Gniew Północy

Tekst
Z serii: Furia Wikingów #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gniew Północy
Gniew Północy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,90  51,92 
Gniew Północy
Gniew Północy
Audiobook
Czyta Jakub Wieczorek
32 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– XVI –

Następnego dnia

Port w Hedeby budził się do życia już od samego rana. Był licznie obstawiony nowo przybyłymi łodziami. Jarlowie z duńskich osad przypływali do Hedeby, żeby razem z królem ruszyć na Paryż w ramach zemsty za atak Franków. Ragnar stał nad brzegiem razem z Ivarem, Halfdanem i przybyłym przed godziną Thorkillem Wysokim z Roskilde. Jarl miał pod swymi rozkazami osiem statków obsadzonych przez dwudziestu wojów każdy. Wszyscy obserwowali zatokę i wpływającą flotę jarla Valbranda z Kopenhamn. Sześć jego statków z zieloną banderą cumowało przy brzegu. Jarl wyskoczył z łodzi i pomostem podszedł do witających go wojowników.

– Witaj, jarlu Valbrandzie! – powiedział w pierwszych słowach Ragnar. – Dziękuję za przybycie.

– Witaj, królu! – odparł poważnym tonem Valbrand. Starszy już wojownik – niskiego wzrostu i bez choćby jednego włosa na głowie – nie należał do wesołych ludzi. Zawsze był posępny i markotny. – To ja dziękuję za obronę granicy przed tymi parszywymi Frankami. Przybycie i pomoc ci w zemście to obowiązek każdego szanującego się wojownika – dodał, podając królowi rękę na przywitanie.

– Mądre słowa, jarlu – wtrącił Halfdan, podając rękę Valbrandowi zaraz po ojcu. Ivar, stojący z boku, przewrócił oczyma na widok uprzejmości brata. Uratował mu życie podczas walki na wałach, lecz nadal miał mu za złe uszkodzenie kolana w młodości.

– A tyś jest Halfdan – powiedział do następcy tronu jarl, witając się z nim. – Dawno was nie widziałem.

– Bo dawno cię u nas nie było, jarlu.

– Już lata nie te. – Machnął ręką Valbrand. – Siwych włosów nie widać, bo je zgoliłem, ale żywot wojownika szukającego zwady na każdym kroku już za mną. Co innego wyprawa na Paryż. Tu nie mogło mnie zabraknąć.

– A gdzie twój syn? Został w Kopenhamn? – zapytał Ragnar.

– Pilnuje łodzi. Jak je zacumują, dołączy do nas – odparł jarl, witając się z Thorkillem Wysokim. Następnie podszedł do Ivara stojącego na uboczu. – A to wielki już Ivar Bezkostny, wysłannik samej śmierci na naszym padole. Twoja sława powoli zaczyna zrównywać się ze sławą twego ojca – powiedział, witając się z nim.

– Wątpię, jarlu Valbrandzie – odparł Ivar. – Do sławy mego ojca jeszcze mi daleko.

– Ja tam swoje wiem – uciął krótko jarl Kopenhamn, po czym spojrzał w kierunku łodzi, wypatrując syna. – Kiedy wyruszamy? – zapytał, nie odnajdując nigdzie swego następcy.

– Myślę, że jutro – odparł Ragnar. – Twoi ludzie są pewnie zmęczeni.

– Przecież droga z Kopenhamn do Hedeby jest krótka, a i warunki mieliśmy sprzyjające. Przez cały czas dmuchał dobry wiatr, ludzie prawie nie musieli wiosłować – podzielił się jarl odczuciami na temat podróży. – To twoja decyzja, królu, ale jeśli miałoby to zależeć ode mnie, moglibyśmy wyruszać choćby i zaraz. Nie mogę się doczekać, aż wprawię znów w ruch swój miecz i topór.

– Pora jeszcze wczesna – zamyślił się Ragnar nad słowami jarla. – Niech będzie. Też mi śpieszno do zemsty – zdecydował po chwili, po czym zwrócił się do Halfdana: – Ogłoś, że wyruszamy jeszcze dzisiaj. Niech wszyscy gotują się do wyprawy.

