Koniec loduTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książkę tę dedykuję przyszłym pokoleniom

wszystkich gatunków. Wiedzcie, że wśród nas było wielu

takich, którzy zrobili wszystko, co mogli.

Nie ma miejsc nieuświęconych.

Są tylko miejsca święte i zbezczeszczone.

Wendell Berry

Wstęp

Lot trwa tak długo, że mam czas dojrzeć – choć to tylko ułamki sekund, jak mijam pędzącą w górę ścianę błękitnego lodu – eony zastygłe w lodowcu. Zakładam, że spadłem wystarczająco nisko, by pociągnąć za sobą w szczelinę mojego partnera od liny, Seana. Właśnie tak wygląda śmierć w górach, podpowiada mi głosik w głowie.

Ledwie przeszło mi to przez myśl, napięta lina szarpnęła moją uprzężą. Podskoczyłem na niej kilka razy, dopóki nie uspokoiły się dynamiczne siły oddziałujące na linę. Jakimś cudem Sean wyłapał mój lot i wciąż znajdował się na powierzchni lodowca.

Otrzepuję włosy, ramiona i klatkę piersiową ze śniegu i kawałków lodu, obciągam rękawy koszulki. Chowam głębiej okulary lodowcowe, które prawie wypadły mi z kieszeni spodni wspinaczkowych. Sprawdzam, jak się mam, i ze zdumieniem stwierdzam, że nie odniosłem żadnych obrażeń. Oceniając sytuację, odkrywam, że w pobliżu nie ma żadnej półki lodowej, by poluzować napiętą linę i by Sean mógł zacząć zakładać system bloczków, aby w końcu mnie wyciągnąć.

Patrzę w dół.

Oprócz czerni – nic.

Spoglądam na ścianę błękitnego lodu tuż przede mną. Biorę głęboki oddech i patrzę w górę, na malutką dziurkę, w którą wpadłem, kiedy przebiłem most śnieżny łączący brzegi szczeliny – ten sam most, który wcześniej bez przeszkód pokonał Sean. Szliśmy przez alaski lodowiec Matanuska w stronę Mount Marcus Baker w paśmie Chugach.

– Zerknij sobie w dół ostatni raz i koniec – mówię na głos.

Znów widzę tylko ziejącą pode mną czarną pustkę, połykającą wszystko, nawet dźwięk. Mam ściśnięty żołądek. Przypominam sobie, żeby oddychać.

– W porządku, Sean?! – krzyczę, montując na linie przyrządy zaciskowe, gdy przygotowuję się do wyjścia w górę.

– Tak, okej, ale jestem na samej krawędzi! – odkrzykuje. – Nie mam gdzie założyć stanowiska, żeby się wypiąć z liny, więc nie wychodź. Będziemy musieli poczekać, aż tamci nas dogonią.

Czas płynie.

Od zimna mam drgawki, nad którymi nie potrafię zapanować, a one oznaczają początek hipotermii. Dyndam na linie i chcąc zapomnieć o strachu przed śmiercią, patrzę w zadumie na ścianę lodu znajdującą się kilkadziesiąt centymetrów przede mną. Malutkie bańki powietrza, które można zobaczyć w bielszym lodzie bliżej powierzchni lodowca, tutaj już dawno zostały sprasowane, ustępując miejsca hipnotyzującemu pięknu liczącego setki lat turkusu. Trochę głębiej w tej szczelinie kryje się lód, który powstał, zanim na świecie pojawili się neandertalczycy.

Wiszę w ciszy, świadom tego, że nie mogę się poruszyć, by nie pociągnąć Seana. Ze wszystkich sił skupiam się na ścianie lodu tuż przede mną i na tym, jak delikatnie światło z góry przenika całkowicie gładką powierzchnię i się od niej odbija. Gdy tak się wpatruję w ten błękit, wydaje się nieskończony. Pomimo niebezpieczeństwa, w jakim się znajduję, piękno lodowca mnie uspokaja.

Lekkie płatki śniegu o niezliczonych kształtach osiadają w górzystym krajobrazie. Śnieg ugniata się pod własnym ciężarem, tworząc lodowce, które niszczą powierzchnię ziemi, a więc ją formują. Całe miliony ton z pomocą siły grawitacji ciągną i pchają te zmarzłe rzeki po pochyłościach, ryjąc kotliny i rynny w wypiętrzonych płytach tektonicznych i rzeźbiąc majestatyczne zbocza gór, do których ciągnęło mnie już w dzieciństwie.

