Jak się żenić, to z księżniczkąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dani Collins

Jak się żenić, to z księżniczką

Tłumaczenie: Ewelina Grychtoł

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Cinderella’s Royal Seduction

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2020

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2020 by Dani Collins

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6701-4

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

PROLOG

Cassiopeia Brodeur nie mogła zrozumieć, dlaczego jej macocha musiała zawsze pakować ją w kłopoty bez najmniejszego ostrzeżenia. Ale czego innego mogłaby się spodziewać? Tak naprawdę jej kłopoty trwały od wielu lat, od chwili, gdy poznała swoją przybraną rodzinę.

– Cześć, jestem Sopi – przedstawiła się przybranym siostrom, używając szkolnej ksywki.

– Zupa? – Nanette i Fernanda zaśmiały się histerycznie.

Siedem lat później te same koleżanki, które wymyśliły ksywkę, poszły na studia i odkryły świat podróży, chłopaków, interesujących zawodów i wielkich miast. Tymczasem Sopi wciąż tkwiła w Lonely Lake, użerając się ze swoją rozpieszczoną przybraną rodziną i gośćmi hotelu, który nosił jej nazwisko.

Dlaczego Maude i dziewczęta nie mogłyby po prostu wrócić do Europy i przestać niszczyć to, co zostało z jej życia? Z pewnością nie kryły swojej niechęci do tej „zapadłej dziury”, jak nazywały wioskę ukrytą głęboko w kanadyjskich Górach Skalistych.

Lubiły za to pieniądze ojca Sopi. A gdy te się skończyły, najwyraźniej postanowiły doprowadzić do ruiny sam hotel.

– Wszystkie rezerwacje? – powtórzyła Sopi z niedowierzaniem. – Anulowałaś wszystkie rezerwacje na marzec?

– Tak.

– Specjalnie?

– Sopi. – Maude użyła swojego najbardziej protekcjonalnego tonu. – Nie możemy tu mieć rodzin dziećmi, kiedy będziemy gościć arystokrację.

– Arystokrację? – Sopi zaśmiała się histerycznie. – To jakaś metafora?

Starzejący się celebryci czasem odwiedzali Lonely Lake, ale prawdziwe gwiazdy wolały jeździć na nartach w Whistler lub Banff.

– Rhys Charlemaine jest księciem Veriny.

– Nigdy o nim nie słyszałam – burknęła Sopi.

– Jak ty niewiele wiesz o świecie. – Maude z rozpaczą pokręciła głową.

Czy mówiła o edukacji, której nie otrzymała, ponieważ wszystkie pieniądze szły na utrzymanie Fernandy i Nanette w szkole z internatem w Szwajcarii? Prawdę mówiąc, Sopi niespecjalnie na to narzekała. Ich nieobecność była prawdziwym błogosławieństwem.

– Dlaczego książę miałby tu przyjeżdżać?

– Bo zorganizowałam dla niego tydzień narciarstwa helikopterowego.

Za ile...?

Sopi miała ochotę krzyczeć lub może się rozpłakać. Tęsknie spojrzała za okno, gdzie ośnieżone stoki błyszczały oślepiającą bielą. W zeszłym roku udało jej się raz pojeździć na nartach, ale w tym sezonie była zbyt zajęta pracą w hotelu i spa.

– Co do zakwaterowania, dziewczęta wyprowadzą się z penthouse’u, żebyśmy mogli umieścić w nim księcia – kontynuowała niezrażona Maude. – Jego świta zajmie resztę górnego piętra.

– Jego świta? Proszę, powiedz mi, że nie robimy tego za darmo. – Sopi była pewna, że to będzie za darmo. Zrobiło jej się niedobrze. Maude nie pozwalała jej zaglądać do ksiąg rachunkowych, ale i tak wiedziała, że z każdym dniem pogrążają się bardziej.

