Sen o Nowym JorkuTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dani Collins

Sen o Nowym Jorku

Tłumaczenie: Ewelina Grychtoł

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Untouched Until Her Ultra-Rich Husband

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Dani Collins

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa

ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5590-5

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Urodzony w Roku Smoka Gabriel Dean był dominującym, ambitnym, żywiołowym mężczyzną. Nikomu się nie kłaniał. Ale choć posiadał całą władzę i niezależność, jaką można kupić za pieniądze, jednej rzeczy nie mógł zignorować: wiadomości od swojej babki.

Od razu wiedział, że dostał wiadomość właśnie od niej, ponieważ tylko przy jej kontakcie miał ustawiony brzdęk mosiężnego dzwonka. Postronny obserwator mógłby pomyśleć, że to z sentymentu. I owszem, widział, jak dzwoni takim dzwonkiem na żywo, ale sentymenty nie były czymś charakterystycznym dla żadnego z nich.

Nie, funkcja dzwonka była czysto praktyczna. Zwracał jego uwagę nieważne, co się działo wokół niego. Wiadomości od Mae Chen były natury finansowej, pilne i zawsze lukratywne. Gabriel nie potrzebował więcej pieniędzy, ale gdyby ignorował takie okazje, nie dysponowałby w wieku trzydziestu lat majątkiem w wysokości stu miliardów dolarów.

Dlatego przy pierwszej okazji uniósł palec, uciszając dyskusję na temat zakupu przedsiębiorstwa energetycznego, który miał go uczynić praktycznie właścicielem niewielkiego państwa. Obrócił swój tytanowy smartfon szafirowym ekranem do góry i dotknął czytnika linii papilarnych.

Wiadomość od Luli: „Twoja babka miała wypadek. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami informuję, że jesteś jej jedynym spadkobiercą. Dane kontaktowe jej osobistego lekarza załączam poniżej”.

Jednym płynnym ruchem Gabriel wybrał numer, podniósł telefon i wyszedł bez słowa wyjaśnienia. Bardziej interesował go ewentualny spadek niż stan zdrowia babki. Mae była zbyt wojownicza, by pokonał ją jakiś wypadek. Pewnie wstanie na nogi, zanim lekarz odbierze telefon.

Gdyby naprawdę miała go uczynić swoim spadkobiercą, nie zrobiłaby tego bezinteresownie. Od dwóch dekad usiłowała wmanewrować go w związek małżeński, więc Gabriel odrzucał wszelkie zaproszenia i propozycje z jej strony. Wet za wet. Żadnych zobowiązań, prócz wzajemnej uprzejmości.

– To zawał – powiedział lekarz kilka sekund później. – Małe szanse na przeżycie. Dyskretnie przewieźliśmy ją do kliniki, ale wieści wkrótce się rozniosą. Nikt nie wiedział, że jest pan jej wnukiem...

Dociekliwość w głosie lekarza nie umknęła uwadze Gabriela. Niemal słyszał jego myśli. Kupować? Sprzedawać? Jak mógłby skorzystać na tej sytuacji, zanim dowiedzą się o niej inni?

Zapewnił lekarza, że przybędzie najszybciej, jak to możliwe. Następnie polecił swojej asystentce, by przełożyła spotkanie, w którym właśnie brał udział, i podstawiła jego prywatny odrzutowiec na najbliższe lotnisko. Gdy przekroczył próg hotelu, jego rolls-royce Phantom z szoferem już czekał przy chodniku.

Upalne gorąco Nowego Jorku uderzyło go w twarz, ale wiedział, że w Singapurze będą padać monsunowe deszcze. Na szczęście zawsze woził ze sobą odpowiednie ubranie dla wszystkich stref klimatycznych. Jego babka zawsze miała dla niego wolny pokój w swojej rezydencji, ale nigdy z niego nie korzystał, obawiając się męczących rozmów...

– Gabriel! – Nieznajoma kobieta stanęła na jego drodze i zsunęła okulary przeciwsłoneczne, by rzucić mu zmysłowe spojrzenie spod sztucznych rzęs. – Pomyślałam, że może chciałbyś zabrać mnie na lunch? Jestem Tina – przypomniała po kilku sekundach, w ciągu których usiłował skojarzyć jej twarz z nazwiskiem. – Poznaliśmy się na przyjęciu u mojego ojca w zeszły weekend. Powiedziałeś, że podobał ci się mój śpiew.

Musiał powiedzieć to z grzeczności, ponieważ nie przypominał sobie jej głosu, jej ojca ani przyjęcia.

