MacochyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Macochy
Macochy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,99  51,99 
Macochy
Macochy
Audiobook
Czyta Anna Moskal
32,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Danuta Awolusi, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Lilia Alvarado/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-804-7

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

MACOCHY POLSKA

GRUDZIEŃ 2015

Julia przyszła pierwsza. W tym miesiącu prowadziła spotkania, więc musiała mieć nad wszystkim kontrolę. A prawda była taka, że gdzie zbierała się grupa kobiet, tam zawsze wszystko mogło się wydarzyć. Z korytarza dochodził już stukot pierwszych obcasów. Zdążyła jeszcze przeczesać palcami swoje kręcone, rude włosy, poprawić krzesła i usunąć stoliki. Nastawiła wodę w czajniku. Każda z przybyłych mogła się uraczyć szklanką kawy rozpuszczalnej lub owocowej herbaty.

Po chwili w drzwiach stanęły pierwsze uczestniczki spotkania. Ściągnąwszy czapki i kurtki, zajmowały miejsca. Te, które przychodziły tutaj od dłuższego czasu, rozmawiały cicho, wybuchając co chwilę chichotem.

Pojawiła się też jedna nowa. Na pierwszy rzut oka wyglądała na Latynoskę, ale Julia szybko się zorientowała, że ciemna karnacja pochodzi z solarium, a nie z Meksyku, a kruczoczarne włosy, spięte w idealny, gładki kucyk, skrywają inny, zapewne nijaki kolor. Skrzywiła się nieco na widok przedłużanych, zbyt gęstych rzęs i wydatnych ust, pomalowanych matową pomadką. Ta o wiele młodsza od niej dziewczyna, odważnie przejmująca styl niemodnej już Paris Hilton, kojarzyła jej się raczej z wysztafirowaną dziunią.

Skarciła sama siebie w duchu. Ocenianie innych kobiet w tym miejscu było głupie. Każda przychodziła tu przecież z własnym problemem. Stawały się sobie bliskie, choć prawie się nie znały.

W tym samym momencie Nadia wkroczyła na ulicę Studencką w Krakowie. Obrzuciła szybkim spojrzeniem kamienicę, potem fasadę pobliskiego liceum i w końcu znalazła cel, czyli siedzibę PCK. Serce waliło jej głośno, wyrywało się spod solidnej, puchowej kurtki, sięgającej niemalże do kolan. Musiała przystanąć, by złapać oddech. Wciągnęła w płuca mroźne, smogowe powietrze, zwiastujące chłodnego sylwestra. Nie znosiła Krakowa o tej porze roku. Był dziwnie smutny, poszarzały, jakby zima miała się nigdy nie skończyć.

Ciężkie drzwi czekoladowego koloru wyglądały całkiem przyjaźnie, ale Nadia miała ochotę zawrócić i uciec. To było głupie. Idiotyczne. Cholernie potrzebne, ale nie mogło się udać. Wiedziała przecież, kogo tam zastanie. Oczekiwała krakowskiej patologii, kobiet o przetłuszczonych włosach, z brakami w uzębieniu, ubranych w ciężkie, niemodne swetry z ciucholandu. Szanowne konkubiny, tak o nich myślała. Ona też była konkubiną, ale odrzucała to budzące niechęć słowo, które pojawiało się w telewizji zawsze wtedy, kiedy jakiś potwór zatłukł partnerkę albo wraz z nią znęcał się nad dzieckiem.

Czekała chwilę na przypływ odwagi, a gdy w końcu ją poczuła, dała się ponieść fali. Pchnęła drzwi. Zobaczyła przed sobą sporo krętych, drewnianych schodów. Była w znakomitej formie, pokonała je więc z łatwością, ale nienawidziła pocić się w grudniu. Nie miała czasu nawet na lekkie przeziębienie. Biznes wymagał, by była dyspozycyjna i zawsze przytomna.

Drzwi do pomieszczeń PCK stały otworem. Gdy weszła do środka, jej wątpliwości się spotęgowały. Do diabła, co robi w takim miejscu? Zanim zdążyła sobie odpowiedzieć na to błyskotliwe pytanie, recepcjonistka przywitała uprzejmie:

– W czym mogę pomóc?