– Oczywiście, że nie weźmiemy od niego pieniędzy – prychnęła Maude. – To dla nas doskonała reklama. Wszyscy będą chcieli do nas przyjeżdżać, w czasie jego pobytu. Będziesz musiała zatrudnić więcej pracowników do zabiegów.

– Maude, nie ma kogo zatrudnić.

Kosmetyczki i masażystki czasami dołączały do nich na jeden sezon, ale mieszkanie na końcu świata nie było dla każdego. Poza tym z Maude i jej córkami pracowało się tragicznie. Ich ciągłe narzekanie i pretensje bardzo utrudniały skompletowanie załogi.

– Zawsze wszystko komplikujesz – westchnęła Maude. – Ludzie będą żebrać o pracę, jeśli im powiesz, kto tu zamieszka. Poza tym książę jest kawalerem i najwyższy czas, żeby to zmienić. – Mówiąc to, Maude podniosła próbnik tkanin. – Myślisz, że ten kolor pasowałby do włosów Nanette?

Jak zwykle, Sopi ledwo nadążała za tokiem rozumowania przybranej matki. Wiedziała, że dyskusja nie ma sensu. Po śmierci męża Maude przejęła pełną kontrolę nad hotelem, a Sopi nie miała środków, żeby się jej przeciwstawić. Jej jedynym wyjściem było starać się utrzymać płynność finansową rodzinnego biznesu do czasu, kiedy będzie miała dość oszczędności, by założyć sprawę w sądzie. Może to były naiwne mrzonki, ale dawały jej siłę do działania.

Dlatego zawsze starała się po prostu przystosować do pomysłów Maude i pamiętać, że pewnego dnia to ona będzie miała ostatnie słowo.

Teraz zastanowiła się, co właściwie Maude knuje. Chciała wydać jedną ze swoich córek za księcia. Człowieka, który żył w królestwie... czy też może księstwie? Nieważne. Na pewno było to daleko stąd.

Jeśli jedna z nich wyjedzie, to wyjadą wszystkie.

Światełko nadziei na końcu długiego, ciemnego tunelu sprawiło, że Sopi uśmiechnęła się szeroko.

– Wiesz co, Maude? Masz rację. To brzmi jak świetna okazja. Zaraz zacznę wszystko organizować.

Podekscytowana perspektywą pozbycia się swojej przybranej rodziny, wyszła z gabinetu Maude i ruszyła do sprzątania pokoi i czyszczenia toalet.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Rhys Charlemaine obudził się przed wschodem słońca, zanim jeszcze przyniesiono mu kawę i skrót najnowszych wiadomości. Ucieszył się, że będzie miał chwilę dla siebie; po poprzednim wieczorze był kompletnie wyczerpany towarzystwem ludzi. Właścicielka hotelu siedziała mu na głowie przez prawie dwie godziny, opowiadając o swoim pierwszym mężu, kuzynie brytyjskiego hrabiego. Ewidentnie usiłowała przy tym przedstawić swoje córki jako idealne kandydatki na księżniczki. One same siedziały cicho, ale w ich oczach błyszczało oportunistyczne ożywienie.

Rhys westchnął. Gdyby dostawał jedno euro za każą kobietę, która liczyła na pierścionek, byłby bogatszy niż wszyscy miliarderzy świata razem wzięci.

Zamiast tego sam uzbierał niezłą fortunę, opartą na rozsądnych inwestycjach, głównie w rynek nieruchomości. Połowa z tego należała do jego brata, Henrika. Rhys zajmował się biznesem, podczas gdy Henrik dbał o monarchię i politykę. Każdy z nich miał swoją działkę, ale szli ramię w ramię, zawsze mając na względzie interesy tego drugiego.

Na pierwszy rzut oka nieruchomość w dolinie przypominającej otaczające Verinę Alpy wydawała się świetnym materiałem na kolejną inwestycję. Lokalizacja stanowiłaby oczywiście pewne wyzwanie, ale po drugiej stronie jeziora był całkiem przyzwoity ośrodek narciarski. Przyciągał do hotelu gości, a co więcej również był na sprzedaż.