– Wyjeżdżam – odparł, omijając ją.

Jeśli istniało cokolwiek, czego potrzebował mniej niż pieniędzy, to był tym kolejny atak karierowiczki. Z ulgą usiadł na chłodnej, skórzanej kanapie, a szofer zamknął za nim drzwi auta.

Gabriel zerknął na złoty cyferblat swojego Girarda-Perregauxa i w myślach obliczył, ile mniej więcej zajmie mu dotarcie do Singapuru.

Zabytkowe zegarki ani aktówki Valentina nie robiły na nim wrażenia, ale inni ludzie przejmowali się takimi rzeczami. Lubił we wszystkim wygrywać, nawet w tym, kto jest najlepiej ubrany, więc zamawiał ręcznie szyte garnitury z rzadkich gatunków wełny, takich jak vicuña i qiviut. Jego buty robiono na zamówienie we Włoszech. Wszystko to zakładał na ciało, które utrzymywał w formie dzięki żelaznej dyscyplinie. Używał kremu do opalania i nawilżał cerę.

Naprawdę nie zależało mu na tym, by dzięki przejęciu fortuny babki zostać pierwszym na świecie bilionerem. To oznaczało tylko więcej pracy – kolejna rzecz, której nie potrzebował.

Ze wszystkich krewnych tylko z babką utrzymywał kontakt. Nie był zbyt mocno przywiązany do niej ani do jej pieniędzy, ale czuł się odpowiedzialny za jej biznesowe imperium. Szanował to, co zbudowała przez siedemdziesiąt lat życia.

Otworzył wiadomość od Luli i podyktował do telefonu odpowiedź.

„Kto jest doradcą finansowym Mae?”

Natychmiast usłyszał brzdęk dzwonka.

„Asystuję pani Chen w zarządzaniu transakcjami. Czy mogę udzielić szczegółowych wskazówek lub informacji?”

Gabriel pomyślał, że nie udziela tak uprzejmych i wymijających odpowiedzi jak sztuczna inteligencja.

„Wyślij mi dane kontaktowe osoby, która nadzoruje osobiste operacje finansowe Mae.”

„Ja się tym zajmuję. W czym mogę pomóc?”

Gabriel zmełł w ustach przekleństwo. Kiedy wieść o chorobie Mae i ich powiązaniach się rozniesie, w sektorze finansowym wybuchnie chaos.

Dał sobie spokój z Luli i zamiast tego polecił swojemu zespołowi doradców, by porozumieli się z analogicznym działem w firmie Mae. Dowie się, kto zarządza firmą jego babki i odbierze mu ster.

– Luli. – Lokaj przedstawił ją jako ostatnią, ponieważ specjalnie ustawiła się na końcu szeregu, za pokojówkami i kucharzem. Stała praktycznie za rogiem domu, gdzie bluszcz oplatał ogrodzenie zapewniające prywatność kolonialnej rezydencji Mae Chen.

Jego rezydencji.

– Jesteś człowiekiem.

Jeśli tak, Gabriel był pierwszą osobą w jej życiu, która to zauważyła.

Oczywiście, Luli zareagowała na spotkanie z wnukiem Mae w bardzo ludzki sposób. Ręka, którą mu podała, była drżąca i pokryta zimnym potem.

Oprócz żonatego lokaja i ogrodników rzadko widywała mężczyzn; a zwłaszcza mężczyzn takich, jak Gabriel Dean. Jego błyszczące, czarne włosy były precyzyjnie przycięte i równie precyzyjnie zmierzwione. Wąskie usta i wyraziste kości policzkowe nadawały jego twarzy nieznoszący sprzeciwu wyraz.

– To twoje pełne imię? Luli?

– Lucrecia. Lucrecia Cruz.

Gabriel zmierzył spojrzeniem jej bladożółtą, wiązaną na szyi sukienkę do kostek. Pokojówki nosiły swoje z białym fartuchem, co dodawało im profesjonalizmu. Luli żałowała, że nie ma tej dodatkowej warstwy ochronnej, choć nawet zbroja płytowa nie zdołałaby ukryć jej bujnych, kobiecych kształtów.

Gabriel był na tyle wysoki, by patrzeć na nią z góry, co wytrącało ją z równowagi. Nic dziwnego, że Mae zawsze nakazywała jej usiąść. Z trudem wytrzymywała jego badawczy wzrok na swojej bladej twarzy, obramowanej złotobrązowymi włosami.

