Gniew PółnocyTekst

Z serii: Furia Wikingów #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gniew Północy
Gniew Północy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,90  51,92 
Gniew Północy
Gniew Północy
Audiobook
Czyta Jakub Wieczorek
32 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo REPLIKA

poleca także:

Furia wikingów


Copyright © Daniel Komorowski

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Lidia Ryś

Korekta

Danuta Urbańska

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2020

eISBN 978-83-66481-70-1

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

– I –

Oslo, Norwegia

W siedzibie Haralda od momentu powrotu z wyprawy panował wszechogarniający smutek. Następca tronu – jedyny syn króla – był bardzo ciężko ranny i nie było wiadomo, czy kiedykolwiek dojdzie do siebie po niebezpiecznych obrażeniach odniesionych podczas walk i amputowaniu prawej ręki. Przed uchylonymi drzwiami do komnaty, w której spoczywał, rozmawiali jego rodzice. Byli bardzo zmartwieni. Młody wojownik zaś leżał na wznak na swym łożu z otwartymi szeroko oczyma. Wpatrywał się z obojętnym wyrazem twarzy w sufit, a w jego oczach było widać głęboki żal, smutek i bezkresną rezygnację. Miał obandażowany cały prawy bark wraz z tułowiem. W miejscu, w którym odcięto rękę, bandaż był zakrwawiony, a obok łóżka leżały kolejne opatrunki. Zmieniano je często, żeby w ranę nie wdało się zakażenie.

– Mówiłam, żebyście nie płynęli – Geva po raz kolejny upomniała Haralda, który odkąd amputował synowi rękę, co dzień wyrzucał sobie, że zniszczył mu życie. Eryk przeżył dzięki tej operacji, lecz dla wojownika, takiego jak on, życie bez ręki stało się udręką.

– Gdybym miał ponownie podjąć decyzję o wypłynięciu z twoim bratem, zgodziłbym się raz jeszcze! – odpowiedział jej mąż, mając już dość ciągłych uwag, zwłaszcza że i tak miał wielkie wyrzuty sumienia. – Dobrze wiesz, jak mi źle z tym, co spotkało naszego syna, ale Ragnar to mój przyjaciel. Przeżyliśmy razem wiele bitew, w których pomagaliśmy sobie wzajemnie. Nigdy mnie nie zawiódł, więc i ja nie mogłem zawieść jego.

– Spójrz na swojego syna i powiedz, jak możesz twierdzić, że podjąłbyś taką samą decyzję?! – krzyknęła Geva. – Poniekąd rozumiała rozterki Haralda, lecz jej miłość do załamanego młodzieńca była na tyle silna, że nie mogła powstrzymać emocji. – Zobacz, co go tam spotkało! Może popłyń znowu z mym przeklętym bratem? Może teraz ciebie tak zranią, albo i zabiją!

– Tego chcesz? – odburknął Gevie mąż. – Mam zginąć? Wtedy poczujesz się lepiej? Poczujesz satysfakcję? Oddałbym życie za naszego syna, więc lepiej skończ te ciągłe oskarżenia, bo nie ręczę za siebie!

– Zabijesz mnie, jak twój przyjaciel zabił Aslaug? Weźmiesz z niego przykład? – rzuciła Geva bezmyślnie pytanie, którym na dobre rozwścieczyła Haralda.

Opanowany zazwyczaj król był tym razem na skraju wytrzymałości i mało brakowało, a doszłoby do rękoczynów. Wziął kilka głębokich wdechów i wszedł do komnaty syna, zamykając za sobą drzwi. Musiał odejść. Bał się, że zrobi żonie krzywdę, gdyż pozwalała sobie na zbyt wiele.

Harald, będąc już w komnacie, podszedł do Eryka. Ten ciągle leżał w tej samej pozycji, z utkwionym przed siebie wzrokiem. Nie spojrzał na ojca, choć doskonale wiedział, że stoi tuż obok niego. Słyszał też całą kłótnię z królową, lecz nie dawał najmniejszego znaku ani nie okazywał zainteresowania. Zachowywał się tak, odkąd powrócili z wyprawy. Nie odezwał się do nikogo nawet słowem, co zdecydowanie najbardziej bolało Haralda, czującego się winnym tego wszystkiego.

