono myśliwiec przechwytujący. Nie spodziewano się żadnego zagrożenia podczas misji, ale dowództwo wolało dmuchać na zimne. Każda para tworzyła oddzielną grupę zadaniową. Pech chciał, że Valerii trafił się Frank Bennet.

Bennet był najstarszym pilotem w dywizjonie. Miał powyżej czterdziestu standardowych lat, posiwiałe włosy na skroniach i zmarszczki w kącikach oczu. Zachowywał się jednak jak gówniarz. Unikał odpowiedzialności jak ognia, bywał leniwy i niezdyscyplinowany. Do tego był zadufany w sobie i uważał, że jest pępkiem świata. Pod tym względem przypominał Nelsona. Tylko że Nelson miał przynajmniej podstawy, żeby tak uważać.

− Wykonaj pomiary i wynośmy się z tego śmierdzącego księżyca – rzekł. – Mam wrażenie, że czuję smród bagna nawet w kokpicie.

Tutaj musiała przyznać rację Frankowi. Krajobraz nie zachęcał do dłuższego przebywania na tym globie. Wcale jej nie dziwiło, że nie wysłano tu plutonu zwiadowców, tylko myśliwiec napakowany sprzętem rozpoznawczym.

− Robi się – odparła.

Zwolniła, obniżyła pułap i uruchomiła wszystkie systemy pomiarowe. Z luku torpedowego wystrzeliły sondy, które miały pobrać próbki ziemi i powietrza. Z kadłuba myśliwca wychynęły czujniki i obiektywy kamer, celując w brejowatą powierzchnię. Pozostało czekać.

Rozparła się wygodnie w fotelu i skupiła na obserwowaniu horyzontu, gdzie brąz zlewał się ze zgniłą zielenią. Widok wprawił ją w ponury nastrój. Wróciły wspomnienia, te smutne i najbardziej bolesne.

Ponownie siedziała za sterami swojego starego myśliwca Grom Dziewięć, którego szczątki teraz dryfowały w systemie Epsilon Eridani. Podczas bitwy podeszli blisko do velmeńskiego krążownika flagowego i wpakowali w niego dziesiątki rakiet. Doskonale pamiętała uczucie euforii na widok wrogiego okrętu wstrząsanego eksplozjami atomowymi. A potem był już tylko strach.

Gdy pojawiły się lacertańskie pancerniki, Nelson zarządził odwrót. Terrańskie myśliwce odbiły od płaszczyzny ekliptyki i pognały przed siebie, byle dalej od ścigających je wiązek laserowych. Trafione maszyny eksplodowały, piloci ginęli, w eterze słychać było przekleństwa i krzyki. Serce Valerii waliło jak oszalałe. Poczuła ulgę dopiero, gdy oddalili się poza zasięg skutecznego namierzania dział laserowych nieprzyjaciela. Nie na długo.

 

Velmeńskie myśliwce pojawiły się znikąd. Dysponowały jakąś nieznaną techniką kamuflażu. Musiały pozostawać w ukryciu, czekając na nich. Czarna do teraz zastanawiała się, skąd Velmeni wiedzieli, gdzie zastawić pułapkę. W jaki sposób odgadli, że terrańskie myśliwce uciekną właśnie w ten rejon systemu Epsilon Eridani? Przecież Nelson podjął decyzję pod wpływem impulsu. Czy mógł to być zwykły przypadek? A może velmeńskie komputery taktyczne przeprowadziły symulację i wybrały najbardziej prawdopodobny scenariusz? Na te pytania Valeria nie potrafiła odpowiedzieć.

A potem rozpoczęła się bitwa myśliwska.

Piloci eskadr „Pik” i „Karo”, dysponujący myśliwcami przechwytującymi, podjęli walkę, pomimo że wrogich maszyn było trzykrotnie więcej. Widziała przez szybę kokpitu szalone manewry, beczki, koła i elipsy. Autonomiczne myśliwce Velmenów na początku nie mogły sobie poradzić z kreatywnością ludzkich pilotów, ale uczyły się na błędach, analizowały dane i wreszcie zaczęły zyskiwać przewagę.

Valeria wiedziała, że jej maszyna nie ma żadnych szans z szybszymi i zwrotniejszymi myśliwcami wroga. Gdyby dysponowała myśliwcem przechwytującym, mogłaby powalczyć, a tak wykonała zwrot i pognała ile mocy w silnikach w stronę wewnętrznego pasa asteroid. Jednakże do niego nie dotarła.

Najpierw ujrzała oślepiający błysk, gdy wiązka laserowa musnęła kokpit. Następny strzał uszkodził silniki. Próbowała jeszcze ustabilizować lot, ale było za późno. Nic już nie mogła zrobić. Dryfowała w przestrzeni kosmicznej.

Nie liczyła na ratunek. Wiedziała, że w takiej sytuacji to niemożliwe. „Hajmdal” toczył bitwę i nikt na pokładzie nie myślał teraz o wysyłaniu ekip poszukiwawczych. Pogodziła się ze śmiercią. Ale ona nie nadeszła.

Valeria trafiła na lacertański pancernik jako jeniec wojenny i wraz z czwórką innych pilotów została zamknięta w więzieniu, z którego zdołali uciec. Czarna poczuła, jak łza spływa jej po policzku. Nie byłoby jej tutaj, gdyby nie Uriah. Poświęcił się dla nich. Dla niej i trójki pozostałych pilotów. Uratował ich, zamykając w śluzie i dając im czas na założenie skafandrów próżniowych. Mocując plecak odrzutowy, widziała przez szybę, jak Nelson walczy z jaszczurami. Pierwszego napastnika potraktował lancą elektryczną i ten padł rażony prądem. Drugiego kopnął tak mocno, że bydlak wylądował na ścianie. Ale potem spadli na niego. Przygwoździli do podłogi. Masakrowali. Wówczas zrozumiała, jak bardzo go kocha.

Przypadła do szyby, krzyczała, błagała, żeby go zostawili. Jaszczury zauważyły ją i ruszyły w kierunku drzwi. Wówczas Bennet odciągnął ją, szybko nałożył hełm i wypchnął przez śluzę. Nie widziała śmierci Nelsona. Serce podpowiadało jej, że ciągle żyje, ale rozsądek zupełnie coś odwrotnego.

− Halo, pobudka – usłyszała głos Franka. – Śpisz tam czy co?

Odetchnęła głęboko, zanim odpowiedziała.

− Jestem.

− Zbieramy się?

Spojrzała na przyrządy.

− Już. Tylko muszę jeszcze…

Zauważyła nagły błysk w oddali.

− Widziałeś to? – spytała.

− Nie.

− Na mojej jedenastej – rzekła. – Jakieś światło. Teraz zniknęło.

− Zdawało ci się. Ja nic nie widziałem.

Wzruszyła ramionami. Może faktycznie miała omamy? Była przemęczona. Spojrzała na przyrządy i nagle krzyknęła radośnie.

− Co się stało? – zaniepokoił się Bennet.

− Detektor wykrył olbrzymie złoża hydratu metanu.

− Ha! – ucieszył się Frank. – Dobra robota, maleńka.

− Zamknij się – ofuknęła go, ale tym razem bez złości. Za bardzo się cieszyła z odkrycia. – Wracajmy na okręt.

− Świetna myśl.

Podniosła maszynę w górę i przyspieszyła. Nagle poczuła, że jest obserwowana. Rozejrzała się, ale otaczały ją tylko upiornie żółte chmury.