Wielokrotnie widziała wnuka Mae na zdjęciach, więc wiedziała, że jest przystojny. Nie spodziewała się natomiast, że będzie emanował władzą. Jego babka miała w sobie tę samą charyzmę, ale siła woli tego mężczyzny prawie zbiła ją z nóg, choć na razie tylko wysiadł z samochodu.

Rozluźnił uchwyt i przez kilka sekund Luli nie wiedziała, czy powinna cofnąć rękę. Zrobiło jej się głupio. Pokojówki będą się z niej śmiać, ale nie mogła nic poradzić na ten moment słabości.

– Czy możemy panu zaproponować coś do picia, panie Dean? – odezwał się lokaj. – Pański pokój jest gotowy, jeśli chciałby pan odpocząć po podróży.

– Przyjechałem tu, żeby pracować. Kawa wystarczy.

– Oczywiście. – Lokaj klasnął w dłonie i wszyscy ruszyli do swoich obowiązków.

 

Luli westchnęła z ulgą.

– Luli. – Głos Gabriela zatrzymał ją w pół kroku. – Zaprowadź mnie do gabinetu mojej babki.

Mówił po angielsku z amerykańskim akcentem, nie brytyjskim, do którego była przyzwyczajona. Zaczął wchodzić po schodach i gestem zachęcił ją, żeby podążyła za nim.

Nie podobało jej się, że od wejścia zwrócił na nią uwagę. Mae pod pewnymi względami traktowała ją lepiej, ale Luli nie chciała sprawiać wrażenia, że czuje się ważniejsza niż inni.

Poza tym nie była gotowa przyznać mu się, co zrobiła.

Skupiła się na kontrolowaniu własnego ciała. Postarała się, by wyraz jej twarzy pozostał spokojny, a ruchy niespieszne i pełne gracji, mimo że nie spała przez całą noc i była na skraju wycieńczenia.

Miała dwadzieścia godzin, by zareagować na tę nagłą zmianę sytuacji. Przez lata nudy i izolacji przyzwyczaiła się, by mieć przygotowany plan na każdą ewentualność. Dlatego, gdy usłyszała w ogrodzie krzyk, dokładnie wiedziała, co ma zrobić.

Opanowanie kryzysu wymagało od niej żelaznych nerwów i długich godzin pracy. Nie było miejsca na najmniejszy błąd; zwłaszcza że Gabriel Dean nie wyglądał na człowieka, który wybacza błędy.

Gabriel zatrzymał się w luksusowo urządzonym foyer. Przyjrzał się kamiennej mozaice pod stopami, drewnianej poręczy, bezcennym dziełom sztuki i kompozycjom świeżych kwiatów. To wszystko należało teraz do niego.

Luli stała tuż za nim. Po kilku sekundach Gabriel obejrzał się na nią wyczekująco.

– Gabinet pani Chen jest za trzecimi drzwiami po lewej – powiedziała, wskazując korytarz.

Po kilku sekundach dziwacznej walki między jego rycerskością a jej usłużnością Gabriel przepuścił Luli w drzwiach i wszedł za nią.

– Bardzo mi przykro z powodu pańskiej babki – odezwała się. – Będziemy za nią tęsknić.

– Wydaje się, że to wszystko stało się bardzo nagle.

Istotnie tak było. Wszyscy wiedzieli, że próby ratowania życia Mae przez jej osobistą pielęgniarkę na nic się nie zdadzą. Kiedy helikopter ratowniczy podniósł się w powietrze, w całej rezydencji zapadła grobowa cisza.

Luli wprowadziła Gabriela do gabinetu Mae. Pomieszczenie było urządzone oszczędnie, bardziej nowoczesne niż pozostałe, ale widać w nim było kobiecą rękę. Meble były w pastelowych kolorach, a na komodzie stał angielski dzbanek do herbaty, który Luli napełniała każdego popołudnia.

Panowała tu bolesna pustka. Z kim teraz będzie piła popołudniową herbatę? Co się z nią stanie?

Jej przyszłość nie była już w wymagających, lecz bezpiecznych rękach Mae Chen. Luli mogła się oszukiwać, że weźmie przeznaczenie w swoje ręce, ale to nie była prawda. Jej dalszy los zależał wyłącznie od tego, jak Gabriel Dean zareaguje na jej działania.

Jego dłonie były szczupłe i lekko opalone. Wyglądały potężnie. Zabójczo.

Luli stanęła obok obrotowego fotela przy biurku Mae i czekała, aż Gabriel usiądzie. Rozejrzał się po gabinecie, wyjrzał przez okno na ogród, uważnie zmierzył spojrzeniem każdy obraz i każdą wazę.