– Synu, jak się czujesz? – zapytał król Eryka ściszonym głosem. – Powiedz coś, cokolwiek – prosił, lecz odpowiedziało mu milczenie.

Nagle Haralda uświadomił sobie kilka rzeczy.

– Wiesz co, synu? Kocham cię nad życie, tak jak twoją matkę, lecz dłużej nie będę cię przepraszać. Musiałem odciąć ci rękę, żebyś przeżył. Gdybym tego nie zrobił, być może byłbyś już w Valhalli. Sądzę, że każdy ojciec postąpiłby tak samo. Zrobiłem, co mogłem, żeby cię uratować i nie żałuję tego. Jesteś wielkim wojownikiem.

Słowa Haralda były inne niż dotąd. Nie przepraszał już syna, pogłębiając jego niedolę, a zamiast tego motywował go do wzięcia się w garść.

– To tylko ręka, Eryku. Straciłeś tylko jedną cholerną rękę! Na bogów! Masz jeszcze drugą! Mój syn, wielki Eryk Krwawy Topór uwielbiał wyzwania. Prawdziwy Eryk pluł przeciwnościom losu w twarz i z każdej sytuacji wychodził obronną ręką! Z tą z pewnością też by sobie poradził – powiedział Harald, po czym ruszył w kierunku drzwi.

– Ojcze… – szepnął Eryk, lecz król wyszedł już z komnaty i go nie usłyszał.

Młody wojownik był załamany i zły. Zawsze był dumny ze swej siły, lecz teraz czuł się zupełnie bezradny. Słowa ojca dodały mu jednak nieco otuchy i pomyślał, że może życie się dla niego jeszcze nie skończyło. Eryk, zwany Krwawym Toporem, wrócił myślami do Wessexu. Ostatnie obrazy, jakie pamiętał, to walka z żołnierzami Winchesteru, zagapienie się i miecz rywala dziurawiący jego ramię, a potem amputacja. Dalej – jak przez mgłę – dostrzegał ojca masakrującego kogoś toporem i wspominał długą drogę do domu. Żeby pozbyć się bolesnych wspomnień, począł myśleć o łupach, jakie zdobyli. Złoto i srebro, które wynosili z klasztoru czy osady eldormana, koiły nieco jego duszę. Wtedy przypomniały mu się zawody, w jakich rywalizował z Ivarem w strzelaniu z łuku do jednego z księży, i to, że jego rywal wygrał, co znowu go zasmuciło. Po dłuższej chwili rozmyślań Eryk zasnął, już nieco spokojniejszy.

– II –

Statek Gizura Handlarza, w tym samym czasie

– Wiosłować pokraki, jeśli wam życie miłe! Ciągnąć wiosła, bo od nich zależy wasz nic nie warty żywot! – poganiał Gizur niewolników z Canterbury, których dostał od Ivara po to, aby na statku złamać ich dumę i wiarę. Znęcał się więc nad nimi do woli, zwłaszcza że śmierć któregokolwiek z nich nie wiązała się dla niego z żadnymi stratami. Jakby klechom mało było poniżenia i wysiłku, to dodatkowo pogoda na morzu nie dopisywała, ciągle lało i wiał silny i ostry wiatr. Niewolnicy mieli fatalne warunki do wiosłowania.

– Ciąg-nij! Ciąg-nij! Ciąg-nij! – wytyczał rytm wiosłującym człowiek Gizura imieniem Manori. Niewolnicy dzięki temu równo poruszali wiosłami i łódź nie traciła prędkości, tylko mknęła przez rozległe wody.

– Tak jest, wy nędzni pchlarze! Wiosłować, ile macie sił w swoich żałosnych barkach! Inaczej skończycie jako pokarm dla ryb! – Gizur nie przestawał obrażać zakutych w łańcuchy księży. Mieli żałować wiary w swego boga i obwiniać go za swój los. Ku zaskoczeniu handlarza jeden z nich zaczął się jednak modlić.

– Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święte imię twoje, przyjdź…

– Wznosisz modły do swego boga? – zapytał Gizur, dostrzegając, że modlącym się jest biskup Anselm, na którego złamaniu Ivarowi zależało najbardziej. – Bezkostny nalegał, aby ciebie traktować specjalnie.

– …królestwo twoje. Bądź wola twoja. Jako w niebie… – Anselm nie zwracał uwagi na słowa handlarza i modlił się dalej, co mocno irytowało jego właściciela.

– Uważasz, że twój bóg ci pomoże? – rzucił do biskupa. – Na moim statku go nie ma i nie usłyszy twoich modłów. Lepiej je skończ, bo zaraz zamiast o pomoc, będziesz się modlił, żebym pozwolił ci wrócić do wiosłowania.

– …tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj na dzisiaj i odpuść… – Anselm dalej ignorował Dana, nie przerywając modlitwy nawet na chwilę.

– Sam tego chciałeś – rzekł spokojnie Gizur, po czym zwrócił się do swoich ludzi: – Bierzcie go i przywiążcie do dziobu. Popływa sobie trochę. – Handlarz wydał rozkaz, wskazując na biskupa, po czym nachylił się nad nim. – Zobaczymy, czy tam też się będziesz modlił.

– …nam nasze winy, jako i my odpuszczamy… – kontynuował modlitwę do swego boga nieprzejednany biskup, co Gizur skwitował tym razem tylko uśmiechem. Wtem ujrzał, jak klecha siedzący z Anselmem przy jednym wiośle, wymienia się z nim współczującym spojrzeniem.

– Jak cię zwą? – rzucił zaraz do niego.

– Ifre… – wydukał wystraszony niewolnik, po czym zaraz spuścił wzrok, żeby niczym nie sprowokować dowódcy statku.

– Zostawcie Anselma – zmienił rozkaz Dan. – Przywiążcie Ifre do dziobu. Zobaczymy, co nasz biskup będzie miał do powiedzenia, kiedy jego kompan będzie w potrzebie. Jeśli nadal będzie modlił się do swego słabego boga, klecha będzie cierpiał, aż wyzionie ducha.

Po chwili ludzie przestali wiosłować i łódź znacznie zwolniła tak, że posuwała się do przodu jedynie dzięki niosącym ją prądom. Niczego niewinny Ifre, na sznurach przywiązanych do ramion i pasa, został spuszczony na dziób statku i mimo trudności spowodowanych deszczową pogodą, solidnie do niego przymocowany. Plecami stykał się ze statkiem, aby swoją piersią rozcinać morskie fale.

– Nie odwiąże się? – zapytał kapitan swoich ludzi.

– Nie. Możemy płynąć – odparł jeden z nich i Gizur dał znać Manoriemu.

– Ciąg-nij! Ciąg-nij! Ciąg-nij! – zaintonował i statek powoli zaczął się przemieszczać. Z biegiem czasu coraz szybciej ciął taflę wody, a przywiązany do dzioba Ifre krzyczał coraz głośniej. Rozbryzgujące się o statek fale z wielką siłą uderzały go w twarz i w resztę ciała, sprawiając mu ogromny ból. – Jeśli któryś przestanie wiosłować, zobaczy, co znaczy dostać moim batem po plecach! – zagroził Manori niewolnikom na wszelki wypadek, widząc w ich oczach strach wywołany krzykami klechy. – Ifre wzywał Boga na pomoc, lecz ten milczał.

 

– Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święte… – Anselm skończył modlitwę i zaczął odmawiać ją raz jeszcze od początku. Gizur zaskoczony jego zachowaniem i obojętnością na los Ifre, pokręcił głową niejako z uznaniem.

– Niech ci będzie – rzekł do niego. – Możemy posłuchać jego krzyków. Mnie one nie przeszkadzają. Wiedz tylko, że jeśli przestaniesz się modlić, każę ściągnąć go z dziobu.

– …imię twoje. Przyjdź Królestwo twoje… – Anselm kontynuował modlitwę, tak jak spodziewał się tego Gizur. Klecha pokazywał, jak silna jest jego wiara, lecz dla kapitana statku jego zachowanie było niczym innym, jak czystą głupotą. Biskup mógł uratować drugiego człowieka, swego brata w wierze, a zamiast tego dawał przyzwolenie na jego torturowanie.

