Tao zdrowia, seksu i długowieczności

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jadło­spis Matki Natury

Ludzie dzielą się na trzy typy meta­bo­liczne: wege­ta­riań­ski, mię­so­żerny i mie­szany. Jeżeli chcesz wie­dzieć, co i jak jeść, musisz naj­pierw usta­lić, do któ­rego z tych typów nale­żysz. Typy wege­ta­riań­ski i mię­so­żerny obej­mują ok. 25% miesz­kań­ców Ziemi, pozo­stałe 50% ludzi należy do typu mie­sza­nego. Podział na typy meta­bo­liczne ma swe źró­dło w pre­hi­sto­rycz­nym przej­ściu nie­któ­rych grup naszego gatunku z diety opar­tej na owo­cach i orze­chach na dietę mię­sną.

Wege­ta­riań­ski typ prze­miany mate­rii cha­rak­te­ry­zuje się powol­nym spa­la­niem cukrów i węglo­wo­da­nów. Ponie­waż ciało musi spa­lać cukry, aby zapew­nić sobie ener­gię konieczną do tra­wie­nia mięsa i tłusz­czu, ludzie z tej grupy mają pro­blemy ze spa­la­niem cukrów na tyle szybko, aby sku­tecz­nie tra­wić duże ilo­ści mięsa, jaj, ryb i innych bia­łek zwie­rzę­cych. Dla­tego po spo­ży­ciu dużej ilo­ści pro­duk­tów boga­tych w białko osoby o wege­ta­riań­skim typie prze­miany mate­rii czują się zmę­czone i ocię­żałe. Aby w naj­prost­szy spo­sób prze­ko­nać się o swo­jej przy­na­leż­no­ści do jed­nego z typów meta­bo­licz­nych, wystar­czy zjeść duży kotlet albo całego kur­czaka i pocze­kać na reak­cję orga­ni­zmu. Jeżeli czu­jesz się przy­gnę­biony i senny, to zna­czy, że naj­praw­do­po­dob­niej nale­żysz do wolno spa­la­ją­cego typu wege­ta­riań­skiego, a zatem powi­nie­neś ogra­ni­czyć spo­ży­cie białka i tłusz­czów na korzyść warzyw, owo­ców i węglo­wo­da­nów. Jeśli nato­miast po spo­ży­ciu dużej ilo­ści białka zwie­rzę­cego czu­jesz się silny, rześki i pobu­dzony, to naj­pew­niej jesteś szybko spa­la­ją­cym mię­so­żercą.

Ponie­waż mię­so­żercy bar­dzo szybko spa­lają cukry i węglo­wo­dany, nad­mierne spo­ży­cie cukru lub skrobi wzmaga ich ner­wo­wość i pod­nie­ce­nie, co tłu­ma­czy się zbyt­nim pobu­dze­niem układu ner­wo­wego. Ludzie nale­żący do tej kate­go­rii zdo­by­wają ener­gię, tra­wiąc duże ilo­ści tłusz­czów zwie­rzę­cych i bia­łek, które są w wątro­bie prze­ra­biane na gli­ko­gen. Następ­nie wątroba uwal­nia gli­ko­gen do krwi w postaci glu­kozy – jedy­nego paliwa, jakie ludzki orga­nizm potrafi spa­lać – stop­niowo i w nale­ży­tych ilo­ściach. Dla­tego mię­so­żercy nie­ustan­nie potrze­bują białka i tłusz­czu, powinni za to ogra­ni­czać spo­ży­cie cukrów i skrobi.

Na szczę­ście więk­szość z nas należy do typu mie­sza­nego, który może spo­ży­wać oby­dwa rodzaje pokarmu w odpo­wied­nich zesta­wie­niach. Mimo że pier­wot­nie nasz układ pokar­mowy był przy­sto­so­wany do diety owo­cowo-warzyw­nej, póź­niej wyspe­cja­li­zo­wał się w pro­duk­cji soków żołąd­ko­wych potrzeb­nych do tra­wie­nia mięsa. Mięso na stałe weszło do naszego jadło­spisu ok. 50–100 tys. lat temu. Osoba, która po zje­dze­niu więk­szej ilo­ści białka zwie­rzę­cego nie odczuwa osła­bie­nia, a po więk­szych daw­kach cukru i skrobi nie dener­wuje się bar­dziej niż zwy­kle, należy praw­do­po­dob­nie do meta­bo­licz­nego typu mie­sza­nego. Ludzie nale­żący do tej kate­go­rii mogą bez obaw spo­ży­wać zarówno pro­dukty mię­sne, jak i wege­ta­riań­skie, dba­jąc jedy­nie o ich odpo­wiedni dobór i łącze­nie.

Usta­le­nie wła­snego typu meta­bo­licz­nego to dopiero pierw­szy krok na dro­dze ku ure­gu­lo­wa­niu swo­jej diety. Należy jesz­cze uwzględ­nić porę roku i kli­mat, tak aby zimą rów­no­wa­żyć zewnętrzne zimno dodat­kową por­cją wewnętrz­nego cie­pła z pro­duk­tów yang, latem łago­dzić skutki cie­pła chło­dzą­cymi pro­duk­tami yin, suchy kli­mat neu­tra­li­zo­wać spe­cjal­nymi daniami zwil­ża­ją­cymi itd. Spo­ży­wa­nie potraw nie­do­sto­so­wa­nych do pory roku lub kli­matu może powo­do­wać róż­nego rodzaju kło­poty ze zdro­wiem, mię­dzy innymi wypry­ski skórne, zapar­cia, wia­try, uczu­cie znu­że­nia i przy­kry zapach z ust.