– Myślałem, że jesteś sztuczną inteligencją, ale nie ma w tobie nic sztucznego. Czy też jest? – Popatrzył na Luli w taki sposób, że poczuła się jak ścigane zwierzę. Przeszył ją dreszcz, ale nie ze strachu. To była ekscytacja. Zabawa.

To było erotyczne napięcie. Gdy to sobie uświadomiła, zachciało jej się śmiać i płakać jednocześnie. Rozumiała pociąg seksualny w bardzo abstrakcyjny sposób. O wiele za wcześnie poznała kobiecą sztukę uwodzenia, ale w tej chwili nawet nie próbowała jej używać. Stała prosto i wciągała brzuch tylko dlatego, że chciała się wydawać kompetentna i pewna siebie.

Od dawna mężczyźni oceniali jej wygląd zewnętrzny, ale nigdy dotąd nie odczuła tego w taki sposób. Niewidzialne pole siłowe zdawało się ściągać ją w jego ręce, gdzie stałaby się całkowicie zależna od jego kaprysów.

Lokaj wszedł z tacą, przerywając pełną napięcia ciszę.

– Jak pije pan kopi, panie Dean? – zapytał, nalewając kawę z dzbanka do jadeitowej filiżanki ze złotą rączką.

– Czarną, bez cukru. – Gabriel popatrzył na pojedynczą filiżankę, a potem przeniósł wzrok na Luli. – Ty się nie napijesz?

Lokaj nie zareagował, ale jego niezadowolenie nie uszło uwadze Luli. Od lat byli na ścieżce wojennej, ponieważ Mae darzyła ją większym zaufaniem niż jego. Był oburzony, gdy to od niej dowiedział się, kto jest wnukiem pani Chen.

Ale co miała powiedzieć? „Nie ufa ci. Nie ufa mężczyznom”. Mae zachęcała Luli, by nie ufała nikomu oprócz niej, a Luli darzyła ją bezgraniczną lojalnością.

Nic z tego nie zmieniało faktu, że gdyby lokaj miał zrobić jej kawę, najpewniej na miejscu podzieliłby los Mae. Gdyby Luli była małostkową osobą, zmusiłaby go, żeby to zrobił, ale na razie wolała oszczędzić energię, która będzie jej potrzebna w starciu z kimś innym.

– To bardzo miłe, ale nie mam ochoty.

– Jeśli będzie pan czegoś potrzebował, proszę zadzwonić dzwonkiem – powiedział lokaj. Rzucił Luli gniewne spojrzenie i wyszedł z gabinetu.

Gabriel gestem wskazał haftowane jedwabne fotele i poczekał, aż Luli usiądzie na jednym z nich, po czym usadowił się naprzeciwko.

Uprzejmość, którą ją darzył, była wręcz zabawna. Luli złożyła dłonie na kolanach, myśląc, że już wkrótce sobie uświadomi, jak bardzo na nią nie zasługiwała. Co wtedy? Wiedziała z internetu, że Gabriel ma czarny pas w kung-fu. Jej poranne treningi tai chi z Mae i resztą domowników nie mogły się równać z jego morderczą precyzją.

– Po podpisaniu dokumentów w szpitalu spotkałem się z adwokatem mojej babki – poinformował ją Gabriel. – Miałem pełnomocnictwo, więc mogłem zatwierdzić testament. Wystosowano oświadczenie dla prasy, informujące o naszej fuzji. Legalnie i publicznie zostałem właścicielem Chen Enterprises. Jednak kiedy znalazłem się w siedzibie firmy, okazało się, że nie wszystkie moje polecenia mogą zostać spełnione. Powiedziano mi, że każde polecenie i każda transakcja przechodzi przez Luli.

Napił się kawy, nie przerywając kontaktu wzrokowego.

– Nie potrafili nawet przedstawić mi pełnego spisu jej majątku i kont bankowych, więc porozumiałem się w tej sprawie z bankiem.

Wstyd palił Luli w gardło, ale nic nie powiedziała. Nerwowe tłumaczenia tylko zdradziłyby jej panikę.

– Zdajesz sobie sprawę, że nie jestem jedyną osobą, która uważała cię za program sztucznej inteligencji?

– Sądzę, że takie właśnie wrażenie zamierzała stworzyć pańska babka.

– Dlaczego?