– Ja... na spotkanie. Na grupę. Jestem już spóźniona.

– Macochy Polska? Na końcu korytarza i w prawo. Szatnia jest obok pani.

Nadia wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Zastanawiała się, cóż za guru marketingu wymyślił tę chwytliwą nazwę – „Macochy Polska”. Chybione, zważywszy na to, że ona przecież nie jest macochą. I nigdy nie zamierza nią zostać.

*

Anita zrobiła sobie kawę rozpuszczalną. W domu nie wypiłaby podobnej lury, ale musiała nieco się rozgrzać. Usiadła na jednym z krzeseł i wlepiła wzrok w telefon, skrolując ekran idealnie pomalowanym, długim paznokciem (świeżutka hybryda zawsze poprawiała jej humor). W rzeczywistości jednak przyglądała się bacznie każdej kobiecie, która wchodziła do sali. Kilka z nich widziała już ostatnio, z rudą prowadzącą na czele.

Po chwili w progu pojawiła się blada, niska szatynka. Wyglądała, jakby spotkała na korytarzu kogoś strasznego. Może bachora? Bardzo możliwe, przecież po to się tu spotkały. Kręcone włosy, ewidentnie niezadbane w odpowiedni sposób, związała w koński ogon. Anita skanowała jej twarz – szatynka miała ładną, zdrową cerę, ale brak makijażu sprawiał, że wydawała się nijaka. Wrażenie to potęgowały jej dżinsy i szary, zapinany sweter. Zdaniem Anity, tamta wyglądała jak szkolna bibliotekarka z liceum.

Łącznie w sali siedziało sześć kobiet. Gdy wybiła osiemnasta, ruda prowadząca odezwała się pewnym, donośnym głosem:

– Zaczynany. Witam wszystkie panie na kolejnym spotkaniu. Dzisiaj nas mało, ale to normalne, jest przecież martwy okres pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. W każdym razie, ja nazywam się Julia i będę dzisiaj przewodniczyć zebraniu. – Uśmiechnęła się, co złagodziło jej rysy i wzbudziło szacunek obecnych. – Widzę, że mamy nową osobę. Skoro tak, zgodnie z tradycją przypomnimy sobie zasady funkcjonowania naszej grupy, żeby wszystko było jasne. Pomożecie? – zwróciła się do pozostałych.

– Wszystko, co mówimy, zostaje tutaj. Nic nie wychodzi poza ten pokój – odezwała się pierwsza kobieta z lewej strony.

– Mówimy sobie po imieniu. Nie oceniamy się nawzajem. Nie klniemy. Osoba prowadząca zawsze ma głos, udziela głosu i może przerwać każdą wypowiedź – wyrecytowała druga.

Ruda Julia z zadowoleniem pokiwała głową.

– Tak, a oprócz tego zbieramy się co miesiąc na kawę i herbatę, czasem jest także coś słodkiego. Za każdym razem mówimy sobie po kolei, co nas spotkało w danym tygodniu i czym chcemy się podzielić. Przepraszam, czy dobrze się czujesz? – zwróciła się do dziewczyny o mysich włosach, którą Anita obserwowała, odkąd tu weszła. Twarz tamtej przypominała płótno, na którym malowała się niepewność.

– Tak. Przepraszam – odezwała się cicho. Odchrząknęła, by nabrać nieco pewności siebie. – Chodzi o to, że czuję się jak na terapii dla współuzależnionych. Albo na mityngu AA. – Uśmiechnęła się z bólem.

– A, no to masz rację. Osoba, która nas założyła, miała z tym sporo do czynienia i skopiowała wiele zasad. To wprowadza porządek, bo grupa musi mieć pewne jasno określone normy. Nie musisz się jednak martwić, nie przerabiamy tu kroków ani nic z tych rzeczy. Po prostu rozmawiamy, wspieramy się, robimy wszystko, żeby dojść do ładu z naszymi relacjami z dziećmi partnerów. Z dziećmi, które nie są nasze, ale które musimy widywać, a nawet z nimi mieszkać. Nasza założycielka – Julia błysnęła nieco złośliwym uśmiechem – dziesięć lat temu była gotowa zabić dziecko swojego chłopaka.