Wreszcie docierają do nas pozostali dwaj członkowie ekipy. Przymierzają się do wyswobodzenia Seana z miejsca, w którym utknął, dosłownie kilkanaście centymetrów od krawędzi szczeliny. We trzech zakładają system bloczków. Z mozołem zaczynają wyciągać mnie z mojego niedoszłego grobowca. Wciąż patrzę na subtelnie zmieniające się odcienie błękitu w lodzie i, zahipnotyzowany ich pięknem, zbliżam się coraz bardziej do powierzchni.

Koledzy wyciągają mnie na skraj szczeliny. Kilka razy wbijam czekan w śnieg i wyczołguję się na zewnątrz. Nigdy wcześniej nie czułem takiej wdzięczności za to, że stoję na lodzie. Podnoszę się i kieruję wzrok ku zachodowi, na szczyt, za którym właśnie skryło się słońce. Z jednego z grzbietów wyłaniają się śnieżne pióropusze, w zachodzącym słońcu wyglądające jak wstęgi rudej czerwieni. Płatki śniegu migocą, odpływając w dal.

Moje drżące ciało zalewa fala ulgi. Z wdzięczności i odpuszczającego napięcia wydaję głośny okrzyk. To, że żyję i że otacza mnie piękno górskiego krajobrazu, jest tak dojmujące, że ściskam wszystkich trzech członków ekipy. Teraz, gdy już jestem bezpieczny, dociera do mnie, że byłem bliski śmierci.

Wydarzyło się to w 2013 roku w Międzynarodowy Dzień Ziemi. Z perspektywy czasu sądzę, że emocje, które wtedy mną targały, miały swoje drugie źródło: głębszą świadomość, że istniejący od tysięcy lat lód, który wtedy oglądałem, znika. Przez siedem lat wspinania się na Alasce mogłem niczym widz z pierwszego rzędu obserwować dramatyczne skutki spowodowanych działalnością człowieka zaburzeń klimatu. Co roku zauważaliśmy, że czoło lodowca znów się cofnęło. Na dorocznym festiwalu wspinaczki lodowej musieliśmy iść coraz dalej i dalej po zbrylonym, zamarzniętym błocie, pozostawionym przez gwałtownie cofające się czoło lodowca. Każdego roku parking przesuwano bliżej lodowca, a lodowiec z kolei oddalał się od parkingu. Nawet na stokach Denali[I], wznoszącej się ponad 6000 metrów nad poziomem morza i leżącej jakieś 400 kilometrów od koła podbiegunowego, można zaobserwować zdumiewające zmiany. Jej lodowce również szybko znikają.

Nasza planeta gwałtownie się zmienia. Jesteśmy świadkami precedensu; procesu, którego historia ludzkości ani nawet geologia dotychczas jeszcze nie widziała. Już dekady temu naukowo dowiedziono, że dwutlenek węgla (CO2) i metan, czyli gazy cieplarniane, mają zdolność zatrzymywania ciepła. Jak podaje NASA: „Nie ma wątpliwości, że zwiększone emisje gazów cieplarnianych muszą skutkować ocieplaniem się ziemskiego klimatu”[1]. Dowody naukowe wskazują, że emisje gazów cieplarnianych doprowadzają do dziesięciokrotnie szybszego ocieplania się Ziemi, niż powinno to mieć miejsce, czego skutki odczuwa dosłownie cała biosfera[2]. Oceany ogrzewają się w niespotykanym tempie, coraz dotkliwsze i częstsze susze i pożary zmieniają stan lasów na całym świecie, a kriosfera Ziemi – czyli takie jej części, w których woda ma formę lodowej zmarzliny i śniegu – topnieje w coraz szybszym tempie. Podmorska wieczna zmarzlina w Arktyce zaczyna odmarzać. W każdej chwili może jej się „odbić” uwięzionym wcześniej metanem, w rezultacie czego do atmosfery trafią gazy o kilkukrotnie większej objętości niż cały dwutlenek węgla dotychczas wyemitowany przez ludzkość. Skutki będą katastrofalne.

W wyniku zaburzania klimatu ekstremalnie zmieniają się też warunki pogodowe. Wzmagają się huragany i powodzie. Gorętsza atmosfera zatrzymuje na przykład więcej wilgoci, prowadząc do częstszego występowania katastrof opadowych. Podczas huraganu Harvey nad Houston w USA latem 2017 roku spadło tyle deszczu, że pod ciężarem wody powierzchnia ziemi zapadła się o dwa centymetry[3].