– No dobra – powiedział po pewnym czasie Gizur, kiedy krzyki klechy ucichły. – Wyciągnijcie go. Po chwili Ifre był na pokładzie. Dwaj ludzie Gizura rzucili go nieprzytomnego na deski. Był przemoczony do suchej nitki, ubranie miał poszarpane, jakby wpadł w jakieś gęste krzaki i szybko próbował się z nich wydostać. Cały był blady jak piana na morzu i nie dawał żadnych oznak życia. – Oddycha? – zapytał kapitan bez większego przejęcia. Jeden z ludzi potwierdził, na co Gizur zwrócił się do Anselma, wskazując mu ruchem głowy ledwo żywego klechę: – To twoja wina. Gdybyś nie był uparty, Ifre miałby się lepiej.

Biskup nawet na chwilę nie przerwał modlitw.

– Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna…

– Wystarczy tego! – powiedział krótko Gizur, którego cierpliwość wisiała już na włosku. – Przywiążcie teraz jego. Zobaczymy, jak będzie się modlił w wodzie.

Ludzie wykonali jego rozkaz i po chwili znowu zabrzmiało wyliczanie wiosłowania, a z dziobu dochodził plusk fal rozbryzgujących się o ciało biskupa. Słychać było również jego ciągłe modły.

– Ojcze nasz… któryś jest w nie… bie. Przyjdź… królestwo twoje… – modlił się Anselm mimo słonej wody wlewającej mu się do ust. Jego słowa były przerywane, lecz nie poddawał się i dalej wychwalał swego boga.

– Twardy klecha. – powiedział do siebie Gizur. – Nie tak łatwo będzie go złamać.

– III –

Hedeby, kilka godzin później

W Danii była już noc. Gdyby nie gęsto rozmieszczone w osadzie pochodnie, nie byłoby sposobu, aby dostrzec choćby pierwszą lepszą chatę. Ragnar z Ivarem szli właśnie od Aidana, którego rana przestała krwawić. Zbliżali się do wielkiej halli, gdzie wszyscy już na nich czekali z biesiadą z okazji odparcia Franków. Ojciec z synem jednak nie śpieszyli się. Omawiali sprawy związane z wygraną bitwą i kończyli planowanie wyprawy na Paryż.

– Już jutro zaczniemy przygotowania – powiedział król. – Jak mówiliśmy, nie ma na co czekać. Wypłyniemy, jak tylko będziemy gotowi i sprawimy, że Karol pożałuje ataku na nasze ziemie.

– Ulice Paryża spłyną krwią – dodał złowieszczo Ivar, a oczy aż zaświeciły mu się z podniecenia.

– Ale teraz idziemy świętować. Mam ochotę wypić wiele rogów miodu, synu – rzekł Ragnar, zadowolony ze zbliżającej się popijawy, po czym spojrzał na syna. – Lecz chyba chcesz jeszcze o czymś pomówić. Dobrze mi się zdaje?

– Chcę rozbudować fortyfikacje w osadzie – odparł pewnie Ivar. – Wały się sprawdziły i pewnie jakiś czas nie będą używane, lecz musimy być zabezpieczeni z każdej strony, nie tylko od południa. Na północy i zachodzie mamy inne osady, które nas uprzedzą o ataku, lecz pomimo tego nasza osada może i powinna być, moim zdaniem, jeszcze bardziej zabezpieczona. Tak samo od morza, ojcze.

– Myślisz jak prawdziwy władca – rzekł Ragnar, kiedy Ivar skończył wyliczenia dotyczące potrzebnych wzmocnień.

– Po prostu chcę, żeby Hedeby było osadą nie do zdobycia, i tyle.

– Dobrze, wzmocnimy fortyfikacje – zgodził się Ragnar bez żadnych zastrzeżeń. Wiedział, że syn ma słuszność. – Powiedzieć Sigurdowi, żeby się tym zajął?

– Jeśli pozwolisz, ojcze – przerwał ojcu Bezkostny – sam chciałbym wszystko obmyślić, połączyć ze strategią obrony, wyliczyć i zaprojektować.