Anita wysoko uniosła brwi. Czyżby się przesłyszała?

– Tak, dobrze słyszycie. Kupiła trutkę na szczury i czytała w Internecie, co ma zrobić, żeby się go pozbyć. Malec doprowadził ją na skraj wytrzymałości. Każdy dzień z nim to było piekło. W końcu dosypała mu trucizny do płatków kukurydzianych. Czekoladowych kuleczek, które lubił.

– I? – Anita nie wytrzymała.

– Najpierw poczęstował się nimi jej partner. Po pierwszej łyżce go powstrzymała. Wcisnęła im kit, że płatki się przeterminowały. Facet miał lekkie zatrucie, do końca nie wiadomo, czy właśnie od tego. Potem, w akcie desperacji, założyła forum. Nie na Facebooku, to jeszcze nie było modne. I w ciągu kilku godzin od założenia zarejestrowało się dziesięć kobiet. Po tygodniu było ich już czterdzieści. Każda miała problem z dziećmi swojego faceta – tymi z innego małżeństwa albo związku. Każda także czuła się zagubiona, a większość z nich szczerze nienawidziła tych dzieciaków. Okazało się, że rozmowa wiele daje. Potem przyszedł pomysł na spotkania i tak oto od ośmiu lat spotykamy się tutaj. Takie same grupy powstały w Warszawie, Poznaniu i we Wrocławiu. Raz do roku robimy sobie taki zjazd, dla chętnych, połączony z warsztatami terapeutycznymi. Zapraszamy psychologów i pedagogów. No, to tyle tytułem wstępu. Pora na rundkę. Jeśli nowe osoby nie chcą mówić, to nie muszą, ale fajnie byłoby się przedstawić. Kaśka, zaczniesz?

Kaśka, postawna kobieta o lekko zamglonych oczach, miała dosyć monotonny głos, ale i tak wszystkie spojrzenia skierowały się na nią, by uważnie wysłuchać, co chciała powiedzieć.

– Cześć, jestem Kasia, jak już Julia powiedziała. Mam trzydzieści osiem lat. Spokojnie – uśmiechnęła się do Anity – nie trzeba podawać wieku. Na co dzień jestem żoną, mam jedno dziecko z mojego małżeństwa, ale mąż ma jeszcze córkę z pierwszego. Dziewczyna skończyła czternaście lat, przyjeżdża na weekendy i muszę wam powiedzieć, że jestem wykończona. Ta smarkula przechodzi samą siebie. W sobotę zrobiła burdel w kuchni. Udaje wegankę, choć wiem, że u matki na pewno je mięso. Ale u nas nie tyka niczego, co ugotuję, i ciągle bałagani, przygotowując sobie jakieś cholerne kanapki z razowego pieczywa i pasztetu warzywnego. Zwróciłam jej uwagę, a wtedy od razu poszła do ojca, żeby się poskarżyć. Wieczorem gdzieś wyszła, nic nam nie mówiąc. Mąż szukał jej jakiś czas, a jak już znalazł, to go zwyzywała, że po co robi aferę i że ona jest już dorosła. Ale w niedzielę był lepszy cyrk. Oświadczyła, że u nas w domu nie ma żadnej zdrowej żywności, więc specjalnie pojechaliśmy wszyscy do marketu, żeby kupować jarmuż, kwinoę, tłoczone na zimno oleje i inne dziwactwa. Wydaliśmy dwieście złotych! Serio! Wiecie, nam się jakoś super nie przelewa, zwłaszcza że mąż płaci alimenty, a święta kosztowały majątek. A teraz ta mała manipulantka jeszcze nadszarpnęła budżet.

 

Kasia skończyła, a wśród pozostałych kobiet zapanowało poruszenie. Każda bardzo emocjonalnie komentowała usłyszaną historię, dodając do tego: „u mnie w domu”. Wreszcie musiała wkroczyć do akcji Julia, która poprosiła o ciszę.