– I to mi się podoba! – skomentował decyzję króla Valbrand. – Aż mi radość zalała oblicze. – dodał zwykle wycofany emocjonalnie jarl, gdy poczuł, że mu twarz poczerwieniała.

– Chodź, przyjacielu, napijemy się i posilimy przed wyprawą. Moi ludzie w tym czasie wszystkiego dopilnują – zawołał Ragnar, po czym przechodząc obok Ivara, zwrócił się do niego, gdy zauważył, że ten jest myślami gdzie indziej: – Nie chcesz dzisiaj wyruszać?

– Czemu miałbym nie chcieć? – zdziwił się Bezkostny, idąc z ojcem ramię w ramię. – Ja do walki pierwszy, zwłaszcza jeśli przelewana będzie krew chrześcijan.

– Ale wszystko dobrze? Jesteś jakiś nieobecny…

– Zgadnij, kto jest tego przyczyną – rzucił Ivar, spoglądając na ojca znacząco.

– Rozumiem, kobieta – powiedział Ragnar, poklepując syna po plecach. – Teraz wiesz, jak to jest, synu. Bez nich źle, a z nimi jeszcze… – Ragnar zastanowił się nad dokończeniem zdania – nie, no gorzej to nie, po prostu…

– …inaczej pod każdym względem? – dokończył za niego Ivar.

– Dokładnie tak, synu, dokładnie tak! – potwierdził Ragnar, po czym obydwaj zaczęli się śmiać i wszyscy razem udali się do halli.

– XVII –

Oslo, w tym samym czasie

Twarz Eryka Krwawego Topora nabierała coraz więcej kolorów i zdawać by się mogło, że wojownik fizycznie doszedł już do siebie po utracie ręki. Gorzej było z jego psychiką. Od powrotu do Oslo Eryk nie wstał z łoża. Ciągle tylko leżał i myślał, obawiając się wszystkiego, co niosło ze sobą wyjście z komnaty i zmierzenie się z życiem bez prawej ręki. Krwawy Topór słynął z odwagi i męskości, ale utrata całej górnej kończyny była dla niego ogromnym ciosem, po którym nie mógł się pozbierać. Nie był nawet w stanie spojrzeć na obandażowany kikut.

Wojownik siedział teraz i rozmawiał ze swoją matką, Gevą.

– Najważniejsze, że już cię nie boli i że rana się zagoiła – powiedziała królowa do syna, przyglądając się miejscu po odciętej ręce. – Dobrze, że nie wdało się zakażenie – dodała.

Eryk zdawał się nieobecny.

– Czemu ojciec mnie nie odwiedza od kilku dni? – zapytał po pewnej chwili, kiedy Geva również zamilkła.

– Nie wiem – odpowiedziała krótko, odwracając wzrok.

– Wiesz, ale nie chcesz powiedzieć – domyślił się następca norweskiego tronu. – Wiem, że masz mu za złe to, co mnie spotkało, ale ojciec ma rację, twierdząc, że to nie jego wina. Takie życie wojownika.

– Ale popłynąłeś tam przez niego i mego przeklętego brata! – wykrzyczała Geva, dając się ponieść emocjom. – Mówiłam, żebyście nie płynęli, a twój ojciec teraz chce cię zmusić, żebyś wziął się w garść. Nic sobie nie robi z tego, co cię spotkało.

Eryk zastanawiał się, co powiedzieć. Wiedział, że matka chciała dla niego jak najlepiej, lecz odkąd odzyskał przytomność, buntowała go przeciwko ojcu, który cierpiał mocno przez to, co przytrafiło się jego synowi. Musiał przecież dokonać wyboru między śmiercią syna, a odcięciem mu ręki. Młodzieniec zaczynał rozumieć rodzica i gniew powoli mu mijał, lecz matka wciąż starała się go pogłębiać.