Maude twierdziła, że nie chce ogłaszać publicznie sprzedaży hotelu „z powodów osobistych”. Normalnie Rhys trzymałby się z dala od osoby, która już na wstępie próbuje coś kręcić, ale miał też własne powody, by przyjąć jej zaproszenie.

Zapatrzył się na zamarznięte jezioro, szukając odpowiedzi, których nie mogła dać mu władza ani pieniądze. Potrzebował cudu, choć nie wierzył w cuda. Był człowiekiem czynu, kowalem swojego losu. W tej chwili jednak jedyne, co mu zostało, wydawało się równoznaczne ze zdradą.

Pewnie powinien być wdzięczny lekarzom, że dostatecznie wcześnie wykryli u Henrika raka jąder. Leczenie miało duże szanse powodzenia i przy odrobinie szczęścia Rhys nieprędko obejmie tron. Problem w tym, że jego brat prawie na pewno będzie bezpłodny.

To oznaczało, że zadanie przedłużenia rodu spadło na Rhysa. Co z kolei znaczyło, że pilnie potrzebował żony.

Starał się odsuwać od siebie związane z tym obawy. Henrik włożył wiele trudu w to, by odzyskać należne im miejsce w Verinie, co niemal kosztowało go związek z ukochaną kobietą. Rojaliści, którzy pomogli im wrócić z wygnania, oczekiwali, że Henrik poślubi arystokratkę, a nie córkę dyplomaty. Po wszystkich przeciwnościach losu, które Henrik i Elise musieli pokonać, żeby być razem, naprawdę zasługiwali na dzieci. To Henrik powinien spłodzić następcę tronu, nie Rhys.

Nic z tego nie wydawało mu się sprawiedliwe.

Tajemnicza niebieska poświata za oknem wyrwała go z zamyślenia. Wyjrzał przed hotel i ujrzał pięknie podświetlony, parujący basen. Natychmiast nabrał ochoty, żeby się w nim zanurzyć.

 

Jak wynikało z raportu jego ochrony, lista gości pękała w szwach od młodych panien; wiele z nich było arystokratkami lub były z nimi spokrewnione. Towarzystwo pięknych kobiet nie robiło na nim wrażenia, ale doceniał wygodę takiego rozwiązania. Wyselekcjonowane kandydatki na księżną, zebrane w jednym miejscu specjalnie dla niego.

Nie miał innego wyboru jak zdecydować się na którąś z nich. Czekały go ostatnie dni wolności i zamierzał wykorzystać je do maksimum.

Zrzucił spodnie od piżamy i zostawił je na podłodze, głównie po to, by jego obsługa wiedziała, że nie został porwany. Na wygnaniu nauczył się po sobie sprzątać. Był całkiem niezłym kucharzem i potrafił sam przystrzyc sobie brodę, choć teraz oczywiście już tego nie robił.

Założył swój szlafrok z wyhaftowanym monogramem, znalazł elektroniczny klucz, który dała mu Maude, i zjechał do spa.

Sopi była tak zmęczona, że widząc mężczyznę na drugim końcu parującego basenu, pomyślała, że ma halucynacje. Godzina otwarcia spa jeszcze nie wybiła, co oznaczało, że drzwi mógłby otworzyć tylko ktoś z kluczem dla obsługi. Mężczyzna nie miał też na sobie hotelowego szlafroka, ale to akurat nie było niczym dziwnym; goście często przynosili własne szlafroki, żeby potem móc łatwo je znaleźć. Nikt jednak nie przyszedł dotąd w szkarłatnym szlafroku ze złotym, haftowanym monogramem.

Zmrużyła oczy, usiłując lepiej mu się przyjrzeć, i...

O Boże! Pod szlafrokiem był całkiem nagi!