– Na gorące rozmowy będzie jeszcze chwila, ale teraz pozwólmy się przedstawić nowej koleżance. Powiesz nam kilka słów o sobie? Nie musisz od razu opowiadać wszystkiego. – Posłała Anicie serdeczny uśmiech.

Wiedziała, że pierwsze słowa na spotkaniu potrafią zakleszczyć się w krtani. Pamiętała swoje początki, kiedy na dzień dobry wybuchnęła niepohamowanym łkaniem.

Anita westchnęła i właśnie otworzyła usta, by wypowiedzieć pierwsze słowa, gdy rozproszył ją niespodziewany odgłos. Ktoś nacisnął na klamkę. Wlepiła wzrok w postać, która weszła po cichu do pokoju i gorączkowo rozglądała się w poszukiwaniu wolnego krzesła. Stała przed nimi kopia Cameron Diaz – szczupła, wysoka blondynka o wydatnych kościach policzkowych i wściekle błękitnych oczach. Była świetnie ubrana. Anita dobrze wiedziała, że te luźne dżinsy i kaszmirowy sweter w kolorze pudrowego różu kosztowały małą fortunę.

Spojrzenia ich obu w końcu się spotkały. I natychmiast nastąpiła eksplozja.

Julia, która zdążyła przywołać na twarz uśmiech, zastygła. Coś się wydarzyło. Te dwie się znały. I chyba wcale nie chciały się spotkać. Obydwie zamarły, wpatrując się w siebie zdumionym wzrokiem. Anita otworzyła usta, a nowo przybyła mocno je zacisnęła.

Obezwładniająca cisza udzieliła się wszystkim. Blondynka ewidentnie walczyła z myślami. Chciała uciec, ale jednocześnie pragnęła zostać. W końcu jej twarz spochmurniała, w oczach rozbłysła zawziętość. Na ten widok Julia odzyskała głos.

– Cześć. Usiądziesz?

Blondynka pokiwała głową. Unikała spojrzenia Anity, jakby ta nagle wyparowała z pomieszczenia. Julia poczuła ukłucie niepokoju. Mogła jedynie się domyślać, że te dwie kobiety bardzo się nie lubią, ale nie chciała pozwolić, by ich konflikt zepsuł atmosferę w grupie. Postanowiła bacznie je obserwować, by mieć jakąś kontrolę nad tym, co może się wydarzyć. A zapowiadało się na burzę z piorunami.

– Przerwałyśmy ci. – Spojrzała na Anitę. Dziewczyna założyła ręce na piersi. Przypominała rozjuszoną pacjentkę, która już od kilku godzin czeka na wizytę u lekarza.

– Mam na imię Anita – zaczęła mocnym głosem. – Ale dzisiaj nie chcę opowiadać o sobie. Na razie posłucham, jeżeli można.

Julia zerknęła na blondynkę, która dyskretnie rozglądała się po sali, nadal ignorując Anitę.

– A ty?

– Mam na imię Nadia. I jeśli można, skorzystam z tego samego przywileju.

– Oczywiście. Mamy czas.

Przez kolejne sto dwadzieścia minut Anita i Na­dia starały się wsłuchiwać w opowieści innych kobiet. Bezskutecznie. Ich myśli były bardzo podobne.

Ona tu jest.

Jest w związku podobnym do mojego. Ma ten sam problem.

Moja siostra, której nie chcę znać, znalazła się akurat tutaj. Dlaczego to ja mam się wycofać?

Po moim trupie!

PRZYPŁYW

Rozdział 1

Maj 2010, Kraków

NADIA

Spotkały się nad grobem. Śmierć to zawsze zaproszenie, które trudno odrzucić.

Emil Babnik zmarł na raka w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat. Od momentu zdiagnozowania choroby do jego śmierci upłynęły zaledwie dwa miesiące. Choć sam był lekarzem, nie pomogło mu to wygrać z nowotworem. Jako że był internistą, przyjmującym w wielu krakowskich przychodniach, na pogrzebie zgromadził się prawdziwy tłum. Ponad sto osób zasiadło w kaplicy, by zapłakać nad człowiekiem, który leczył i imponował mocnym charakterem. Zostawił na tym świecie żonę, Martę, oraz dwie córki – Nadię i Anitę.