– Zawołasz ojca do mnie? Chcę z nim porozmawiać – poprosił Gevę, a ta spojrzała na niego roziskrzonym wzrokiem.

– Po co? Żeby ściągnął cię z łóżka i wysłał na kolejną bitwę? – zapytała rozzłoszczona. – Poza tym wyjechał do Kaupangu i jeszcze nie wrócił.

– Mamo… – odezwał się do niej, zamyślając się nad doborem odpowiednich słów, które dobrze zobrazują jego myśli. – Ojciec nie mógł inaczej postąpić. Ragnar jest jego przyjacielem. Gdyby go zawiódł, zawiódłby i siebie, a także i mnie. Nie chciałbym mieć ojca, który zdradza najbliższych.

– A zdradzenie ciebie to nic takiego?

– Nie zdradził mnie! Uratował mi życie. – Eryk stanowczo stanął w obronie Haralda. – Chcę mu powiedzieć, że nie mam mu za złe obcięcia mi ręki – dodał, przełykając głośno ślinę, co nie uszło uwadze matki.

– Oszukujesz sam siebie – odparła i wyszła z jego komnaty.

Eryk już nic nie mówiąc, odprowadził ją wzrokiem do drzwi. Nie wiedział, czy matka przyprowadzi do niego ojca, kiedy ten wróci do osady, czy nie. Nie ponaglał jej. Zamiast tego zdecydował się spojrzeć na swój bark z resztką ramienia. Powoli odwracał głowę w prawą stronę. Skierował wzrok w kierunku ramienia, lecz w momencie, kiedy miał już zobaczyć zranione miejsce, zamknął oczy i odwrócił się.

– Nie dam rady – pomyślał zrezygnowany, zagryzając mocno wargi. – Nie dam rady.

– XVIII –

Hedeby, kilka godzin później

Nad brzegiem zebrali się prawie wszyscy mieszkańcy osady, by pożegnać króla i jego trzech synów: Halfdana, Ivara oraz Hvitserka, który płynął z nimi w nagrodę za godne zastąpienie ojca podczas jego pobytu w Wessexie. Hvitserk świetnie poradził sobie na tronie, rozstrzygając spory i pilnując porządku w osadzie, a także, co najważniejsze, dobrze dowodził obroną granicy przed Frankami. Tym razem to Ubbe zostawał na miejscu jako zastępca króla. Nie był z tego powodu zbyt zachwycony, lecz nie miał wyboru. Miał za to okazję, żeby się wykazać i zasłużyć na udział w kolejnej wyprawie. Jednym z zadań, jakie otrzymał od ojca, było przypilnowanie odbudowy wałów i zabezpieczeń na granicy z Frankami.

Wszystkie statki odbiły już od brzegu i nabierały prędkości. Flota Danów jak na razie liczyła pięćdziesiąt jednostek. Po drodze miały dołączyć do niej jeszcze statki z osady Aarhus brata jarla Flokiego, Merlunda Wesołego, który bez względu na okoliczności, nawet w sytuacjach tragicznych ciągle się śmieje i żartuje. Stąd jego przydomek. Niektórzy mówili, że ma mózg dziecka, lecz wtedy boleśnie przekonywali się, że tak nie jest i przeważnie tracili za karę ręce lub uszy. Pod nieobecność brata, który nie wrócił jeszcze do Danii, odkąd to popłynął wezwać króla do obrony granicy, to Merlund Wesoły dowodził flotą. Drugą osadą, która miała wesprzeć wyprawę, był Vihorg jarla Eldgrima Młodego. Jarl będący w kwiecie wieku, ciągle nazywany był młodym, a to dlatego, że został jarlem, mając ledwie czternaście lat, gdy na suchoty zmarł jego ojciec. W takim składzie flota miała być kompletna i gotowa do natarcia na Paryż.