Mężczyzna rozwiązał pasek i zsunął szlafrok z ramion. Był zbudowany jak olimpijski pływak, z szerokimi barkami, wąskimi biodrami i muskularnymi udami. Bezwstydnie odwrócił się do niej przodem i zanurkował w basenie.

Zszokowana Sopi skryła twarz w stosie ręczników. Jej policzki pokryły się ciemnym rumieńcem wstydu i czegoś, czego nawet nie potrafiła nazwać.

Tymczasem Rhys Charlemaine, książę Veriny, wynurzył się z pluskiem u jej stóp.

– Dzień dobry.

Sopi zmusiła się, by podnieść głowę i bardzo nieśmiało na niego zerknąć.

Uff. Nad wodę wystawała tylko głowa i ramiona. To powinno ukoić jej nerwy, ale z przerażeniem odkryła, że z bliska jest jeszcze bardziej przystojny. Jego kości policzkowe wyglądały jak wyrzeźbione z marmuru, a krótka broda podkreślała zmysłowe usta. Niebieskie oczy błyszczały zaciekawieniem.

En français? – spróbował.

– Co? To znaczy, pardon? To znaczy, nie. Mówię po angielsku. Dzień dobry. Ja tylko wymieniam ręczniki – dodała na wypadek, gdyby pomyślał, że go podgląda. Szybko odłożyła na wózek wszystkie ręczniki poza jednym. – Położę go przy pana szlafroku. Nasze... hm... godziny europejskie są po dziesiątej. W nocy.

– Europejskie? Ach. – Kąciki jego ust uniosły się lekko. – Powinienem mieć na sobie kąpielówki?

– Większość gości je wkłada. – Wszyscy.

– Słońce jeszcze nie wzeszło. Technicznie rzecz biorąc, wciąż jest noc. – Książę ruchem głowy wskazał stalową poświatę nad czarną jak węgiel górską granią.

– Racja. – Sopi zastanawiała się przez moment. – Ale technicznie rzecz biorąc, basen jeszcze nie jest otwarty, więc książę i tak łamie nasz regulamin.

– Jakie kary są przewidziane za łamanie regulaminu? Wątpię, żeby ktokolwiek spakował górę od kostiumu. Dołów też za wiele nie uświadczysz. U nas nie zakładamy kostiumów, idąc do spa. Sądzę, że stąd wzięły się wasze „godziny europejskie”.

Wciąż przerażona jego nagością, Sopi przycisnęła ręcznik do siebie, starając się opanować drżenie.

– Teraz rozumiem, dlaczego Maude nie chciała przyjmować w tym tygodniu rodzin z dziećmi. Najwyraźniej urządzamy zjazd nudystów.

Książę uśmiechnął się tak czarująco, że Sopi nie mogła nie uśmiechnąć się w odpowiedzi.

– Wy, Amerykanie, jesteście tak uroczo pruderyjni.

Sopi zmrużyła oczy.

– Amerykanie? Za to wy, Francuzi, jesteście... Przepraszam, książę nie jest Francuzem? – dodała z miną pokerzysty.

Przed przyjazdem księcia poczytała w internecie na jego temat. Jak się okazało, Verina była małym królestwem leżącym w Alpach między Szwajcarią, Niemcami a Francją. Verinianie mówili w językach wszystkich trzech krajów ościennych i bez wyjątku byli patriotami, zaciekle broniącymi swojego małego kraju przed zakusami sąsiadów.

– Uważam, że ludzie z Ameryki Północnej są bardzo pruderyjni – poprawił.

Sopi skinęła głową, wybaczając mu jego faux pas.

– W Kanadzie nie jesteśmy tacy pruderyjni. Ubieramy się, bo jest nam zimno. – Wskazała fruwające tu i ówdzie płatki śniegu. Co dziwne, wcale nie było jej zimno. Ciepło rozlewało się po całym jej ciele, skupiając się w podbrzuszu.

– Musisz często bywać w tym basenie. Nigdy nie pływałaś w nim nago?