– Między innymi to zmusza ludzi do porozumiewania się w formie pisemnej – wyjaśniła spokojnie Luli. – Trudniej jest oszukiwać. Powiedziała mi kiedyś, że kiedy pański dziadek umarł, jego zastępca próbował spiskować przeciwko niej. Nie była w stanie udowodnić jego winy i musiała stoczyć ciężką walkę, by przejąć kontrolę nad tym, co jej się należało.

– Ludzie, którzy nie uczą się na błędach, powtarzają je.

Serce Luli biło tak głośno, jakby miało wyrwać się na wolność.

– Od tego czasu uważnie kontrolowała swoje finanse. Osobiście zatwierdzała wszystkie transakcje, prócz tych najbardziej rutynowych.

– Naprawdę? Wydawało mi się, że ty to robisz.

– Nigdy nie nauczyła się korzystać z komputera. Wypełniałam jej polecenia. – Od czasu do czasu je naginając, ale w tym momencie to nie było istotne.

– Twoje działania wyglądają mi na budowanie imperium. – Gabriel skrzyżował nogi. – Uczyniłaś się niezbędną, ponieważ pragniesz władzy. Widziałem to wiele razy.

– Nie mam żadnego imperium – zapewniła go.

Jego spojrzenie wskazywało, że przejrzał ją na wylot. Było jej niedobrze z przerażenia. Utrzymanie kontaktu wzrokowego wymagało od niej olbrzymiej odwagi.

Przyszło jej do głowy, że nigdy nie znalazła w sobie odwagi, by sprzeciwić się Mae. Kimże była, żeby sprzeciwić się komuś takiemu jak on?

– Mieszkasz tu? – zapytał takim tonem, jakby ją oskarżał o bycie pasożytem.

– Mam przydzielony pokój, jeśli o to chodzi.

– Skąd jesteś?

– Z Wenezueli.

– Nie o to pytałem, ale teraz słyszę to w twoim akcencie. – Ponownie zmierzył ją spojrzeniem. – Jest gorący. Egzotyczny.

Brzmiał, jakby się z niej wyśmiewał, co zabolało. Jej szkolny angielski został wyćwiczony w rozmowach z Mae, która nauczyła się go w brytyjskiej szkole z internatem. Służba mówiła mieszanką angielskiego i hinduskich, malezyjskich i filipińskich akcentów.

Im dłużej na nią patrzył, tym bardziej wiszące w powietrzu napięcie wytrącało ją z równowagi. Pewnie potrafiłaby użyć swojego głosu i ciała, by zyskać przewagę, ale nie miała doświadczenia w korzystaniu z tej broni. Zamiast tego odkryła, że fascynuje ją ton jego głosu i ruchy jego ust.

– Od jak dawna tu mieszkasz? – zapytał.

– Osiem lat.

– Nie w Singapurze. U mojej babki.

– Zamieszkałam w tym domu, kiedy przeprowadziłam się do Singapuru osiem lat temu.

Gabriel zmarszczył brwi.

– Ile masz lat?

– Dwadzieścia dwa.

– Zostałaś zatrudniona jako pokojówka? – Wyglądał na zaskoczonego. – Jak to możliwe, że zajmujesz teraz tak odpowiedzialne stanowisko?

Luli oblizała wargi. Jak to wytłumaczyć?

– Jak już mówiłam, pana babka nie chciała się męczyć z komputerami, ale zależało jej na tym, by kontrolować każdy aspekt działania przedsiębiorstwa.

– Jesteś jej rękami?

– Wykonywałam różne poufne zadania na jej polecenie.

– Przelewy, zakup akcji...?

– Tak. Jeśli mamy skorzystać z usług brokera lub pośrednika, sprawdzam jego uczciwość. Zbieram informacje na temat potencjalnych pracowników i partnerów biznesowych, asystuję przy odczytywaniu sprawozdań i przeprowadzam losowe kontrole różnych działów i budżetów, szukając niezgodności, które mogłyby oznaczać oszustwa i nadużycia.

– Ludzie uwielbiają audyty, zwłaszcza z zaskoczenia. Musisz być bardzo popularna.

„Zło konieczne” było najłagodniejszym określeniem na swój temat, jakie przeczytała. Czy była zła? Kiedyś powiedziałaby, że jej matka jest zła, ale teraz sama została zapędzona w kozi róg i wiedziała, że zrobiłaby wszystko, by przetrwać.

– Większość ludzi myśli, że jestem programem komputerowym. Nie zastanawiałam się, czy mnie lubią, dopóki Mae była zadowolona z mojej pracy.