Nadia była z matką już od trzech dni. I od trzech dni powtarzała sama sobie, że jeszcze chwilę wytrzyma. Rankiem, stojąc przed lustrem w łazience, brała głębokie oddechy i mówiła szeptem do swojego odbicia:

– Za chwilę wrócisz do siebie. Potem będzie lepiej. Lepiej, przecież wiesz.

Otworzyła oczy i spojrzała na szczupłą blondynkę w lustrze. Nie wyglądała na smutną, a jedynie na bardzo zmęczoną. I właśnie w tym tkwił problem. Choć bardzo tego pragnęła, nie czuła żalu po stracie ojca. Przywoływała go, usiłowała zapłakać, lecz bezskutecznie.

To przez zimny chów. Moi rodzice zawsze wyglądali jak posągi. Nie okazywali emocji. To dlatego – tłumaczyła sobie w myślach. Wiedziała, że to małe oszustwo względem niej samej. Czy na pewno nie okazywała emocji? A może po prostu żadnych emocji nie było? Ojciec żył, a teraz nie żyje. Taka kolej rzeczy. Nigdy nie był jej szczególnie bliski. W ciągu ostatnich tygodni nawet jego stan nie sprawił, że chciała przyjeżdżać do domu.

Z matką czuła się bardziej związana. Ta więź, choć silniejsza i głębsza, miała jednak wiele cieni. Marta była surowa i wymagająca. Zawsze tak samo krytyczna i niewzruszona. Obdarzona słabym poczuciem humoru. I kijem w dupie, jak mawiała pewna osoba z rodziny. A jednak Nadia chciała ją wspierać przed pogrzebem i pomóc w przygotowaniach. W przeciwieństwie do swojej siostry, która nadal nie potwierdziła, czy w ogóle się pojawi. Anita miała to gdzieś, a Nadia czuła się w obowiązku, by odgrywać rolę córki. Czasem wyobrażała sobie, co by było, gdyby wybrała drogę Anity.

Siostra uciekła z domu w wieku czternastu lat. Choć „ucieczka” to może zbyt mocne słowo: Anita po prostu oświadczyła, że się wyprowadza. Zrobiła to tuż po największym numerze, jaki wywinęła, tym, o którym cała rodzina wolała jak najszybciej zapomnieć.

Bezczelna, zadziorna, pyskata, uparta i głupia – taką Anitę zapamiętała Nadia. Ostatni raz widziała ją trzy lata temu, na innym pogrzebie. Zmarła Renata, siostra Marty. Jedyna osoba, z którą Anita chciała mieć kontakt. Dlatego przyjechała na pogrzeb. Z ojcem kontaktu mieć nie chciała, więc Nadia nadal nie wiedziała, czy w ogóle będzie musiała znosić dzisiaj siostrę.

W głębi duszy czuła jednak, że nieobecność Anity byłaby całkowitym pogrzebaniem ich więzi. Czy tego właśnie pragnęła?

*

– Nadia? – usłyszała z dołu.

W twardym głosie Marty nie czuło się cierpienia, choć Nadia wiedziała, że mamie jest ciężko. Byli z ojcem bardzo do siebie podobni. Ten sam styl życia lekarzy (matka wciąż praktykowała jako pediatra), ten sam światopogląd, ta sama surowość. A teraz nagle go zabrakło. Marta nie będzie miała z kim w milczeniu czytać gazety przy śniadaniu lub pójść na konferencję medyczną. Tylko o samotne noce matki nie musiała się martwić – od narodzin Anity rodzice i tak mieli osobne sypialnie. W nowym domu, który zdążyli kupić wspólnie, podtrzymali tę tradycję.

Nadia od początku go nie lubiła. Choć mieszkanie, w którym spędziła dzieciństwo, również nie zajmowało w jej sercu szczególnego miejsca, ten dom kojarzył jej się z chłodem i dystansem, jaki okazywali rodzice przez całe ich życie.