Podobne emisje CO2 do atmosfery nie przytrafiły się Ziemi od pliocenu, czyli około 3 milionów lat temu. Za 500 lat trzy czwarte tej objętości wciąż będzie na Ziemi. Biorąc pod uwagę, że potrzeba dekady, by całkowicie odczuć efekty cieplarniane emisji CO2, to nieprędko zapoznamy się z pełnymi skutkami obecności dwutlenku węgla, który dziś emitujemy[4]. Nawet gdybyśmy zaprzestali emisji gazów cieplarnianych, absorpcja przez oceany tego, co aktualnie unosi się w atmosferze, zajmie następne 25 tysięcy lat. Zaburzanie klimatu postępuje szybciej niż kiedykolwiek wcześniej i szybciej, niż podejrzewaliśmy. Od 2001 roku zanotowano siedemnaście z osiemnastu najgorętszych lat w historii pomiarów[5]. Oznaki cierpienia naszej przegrzanej planety są widoczne wszędzie. Raportów, badań i ostrzeżeń przybywa codziennie. Rzeczywistość przeszła najśmielsze z najgorszych przewidywań Intergovernmental Panel on Climate Change [Międzyrządowy Zespół do spraw Zmian Klimatu; IPCC] dotyczących wzrostu temperatur, ekstremalnej pogody, wzrostu poziomu mórz i zwiększenia się zawartości dwutlenku węgla w atmosferze. Niezliczone lodowce, rzeki, jeziora, lasy i gatunki już znikają w nieodnotowanym nigdy wcześniej tempie. Jest to konsekwencją wzrostu globalnej mediany temperatur o „zaledwie” jeden stopień Celsjusza w porównaniu do wyjściowych temperatur okresu przedprzemysłowego. Niektórzy naukowcy twierdzą, że do 2100 roku wzrośnie ona nawet o dziesięć stopni Celsjusza[6].

Badanie pod kierunkiem Jamesa Hansena, byłego dyrektora Goddard Institute for Space Studies w NASA [Instytut Badań nad Kosmosem imienia Roberta H. Goddarda] ostrzegało, że nawet ocieplenie o dwa stopnie Celsjusza spowodowało niepohamowane topnienie pokrywy lodowej zarówno w Antarktyce, jak i na Grenlandii. Do 2050 roku doprowadzi ono do podniesienia globalnego poziomu mórz nawet o trzy metry, czego skutkiem będzie zalanie wielu dużych przybrzeżnych miast[7]. Nowy Jork, Boston, Miami, Tampa, Nowy Orlean, Dżakarta, Singapur, Osaka, Tokio, Bombaj, Kalkuta, Dhaka i Hồ Chí Minh to tylko kilka przykładów miast, które prędzej czy później będzie trzeba przenieść albo zostawić na pastwę morza.

 

Wspinaczka wysokogórska w dzisiejszym zachwianym klimacie bardzo różni się od tego, czym była niegdyś. Lodowce znikają nam przed oczami, skurczywszy się do najmniejszych zanotowanych rozmiarów. Teraz topnieją szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Jeśli chodzi o Amerykę Północną, przewiduje się, że do 2100 roku w zachodniej Kanadzie zniknie 70 procent lodowców[8]. W Parku Narodowym Glacier w Montanie w 2030 roku najprawdopodobniej nie będzie już żadnych aktywnych lodowców. Pradawnego lodu Manatuski gwałtownie ubywa. Drastyczne zmiany zachodzą też w najwyższych i najzimniejszych miejscach Ziemi. Zmienia się choćby Mount Everest (znany też jako Sagarmatha lub Czomolungma). W Himalajach do 2100 roku prawdopodobnie nawet o 99 procent zmaleją tysiące lodowców[9]. Dziecko, które urodzi się teraz, za swego życia zobaczy Mount Everest bez lodowców.

Zanim zacząłem pisać tę książkę, znałem już stopień zaawansowania spowodowanych przez człowieka zaburzeń klimatu. W latach 1996–2006 mieszkałem na Alasce i spędziłem trochę czasu na tamtejszych lodowcach. Już pod koniec lat 90. przez większość ferii świątecznych w Anchorage nie można było się cieszyć śniegiem leżącym na ziemi, wodospady wykorzystywane przeze mnie i moich znajomych do wspinania się po lodzie czasem zimą ledwie zamarzały, a lodowce, przez które przedostawaliśmy się do szczytów, kurczyły się z roku na rok. Nie zdawałem sobie jednak sprawy z tego, co działo się w oceanach i lasach deszczowych. Nie wiedziałem o wzroście poziomu mórz i wpływie zmieniającego się klimatu na bioróżnorodność.