Tao­iści zwy­kle pre­fe­rują płody rolne pocho­dzące z rynku lokal­nego, bo można wtedy liczyć na to, że są świeże i pełne natu­ral­nej qi. Współ­cze­sny prze­mysł spo­żyw­czy oraz szybki trans­port umoż­li­wiły spo­ży­wa­nie jabłek z Flo­rydy na Ala­sce, mro­żo­nych kre­we­tek w samym środku pustyni i wszel­kiego rodzaju prze­two­rzo­nych i zapa­ko­wa­nych pro­duk­tów o każ­dej porze dnia i nocy, w każ­dym zakątku Ziemi. W rezul­ta­cie dieta współ­cze­snego czło­wieka jest nie­zgodna z natu­ral­nymi warun­kami geo­gra­ficz­nymi i okre­sami wege­ta­cji roślin oraz z nie­wi­dzial­nymi mocami kosmosu.

Inną ważną dla tao­isty kwe­stią jest dobór takich pro­duk­tów, które będą miały korzystny wpływ na jego naj­słab­sze narządy i odpo­wia­da­jące im pola ener­gii. Tao­istyczna dieta ma na celu wzmoc­nie­nie czte­rech głów­nych ukła­dów naszego ciała: tra­wien­nego, wydal­ni­czego, odde­cho­wego i krą­że­nia. Ich wła­ściwa pie­lę­gna­cja i koor­dy­na­cja zapew­nia zdro­wie i żywot­ność całemu orga­ni­zmowi.

Tao­istyczna dieta ma także – co bar­dzo ważne – wzma­gać poten­cję sek­su­alną, pobu­dza­jąc pracę gru­czo­łów płcio­wych oraz wzmac­nia­jąc narządy płciowe. Nie cho­dzi jed­nak o zwięk­sze­nie dozna­wa­nej w trak­cie sto­sunku przy­jem­no­ści – choć nie­wąt­pli­wie jest to cenny efekt uboczny – lecz o wzbo­ga­ce­nie orga­ni­zmu w hor­mony, nasie­nie i inne formy „esen­cji życio­wej”, od któ­rej zależą jego żywot­ność i odpor­ność. „Esen­cja sek­su­alna” sta­nowi nasze naj­waż­niej­sze źró­dło qi, a poten­cja sek­su­alna to naj­lep­szy wskaź­nik dobrego zdro­wia.

Ponie­waż mięso sta­nowi istotną część zachod­niej diety, warto przy­to­czyć kilka tao­istycz­nych wska­zó­wek na temat jedze­nia mięsa. Sun Simiao, wielki lekarz z cza­sów dyna­stii Tang, a także inni die­te­tycy tao­izmu, zawsze ostrze­gali przed dłu­go­fa­lo­wym, nie­ko­rzyst­nym wpły­wem spo­ży­wa­nia dużych ilo­ści mięsa zwie­rząt hodow­la­nych, na przy­kład woło­winy i wie­przo­winy. Jedy­nym zwie­rzę­ciem domo­wym, któ­rego mięso uwa­żali za nie­szko­dliwe i zdrowe, był pies, a i to jedy­nie ze względu na jego roz­grze­wa­jące dzia­ła­nie pod­czas zimo­wych mro­zów. Nie­wielka war­tość odżyw­cza mięsa zwie­rząt udo­mo­wio­nych wynika stąd, że ich dieta składa się głów­nie z pomyj, odpad­ków i suszo­nej słomy. Dziś sytu­ację pogar­szają dodat­kowo różne syn­te­tyczne hor­mony, anty­bio­tyki i inne środki che­miczne, które zazwy­czaj dodaje się do paszy zwie­rząt hodow­la­nych.

Za naj­ko­rzyst­niej­szy pod wzglę­dem war­to­ści odżyw­czych typ mięsa tao­iści zawsze uwa­żali dzi­czy­znę. Mięso z jele­nia jest szcze­gól­nie godne pole­ce­nia, przede wszyst­kim dla­tego, że zwie­rzę to żywi się dzi­kimi orze­chami, liśćmi, jago­dami, korą i innymi zio­łami, które w chiń­skiej far­ma­ko­pei wymie­nia się jako środki lecz­ni­cze dla ludzi. Z zio­ło­wej diety jele­nia w natu­ralny spo­sób korzy­sta rów­nież czło­wiek, jedząc jego mięso; w podobny spo­sób wszyst­kie środki che­miczne, któ­rymi w naszych cza­sach naszpi­ko­wane są zwie­rzęta hodow­lane, prze­do­stają się do orga­ni­zmu czło­wieka zaja­da­ją­cego ham­bur­gera lub pie­czo­nego kur­czaka.

Warto jed­nak zauwa­żyć, że nawet naj­śwież­sza dzi­czy­zna straci swoje walory odżyw­cze, jeśli zosta­nie pod­dana zbyt dłu­giej kuli­nar­nej obróbce. Każde nada­jące się do kon­sump­cji mięso powinno się spo­ży­wać po jak naj­krót­szym sma­że­niu, a naj­le­piej zupeł­nie na surowo. Bef­sztyk tatar­ski i car­pac­cio to świetne przy­kłady dań z suro­wej woło­winy, które nie tylko obfi­tują w enzymy natu­ralne, ale do tego są bar­dzo smaczne. Jesz­cze lep­sze jest japoń­skie sashimi (surowa ryba), chyba naj­war­to­ściow­sze pod wzglę­dem odżyw­czym, nie­zwy­kle bogate w enzymy i łatwo strawne białko zwie­rzęce, o czym świad­czyć może dłu­go­wiecz­ność Japoń­czy­ków. Tao­iści zawsze przed­kła­dali ryby z natu­ralnego śro­do­wi­ska mórz i rzek nad ryby hodo­wane przez czło­wieka w sto­ją­cych sta­wach i tuczone nie­od­po­wied­nią wedle nich karmą.