– Nie, nigdy. – Nie przypominała sobie, kiedy ostatni raz miała okazję pływać w basenie. Odkurzała, prasowała, sprzątała, nigdy nie korzystając osobiście z luksusów, którymi cieszyli się goście.

– To bardzo wyzwalające. Powinnaś spróbować.

– Na pewno. – Sopi uśmiechnęła się przepraszająco, pewna, że książę śmieje się z jej wstydliwości. Ale coś w jego wzroku sprawiło, że jej serce zatrzymało się na moment.

Patrzył na nią z uwagą, jakby nagle zauważył w niej coś niezwykle fascynującego. Jakby naprawdę zapraszał ją, żeby się rozebrała i wskoczyła z nim do basenu.

Ściskanie w jej podbrzuszu nasiliło się. Gorąco paliło ją w policzki. Nagle wyraźnie poczuła szorstki materiał stanika, ocierającego się przy oddychaniu o jej twarde sutki.

Nigdy dotąd nie reagowała na mężczyzn, przynajmniej nie w ten sposób. Ostatni raz poszła na randkę w liceum, ale całowanie się z tamtym chłopakiem nie podnieciło jej nawet w połowie tak, jak samo spojrzenie tego mężczyzny. Rynek matrymonialny w Lonely Lake był bardzo mały, chyba że wzięłaby pod uwagę gości hotelu. Ale ci nie zostawali na długo.

To jest to samo, powiedziała sobie. Książę nie był nią naprawdę zainteresowany. Po prostu nudziło mu się i uznał ją za materiał na przelotną rozrywkę, jak tylu innych gości przed nim.

– Myślę, że jest tu wiele pięknych kobiet, które chętnie księciu potowarzyszą – powiedziała ze ściśniętym gardłem. Ruchem głowy wskazała okna, w których zapalało się coraz więcej świateł. – Sprawdzę, czy w saunie jest odpowiednia temperatura.

Rhys z pewnym żalem odprowadził wzrokiem pracownicę hotelu. Na początku myślał, że jest sam, dopóki nie wynurzył się naprzeciwko zawstydzonej brunetki, chowającej twarz w stercie ręczników. Jej uniform był prawie całkowicie bezkształtny, ale spodnie przylegały do nóg, podkreślając bardzo kształtne pośladki.

Prawie każda kobieta na niego reagowała, na co zwykle nie zwracał uwagi. Romanse skomplikowałyby jego i tak skomplikowane życie. Jeśli już się wiązał, to z kobietą sukcesu, która miała własne życie i nie potrzebowała bliskiej relacji, przynajmniej na początku. Utrzymywał luźne kontakty, dopóki wspomniana kobieta nie zaczynała proponować małżeństwa. Czasem też wspominały, że w przyszłości chciałyby mieć dzieci. Do tego też podchodził niechętnie... aż do niedawna.

Do niedawna Rhys sądził, że wcale nie musi się żenić. Pozostanie kawalerem było jego największym luksusem i jedną z niewielu kwestii, w których miał wolność wyboru. Rodzina i małżeństwo byłyby tylko kolejnym obowiązkiem na i tak długiej liście. Zamierzał odwlekać w nieskończoność i jedno, i drugie.

Nagle podniósł głowę, słysząc nad sobą czyjś chichot. Dwie młode kobiety w koszulach nocnych stały na balkonie i patrzyły na niego jak na małpę w zoo. Pomachały do niego, dyskretnie ustawiając się tak, by pokazać jak najwięcej nóg i dekoltu.

I się zaczyna, pomyślał ponuro.

Postanowił poszukać tamtej sympatycznej dziewczyny, bo poprosić ją, żeby jeszcze nie otwierała basenu. Ale nie mógł jej znaleźć, przez co jego irytacja wzrosła. Dlaczego właściwie tak mu na tym zależało? Nawet nie wiedział, jak miała na imię. Nie powinien się nią interesować. Hotel pękał w szwach od pięknych kobiet o odpowiedniej pozycji społecznej.