Król pokręcił głową w podziwie dla syna.

– Wszyscy świętują wyparcie Franków z naszych ziem, a mój ukochany syn myśli, jak zapobiec kolejnym najazdom, które być może w najbliższym czasie nawet się nie powtórzą – powiedział, zerkając w zadumie w niebo. – Rób, co tylko uważasz za słuszne. Masz poparcie ojca i zgodę króla. Rozbudowa fortyfikacji należy do ciebie – podzielił się postanowieniem Ragnar, po czym objął syna ramieniem. – A teraz idziemy świętować, jak wszyscy normalni ludzie w osadzie – dodał radośnie, myśląc już o upojnych chwilach z miodem i dobrą strawą.

– Dobrze, idziemy! – zgodził się Ivar i razem weszli do halli. Otworzyli drzwi i na ich widok podniosła się wrzawa. Ludzie siedzieli przy stołach, a ci, dla których zabrakło miejsca, stali w ścisku. Wszyscy razem zaczęli wiwatować na cześć króla i jego syna, który rozpracował rywala i pogonił go, gdzie pieprz rośnie. Zaraz przy wejściu obydwaj dostali po rogu z miodem, które szybko opróżnili. Momentalnie jedna ze służek napełniła im ponownie. Bohaterzy bitwy przeszli przez wielką hallę ku swoim miejscom przy głównym stole. Po drodze nie było wojownika, który by ich nie pochwalił czy nie pozdrowił.

W końcu obydwaj dotarli na swoje miejsca. Ragnar usiadł przy stole, na samym środku, tuż obok Halfdana. Po jego prawej stronie usiadł Ivar, gdzie już czekała Amira z Fenrirem. Ragnar nalał sobie miodu do opróżnionego po drodze rogu i wstał. W halli zapanowała cisza.

– Za nami wielki dzień, Danowie! – powiedział donośnie do zgromadzonych, na co ci raz jeszcze zawiwatowali. Kiedy ponownie się uciszyli, król mówił dalej: – Odparliśmy Karola Wielkiego i jego armię, która miała czelność przypuścić atak na nasze ziemie. Pokonaliśmy ich i pokazaliśmy, gdzie ich miejsce! – Ludzie znowu podnieśli wrzawę. – Świętujcie dzisiaj to zwycięstwo najlepiej, jak tylko możecie, bo jutro zaczynamy przygotowania do ataku na ich ziemie! Frankowie raz na zawsze zapamiętają, że nie warto z nami zadzierać! Skol! – Ragnar wzniósł toast charakterystycznym powiedzeniem i wszyscy zakrzyknęli za nim, popijając miód. – Świętujcie! – dodał władca i biesiada rozpoczęła się na dobre. Wszyscy jedli, pili i rozmawiali. Gdzieś znalazł się nawet pieśniarz, który umilał biesiadującym czas swoim śpiewem.

Po pewnym czasie Ragnar wstał od stołu i znalazł Lagertę, która tak mu imponowała na polu bitwy. Wcześniej jej nie widział, więc teraz chciał ją nieco bliżej poznać. Podszedł do niej z dwoma rogami miodu.

– Czy wojownicza Lagerta napije się ze swoim królem z okazji wielkiego zwycięstwa nad nieprzyjacielem? – zapytał, podając jej róg, który opróżnił już wielokrotnie.

– To będzie dla mnie zaszczyt, panie – odpowiedziała ciemnowłosa wojowniczka, przyjmując trunek, jednak król gestem powstrzymał ją przed piciem.

– Nie mów mi, panie – pouczył ją, siadając obok. – Wystarczy Ragnar.

– Dobrze, zapamiętam – odparła, zgadzając się, i upili nieco miodu.

– Czemu nie widzę w twoim towarzystwie żadnego mężczyzny? – zapytał król, mrużąc oczy i przyglądając się jej uważnie. Nie zamierzał kryć się z tym, że wpadła mu w oko.

– Odpowiedź jest prosta, panie… To znaczy, Ragnarze – poprawiła się Lagerta, gdyż z przyzwyczajenia mianowała swego rozmówcę panem. – Nie mam mężczyzny. Jestem samotna i samowystarczalna.