To samo doty­czy kur­cza­ków. Chiń­scy leka­rze na­dal radzą swoim pacjen­tom, żeby jedli tylko tu-ji („kur­czaki ziemi”) i wystrze­gali się yang-ji („kur­cza­ków hodow­la­nych”). „Kur­czaki ziemi” to te, które w poszu­ki­wa­niu pokarmu mogą swo­bod­nie wędro­wać po polach i lasach, uni­ka­jąc w ten spo­sób sztucz­nej diety ptac­twa domo­wego.

Żeby zapo­biec gni­ciu, popra­wić tra­wie­nie i uła­twić szyb­kie wyda­la­nie tego, co nie­po­trzebne, do każ­dej potrawy, któ­rej głów­nym skład­ni­kiem jest mięso, należy dodać por­cję enzy­mów pro­te­oli­tycz­nych (roz­kła­da­ją­cych białko na prost­sze skład­niki), dziś łatwo dostęp­nych w apte­kach i skle­pach spo­żyw­czych.

Prze­strze­ga­jąc nastę­pu­ją­cych zasad tao­istycz­nej nauki o żywie­niu, wspo­mo­żesz natu­ralne pro­cesy tra­wienne:

Jedz mało, a będziesz żył zdrowo i długo. Głód należy zaspo­ka­jać w 70–80%. Matka Natura zawsze karze żar­ło­ków taką czy inną dole­gli­wo­ścią. Ludz­kie ciało nie jest w sta­nie zużyć tych ogrom­nych ilo­ści roz­ma­icie łączo­nych potraw, któ­rymi cywi­li­zo­wany, pro­wa­dzący osia­dły tryb życia czło­wiek opy­cha się każ­dego dnia.

Przed połknię­ciem dokład­nie prze­żuj pokarm. Doty­czy to zwłasz­cza węglo­wo­da­nów, któ­rych wstępne tra­wie­nie odbywa się w jamie ust­nej pod wpły­wem ptia­liny zawar­tej w śli­nie. W mak­sy­mie Gan­dhiego na ten temat pobrzmiewa mądrość tao: „Pij jedze­nie i jedz picie”. Zna­czy to, że potraw sta­łych nie należy poły­kać dopóty, dopóki nie nabiorą kon­sy­sten­cji płynu, płyny zaś należy prze­ły­kać rów­nie wolno jak potrawy stałe.

Uni­kaj skraj­nie gorą­cych i skraj­nie zim­nych potraw i napo­jów. Zbyt gorąca zupa parzy jamę ustną i prze­łyk, co hamuje wydzie­la­nie śliny i pogar­sza pery­stal­tykę. Jedną z naj­więk­szych „die­te­tycz­nych zbrodni” jest popi­ja­nie potraw lodo­watą wodą lub innym zim­nym napo­jem. Dopływ lodo­wa­tych sub­stan­cji do żołądka peł­nego pokarmu zamyka kana­liki wydzie­la­jące soki tra­wienne. Tra­wie­nie zostaje prze­rwane, a roz­po­czyna się gni­cie i fer­men­ta­cja zawar­to­ści żołądka. Zanim tem­pe­ra­tura żołądka powróci do nor­mal­nego poziomu, jest już za późno na pra­wi­dłowe dokoń­cze­nie tra­wie­nia. W zasa­dzie każdy napój pity w dużych ilo­ściach przy jedze­niu roz­cień­cza enzymy gastryczne i osła­bia tra­wie­nie. Wyją­tek sta­no­wią wino i piwo, które – pite z umia­rem – sprzy­jają tra­wie­niu, ponie­waż same są już sfer­men­to­wane (tj. wstęp­nie stra­wione). Nawet Biblia radzi „napić się wina dla dobra żołądka”.

 

Zuba­ża­nie ludz­kiej diety

Współ­cze­sny czło­wiek jest dumny z „postępu”, jaki doko­nał się w histo­rii ludz­ko­ści od epoki jaski­nio­wej do epoki podróży kosmicz­nych, i z pogardą patrzy na swą pry­mi­tywną prze­szłość. Jed­nak z die­te­tycz­nego punktu widze­nia możemy raczej mówić o znacz­nym pogor­sze­niu ludz­kich nawy­ków żywie­nio­wych wraz z roz­wo­jem cywi­li­za­cji, która na stałe odgro­dziła czło­wieka od natury.

Zanim roz­po­czął się ten kró­ciutki w dzie­jach świata roz­dział, który nazy­wamy „histo­rią”, przez miliony lat ludzie, podob­nie jak inne naczelne, żywili się wyłącz­nie suro­wymi, boga­tymi w błon­nik pło­dami ziemi. Wszyst­kie zwie­rzęta, któ­rych dieta zawiera dużo nie­straw­nego włókna roślin­nego i mało białka, mają sto­sun­kowo długi układ tra­wienny, pod­czas gdy układ pokar­mowy mię­so­żer­ców, na przy­kład lwa lub tygrysa, jest dość krótki. Ludzki prze­wód pokar­mowy – licząc od jamy ust­nej do odbytu – mie­rzy ponad dwa­na­ście metrów i należy do naj­dłuż­szych w przy­ro­dzie w sto­sunku do masy ciała.