O środowisku i klimacie zacząłem pisać w 2010 roku i od tego czasu opublikowałem ponad sto artykułów o zaburzaniu klimatu, wygłosiłem wiele wykładów i udzieliłem na ten temat licznych wywiadów do radia. Ta działalność stworzyła podwaliny pod moje poszukiwania, więc kiedy przygotowując się do napisania tej książki wyruszyłem w teren, wiedziałem, czego się spodziewać. Ludzie już zakłócili systemy klimatyczne naszej planety. To dlatego zamiast używać popularnego określenia „zmiany klimatu”, wolę posługiwać się zwrotem „antropogeniczne (czyli spowodowane przez człowieka) zaburzanie klimatu”. Nie ma wątpliwości, że odpowiada za nie rodzaj ludzki.

Początkowo przy pisaniu tej książki obrałem sobie za cel pokazanie, co dzieje się dookoła świata: od wyżyn Denali do Wielkiej Rafy Koralowej; od dalekich, smaganych wiatrem wysp na Morzu Beringa do wybrzeży Florydy. Chciałem sprawdzić, jak susza i pożary wpływają na lasy zachodnich Stanów Zjednoczonych, i zorientować się, do czego dochodzi w Amazonii, największym lesie deszczowym świata. Wiedząc, że większość ludzi prawdopodobnie nigdy nie odwiedzi tych miejsc, miałem nadzieję, że uświadomię moim czytelnikom palącą potrzebę zażegnania planetarnego kryzysu, przekazując im relację naocznego świadka, który widział, co dzieje się z lodowcami, lasami, fauną, rafami koralowymi i oceanami, a to wszystko poprę danymi zaczerpniętymi z badań zasłużonych naukowców.

Praca reporterska przy tej książce okazała się dla mnie trudniejsza niż te lata, które spędziłem jako korespondent wojenny w Iraku. Zdałem sobie jednak sprawę z tego, że tylko dzięki odczuwaniu bliskości z tymi miejscami będziemy w stanie je poznawać, może kochać, a na pewno zacząć się o nie troszczyć. Tylko przez bliskość ze światem przyrody możemy w pełni zrozumieć, jak tragicznie nasze działania na niego wpływają.

Święta góra Maćhapućhare w Nepalu wyrasta nagle na wschodniej granicy rezerwatu Annapurna. W dzieciństwie zobaczyłem jej zdjęcie w podręczniku do geografii i natychmiast zachwycił mnie jej majestat. Kształtem przypomina ona rybi ogon, a ostra jak nóż krawędź, która tworzy jej szczyt, to linia skał opadająca niebezpiecznie z obu stron – sprawia wrażenie cienkiej jak papier. Wierzchołek, położony niemal 500 metrów wyżej niż Denali, jest więc jednym z najefektowniejszych wypiętrzeń na świecie. To arcydzieło przyrody.

Nepalczycy wierzą, że Maćhapućhare jest świętą górą Śiwy, jednego z najważniejszych bóstw w hinduizmie, znanego zarówno jako „Niszczyciel”, jak i „Zmieniający”. Uważa się, że nie ma własnego kształtu: jest bezgraniczny, transcendentny i wiecznie niezmienny. Wspinaczom nie wolno wchodzić na tę górę i do dziś ludzka stopa nie postała na jej szczycie. Sądzę, że to słuszna decyzja. Zawsze pragnąłem, by jeszcze więcej miejsc na Ziemi znajdowało się poza zasięgiem człowieka.

Gdy jako młody człowiek wpatrywałem się w tamto zdjęcie, czas przestawał istnieć. Zakochałem się w Maćhapućhare, a przez to w ogóle wsiąkłem w góry. Mając dziesięć lat, pierwszy raz zobaczyłem zarysy Gór Skalistych w Colorado, odcinające się na tle zachodu słońca, i zaniemówiłem z wrażenia. Jesienią 1995 roku odwiedziłem Alaskę – pojechałem w krótką podróż samochodem do Parku Narodowego i Rezerwatu Denali. Kiedy popołudniowe chmury się rozpłynęły, by odsłonić majestat szczytu Denali, w pierwszym odruchu chciałem się ukłonić. Rok później przeprowadziłem się na Alaskę i wytrenowałem we wspinaczce wysokogórskiej po to, by mieć dostęp do tych ustroni, jak najdalej od przemocy, prędkości i chciwości naszego coraz bardziej dystopijnego świata przemysłowego. Amerykanin szkockiego pochodzenia John Muir, przyrodnik, pisarz, filozof i pionier ochrony przyrody, napisał kiedyś dokładnie to, co wtedy czułem: „Marnuję cenne dni. Sprowadzam siebie do poziomu maszyny do zarabiania pieniędzy. Nie uczę się niczego w tym trywialnym królestwie człowieka. Muszę się oderwać, wyjść w góry, by się dowiedzieć czegoś o świecie”.