– XIX –

Gdzieś na morzu, w tym samym czasie

Statek Gizura płynął w najlepsze na pełnym morzu. Niewolnicy wiosłowali co sił w ramionach i statek mknął wśród fal. Gizur z Manorim stali przy tylnej burcie i przyglądali się wyrzuconemu za nią jednemu z niewolników. Był nim nie kto inny jak Anselm, którego wiarę kapitan ciągle starał się złamać. Biskup miał związane ręce i nogi, a od jego kostek pociągnięty był solidny sznur przywiązany do łodzi. Anselm płynął za nią, rozbijając się o falę. Była to kolejna okrutna tortura, mająca mu pokazać, że jego bóg bez imienia jest słaby jak nowo narodzone dziecko i kapłan może sobie jedynie pomarzyć o ratunku z jego strony. Wiara Anselma była jednak bardzo silna. Silna albo ślepa – jak uważano na łodzi. Mimo ciągłych prób złamania wiary, duchowny modlił się żarliwie i prawie bez przerwy.

 

– … odpuść nam naszeee… winy. Jako… i my odpuszczamy naszym win… winowajcom. – Biskup dławił się i dusił od wody wlewającej mu się ciągle do gardła. Był już wyczerpany do granic możliwości, lecz z jego ust ciągle wydobywały się słowa modlitwy: – I nie wódź n… nas na pokusze… – W pewnym momencie głos klechy się urwał.

– Wyciągamy go! – zdecydował Gizur i Manori z dwoma jeszcze ludźmi wciągnęli nieprzytomnego Anselma na pokład. Jeden z marynarzy nachylił się nad nim, żeby wypompować mu wodę z płuc, lecz ten sam sobie poradził i ocknął się bez jego pomocy.

– Ty naiwny klecho – odezwał się kapitan statku do Anselma. – I co? Pomógł ci twój bóg? – zapytał go drwiącym tonem. Biskup nie odpowiadał, co rozzłościło pytającego. Nachylił się nad duchownym i złapał go za kołnierz, wygrażając mu. – Pytałem cię o coś! Pomógł ci tam za burtą?! – powtórzył Gizur, przy czym wziął zamach, aby uderzyć zakonnika.

– Żyję – odpowiedział mu Anselm, ciężko oddychając.

– Żyjesz, bo cię wyciągnąłem – odparł kapitan.

– Żyję dzięki Bogu. Dał mi siłę, by przetrwać – powiedział biskup i zaczął dalej się modlić.

– Albo jesteś ślepy, albo niespełna rozumu! Nie obchodzisz swego słabego boga. Gdyby było inaczej, zabrałby cię z tej łodzi i zapobiegł kolejnym mękom, jakie cię tu czekają.

– Wyrzucić go znowu? – wtrącił się Manori, przysłuchując się rozmowie Gizura z klechą.

– Zaraz musiałbyś wyciągać go z powrotem – odparł Gizur. – Niech odpocznie przy wiosłach i nabierze sił. Później zabawimy się z nim dalej – zdecydował kapitan, po czym powiedział cicho, jakby do siebie: – W końcu musi pęknąć.

– XX –

Oslo, dwa dni później

Jedna z łodzi Ragnara cumowała przy brzegu. Król zeskoczył z burty na pomost i ruszył przed siebie. Wszyscy mu się kłaniali, gdyż szanowali go tutaj i znali jego dobre stosunki z ich władcą. Witali go więc jak swego.

Pogoda nie dopisywała, gdyż było zimno i zanosiło się na deszcz. Jedynie nie wiało.

– Gdzie znajdę Haralda Pięknowłosego? – zapytał Ragnar jednego z rybaków, który na brzegu wyjmował ze swojej łódki wiklinowy kosz z rybami. Starszy mężczyzna zachwiał się na nogach, nieumyślnie wystraszony, i gdyby nie Ragnar łapiący za jedno z uszu od kosza, ryby wypadłyby mu z powrotem do wody.

– Co straszysz biednego człowieka, ty… – Rybak chciał zganić przybysza, lecz spojrzał na jego twarz i ugryzł się w język. – Król Ragnar, nie poznałem.