Ludzka dieta ule­gła znacz­nemu pogor­sze­niu, kiedy w toku swego roz­woju czło­wiek zajął się łowiec­twem, a głów­nym skład­ni­kiem jego diety stało się mięso. Nastą­piło to przede wszyst­kim na pół­kuli pół­noc­nej, gdzie w okre­sie zimy było ono jedy­nym dostęp­nym poży­wie­niem. Te popu­la­cje ludz­kie, które prze­sta­wiły się na spo­ży­cie mięsa, wykształ­ciły zdol­ność tra­wie­nia tłusz­czów i bia­łek zwie­rzę­cych oraz przy­swa­ja­nia skład­ni­ków pokar­mo­wych pocho­dze­nia zwie­rzę­cego, cho­ciaż ich układ tra­wienny na zawsze zacho­wał pier­wotny, wege­ta­riań­ski cha­rak­ter. Zmiany te dopro­wa­dziły w końcu do powsta­nia u czło­wieka dwóch pod­sta­wo­wych typów meta­bo­licz­nych, z któ­rych jeden pre­de­sty­nuje go do diety zło­żo­nej ze świe­żych owo­ców i warzyw, a drugi do ubo­giej w błon­nik diety mię­snej.

Rol­nic­two otwiera ostatni etap die­te­tycz­nej „dege­ne­ra­cji” czło­wieka. Kiedy głów­nym skład­ni­kiem naszej diety stało się zboże, do prze­wodu pokar­mo­wego wpro­wa­dzony został zupeł­nie nowy ele­ment, który w pla­nach Matki Natury nie został uwzględ­niony jako pokarm dla czło­wieka. Mowa o skrobi. Sam fakt, że zboża są jedy­nym w ludz­kiej die­cie skład­ni­kiem, któ­rego nie można jeść i tra­wić w sta­nie suro­wym, jed­no­znacz­nie dowo­dzi, że czło­wiek nie jest przy­sto­so­wany do spo­ży­wa­nia pro­duk­tów zbo­żo­wych. To zboże po raz pierw­szy na świe­cie pod­dano obróbce.

Wszystko wska­zuje na to, że przed nasta­niem cywi­li­za­cji czło­wiek był wystar­cza­jąco roz­sądny, aby nie spo­ży­wać zboża. Praw­do­po­dob­nie ludzie zaczęli zbie­rać, a następ­nie upra­wiać zboże nie na potrzeby wła­snego stołu, ale raczej jako karmę dla zwie­rząt domo­wych i do pro­duk­cji piwa. Dopiero kiedy płody ziemi i zwie­rzyna łowna prze­stały wystar­czać rosną­cej ludz­kiej popu­la­cji, pro­dukty zbo­żowe weszły na stałe do jej menu.

Zboże stało się pod­stawą ludz­kiej diety dopiero 6–7 tys. lat temu, a więc dla sta­ro­żyt­nych mędr­ców Chin było ono czymś sto­sun­kowo nowym. Szko­dliwy wpływ zboża na zdro­wie i dłu­go­wiecz­ność był dla nich cał­ko­wi­cie jasny, czego wyra­zem może być prze­wi­ja­jące się w całej tao­istycz­nej lite­ra­tu­rze poświę­co­nej temu pro­ble­mowi wyra­że­nie bi-gu („wystrze­gaj się zboża”). Szko­dli­wość zboża potwier­dzają odkry­cia takich wybit­nych die­te­ty­ków naszych cza­sów, jak Arnold Ehret, dr Her­bert Shel­ton, dr Marsh Mor­ri­son, dr Nor­man Wal­ker i V.E. Irons, do któ­rych jesz­cze wró­cimy. Prze­lud­nie­nie jest jedyną przy­czyną, dla któ­rej tra­dy­cyjna chiń­ska dieta już od kilku tysięcy lat składa się w 80–90% z pro­duk­tów zbo­żo­wych. Tao­iści, któ­rzy „wystrze­gają się zboża”, żyją znacz­nie dłu­żej i zdro­wiej niż ogół spo­łe­czeń­stwa, choć warto zazna­czyć, że tra­dy­cyjna chiń­ska dieta łączy zboża w o wiele korzyst­niej­szy spo­sób niż współ­cze­sne diety zachod­nie.

„Postęp” cywi­li­za­cyjny dopro­wa­dził do tego, że współ­cze­sny czło­wiek (zwłasz­cza na Zacho­dzie) jada przede wszyst­kim oczysz­czone i pozba­wione natu­ral­nych war­to­ści odżyw­czych pro­dukty spo­żyw­cze, na doda­tek w nie­wła­ści­wych zesta­wie­niach. Nie­które dotkliwe skutki wyeli­mi­no­wa­nia z diety czło­wieka błon­nika i zastą­pie­nia ich biał­kiem zwie­rzę­cym oraz oczysz­czoną skro­bią opi­sał dr Robert Jack­son w niżej cyto­wa­nym frag­men­cie:

Usu­nię­cie z naszego poży­wie­nia tych nie­straw­nych czę­ści (błon­nika) ozna­cza usu­nię­cie natu­ral­nego bodźca mię­śnio­wej aktyw­no­ści ściany jelita […]. W rezul­ta­cie mia­zga pokar­mowa w jeli­cie prze­suwa się dużo wol­niej. To z kolei powo­duje roz­kład bia­łek i nad­mierną fer­men­ta­cję węglo­wo­da­nów. Pierw­szy z tych pro­ce­sów jest przy­czyną powsta­wa­nia nie­bez­piecz­nych związ­ków tok­sycz­nych, drugi nato­miast – środ­ków draż­nią­cych błonę jelit. […] Tak oto zamyka się to błędne koło, które pro­wa­dzi do chro­nicz­nego zatru­cia orga­ni­zmu, gdyż opóź­nia­nie tra­wie­nia nie tylko sprzyja fer­men­ta­cji i gni­ciu, ale też daje krwi wię­cej czasu na wchło­nię­cie tru­ją­cych pro­duk­tów koń­co­wych.