To było kłamstwo. Marzyła o przyjaciółce, prawdziwej przyjaciółce, nie starej kobiecie, która zapomniała, jak to jest być młodym i ciekawym świata. Która bała się wypuścić ją z rąk.

– Skoro jesteśmy przy programach, może pana zainteresować wiadomość, że używaliśmy pańskiego oprogramowania. Modułów księgowych, sprzedażowych i produkcyjnych. Mae chciała, żeby jej najważniejsze dane były zabezpieczone przed kradzieżą. Mówił pan, że nie da się ich zhakować... chociaż panu na pewno by się udało, gdyby zaszła taka konieczność.

Teraz. Zbliżała się do jedynego koła ratunkowego. Mogło ją uratować lub pogrążyć.

ROZDZIAŁ DRUGI

Lucrecia. To brzmiało jak łacińska nazwa jednego z tych egzotycznych kwiatów, które znajduje się w głębokiej dżungli. Kwiatu o mięsistych kwiatkach w odcieniach kości słoniowej, z domieszką karmazynu i tajemniczego indygo. Kwiatu, którego zapach nieodparcie przyciąga pszczołę.

Którą następnie paraliżuje i pożera.

To byłaby wspaniała śmierć. Gabriel niemal nie widział wad takiego rozwiązania, oprócz tego, że dawno temu nauczył się nie ulegać manipulacji. Próbowano na nim wszystkiego: gróźb, pochlebstw, obwiniania, fałszywych przyjaźni, no i oczywiście uwodzenia. Seks był dla niego rozrywką, jak szklanka whiskey czy pływanie w gorący dzień. Jeśli zaszła taka potrzeba, potrafił mu się oprzeć.

Mimo to tej kobiecie udało się go pobudzić samą swoją obecnością. Nie mógł nie zauważyć jej przeszywających, zielononiebieskich oczu, smukłej sylwetki i nieskazitelnej cery. Nie przeszkadzała jej sukienka niepasująca do jej karnacji, brak makijażu ani biżuterii. W jego wyobraźni wystarczyłoby pozbyć się tej sukienki i wsuwek przytrzymujących włosy, by osiągnąć pełną doskonałość.

Powtórzył sobie, że jest jego pracownicą. Dlatego nie dał po sobie nic poznać, chociaż każde ostrożne spojrzenie jej sarnich oczu pobudzało jego zmysły. Oraz dlatego, że jej atrakcyjność nie powinna przysłonić mu faktu, że stanowiła dla niego zagrożenie.

– Dlaczego miałbym być zmuszony do włamywania się na moje własne konto?

– Nie byłbyś zmuszony...

„Gdyby”. Nie powiedziała tego, ale sposób, w jaki urwała w pół zdania, mówił sam za siebie.

 

Gabriel odstawił niedopitą kawę. Filiżanka zadźwięczała na lakierowanym blacie biurka.

– Wiesz, że mógłbym kazać cię aresztować, prawda?

Co dziwne, ta myśl wydała mu się odstręczająca. Dawniej zdarzało mu się wnieść oskarżenie, gdy łamano prawo. Nigdy dwa razy się nie zastanawiał, kiedy sprawiedliwość była po jego stronie.

Ale od każdej zasady są wyjątki. Nawet od zasady, którą stworzył sam.

– Możesz wezwać policję, jeśli chcesz – odparła. – Nie zrobiłam niczego nielegalnego. Jeszcze nie.

Jeszcze nie?

– Rozumiem. Podłożyłaś cyberbombę.

Powinien wpaść we wściekłość, ale jej bezczelność była tak wielka, że miał ochotę się roześmiać. Czy ona wiedziała, kim on jest?

– Może nazwiemy to... zachętami? – Luli podniosła na niego oczy w kolorze Morza Karaibskiego. Piękne, czarujące i pełne rekinów.

Jakaś jego część chciała obserwować te oczy, gdy będzie w nią wchodził, podczas gdy inna analizowała dobór słów. „Zachęty”. Liczba mnoga.

– Nazwij to, jak chcesz. Dzwonię po policję. – Sam nie wiedział, czy blefuje. Celowo się ociągając, sięgnął po telefon.

– Jeśli za niedługo się nie zaloguję, prasa dowie się o wszystkim.

– To znaczy o czym? Czy moja babka handlowała narkotykami? Co takiego trzeba koniecznie utrzymać w tajemnicy?

Twarz Luli nie zdradzała nic.

– Wolałabym o tym nie mówić.

– Bo nic na nią nie masz.

– Bo to naraziłoby na szwank dobre imię pańskiej babki.