Na świecie istniały obecnie dwa miejsca, które mogłaby nazwać domem. Pierwsze to oczywiście jej włas­ne mieszkanie. Azyl, na który zapracowała w pocie czoła. Drugim od wielu lat był mały domek, usytuowany tuż przy nadmorskiej plaży. Parterowy, niepozorny, choć w środku wyjątkowo przytulny. Ale najbardziej kochała w nim widok na morze. Wystarczyło na nie spojrzeć, by zapomnieć o kłótniach z siostrą i uwagach rodziców. To miejsce dawało jej spokój i wyobrażała sobie, że kiedyś zamieszka na stałe w Pustkowie. W tej niewielkiej miejscowości na Pomorzu Zachodnim spędzali niemal wszystkie wakacje. Oczywiście Nadia i Anita pozostawały pod opieką ciotki Renaty, bo Marta i Emil nie mogli wziąć tak długich urlopów z przychodni. Poza tym, lubili Pustkowo, ale tylko przez kilka dni. Lepiej się czuli w Krakowie.

Domek nad morzem został wybudowany przez rodziców ojca i właśnie stracił właściciela. Dziadkowie nie żyli już od dawna, matka nigdy nie została wpisana jako współwłaścicielka. A więc, o zgrozo, ojciec musiał uwzględnić go w testamencie, zapisać komuś w spadku. Czy właśnie jej? Przecież wiedział, ile dla niej znaczy to miejsce. I pamiętał, że Anita zawsze się buntowała przeciwko wakacjom w takiej zatęchłej dziurze. „Morze i plaża?! A co mnie to obchodzi! Tam NIC NIE MA! Chcę zostać w mieście!”. Oczywiście nigdy nie została. Zamiast tego znakomicie grała rolę uciążliwej, młodszej siostry, która marudziła od wstania z łóżka aż po zmierzch, a od dwunastego roku życia potrafiła sama pojechać do pobliskiego Pobierowa, gdzie spędzała bez opieki całe dnie.

– Już idę! – odkrzyknęła matce Nadia, ocierając twarz ręcznikiem. Ciekawiło ją, co Marta będzie robiła sama w piętrowym domu, bez ojca. Po co w ogóle kupowali tak dużą nieruchomość, skoro dzieci były dorosłe?

*

Pogrzeb miał się zacząć o trzynastej. W samo południe Nadia i Marta udały się do kaplicy, by dopilnować ostatnich ziemskich spraw zmarłego i udawać, że modlą się nad trumną. Nie były praktykującymi katoliczkami, ich wiara sprowadzała się do obchodzenia Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Uczestnictwo we mszy żałobnej również stanowiło dla obu kulturowy obrządek.

Nadia włożyła skromną, czarną sukienkę za kolano. Matka ubrała się podobnie, dokładając do tego gustowny kapelusz i rękawiczki. Wsiadły do taksówki, a po drodze pozwoliły sobie na milczenie.

Dopiero wysiadając, Marta rzuciła krótko:

– Będzie Anita. Korzystając z okazji, umówiłam nas na siedemnastą do prawnika.

– Od razu po stypie? – Nadia nie zdołała ukryć nuty oburzenia. Liczyła, że po stypie natychmiast wróci do siebie.

– Chyba nie sądzisz, że ta impreza – matka wymówiła to ostatnie słowo drwiącym tonem – potrwa dłużej? Anicie nie będzie się chciało jechać dwa razy, więc od razu załatwimy sprawę testamentu.

Nadia westchnęła. Matka mówiła o swojej młodszej córce, jakby były normalną rodziną. Co za różnica, czy Anicie chciało się przyjeżdżać, czy nie? Przecież ona również liczyła na coś po ojcu. Zawsze była łasa na pieniądze. I chytra.

W kaplicy zaczynało się już robić tłoczno. Na widok wdowy i córki zgromadzeni z szacunkiem kiwali głowami. Nadia rozglądała się dyskretnie, szukając wzrokiem siostry, ale bezskutecznie. Jeśli tamta rzeczywiście się zjawiła, nie zechciała zaszczycić ich swoją obecnością w ławce przeznaczonej dla najbliższej rodziny.

Nadia słusznie przypuszczała, że spotkają się dopiero nad grobem.