Jakiś czas temu prze­pro­wa­dzono cie­kawe bada­nia porów­naw­cze doty­czące śred­niej aktyw­no­ści rucho­wej jelit u Hin­du­sów i Ame­ry­ka­nów. Wyniki wpra­wiły bada­czy w zdu­mie­nie: mimo że prze­ciętny Ame­ry­ka­nin pochła­nia codzien­nie trzy razy wię­cej kalo­rii niż prze­ciętny Hin­dus, jelita prze­cięt­nego Hin­dusa wyko­nują śred­nio ponad dwa razy wię­cej ruchów. Hin­duska dieta, oparta głów­nie na warzy­wach i peł­nym ziar­nie, zapew­nia orga­ni­zmowi sporą ilość błon­nika, który wypy­cha zbędne pro­dukty prze­miany mate­rii z prze­wodu pokar­mo­wego, pod­czas gdy typowe ame­ry­kań­skie poży­wie­nie – bogate w prze­two­rzone kalo­rie, ale ubo­gie w sub­stan­cje natu­ralne – prze­suwa się wzdłuż układu tra­wien­nego tak wolno, że duża część ulega gni­ciu i fer­men­ta­cji, a powsta­jące związki tok­syczne pozo­stają w orga­ni­zmie przez wiele dni, a nawet tygo­dni, co pro­wa­dzi do chro­nicz­nej tok­se­mii (zatru­cia krwi w wyniku sta­łej obec­no­ści tok­syn w żołądku, jeli­cie gru­bym, wątro­bie i innych tkan­kach). Stan ten jest odpo­wie­dzialny za cały sze­reg prze­wle­kłych dole­gli­wo­ści, rzadko spo­ty­ka­nych w spo­łe­czeń­stwach pier­wot­nych, mię­dzy innymi artre­ty­zmu, obstruk­cji, nie­żytu żołądka, prze­mę­cze­nia, bez­płod­no­ści, impo­ten­cji i braku odpor­no­ści na cho­roby zakaźne.

V.E. Irons, wybitny spe­cja­li­sta w zakre­sie kura­cji gło­dów­ko­wej i zagad­nień doty­czą­cych funk­cjo­no­wa­nia jelita gru­bego, w taki spo­sób opi­suje kata­stro­falne skutki współ­cze­snej ame­ry­kań­skiej diety:

W nie­jed­nym wypadku pokarm tkwi w orga­ni­zmie mie­siące, a nawet lata. Poży­wie­nie to ulega roz­kła­dowi, a następ­nie utyka w szcze­li­nach i fał­dach jelita gru­bego […]. Miast peł­nić funk­cje spraw­nie i szybko dzia­ła­ją­cego układu kana­li­za­cyj­nego, nie­jed­no­krot­nie jelito grube staje się raczej dołem klo­acz­nym orga­ni­zmu.

Tro­fo­lo­gia, czyli nauka o łącze­niu pro­duk­tów żyw­no­ścio­wych

W porów­na­niu z tao­istyczną kon­cep­cją rów­no­wagi zachod­nie poję­cie „wywa­żo­nej diety” musi się wydać dużym uprosz­cze­niem. Według leka­rzy zachod­nich każdy posi­łek powi­nien skła­dać się ze wszyst­kiego po tro­chu, tj. łączyć tak róż­no­rodne pro­dukty, jak mięso, mleko, skro­bia, tłuszcz i cukier. Spo­ży­wa­nie tych wszyst­kich pro­duk­tów naraz można porów­nać do wymie­sza­nia w zbior­niku pali­wo­wym samo­chodu ben­zyny, oleju, alko­holu i cukru. Taka mie­szanka nie będzie się dobrze spa­lać, dostar­czy nie­wiel­kiej mocy i szybko zablo­kuje cały sil­nik. Cytat, któ­rym roz­po­czę­li­śmy ten roz­dział, zaczerp­nięty z księgi ofia­ro­wa­nej zało­ży­cie­lowi dyna­stii Ming z oka­zji set­nych uro­dzin jej autora, jasno dowo­dzi, jak wielką wagę sta­ro­żytni Chiń­czycy przy­wią­zy­wali do nauki o łącze­niu pokar­mów. Daw­niej podobna wie­dza ist­niała także na Zacho­dzie, o czym świad­czy wydany przez Moj­że­sza ści­sły zakaz zesta­wia­nia w jed­nym posiłku mięsa i mleka.

Pol­skim odpo­wied­ni­kiem yin i yang diety jest „tro­fo­lo­gia”, ter­min, któ­rego ani ty, ani twój lekarz zapewne ni­gdy dotąd nie sły­sze­li­ście. Współ­cze­sna edu­ka­cja medyczna na Zacho­dzie, zwłasz­cza w Ame­ryce, wciąż zanie­dbuje naukę o żywie­niu, cho­ciaż jest kilku świa­tłych naukow­ców w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i w Euro­pie, któ­rzy pomimo drwin ze strony medycz­nych orto­dok­sów robią ogromne postępy w dzie­dzi­nie tro­fo­lo­gii.