– Nic się nie stało, nie chciałem cię wystraszyć, starcze – rzekł władca Danii, poklepując mężczyznę po plecach. – Gdzie twój król?

– Króla Haralda nie ma w osadzie, wyjechał gdzieś, ale nie wiem dokąd – odparł mężczyzna, kłaniając się. – Królowa jest w wielkiej halli. Może ona pomoże.

– Dziękuję, rybaku – powiedział Ragnar i ruszył we wskazane miejsce. Przed drzwiami do halli czekała na niego wspomniana królowa.

– Gevo, moja siostro! – powitał radośnie królową, przy czym uściskał ją serdecznie. – Co cię widzę, to jesteś piękniejsza. Harald ma szczęście.

– Daruj sobie pochlebstwa – odparła hardo, co zdziwiło dość mocno Ragnara. – Czego chcesz?

– Chciałem was odwiedzić i zobaczyć, co z Erykiem – odparł spokojnie. – Wszystko w porządku? Coś się stało?

– Stało się na twojej ostatniej wyprawie w Wessexie i nie udawaj, że nie wiesz o co chodzi! Przez ciebie Eryk prawie zginął, więc nie pytaj, czy wszystko w porządku! – odpowiedziała mu podniesionym głosem, nie kryjąc niechęci.

– Gevo, ja…

– Haralda nie ma, Eryk śpi i nie przyjmuje gości. Jeszcze coś? – dodała, nie pozwalając bratu na choćby słowo wyjaśnienia.

– Nie możemy porozmawiać spokojnie? Dobrze wiesz, że nie chciałem, aby coś się stało twemu synowi. Eryk to wielki wojownik…

– Daruj sobie! – syknęła. – Możesz już wracać, skąd przybyłeś. Nie jesteś tu mile widziany.

Tak ostre słowa zaskoczyły Ragnara i nie wiedział, co rzec. Jego własna siostra nie chce z nim rozmawiać, a jakby tego było mało, traktuje go jak największego wroga.

– Gevo, powtórzę jeszcze raz – przemówił ponownie Ragnar po chwili, kiedy udało mu się zebrać myśli. – Nie chciałem, aby komukolwiek, a zwłaszcza Erykowi czy Haraldowi, stała się krzywda – mówił, a w jego siostrze wzbierała coraz większa złość. – Jesteście moją rodziną. Mówisz tak, jakbym chciał waszej śmierci…

– Aslaug też była twoją rodziną i zarżnąłeś ją jak świnię! – wypaliła, wchodząc bratu w słowo, a ten poczuł się, jakby ktoś żywcem rozdarł mu serce na pół. Geva popatrzyła na niego z nienawiścią i po chwili odwróciła się, znikając w wielkiej halli i zamykając za sobą drzwi. Zdruzgotany Ragnar po kilku chwilach udał się nad brzeg, wsiadł na swą łódź i odpłynął.

– XXI –

Południowa Szwecja, w tym samym czasie

Osada Helsingborg tętniła w ostatnich dniach życiem. Na rozkaz króla zaczęto rozbudowywać fortyfikacje obronne, które do tej pory traktowane były po macoszemu. Ze starych umocnień w razie ataku nie byłoby wielkiego pożytku. Pod naporem większych sił wroga padłyby jak domek z kart. Kjartad miał za zadanie zrobić z nich obronę, jakiej pozazdrości Eysteinowi każdy inny król.

Kjartad Czarna Maska przechadzał się właśnie po rynku bez celu. Co jakiś czas przystawał, żeby przyjrzeć się sprzedawanym na straganach towarom, lecz żadnego nie kupował. Jego przechadzka była bowiem jedynie pretekstem. Tak naprawdę szukał trzech konkretnych wojowników i śledził ich już od jakiegoś czasu. Musiał być ostrożny, gdyż nie chciał ich spłoszyć. Pierwszy z wojów, imieniem Hlodver, był wielki jak dąb, z ramionami potężnymi niczym konary drzew. Głowę miał wygoloną, oprócz podłużnego i krótko przystrzyżonego paska na środku. Drugi, szczupły, acz dobrze zbudowany, Eid, z włosami wchodzącymi mu na oczy i trzeci – Grimisdal – ze schludnie spiętymi kruczoczarnymi włosami splecionymi w warkocz. Podobny sterczał z jego brody.