– Mimo to jesteś gotowa zniszczyć jej reputację, by zdobyć to, czego chcesz ode mnie.

– Jestem gotowa powiedzieć prawdę. – Jej ton był śmiertelnie poważny, a zachowanie na tyle spokojne, że naprawdę mogła mieć na nią coś więcej niż stosowanie kreatywnej księgowości.

– Jaką prawdę? Nie bawię się w zgadywanki.

– Handel ludźmi i przetrzymywanie wbrew woli.

– To bardzo poważne oskarżenie. O kogo chodzi? O ciebie?

Luli przełknęła ślinę.

– Zapytaj kogokolwiek stąd, ile razy wyszłam z tego domu. Powiedzą ci, że dzisiaj był pierwszy raz od ośmiu lat.

– Bo namówiłaś ich, żeby tak powiedzieli? To jakiś spisek?

– Działam sama. Byłabym zaskoczona, gdyby ktokolwiek tutaj uważał moją sytuację za coś więcej niż niechęć do opuszczania posiadłości. Tak jak powiedziałam, to naraziłoby reputację twojej babki. Wolałabym, żebyś o to nie dopytywał.

– Wiesz tak samo dobrze jak ja, że bez gruntownego śledztwa twoje oskarżenia są bez pokrycia. Wiele razy użerałem się z byłymi pracownikami, oskarżającymi mnie o Bóg wie co. Nie boję się ciebie. – Choć w rzeczywistości trochę się obawiał. Ta kobieta nie przypominała reszty domowników; ani z wyglądu, ani z pochodzenia. Miała dopiero dwadzieścia dwa lata, a już udało jej się praktycznie przejąć kontrolę nad olbrzymią fortuną. Była o wiele bardziej niebezpieczna, niż na to wyglądała.

Luli uniosła podbródek.

– Nie wiem, czy policja mi uwierzy, ale prawie na pewno mnie deportują. Moja przyszłość w Wenezueli nie rysuje się w różowych barwach. Musiałam przygotować się na taką ewentualność.

– Zapewne. – Gabriel nie przypominał sobie, kiedy ostatnio spotkał kogoś, kto tak bezczelnie połasiłby się na jego pieniądze. Czuł do niej niechętny podziw. – Kradzież jest przestępstwem.

– Tylko, jeśli to zrobię.

– Owszem. – Gabriel spokojnie napił się kawy, czekając, aż w pełni zrozumie jego groźbę.

Luli lekko pobladła. A może to tylko zachodzące słońce?

– Mógłbyś mnie zabić – przyznała. – Mogłabym też po prostu zniknąć. Na to też się przygotowałam. Śledztwo byłoby bardzo dokładne i trwałoby bardzo długo.

– Nie ma nic straszniejszego, niż kobieta z klawiaturą. Cóż zrobiłem, by zasłużyć sobie na takie nieszczęście?

Luli rozłożyła ręce.

– Zdaję sobie sprawę, że obecnie moją jedyną wartością jest zdolność rozwiązania problemów, które sama stworzyłam.

– Sądzę, że jestem w stanie je rozwiązać. Twoja wartość jest zerowa.

– Pewnie masz rację. – Luli spokojnie skinęła głową. Tylko bicie rozszalałego serca zdradzało jej zdenerwowanie.

Gabriel miał słabość do zagadek. Gdzieś w nim był dwunastoletni chłopiec, który tylko czekał, by zamknąć drzwi na klucz, założyć wyciszające słuchawki i zhakować program, który sam stworzył. Dla zabawy.

Był w nim też trzydziestojednoletni mężczyzna, który chciał pokazać tej kobiecie, kto tu rządzi.

– Jeśli naprawdę jest tak, jak mówisz... Logika nakazywałaby sądzić, że skoro odziedziczyłem cały majątek mojej babki, stałaś się moją własnością.

Na moment zapadło milczenie. Usta Luli niemal niezauważalnie zadrżały.

– Można tak powiedzieć – przyznała głosem, który stracił nieco ze swej chłodnej obojętności. – Chroniłam majątek pani Chen, jak mogłam najlepiej, włączając w to siebie. Przypuszczam, że jestem w korzystnym wieku, by mnie sprzedać.

Gabriel pomyślał, że myli go z kimś, w kim mogłaby wzbudzić wyrzuty sumienia. Mimo to zrobiło mu się jakoś nieprzyjemnie.

– Oczywiście, gdybyś to zrobił, nie zawaham się skorzystać z posiadanych przez mnie poufnych informacji.