Rów­no­waga yin i yang w poży­wie­niu ma swój zachodni odpo­wied­nik naukowy, któ­rym jest rów­no­waga kwa­sowo-zasa­dowa (czyli pH). Wszy­scy pamię­tamy z lek­cji che­mii, że doda­jąc miarkę zasady do rów­nej miarki kwasu, uzy­skamy roz­twór che­micz­nie obo­jętny, jak zwy­kła woda. Dla­tego przy nad­kwa­so­cie sto­suje się dwu­wę­glan sodu (silną zasadę).

Nauka zachod­nia usta­liła, że aby sku­tecz­nie tra­wić więk­sze ilo­ści białka zwie­rzę­cego, żołą­dek musi wydzie­lać pep­synę. Wia­domo także, że pep­syna może dzia­łać jedy­nie w śro­do­wi­sku kwa­śnym, które musi utrzy­my­wać się przez kilka godzin, aby nastą­piło cał­ko­wite stra­wie­nie pro­tein. Rów­nie dobrze wia­domo, że pod­czas prze­żu­wa­nia kawałka chleba, ziem­niaka lub jakie­go­kol­wiek innego pro­duktu zawie­ra­ją­cego węglo­wo­dany albo skro­bię do śliny natych­miast wydzie­lana jest ptia­lina i inne enzymy o odczy­nie zasa­do­wym. Aby skro­bia ule­gła cał­ko­witemu stra­wie­niu, w żołądku musi pano­wać śro­do­wi­sko zasa­dowe.

Każdy może sobie wyobra­zić, co się dzieje w żołądku, kiedy docho­dzi do jed­no­cze­snego tra­wie­nia białka i skrobi. Kwa­śne i zasa­dowe soki tra­wienne wydzie­lane są jed­no­cze­śnie i szybko się neu­tra­li­zują, pozo­sta­wia­jąc w żołądku słaby, wod­ni­sty roz­twór, który nie jest w sta­nie nale­ży­cie stra­wić ani białka, ani skrobi. Wtedy w wyniku sta­łej obec­no­ści bak­te­rii w prze­wo­dzie pokar­mo­wym nastę­puje roz­kład bia­łek i fer­men­ta­cja skrobi.

Roz­kład i fer­men­ta­cja są główną przy­czyną wszel­kiego rodzaju dole­gli­wo­ści układu tra­wien­nego, takich jak gazy, zgaga, kur­cze żołądka, wzdę­cia, zapar­cia, cuch­nący sto­lec, krwa­wie­nie hemo­ro­idów, zapa­le­nie okręż­nicy itd. Wiele tzw. aler­gii jest także bez­po­śred­nim rezul­ta­tem nie­pra­wi­dło­wych połą­czeń pokar­mo­wych: prze­cho­dząc przez jelita, krew zbiera tok­syczne pro­dukty roz­kładu i fer­men­ta­cji, które powo­dują wysypki, pokrzywkę, bóle głowy, mdło­ści i inne objawy zwy­kle zali­czane do symp­to­mów aler­gii. Te same pro­dukty, które w nie­od­po­wied­nich zesta­wie­niach wywo­łują reak­cje aler­giczne, czę­sto nie wyka­zują żad­nych skut­ków ubocz­nych, kiedy się je spo­żywa zgod­nie ze wska­za­niami tro­fo­lo­gii. Osta­teczny wnio­sek jest taki: nie­wła­ści­wie dobrane pro­dukty hamują pracę żołądka i funk­cje tra­wienne, a wtedy do głosu docho­dzą bak­te­rie. One otrzy­mują wszyst­kie skład­niki odżyw­cze i kwitną, ty zaś otrzy­mu­jesz wszyst­kie odpadki i cier­pisz.

Według badań prze­ciętny Ame­ry­ka­nin nosi w kisz­kach ponad dwa kilo­gramy nie­stra­wio­nego, zepsu­tego mięsa. Sam możesz się prze­ko­nać, co się sta­nie z dwoma kilo­gra­mami mięsa pozo­sta­wio­nymi na parę dni w ciem­nym, cie­płym i wil­got­nym miej­scu. Sep­tyczny cha­rak­ter ludz­kich jelit jest czymś wyjąt­ko­wym w przy­ro­dzie, a mimo to leka­rze zachodni się upie­rają, że reszta orga­ni­zmu wcale na tym nie cierpi.

Żeby uchro­nić się przed sta­nem cią­głego podraż­nie­nia spo­wo­do­wa­nego nie­wła­ści­wym dobo­rem pro­duk­tów, okręż­nica wytwa­rza duże ilo­ści śluzu, który ma wyła­py­wać czą­steczki tok­syczne, zanim zdążą one uszko­dzić jej deli­katny nabło­nek. Jeżeli dzieje się tak przy każ­dym posiłku, każ­dego dnia, każ­dego tygo­dnia, przez okrą­gły rok – co jest dość typowe dla współ­cze­snej zachod­niej diety – okręż­nica zaczyna w końcu wydzie­lać stałą por­cję śluzu, który gro­ma­dzi się w jej fał­dach. Pro­wa­dzi to do zwę­że­nia kanału okręż­nicy i cią­głego osmo­tycz­nego prze­ni­ka­nia tok­syn do krwi. Kiedy nacisk tok­sycznego śluzu na ścianę okręż­nicy osiąga punkt kry­tyczny, powstaje wybrzu­sze­nie, które prze­bija nabło­nek, two­rząc tzw. uchy­łek jelita. Następ­nym eta­pem tego pro­cesu jest zapa­le­nie okręż­nicy i rak.