– Czy żaden ci nie podołał? – zapytał król, lecz widząc, że Lagerta skarciła go wzrokiem pełnym piorunów, zmienił pytanie: – Nie trafił się żaden godny tak silnej i waleczniej kobiety jak ty?

– Takie życie – odparła, przy czym wzruszyła ramionami, kokietując go jednocześnie przeciągłym spojrzeniem.

– A król miałby u ciebie szansę? – zapytał, udając obojętność. Lagercie podobała się jego gra, więc nieco się w nią zaangażowała.

– Zależy jaki ten król… – odpowiedziała, podpuszczając Ragnara. Ten dał za wygraną i spojrzał jej prosto w oczy.

– Na przykład taki jak ja – odrzekł. – Byłby odpowiedni dla ciebie?

– Jeśli na takiego trafię, to się zastanowię – odpowiedziała wojowniczka z pięknym uśmiechem, całkowicie zaskakując Ragnara. Ten – jak rzadko – nie wiedział, co powiedzieć. Lagerta dopiła swój miód i wstała.

– Już idziesz? – zapytał zaintrygowany król.

– Tak, moja córka jest sama w domu. Czeka na mnie.

– Córka? – Ragnar po raz trzeci w krótkim czasie okazał zdziwienie. – Mówiłaś, że nie masz nikogo.

– Nie mam mężczyzny, ale mam córkę.

– A jej ojciec? Co z nim? – dopytywał dalej król, nie dając za wygraną. – Nie żyje?

– Wiem tylko, że jeśli go zobaczę, to nie pożyje zbyt długo – syknęła, pokazując, że to drażliwy temat, a ojciec jej córki nie jest przez nią darzony ciepłym uczuciem.

– Rozumiem. Nic niewarty z niego gnój.

Lagerta zaśmiała się na określenie Ragnara, a z uśmiechem było jest zdecydowanie do twarzy. Król Danii bardzo docenił ten niesamowity widok, który radował jego serce. Po śmierci Aslaug, aż do teraz, nie zwrócił uwagi na żadną inną kobietę.

– Wybacz, Ragnarze, ale naprawdę muszę iść – powiedziała i ruszyła do wyjścia. Odchodząc, obejrzała się za siebie, by pożegnać swego króla uśmiechem. Ten odwzajemnił go, a wojowniczka prawie wpadła na dwóch pijących mężczyzn. Ominęła ich jednak i zniknęła.

– Co za kobieta… – powiedział do siebie władca, kręcąc w podziwie głową – Co za kobieta! – powtórzył tym razem głośniej, aż niektórzy ludzie w jego otoczeniu obejrzeli się w jego kierunku i spojrzeli na niego dziwnie. – Toast za nasze kobiety! Skol! – krzyknął i wszyscy zgromadzeni mu zawtórowali:

– Skol!

– Twój ojciec zawsze jest taki szczęśliwy po miodzie? – zapytała Ivara Amira, przyglądając się Ragnarowi podczas karmienia Fenrira.

– Ojciec jest trzeźwy, jeśli o to pytasz. Po prostu wygraliśmy i dopisuje mu humor.

– A twój humor jak się ma?

– Podobnie, już jestem myślami pod Paryżem.

– Skończyłeś jedną walkę i już chcesz drugiej? – dopytywała się Amira, próbująca zrozumieć Ivara i jego ciągłą chęć do ruszania w bój. – Żyjesz tym, prawda?

– Jak każdy wojownik.

– U ciebie to coś więcej. – Amira nie do końca zgadzała się z odpowiedzią Ivara. – Dla ciebie walka jest jak woda dla ryby. Wtedy żyjesz pełnią życia. Widać to gołym okiem. Nie wiem jedynie, dlaczego tak jest.

Bezkostny automatycznie i nieświadomie spojrzał na swoje prawe kolano, przez które kulał, co nie uszło uwadze rozmówczyni.

– Chodzi o nogę?

– Chcę zdobyć sławę jak ojciec, a poza tym kiedy walczę, kolano mi nie doskwiera – zdradził jej dziwną zależność Bezkostny, przy czym przegiął kark, aż strzyknęły mu kości.