Co za chłodna wypowiedź. Była niesamowicie opanowana jak na to, że właśnie omawiali sprzedanie jej jak przedmiot.

– W ten sposób cię kupiła? Na jakiejś aukcji? – Postanowił w duchu, że jeśli fortuna jego babki była zbudowana na czymś paskudnym, nie weźmie z niej ani centa.

– Nie. – Luli splotła palce i Gabriel zauważył, że są pobielałe z napięcia. Dlaczego? Bo jej historia była prawdziwa? Czy też coraz trudniej było jej brnąć w kłamstwa?

– Moja matka żyła w budynku należącym do mojego ojca w Caracas. Była jego kochanką, a on żonatym politykiem. Sprzedał budynek twojej babce, nie troszcząc się o to, że moja matka nie będzie miała gdzie mieszkać. Mae próbowała ją wyrzucić. Wtedy umówiły się, że odda mnie Mae, a ja odpracuję cenę nieruchomości.

Wymieniła sumę w boliwarach, którą można było przeliczyć na około sto tysięcy dolarów.

Czy tyle było warte ludzkie życie? Kieszonkowe?

– Miałaś czternaście lat?

– Tak.

– Dlaczego nie uciekłaś? Nawet gdyby odliczyła utrzymywanie cię, musiałaś dawno spłacić dług.

– A dokąd miałabym pójść? Nie mam prawa tu być i nie ma dla mnie miejsca w Wenezueli. Wylądowałabym na ulicy. Tutaj przynajmniej jestem bezpieczna, mam co jeść, mam się w co ubrać.

A teraz to bezpieczeństwo zniknęło. Gabriel zaczynał rozumieć jej motywy.

– Jestem wdzięczna twojej babce – kontynuowała. – Wtedy nie rozumiałam, co się dzieje, ale do naszego mieszkania przyszedł też mężczyzna. Obawiam się, że moja matka byłaby skłonna oddać mnie w jego ręce. – Uśmiechnęła się smutno, jak ktoś, kto dawno temu pogodził się z losem.

Nie. Na samą myśl o wykorzystaniu czternastolatki w taki sposób Gabrielowi zrobiło się niedobrze.

– Naprawdę ci nie płaciła?

– Wydaje mi się, że uważała mnie za kogoś w rodzaju córki. Rodzinie nie płaci się za pomaganie w rodzinnym biznesie.

– Jeśli postrzegała cię w ten sposób, to dlaczego nie przepisała wszystkiego na ciebie?

– Powiedziała, że kiedy przyjdzie odpowiedni czas, zaaranżuje mi małżeństwo. Kilka razy pytałam ją o pieniądze, ale za każdym razem zmieniała temat.

– Nikt inny nie wie o tym układzie? – Czy można to było w ogóle nazwać układem, skoro Luli nie miała wyboru?

– Nigdy nikomu nie powiedziałam. Sądzę, że ona też nie.

Ponieważ niezależnie od jej motywacji przetrzymywanie Luli w ten sposób było zbrodnią. Albo zmyśloną od początku do końca historyjką. A teraz jego babka odeszła i nie mógł jej zapytać, czy naprawdę trzymała w domu młodocianą niewolnicę przez osiem lat.

– Panie Dean...

– Mam na imię Gabriel.

– Panie Dean. – Nazwisko Gabriela zabrzmiało w jej ustach tak egzotycznie, że przeszedł go dreszcz. – Cieszę się, że poświęcił mi pan swój cenny czas. Jeśli chciałby pan kontynuować tę rozmowę, lepiej zresetuję minutnik na laptopie.

Z twarzy Gabriela nie dało się nic wyczytać. W połączeniu z fizyczną siłą, bogactwem i władzą czyniło go to najbardziej onieśmielającą osobą, jaką Luli spotkała w życiu. Musiała bez przerwy przypominać sobie o oddychaniu. Wdech, wydech. Bez gwałtownych ruchów. Panika i zapach strachu mogły obudzić w nim drapieżnika.

Po kilku sekundach skinął głową. Choć serce waliło jej jak oszalałe, Luli spokojnie i bez pośpiechu podeszła do laptopa, zalogowała się odciskiem palca i wpisała kod, dając im kolejne pół godziny na granie w szachy na polu minowym.

Obróciła się i odkryła, że Gabriel wstał. Jego marynarka wisiała przewieszona przez oparcie kanapy; miał na sobie tylko lnianą koszulę, która przylegała do szerokiej klatki piersiowej i mocnych ramion.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?