Nie czuł najmniejszego entuzjazmu na myśl o odzianych w jedwabne szlafroki ciałach. Wciąż miał przed oczami czystą, nieumalowaną twarz o czekoladowych oczach i długich rzęsach. Była bardzo ładna, nie drapieżna i rozerotyzowana jak wybiegowa modelka, ale drobna i krągła. Ciekawe, jak wysoka by była, gdyby stanęli obok siebie? Musiałby się mocno schylić, żeby ją pocałować...

Nie.

Zmełł w ustach przekleństwo, zaczerpnął powietrza i wskoczył do basenu, by wysiłkiem rozładować frustrację.

Spięta i nerwowa, Sopi nie mogła się doczekać, aż książę opuści hotel. Uspokoił ją dopiero widok odlatującego helikoptera. Wykończona po długiej nocy, z ulgą umknęła do swojego domku na drzemkę.

Z sześciu drewnianych domków typu brda ten stał najdalej od głównego budynku. W jakimś momencie zamieniono go w magazyn na materace i minilodówki. Sopi wykorzystała jedną na własny użytek, a ogrzewanie działało, więc dało się tam mieszkać.

Mimo wszystko, malutką sypialnię nad magazynem ciężko było porównać z resztą miejsc noclegowych w Cassiopei. Zanim jej ojciec umarł, kiedy miała piętnaście lat, Sopi mieszkała w apartamencie menedżerskim naprzeciwko kuchni. Niedługo po jego śmierci apartament przejął menedżer zatrudniony przez Maude. Później zajęła go sama Maude, która postanowiła zostać menedżerką; tyle że jej wersja zarządzania polegała na przerzucaniu wszystkich obowiązków na Sopi.

Przez jakiś czas Sopi tułała się między kwaterami dla gości i pracowników, aż skończyła w domku na skraju posiadłości. Tymczasem córki Maude zajęły penthouse, głośno przy tym narzekając, że nie mogą mieszkać w Europie.

Sopi nie lubiła przedzierać się nocą przez śnieg, ale cieszyła się, że ma własny kąt. Wstawiła do niego niebieski aksamitny fotel, odziedziczony po matce, i wypłowiały jedwabny dywanik. Jej łóżko, kupione z drugiej ręki, było dziecięcym łóżkiem piętrowym połączonym z biurkiem. Ozdabiały je kreskówkowe księżniczki, ale Sopi to nie przeszkadzało. Przypominały jej, by nie rezygnować z dziecięcych marzeń.

Dawno temu jeden z gości hotelu rozpuścił głupią plotkę, jakoby właściciele tego przybytku wywodzili się od szlachty. Wymyślił sobie, że nieżyjąca matka Sopi była córką wygnanego króla. Słysząc to, jej ojciec tylko zaśmiał się i pokręcił głową. Powiedział, że to ładna legenda, która może przyciągnąć do spa więcej gości, ale nic więcej.

Sopi westchnęła i bez kolacji położyła się do łóżka. Poustawiane jeden na drugim kartony po mleku, stanowiące większość jej spiżarni, były puste. Nie miała czasu, żeby kupić płatki śniadaniowe, czy uzupełnić zapas zupek błyskawicznych.

Położyła głowę na poduszce i natychmiast zapadła w sen tak głęboki, że nie obudziłby jej nawet wybuch bomby.

Za to odległy warkot helikoptera obudził ją natychmiast.

Niech to szlag. Śniło jej się, że jest w gorącym basenie, naga, a para błękitnych oczu...

Żałosne.

Ogarnął ją wstyd i poczucie winy. Zerknęła na telefon, na którym zdążyła się uzbierać cała masa wiadomości od innych pracowników. Tworzyli zgrany zespół, ale to była praca, ciężka praca. Wzięła prysznic, ubrała się i pospieszyła z powrotem do hotelu.