Kjartad zobaczył, że zniknęli w uliczce.

– Wiedzą, że ich śledzę – pomyślał młody wojownik. – Chcą mnie wciągnąć w pułapkę. Wejdę za nimi w uliczkę, a jeden z nich zajdzie mnie od tyłu, wcześniej schowawszy się w jakiejś dziurze. No nic… Muszę im na to pozwolić.

Kjartad jak pomyślał, tak zrobił, i poszedł śladami trzech wojowników. Zobaczył po chwili dwóch z nich rozmawiających w pewnej odległości. Spojrzeli na niego, umilkli i wtedy trzeci z nich, Grimisdal, zaszedł go od tyłu i oplatając rękoma, przyłożył mu nóż do gardła.

– Czemu za nami łazisz? – rzucił wrogo. – Gadaj!

– Mów, póki grzecznie pyta – poradził Kjartadowi Hlodver Wielki. – Chyba że chcesz porozmawiać inaczej.

– Szukam was od paru dni – odparł Czarna Maska. – Wiem, kim jesteście i co tu robicie.

Na jego słowa wszyscy trzej spojrzeli po sobie.

– Niby co mielibyśmy tu robić? – zapytał Eid, starając się zbagatelizować słowa Kjartada. – I co to obchodzi dowódcę wojsk? Nie jesteśmy jakimiś znaczącymi wojownikami.

– Jesteście szpiegami Ragnara – powiedział Kjartad, na co ci, zdziwieni, zaczęli rozglądać się po uliczce, szukając przyczajonych żołnierzy, gotowych ich pojmać bądź zabić. Trójka kompanów nie miała zamiaru im tego ułatwiać. Wiedzieli, jakie tortury czekają na szpiegów wrogiego królestwa.

– Nikogo nie znajdziecie – dodał wojownik, widząc ich zachowanie. – Jestem sam, nie macie się czego obawiać.

– Skoro tak, to co nas powstrzyma od odrąbania ci łba od reszty ciała? – zapytał groźnym tonem Hlodver, przykładając do gardła Kjartada swój wielki topór, który do tej pory miał uwieszony na plecach.

– To, że zostawienie mnie przy życiu może wam się opłacić? – odpowiedział. – Pomyślcie, dlaczego nie wziąłem ze sobą ludzi? Nie chcę was pojmać. Potrzebuję zaufanych ludzi z odpowiednią motywacją i zdajecie się być idealnymi kandydatami.

– Do czego nas potrzebujesz? – zapytał Grimisdal, puszczając Kjartada.

– Do skończenia ze szpiegowaniem dla Ragnara i służenia mi zamiast jemu.

– A niby czemu mielibyśmy tak zrobić?

– Nie chce mi się was przekonywać słowami. To może trwać wieczność – powiedział Kjartad, po czym zrobił krok do przodu i zdjął maskę, odpinając rzemienie. Spojrzał na trójkę wojowników, a ci aż jęknęli, widząc prawdziwą twarz Czarnej Maski. Wszyscy go rozpoznali od razu.

– Bjorn Żelaznoboki… – powiedział Hlodver.

– Syn Ragnara – dodał Eid.

– Wygnany syn – nadmienił Kjartad. – Ojciec zamordował moją matkę Aslaug, a mnie wygnał jak psa. Odszukałem was, bo wiem, że też za nim nie przepadacie.

– I czego od nas oczekujesz? – dopytywał się Eid. Pozostali stali jak zamurowani. Wyglądali, jakby zapomnieli języka w gębie.

– Chcę się zemścić na ojcu i potrzebuję zaufanych ludzi do osiągnięcia mych celów.