Lodowiec to zasadniczo zawieszona energia, zawieszona siła. Jest czasem – w sensie życia zamrożonego w czasie. Teraz jednak samym tym zamarzniętym rzekom czasu kończy się czas. Ekosystemy planety, dziś zmuszone do przystosowania się ponad swoje siły do zadawanych przez człowieka ran i wywieranej przez niego presji, osuwają się w nicość. Spadając w szczelinę, widziałem, jak w ułamkach sekund przed oczami przelatują mi setki lat ściśnięte w lodowej masie. Podobnie gatunki biologiczne, lodowce, rzeki, jeziora i lasy w mgnieniu geologicznego oka nikną w przepaści zapomnienia.

Nowoczesne życie sprasowało czas i przestrzeń. Dzięki podróżom samolotem, błyskawicznej komunikacji i dostępowi do informacji można przemierzyć glob w kilkanaście godzin bądź znaleźć odpowiedź na jakieś pytanie kilka nanosekund po jego postawieniu. Na żądanie dostajemy zawsze wszystko, czego chcemy, a płacimy za to całkowitym oderwaniem od planety, która podtrzymuje nasze życie.

Podróżuję do dzikich zakątków i w wysokie góry świata głównie po to, by dać przestrzeni i czasowi możliwość rozciągnięcia się do poprzednich rozmiarów. Gorączkowe tempo współczesnego życia wywiera na planetę niszczący wpływ. Ludzie doprowadzili do przemian ponad połowy niepokrytych lodem lądów Ziemi. Zmieniliśmy skład atmosfery i zawartość oceanów, z których się wywodzimy. Dziś zużywamy ponad połowę dostępnych spływów wody słodkiej na planecie, a na większości dużych rzek postawiono tamy lub zmieniono ich bieg. Jako gatunek znajdujemy się na krawędzi przyszłości, którą sami sobie geoinżynieryjnie stworzyliśmy. Uporczywie obstajemy przy tym, by z niepohamowanym apetytem pożerać przyrodę. Nie mieliśmy ochoty słuchać ostrzeżeń wysyłanych przez Ziemię, a żadna ekipa ratunkowa nie śpieszy na pomoc.

[I] Do roku 2015 Denali nazywała się Mount McKinley – przyp. tłum. Przypisy dolne pochodzą od tłumaczki, końcowe od autora.


Denali widziana z bazy głównej położonego trzy kilometry w pionie poniżej południowego wierzchołka o wysokości 6190 m n.p.m. Fot. Dahr Jamail

1. Denali

18 czerwca 2016 roku. Jestem na wysokości pięciu kilometrów nad poziomem morza. Bezlitosny wiatr huczy nad jałowym krajobrazem wokół obozu wyższego z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. W ciągu ostatniej doby drastycznie się wzmógł i będzie tylko przybierał na sile.

Na Denali spędziłem wiele miesięcy życia, wspinając się sam i pracując jako przewodnik górski oraz ochotniczo zajmując się ratownictwem dla National Park Service [Służba Parków Narodowych]. Właśnie dlatego jestem w obozie wyższym. NPS korzysta z pomocy setek ochotników, by zasilić szeregi strażników przebywających na górze. Wraz ze strażnikami dobieramy się w patrole mające między innymi stale nadzorować każdy obóz na górze, by pomóc wspinaczom znajdującym się w opałach.

Podchodzę z respektem do pogody na górze, ale mimo wszystko – wspiąwszy się na szczyt trzy razy, za każdym razem inną drogą – nigdy nie znalazłem się tak wysoko w tak potężnej burzy jak dziś. Wiedząc, że tylko będzie się wzmagać, strażnik dowodzący naszym patrolem, Mik Shain, pozwolił zejść nam, trzem ochotnikom. Denali tak samo kocham, jak i się jej boję, ale ku swojemu zdziwieniu nawet się nie zawahałem. Zaskoczyło mnie to, bo przecież aż za dobrze wiem, że straszliwe burze potrafią dosłownie zdmuchnąć ekipy ze zboczy najwyższej góry Ameryki Północnej.

– Zostanę, Mik. Chcę zostać – odpowiedziałem, przekrzykując ryk wiatru i łopot przedsionka namiotu. Wiem, że Liam, lekarz z naszego patrolu i mój namiotowy współlokator, oraz Brian, drugi ochotnik, chętnie zejdą do obozu poniżej, na wysokość 4300 metrów, by przeczekać burzę, i wrócą do obozu wyższego, gdy ucichnie. Ze względu na wysokość i obwód bryły Denali, będącej jednym z największych pojedynczych masywów górskich, rzadko występuje wszędzie taka sama pogoda. Nad obozem wyższym mogą wyć wiatry, ale obóz leżący zaledwie kilometr niżej może być na nie znacznie mniej narażony.