Rozwiązała kilka problemów, ugasiła kilka pożarów i znalazła się w salonie manicure, słuchając manikiurzystki narzekającej na dostawę naklejek na paznokcie w kształcie damskich szpilek.

– Miały być kolorowe i błyszczące, a są czarne i matowe. A kiedy nałożysz na nie przezroczysty lakier, marszczą się i odpadają.

Sopi zmarszczyła brwi, wzięła lakier, naklejki i usiadła przy stole z tyłu salonu. Wszystkie fotele w salonie były zajęte przez klientki mające nadzieję na spotkanie z księciem.

Odkąd Sopi skończyła dwanaście lat, pomagała przy wszelkiego rodzaju zabiegach pod okiem wykwalifikowanego personelu. Nie miała żadnych certyfikatów, ale potrafiła zrobić w spa prawie wszystko, od pasemek po masaż szwedzki. Gdyby był wolny fotel, pomogłaby obsłużyć klientki, ale miała za dużo do zrobienia gdzie indziej.

Przykleiła naklejkę na jeden paznokieć u każdej stopy i pomalowała je lakierem bezbarwnym. Po chwili namysłu przykleiła na nie po kilka błyszczących cekinów, by sprawdzić, czy będą się lepiej trzymać i ładniej wyglądać. Właśnie dmuchała na paznokcie, żeby szybciej wyschły, kiedy zadzwonił jej telefon. Odebrała go, słuchała przez chwilę, po czym skoczyła na równe nogi i pobiegła do salonu masażu.

Karl, pulchny norweski masażysta, nie miał zmiany tego dnia, ale Sopi zauważyła go na korytarzu.

 

– Karl! – szepnęła nagląco. W spa obowiązywał zakaz głośnych rozmów, by goście mogli się odprężyć i zrelaksować. – To twoja żona. – Podała mu telefon.

Karl zbladł, porwał telefon z jej dłoni i przez chwilę rozmawiał.

– Muszę lecieć – powiedział, rozłączywszy się. – Położna jest w drodze. To już czas.

– Nareszcie! Jedź do domu. – Sopi z szerokim uśmiechem wzięła od niego komórkę. – Trzymam kciuki, żeby wszystko dobrze poszło.

– Dziękuję. – Karl ruszył przed siebie, ale zatrzymał się po kilku krokach. – O nie, mój telefon dalej tam jest! I klient na mnie czeka...

– Karl – Sopi uspokajająco uścisnęła jego ramię – nie martw się klientem. Ja go obsłużę. Weź telefon i jedź do swojej żony.

Karl skinął głową, zapukał i otworzył drzwi przed Sopi.

– Bardzo przepraszam – zaczął, wchodząc. – Moja żona właśnie zaczęła rodzić, ale zostawiam pana w dobrych rękach. O, tu jest. – Karl podniósł telefon z półki nad rzędem olejków. Odwrócił się do Sopi. – Dzwoniła do mnie, ale miałem wyciszony telefon. Książę poczuł ból w kręgosłupie lędźwiowym, kiedy zbyt gwałtownie skręcił na nartach. Chce się upewnić, że nie przerodzi się to w nic poważnego.

Tylko nie to! Sopi tępo skinęła głową, nie potrafiąc wydobyć z siebie głosu. Bardzo się starała, żeby nie patrzeć w stronę umięśnionego ciała wyciągniętego na leżance.

– Dziękuję – powiedział jeszcze Karl i wybiegł z pokoju.

Sopi wzięła głęboki oddech.

– Przepraszam za tę zmianę – zdołała wydusić.

Książę drgnął, jakby zaskoczył go dźwięk jej głosu.

Sopi podeszła, by poprawić przykrywające go od pasa w dół prześcieradło. Kiedy zaczęła zakładać brzeg prześcieradła za gumkę jego bokserek, zdała sobie sprawę, że książę ich nie ma. Naprawdę?