– Nie pomożemy ci – odparł Eid, krzyżując ręce na piersi. – Powiem więcej. Zaraz wyślemy do Ragnara wieści o tobie i o twoich planach. Twój ojciec jest naszym królem, wielkim i nieustraszonym wojownikiem, który zawsze dobrze rządził i był sprawiedliwy. Skoro zrobił to, co mówisz, musiał mieć bardzo dobry powód.

Bjorn chciał mu odpowiedzieć, lecz nie zdążył. Hlodver złapał Eida za barki, a Grimisdal dźgnął go swym nożem, zabijając na miejscu. Między nimi a Kjartadem zebrała się obfita kałuża świeżej krwi.

– Nie cierpię Ragnara za to, że mnie tutaj wysłał. To już trzeci rok – odezwał się Grimisdal, narzekając na króla Danii. – Od dzisiaj służę tobie, panie – dodał, po czym skinął głową. Kjartad przyjął jego obietnicę również skinięciem, po czym spojrzał na olbrzymiego Hlodvera.

– Nie cierpię Swionów – rzekł olbrzym, spluwając w bok. – Skoro mamy się mścić, nie zostaniemy tu wiecznie, zgadza się? – zapytał Bjorna, na co ten kiwnął głową twierdząco. – Więc mój topór należy do ciebie.

– Witajcie zatem w drużynie, lecz pamiętajcie, że Bjorn to przeszłość – odezwał się syn Ragnara i założył na twarz swoją maskę, po czym dodał: – przyszłość należy do Kjartada Czarnej Maski.

– XXII –

Wyspa Flokiego, w tym samym czasie

Na brzegu wyspy praca wrzała. Ludzie pod dowództwem Halfgrima odbudowywali łódź. Wszyscy uwijali się jak tylko mogli, żeby jak najszybciej opuścić wyspę. Dzięki temu łódź wyglądała już na gotową do wypłynięcia. Halfgrim doglądał właśnie prac na pokładzie, upewniając się, że łódź jest szczelna. Potem zszedł na brzeg i dla pewności z bliska przyjrzał się burtom – czy na pewno wszystkie deski są dobrze zamocowane. Zbudował w swym życiu już wiele łodzi, lecz ta była najważniejsza. Miała odstawić jego, jarla i całą załogę bezpiecznie do domu. Najgorsze jednak było to, że nikt nie wiedział, gdzie dokładnie ten dom się znajduje.

Z oddali wszystkiemu przyglądał się Floki. Jego uszu doszło wołanie zbliżającego się Aslaka.

– Jarlu, mam dobrą wiadomość – powiedział w pierwszych słowach. – Halfgrim mówi, że jeszcze dzisiaj skończy naprawę.

– Jutro więc będziemy mogli rozpocząć podróż powrotną do Danii – rzekł Floki, nie zdradzając żadnych emocji.

– Nie cieszy się jarl?

– Cieszę. Po prostu zastanawiam się, czy w domu wzięli nas za zmarłych – odparł, skubiąc się po brodzie. – Mój brat jest dobrym człowiekiem i podczas mojej nieobecności zastępuje mnie na tronie jarla. Obawiam się jednak, że ta pozycja może mu nazbyt przypaść do gustu.

– Obawiasz się, że Merlund będzie chciał cię obalić? – dopytywał się Aslak, nie kryjąc swego zdziwienia. – To nie ten typ człowieka. Wskoczyłby za tobą w ogień. Jest wierny i godny zaufania.

– Wiem i nie mówię inaczej. Jednak władza, lub chociażby jej namiastka, niejednego zmieniła. Do tego zmierzam.

– Nie zaprzątałbym sobie tym głowy. – Aslak machnął dłonią, zbywając temat. – Merlund to Merlund, a my jutro wracamy do domu. Radujmy się.

Floki w końcu pozbył się ponurego wyrazu twarzy i nieznacznie się uśmiechnął. Wiedział, że Aslak miał rację co do jego brata, lecz nuta niepewności jeszcze w nim została.