Poprzedniej nocy całą tylną połowę naszego namiotu przysypał wiejący śnieg. Na szczęście rozstawiliśmy namiot w głębokim dole wykopanym w śniegu i jeszcze wzmocniliśmy wysokie na metr wiatrochrony z bloków śnieżnych. Tylko murek i dołek powstrzymywały wiatr przed rozerwaniem namiotu i sprzętu na strzępy albo, co gorsza, przed oderwaniem go od zbocza i zdmuchnięciem na Lodowiec Petersa leżący poniżej.

Ochrona przed śniegiem kosztuje. Głęboką jamę trzeba ciągle opróżniać z białego puchu. Gdy Liam pakuje sprzęt, by zejść z Brianem, ja zaczynam odkopywać namiot.

Ponieważ Denali leży zaledwie 3000 kilometrów od bieguna północnego, znajduje się bliżej górnej granicy troposfery (warstwy atmosfery, w której toczy się życie) niż wyższe szczyty położone w niższych szerokościach geograficznych. Warstwa atmosfery Ziemi jest cieńsza przy biegunach; na równiku jest gruba na dwadzieścia kilometrów, na biegunie północnym sięga średnio sześciu kilometrów. Bliskość Denali do górnej granicy troposfery oznacza, że na szczycie jest 42 procent mniej tlenu niż na poziomie morza z powodu znacznie niższego ciśnienia powietrza niż to, które panowałoby na podobnie wysokiej górze bliżej równika. Z tego samego powodu Denali jest też bliżej prądu strumieniowego, więc dosyć często występują tam wiatry o prędkości przekraczającej 160 kilometrów na godzinę.

Przez tę wysokość zmęczenie fizyczne jest o wiele bardziej odczuwalne niż normalnie. Po zaledwie półgodzinie odgarniania śniegu, wyczerpany wczołguję się do namiotu. Gdy ja chwilowo odpoczywam, śnieg znów wypełnia dno wykopu, wychodzę więc go odgarniać. Rytuał ten dopiero się rozpoczyna, a przez najbliższe kilka dni będzie moją pokutą za pozostanie w obozie wyższym.

Namiot Mika rozstawiliśmy na platformie zaraz nad moim. Koczuje tam ze swoją narzeczoną, Sue Wolf. Wiatry wzmagają się w ciągu dnia do tego stopnia, że do komunikacji musimy używać krótkofalówek, chociaż jesteśmy od siebie oddaleni o zaledwie trzy metry.

– Dahr, może wzmocnimy namioty. Najgorsze dopiero nadchodzi – mówi mi Mik przez radio.

Odpowiadam, że spotkamy się na zewnątrz, po czym wypełzam ze śpiwora i zaczynam żmudny proces wkładania puchowych spodni, kurtki, pełnej kominiarki, gogli narciarskich, rękawic, butów lodowcowych i termicznych ochraniaczy na buty. Wreszcie wychodzę w zawieję. Biorę łopatę i z trudem brnę przez wiatr do ich namiotu. Wszyscy troje powoli, ale miarowo wzmacniamy wiatrochrony z bloków śnieżnych, domontowujemy maszty do namiotu i mocniej zaciągamy linki. To samo przy moim namiocie.

 

Zajmuje to kilka godzin, więc od czasu do czasu robimy przerwę na oddech. Połykając powietrze, patrzę, oczarowany, jak nad niższym szczytem północnym gromadzi się czapa chmur, taka sama jak ta wisząca nad wyższym szczytem południowym na wysokości 6190 metrów. Czapy chmur pojawiają się wtedy, gdy ciepłe, wilgotne powietrze z niższych wysokości zostaje gwałtownie wypchnięte w górę, w znacznie chłodniejsze powietrze znajdujące się wyżej. Zjawisko to nosi nazwę unoszenia orograficznego.

Kształty chmur jak z innego świata, wyglądające jak zmarszczki na wodzie, unoszą się z dołu i omiatają urwistą krawędź obozu wyższego. Obóz na wysokości 4300 metrów jest położony o kilometr w pionie poniżej, na lodowej półce, która kończy się przyprawiającym o zawrót głowy półtorakilometrowym spadkiem ku lodowcowi Kahiltna. Nad naszymi głowami przesuwa się warstwa chmur. Jest tak blisko, że Mik, Sue i ja na zmianę wyciągamy w górę ręce, by jej dotknąć, ale znajduje się ona odrobinę poza naszym zasięgiem, gdyż prąd powietrza gwałtownie popycha ją w górę i od nas do wierzchołka północnego. Tam układa się ona w klasyczny soczewkowaty kształt kłębiastego beretu – zawsze stanowiącego ostrzeżenie przed ostrymi wiatrami. Śmiejemy się, rozbawieni dziwacznymi kształtami chmur, energią wiatru i sobą nawzajem, dyszącymi i skaczącymi w powietrze, gdy próbujemy dotknąć pędzących kłębów wilgoci.