 

Uzgod­niw­szy tao­istyczną ter­mi­no­lo­gię die­te­tyczną z zachod­nią ter­mi­no­lo­gią naukową, przyj­rzyjmy się – korzy­sta­jąc z kon­kret­nych przy­kła­dów – prak­tycz­nemu zasto­so­wa­niu zasad tro­fo­lo­gii. Poniż­sze kom­bi­na­cje pokar­mowe to naj­czę­ściej dziś popeł­niane na całym świe­cie wykro­cze­nia kuli­narne prze­ciwko natu­rze. Listę tę zesta­wi­łem, opie­ra­jąc się na pracy dr. Her­berta M. Shel­tona, jed­nego z naj­wy­bit­niej­szych die­te­ty­ków ame­ry­kań­skich, autora tro­fo­lo­gicz­nej „biblii” Food Com­bi­ning Made Easy:

Białko i skro­bia. Jest to naj­gor­sze z moż­li­wych połą­czeń, choć na nim wła­śnie opiera się współ­cze­sna zachod­nia dieta: mięso z ziem­nia­kami, ham­bur­ger z fryt­kami, jajka z grzanką itp. Białko i skro­bia nasią­kają w jamie ust­nej zasa­do­wym enzy­mem zwa­nym ptia­liną. Kiedy prze­żuty pokarm dostaje się do żołądka, tra­wie­nie skrobi enzy­mami zasa­do­wymi trwa na­dal, co powstrzy­muje pep­synę i inne wydzie­liny kwa­śne od tra­wie­nia białka. Pozwala to stale obec­nym w żołądku bak­te­riom zaata­ko­wać białko i roz­po­cząć pro­ces gnilny, który pozba­wia orga­nizm zawar­tych w białku skład­ni­ków pokar­mo­wych i pro­wa­dzi do powsta­wa­nia sub­stan­cji i gazów tok­sycz­nych, mię­dzy innymi indolu, ska­tolu, fenolu, siar­ko­wo­doru, kwasu feny­lo­pro­pio­no­wego i innych.

Skoro tak, to dla­czego żołą­dek bez kło­potu daje sobie radę z pro­duk­tami, w któ­rych sama natura połą­czyła białko i skro­bię, na przy­kład z peł­nym ziar­nem? Jak wyja­śnia dr Shel­ton, „ist­nieje ogromna róż­nica mię­dzy tra­wie­niem jed­nego pro­duktu, nie­za­leż­nie od liczby jego skład­ni­ków, a tra­wie­niem mie­szanki róż­nych pro­duk­tów. Orga­nizm może łatwo dosto­so­wać swe soki tra­wienne – zarówno pod wzglę­dem stę­że­nia, jak i koor­dy­na­cji cza­so­wej – do wymo­gów tra­wien­nych jed­nego arty­kułu żyw­no­ścio­wego, zawie­ra­ją­cego np. kom­bi­na­cję skrobi i białka. Nato­miast kon­sump­cja dwóch pro­duk­tów, któ­rych tra­wie­nie prze­biega w odmienny czy wręcz wza­jem­nie wyklu­cza­jący się spo­sób, nie jest w sta­nie uru­cho­mić tego pre­cy­zyj­nego mecha­ni­zmu przy­sto­so­waw­czego”.

Reguła: Pro­dukty bogate w białko, takie jak mięso, ryby, jaja i sery, oraz pro­dukty bogate w skro­bię, takie jak chleb, ziem­niaki i ryż, zawsze jedz osobno. Tak więc na śnia­da­nie jedz albo grzankę, albo jajko, na lunch albo mięso z ham­bur­gera, albo bułkę, a na obiad albo ziem­niaki, albo mięso.

Białko i białko. Różne białka wyma­gają róż­nych spo­so­bów tra­wie­nia. Na przy­kład mleko jest pod­da­wane naj­sil­niej­szemu dzia­ła­niu enzy­mów w ostat­niej godzi­nie tra­wie­nia, mięso w pierw­szej, a jaja gdzieś pośrodku. Warto w tym miej­scu przy­po­mnieć prawo, które Moj­żesz narzu­cił swemu ludowi, zabra­nia­jące rów­no­cze­snego spo­ży­wa­nia mleka i mięsa.

Dwa podobne rodzaje mięsa, na przy­kład wołowe i jagnięce, lub ryby i owoce morza, na przy­kład łosoś i kre­wetki, nie róż­nią się mię­dzy sobą na tyle, by zakłó­cać pro­ces tra­wie­nia w żołądku, można więc spo­ży­wać je razem.

Reguła: W ramach jed­nego posiłku jedz tylko jeden rodzaj białka. Uni­kaj takich połą­czeń, jak mięso z jajami, mięso z mle­kiem, mięso z serem. Aby zapew­nić orga­ni­zmowi pełen zestaw ami­no­kwa­sów, przy kolej­nych posił­kach uwzględ­niaj różne rodzaje białka.