– Nie kulejesz podczas walki? – zapytała Amira delikatnym tonem, widząc, że temat uszkodzonej nogi nie należy do ulubionych Ivara. Chciała jednak wiedzieć o nim jak najwięcej i kiedy ten pokręcił głową, przyznając rację jej słowom, księżniczka drążyła temat dalej: – Uszkodziłeś ją w bitwie i nie zraziło cię to do dalszych?

– A kto ci powiedział, że to rana bitewna? – Ivar nie ukrywał zaskoczenia i nieznacznie podniósł głos.

– Nikt. Tak po prostu pomyślałam – odparła przepraszającym tonem. – Nie chciałam cię urazić.

– Nie uraziłaś – odrzekł Bezkostny. – Nie chciałem podnieść głosu. Nie lubię po prostu mówić o mojej nodze.

– Więc nie mówmy o tym – zgodziła się księżniczka. – Jest wiele innych interesujących tematów.

– Halfdan mi ją zniszczył, gdy byliśmy młodsi – zdradził Ivar, nie zważając na jej słowa. – Od zawsze byłem od niego lepszy w walce – zaczął opowiadać, wpatrzony w blat stołu, okręcając w dłoni pusty już róg. – Był starszy ode mnie, lecz mimo to odstawał. Ustępował mi w walce mieczem, toporem, w strzelaniu z łuku, aż pewnego razu, kiedy trenowaliśmy, potknąłem się, a on boczną częścią ostrza topora pogruchotał mi kolano. Po dziś dzień kłamie mi prosto w oczy i mówi, że to był wypadek.

– Dlatego między wami jest tyle nienawiści… – zdradziła Amira myśli, które miały być przeznaczone tylko dla niej. Ivar potraktował jej słowa jak podsumowanie jego opowieści i przytaknął beznamiętnie. – Ja swojego brata również nie kochałam, ale o tym już dobrze wiesz – dodała księżniczka, kiedy Bezkostny jej nie odpowiedział. – Jedynie Athlestan był dla mnie dobry, a teraz pewnie został królem.

 

– U nas królem będzie Halfdan. Oby ojciec żył jak najdłużej. Nie wyobrażam sobie mojego brata na tronie – rzekł Ivar, zakładając dłonie na piersi. Rozmawiając o bracie, zdawał się stopniowo tracić dobry nastrój.

– Nie mówmy już o nim – zaproponowała jego piękna rozmówczyni. – Porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym. Teraz jest czas na radowanie się.

– Zgoda. Niech tak będzie – odparł Ivar, sięgając po dzban miodu. Nalewając upajającego trunku do rogów, przyglądał się Amirze, co ta potraktowała rozbrajającym uśmiechem, przyprawionym rumieńcami na jej delikatnych policzkach. Widząc je, zdał sobie sprawę, że z obserwowania przeszedł na zwykłe gapienie się i sam się z tego zaśmiał.

– Co cię rozbawiło? – zapytała kobieta, która z każdą chwilą zyskiwała w jego oczach.

– Nic, po prostu – Ivar zrobił krótką pauzę, drapiąc się po głowie – lubię na ciebie patrzeć i rozmawiać z tobą – wydukał mechanicznie. Komplementy nie leżały w jego naturze i dotarło do niego, że do tej pory żadnej kobiecie nie sprawił choćby jednego.

– Też się czuję przy tobie bardzo dobrze – odparła, kokietując go spojrzeniem. Przekrzywiła nieznacznie głowę i przyjrzała mu się uważnie.

– Przy mnie nic ci nie grozi – odparł od razu. – Nie stanie ci się przy mnie żadna krzywda, a jeśli spadnie ci przez kogokolwiek choćby włos… – Ivar budował obietnicę dla Amiry, lecz ta przerwała mu, kładąc palec na jego ustach.

– Wierzę – powiedziała krótko na jego słowa i obydwoje zaczęli się do siebie przysuwać. Ich twarze zbliżały się do siebie, aż nagle Ivar odsunął się i wstał z miejsca, jakby coś go spłoszyło. Amira wzdrygnęła się, zaskoczona jego ruchem, nie rozumiejąc, co go wywołało.