Rzadkie przebłyski popołudniowego słońca kryją się za śnieżnymi wirami, zwiewanymi przez długie, stałe podmuchy wiatru, które mogą zwalić z nóg. Gdy przybierają na sile, zaczynają odrywać od zboczy obozu płaty utwardzonego śniegu wielkości drzwi i pchać je w dół.

Wiatr w porywach osiąga teraz prędkość prawie 110 kilometrów na godzinę, więc czasem mnie poddusza. Stanięcie twarzą pod wiatr jest jak picie z węża strażackiego; przy stanięciu tyłem wiatr wysysa powietrze z płuc. Szybko się orientuję, że najłatwiej jest oddychać, kiedy stoi się bokiem do wiatru.

W dużej mierze udaje mi się oczyścić namiot ze śniegu, wślizgnąć się do środka, powoli i metodycznie zdjąć sprzęt, i z powrotem wpełznąć do śpiwora.

Wokół mnie i nade mną wiatr huczy tak bardzo, że muszę włożyć zatyczki do uszu. Przy niektórych porywach zdaje mi się, że w boki namiotu tłucze ogromna ręka; targają ściankami jak podczas gwałtownego trzęsienia ziemi. Gdy nadchodzi wieczór, wiatry rozpędzają się do 145 kilometrów na godzinę. Wieczorem temperatura ma wynieść minus dwadzieścia sześć stopni Celsjusza, a to znaczy, że odczuwalna sięga minus pięćdziesięciu jeden.

Porywy wiatru pędzą jeden za drugim tak, że namiot stale się rusza. Moje rękawiczki, komin na szyję, polarowa czapka i gogle, powieszone w namiocie na prostokątnie rozpiętym sznurku, podskakują w górę i w dół i kołyszą się z boku na bok. W rzadkich chwilach ciszy wokół namiotu i tak słychać ryk wiatru nade mną: głęboki, stały i dziki, jak stukot przetaczającego się pociągu towarowego.

Jestem na górze od prawie trzech tygodni. Cuchnę. Głodne tlenu ciało rusza się o połowę wolniej. Jestem osowiały, a podejmowanie decyzji stanowi co najmniej wyzwanie. Jestem sam w targanym wiatrem namiocie wypełnionym różnymi rzeczami: brudnymi ubraniami, palnikiem, liofilizowanym jedzeniem, butami wspinaczkowymi, dziennikiem, aparatem fotograficznym i książką.

Nigdy nie byłem tak zadowolony z życia.

Nalewam sobie z termosu gorącej herbaty.

Im silniejszy jest wiatr, tym bardziej zwalnia mój świat wewnętrzny. Zostaję sam ze swoimi myślami, a potem z pustką, którą wypełnia spokój. Myślę o bliskich mi ludziach i życzę im wszystkiego dobrego na tym świecie. Myślę o tych, za którymi nie przepadam, i też życzę im jak najlepiej. Mój świat jest tak zespolony i prosty, jak to surowo majestatyczne miejsce, które nie pozostawia marginesu błędu. W pobliskim namiocie jest dwoje moich przyjaciół, z którymi mogę dzielić to przeżycie, i nie ma takiego miejsca na ziemi, gdzie wolałbym być, niż to tu i teraz.

Kocham swoje życie.

To w zawiei uczę się stuprocentowej obecności. Kładę fundamenty pod mój respekt wobec potęgi i piękna życia oraz pod świadomość śmierci.

Kilka tygodni wcześniej byłem w niewielkiej alaskiej miejscowości Talkeetna. Panowało poruszenie. Wspinacze udający się na Denali przyjeżdżali do siedziby strażników parku narodowego nazwanej imieniem Waltera Harpera w Talkeetnie, by się zameldować i odbyć szkolenie z etykiety i zachowania się w górach. Następnie, jeśli bogowie się do nich uśmiechnęli, kierowali się na drugi koniec króciutkiej głównej ulicy, na pas startowy, gdzie od wschodu do zachodu słońca startują i lądują samoloty z płozami, jeśli pogoda w górach pozwala na lądowanie na lodowcu w obozie na wysokości 2100 metrów. Ryk silników słychać było w całej wiosce.