Skro­bia i kwas. Połą­cze­nie pro­duk­tów kwa­śnych i skrobi hamuje wydzie­la­nie ptia­liny, o czym wie każdy lekarz. Jeśli więc razem ze skro­bią spo­ży­wasz poma­rań­cze, cytryny i inne kwa­śne owoce lub takie sub­stan­cje kwa­śne, jak na przy­kład ocet, w jamie ust­nej nie wydziela się ptia­lina, która jest odpo­wie­dzialna za wstępny etap tra­wie­nia skrobi. Wsku­tek tego skro­bia dociera do żołądka bez nie­zbęd­nych do pra­wi­dło­wego tra­wie­nia soków alka­licz­nych, co umoż­li­wia bak­te­riom roz­po­czę­cie fer­men­ta­cji. Jedna łyżeczka octu lub jej rów­no­war­tość w wypadku innych sub­stan­cji kwa­śnych cał­ko­wi­cie wystar­cza, żeby sku­tecz­nie zaha­mo­wać wstępne tra­wie­nie skrobi w jamie ust­nej.

Reguła: Skro­bię i kwasy spo­ży­waj osobno. Jeśli na przy­kład zja­dłeś na śnia­da­nie grzankę albo płatki zbo­żowe, daruj sobie sok poma­rań­czowy i jajka. Do ryżu lub maka­ronu nie doda­waj octu i białka.

Białko i kwas. Skoro do tra­wie­nia bia­łek potrzebne jest śro­do­wi­sko kwa­śne, wyda­wa­łoby się, że pro­dukty kwa­śne powinny uła­twiać tra­wie­nie bia­łek, ale tak nie jest. Dopływ pro­duk­tów kwa­śnych do żołądka hamuje wydzie­la­nie kwasu sol­nego, a pep­syna, czyli enzym odpo­wie­dzialny za tra­wie­nie białka, działa wyłącz­nie w obec­no­ści kwasu sol­nego i żaden inny kwas nie może go zastą­pić. Tak więc sok poma­rań­czowy unie­moż­li­wia pra­wi­dłowe tra­wie­nie jaj, a dużo octu w sała­cie unie­moż­li­wia stra­wie­nie kotleta.

Reguła: W trak­cie jed­nego posiłku nie łącz bia­łek i kwa­sów.

Białko i tłuszcz. W książce pt. Phy­sio­logy in Modern Medi­cine autor­stwa McLe­oda znaj­du­jemy takie oto stwier­dze­nie, z któ­rym każdy lekarz musi się zgo­dzić: „Jak wyka­zały bada­nia, tłuszcz wpływa hamu­jąco na wydzie­la­nie soków żołąd­ko­wych”. Po spo­ży­ciu tłusz­czu stę­że­nie kwasu sol­nego i pep­syny w żołądku poważ­nie spada na dwie do trzech godzin. Opóź­nia to tra­wie­nie białka spo­ży­tego razem z tłusz­czem, dając bak­te­riom gnil­nym duże moż­li­wo­ści dzia­ła­nia. To dla­tego tłu­ste mięso, takie jak boczek albo tłu­sty stek, oraz chude mięso sma­żone na tłusz­czu zale­gają w żołądku jesz­cze przez kilka godzin po spo­ży­ciu.

Reguła: Białko i tłuszcz jedz oddziel­nie. Jeżeli jesteś zmu­szony je połą­czyć, jedz jed­no­cze­śnie dużo suro­wych warzyw, które poma­gają w ich tra­wie­niu i uła­twiają tran­zyt jeli­towy.

Białko i cukier. Wszyst­kie bez wyjątku cukry hamują wydzie­la­nie soków żołąd­ko­wych. Dzieje się tak dla­tego, że tra­wie­nie cukrów nie odbywa się ani w jamie ust­nej, ani w żołądku. Cukry wędrują pro­sto do jelita cien­kiego, gdzie ule­gają stra­wie­niu i wchło­nię­ciu. W połą­cze­niu z biał­kiem (np. cia­sto po kotle­cie) nie tylko hamują tra­wie­nie białka, powstrzy­mu­jąc wydzie­la­nie się odpo­wied­nich soków żołąd­ko­wych, ale same, zamiast szybko prze­mie­ścić się do jelita cien­kiego, uty­kają na jakiś czas w żołądku, gdzie pod wpły­wem bak­te­rii zaczy­nają fer­men­to­wać, przez co do orga­ni­zmu uwal­niane są różne nie­bez­pieczne tok­syny, które jesz­cze bar­dziej utrud­niają tra­wie­nie.

Reguła: Sta­raj się nie spo­ży­wać cukrów i bia­łek pod­czas jed­nego posiłku.

Skro­bia i cukier. Zostało dowie­dzione, że kiedy skrobi towa­rzy­szy w jamie ust­nej cukier, ślina wydzie­lana pod­czas żucia nie zawiera ptia­liny, co unie­moż­li­wia tra­wie­nie skrobi, zanim dosta­nie się ona do żołądka. Co wię­cej, takie połą­cze­nie zatrzy­muje cukier w żołądku dopóty, dopóki nie skoń­czy się tra­wie­nie skrobi, czyli na czas wystar­cza­jąco długi, aby nastą­piła jego fer­men­ta­cja. Pro­dukty uboczne fer­men­ta­cji cukru mają odczyn kwa­śny, co dodat­kowo opóź­nia tra­wie­nie skrobi, które odbywa się w śro­do­wi­sku zasa­do­wym. Chleb (skro­bia) i masło (tłuszcz) można śmiało ze sobą łączyć, ale wystar­czy dodać łyżeczkę miodu albo dżemu, aby prze­szko­dzić tra­wie­niu skrobi zawar­tej w chle­bie. To samo doty­czy posy­pa­nych cukrem płat­ków śnia­da­nio­wych, cia­sta obfi­cie opró­szo­nego cukrem pudrem, słod­kich babe­czek itp.