– Muszę wyjść – odezwał się wojownik niepewnym tonem, jakiego dotąd u niego nie słyszała. Ivar zawsze był pewny siebie do granic możliwości, a teraz zachował się jak wystraszona w lesie zwierzyna, która usłyszała drapieżnika. Bezkostny, robiąc pierwszy krok do wyjścia, przystanął jeszcze na moment, chcąc coś powiedzieć, lecz nie dodał ani słowa. Ruszył przed siebie i zniknął za drewnianymi drzwiami prowadzącymi do wyjścia.

Wychodzącego i lekko spanikowanego Ivara zauważył Ragnar. Król rozejrzał się po halli, zastanawiając się, czy coś się stało, i jego wzrok utknął na samotnie siedzącej Amirze, która patrzyła w kierunku drzwi. Nie namyślając się wiele, poszedł do niej.

– Czemu mój syn tak stąd wyparował? – zapytał zaskoczony. – Ktoś go wezwał?

– Rozmawialiśmy, a on nagle wstał i powiedział, że musi wyjść – odparła zdezorientowana kobieta. – Nie mam pojęcia, co się stało. Ivar… – Chciała jeszcze coś dodać, lecz zawahała się. Nie wiedziała, na ile może się otworzyć przez Ragnarem. Ten jednak zachęcił ją do mówienia.

– Co z nim? – zachęcił ją, widząc, że Amira dalej się krępuje. – Śmiało. Nie powiem mu, że rozmawialiśmy, jeśli o to chodzi.

– Ivar sprawia wrażenie, jakbym… nie była mu obojętna. Troszczy się o mnie, obiecuje ochronę i bezpieczeństwo, ale teraz… sama nie wiem.

– Zrobił coś nie tak? – dopytywał się Ragnar, widząc dezorientację Amiry. Chciał jej pomóc w zrozumieniu swego syna, gdyż kto jak kto, ale on znał go najlepiej i wiedział, że księżniczka faktycznie zawróciła mu w głowie.

– Byliśmy blisko, a on spanikował i wyszedł… – wyrzuciła w końcu z siebie. – Może to głupie, ale nie wiem, co myśleć. Przepraszam, nie powinnam o tym mówić – dodała zażenowana, że zawraca królowi głowę takimi głupstwami.

– Dobrze, że o tym mówisz – pouczył ją król. – Teraz wiem, że mój syn nie jest i tobie obojętny, co bardzo mnie cieszy, droga Amiro. Szczęście moich synów jest dla mnie najważniejsze i widzę, że jeden z nich jest jego bliski.

– Ale Ivar… uciekł – przypomniała Ragnarowi bezradnie, po czym upiła nieco miodu. On z kolei dopełnił swój już pusty róg i wypił od razu połowę zawartości.

– To nie do końca tak – poprawił Amirę władca. – Ivar wyszedł dla twojego dobra – rzekł, co ją bardzo zaintrygowało. – Tak jak on tobie, tak i ty jemu nie jesteś obojętna, ale o tym dobrze wiesz. Chodzi o to, że… – zastanawiał się, jak ubrać w słowa swoje myśli. Dopił do końca swój napój i to dało mu natychmiastowe rozwiązanie: – Ivar boi się o ciebie. Nie chce cię skrzywdzić i dlatego wyszedł. Jesteś dla niego bardzo ważna i nie chce ryzykować twojego dobra.

– Skoro nie jestem mu obojętna, to chyba nie ma ryzyka, że… – odpowiedziała Amira, nie kończąc zdania. Król w jej oczach dostrzegł zrozumienie i dotarło do niego, że dziewczyna wie, w czym problem.

– Ty już chyba rozmawiałaś z kimś o moim synu… – powiedział, mierząc ją wzrokiem.

– Muszę iść! – powiedziała nagle, ignorując pytanie króla, i jak strzała wybiegła z wielkiej halli.

– Ach, te kobiety! – pomyślał Ragnar, kręcąc głową, po czym kolejny już raz napełnił swój róg. – Jakie życie byłoby bez nich nudne… – dodał, śmiejąc się sam do siebie.