Jako pierwsza obszar ten zasiedliła rdzenna ludność Den’aina. Nazwano go Talkeetna, co znaczy dosłownie „tam, gdzie przy rzece przechowuje się pożywienie”. Dziś wspinacze z całego świata zbierają się tu z plecakami i torbami podróżnymi wypełnionymi sprzętem, prowiantem i paliwem, wyczekując wspinaczki na Denali. Jakkolwiek ważna ta góra byłaby dla nich, z pewnością ważniejsza jest dla atabaskańskiego ludu Koyukon, który nadał jej imię Deenaali. Odgrywa ona główną rolę w micie kosmogonicznym Koyukon. Istnieje kilka innych rdzennych nazw dla tej góry, a każda z nich mówi o jej wysokości i potędze, zasadniczo wyrażając jedno: jest Wielka.

W bezchmurny dzień białą bryłę góry widać na obszarze tysięcy kilometrów kwadratowych Alaski. To dlatego, że masyw Denali można uznać za największą górę na świecie, jeśli zmierzy się go od krawędzi podstawy. Obejmuje 373 kilometry kwadratowe skały, lodu i śniegu wznoszące się na wysokość 5580 metrów ponad wyżynę, z której wyrasta, położoną na wysokości 600 metrów nad poziomem morza. Czyni to Denali najwyższym wzniesieniem w pionie pośród wszystkich gór na ziemi. Dla porównania Mount Everest jest od Denali wyższy o 2700 metrów, ale za to wznosi się „zaledwie” na 3600 metrów ponad Wyżyną Tybetańską.

Przed tą wyprawą ostatni raz wspiąłem się na Denali w 2003 roku, kiedy ochotnicza grupa ratowników pokonywała drogę West Rib[I], rozkoszując się podejściem trudniejszym technicznie niż standardowa droga West Buttress[II]. Od tamtego czasu mój kolega ochotnik z wyprawy, Tucker Chenoweth, został strażnikiem górskim na Denali, a następnie strażnikiem rejonu południowego Parku Narodowego Denali.

Wieczorem w przeddzień naszego wylotu na Denali Tucker zaprosił do siebie na łososia patrol Mika i kilku innych strażników górskich. Dzieci bawiły się w ciepłym, wieczornym słońcu, a Tucker opowiadał mi o pewnych dramatycznych zmianach zauważonych ostatnio na Denali przez National Park Service.

– Przesunął się sezon wspinaczkowy. To już bardzo dużo – opowiadał. – Alpiniści zawsze przyjmowali, że sezon trwa od maja do czerwca, ale dziś to jest już kwiecień. W ogóle mikroklimat w górach chyba się ociepla.

NPS wyróżnia strefę wysokogórską, czyli teren ponad 3300 metrów nad poziomem morza. Tucker wyjaśnił mi, że na górze wyższej[III] zawsze panowały stabilne i niezmienne warunki. Tak już nie jest.

Wyższe temperatury już są odczuwalne w obozie na wysokości 4300 metrów będącym zasadniczo bazą, z której wychodzi się w wyższą część góry. Dziś jest tam cieplej niż kiedykolwiek wcześniej, podobnie jak na całym obwodzie góry na tej wysokości. Od słynnej Wickersham Wall[IV] po północnej stronie Denali, do niedawna jeszcze ogromnej, stromej ściany skalnej pokrytej grubą warstwą lodu, odpadają płyty lodowca, odsłaniając nagi kamień. Dojście do Wickersham Wall i jeszcze kilku innych tras robi się coraz trudniejsze i niebezpieczniejsze ze względu na spadający lód i schodzące lawiny. Takie same zjawiska jak na Denali obserwuje się na innych znanych szczytach na świecie, w tym na Mount Evereście.

Pod koniec naszej rozmowy Tucker opowiedział mi, jak wyższe temperatury wpływają na teren poniżej strefy wysokogórskiej.

– Lodowiec dolny, czyli ten poniżej obozu na wysokości 3400 metrów, gwałtownie się topi – uświadamiał mnie. – Jego powierzchnia co roku się obniża – na tyle, że obozy oznaczone przez nas wysokością w stopach, czyli 11 200, 9700, 7800 oraz baza, to znaczy obóz 7200[V]… Cóż, będziemy musieli poszukać nowych nazw, bo się kurczą. Tak szybko topnieją lodowce.

Później tego wieczoru poszedłem nad rzekę Talkeetna w pobliżu naszego schroniska. Denali dumnie rysowała się na horyzoncie, czarna sylwetka, na wpół oświetlona oranżem zachodzącego słońca. Ciążyły mi słowa Tuckera. Czułem się, jak gdybym dostał ostrzeżenie. Moja ekscytacja rychłym powrotem na górę teraz przeplatała się z niepokojem i delikatnym poczuciem, że muszę się na coś przygotować.