Cynamon, kłopoty i jaTekst

Z serii: Cynamon #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Prolog

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Epilog

Drogie Czytelniczki i Czytelnicy!

Przypisy

Dla Silke

i dla wszystkich starszych braci i sióstr,

którzy nauczyli młodsze rodzeństwo czytać

jeszcze przed rozpoczęciem szkoły.


Silny powiew wiatru uderzył mnie w twarz, tak że nieomal straciłam równowagę.

Co się stało? Czy przypadkiem jeszcze sekundę temu nie leżałam w ciepłym łóżku?

A teraz najwyraźniej znajdowałam się na łące miejskiej, sama jak palec, w środku nocy.

Nie miałam zielonego pojęcia, co tu robię.

Chyba że właśnie...

Kiedy w końcu dotarła do mnie prawda, moje serce zaczęło bić w szaleńczym tempie. Musiałam zacisnąć zęby, żeby nie jęknąć z rozpaczy.

To się nie dzieje naprawdę!

Znów wylądowałam w równoległym świecie!

Pozostało mi jedynie mieć nadzieję, że ani się obejrzę, a znów poczuję zapach cynamonu i szybko i bezboleśnie wrócę do siebie.

Daleko od zołzowatego drugiego ja, z powrotem do prawdziwego życia.

Oby tylko podczas mojej nieobecności to drugie ja nie wywróciło mi życia do góry nogami...

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Ogłuszające dźwięki trąbki katapultowały mnie z łóżka. Serce waliło mi jak dzikie w rytm uroczystych pierwszych taktów hymnu odegranego przez London Symphony Orchestra. I wokalu mojej mamy.

– God save our gracious Queen... – Mama darła się wniebogłosy, a jej wrzask obudziłby zmarłego.

Co się tu działo? Potarłam oczy, próbując się obudzić.

– Send her victorious – głos uderzał w coraz wyższe tony. – Glorious, a niech to szlag, long to reign over us, God save, o nie!!!

Po mamie mogłam się spodziewać naprawdę wielu rzeczy, nawet tego, że w środku nocy ile sił w płucach zacznie wyśpiewywać hymn Wielkiej Brytanii.

Ale dlaczego tak się pastwiła nad tekstem?

Podejrzane.

Spojrzawszy na budzik, w jednej chwili byłam całkowicie rozbudzona.

Nie wierzę! To nie był środek nocy, tylko ósma rano! Dlaczego musiałam zaspać akurat dziś? W dodatku wczoraj wieczorem osobiście przekonałam mamę, żeby dopiero rankiem zabrać się do przygotowania tortu urodzinowego. Pewnie lada moment pojawią się pierwsi goście, mój chłopak Konstantin i...

W panice wskoczyłam w pluszowe kapcie, które wyglądały jak wielkie tygrysie łapy, otworzyłam drzwi i przy uroczystych dźwiękach Not in this land alone pokonałam zakręt i ślizgiem wjechałam do przestronnej kuchni naszego pensjonatu bed & breakfast.

Potrzebowałam dobrej chwili, żeby ogarnąć wzrokiem scenę, która rozgrywała się przed moimi oczami: mama miotała się po całym pomieszczeniu jak kura bez głowy, boso, w białej koronkowej koszuli nocnej i z opaską do spania na głowie. Wydawała się co najmniej tak skołowana jak ja przed chwilą.

Podeszłam do odtwarzacza i ściszyłam muzykę, bo miałam wrażenie, że nie słyszę własnych myśli. Nie ma sprawy, Bóg mógł sobie chronić królową, ale trochę ciszej.

– Rety, Vicky – jęknęła mama, drżącymi dłońmi wyciągając dwa garnki z szuflady pod piekarnikiem. – Impreza za dwie godziny, tort niegotowy, ja nieubrana, stoły na zewnątrz nienakryte, o dekoracjach nie wspominając. Tak chciałam przygotować kompozycje kwiatowe z białych hortensji, a tymczasem nie wiem nawet, czy zdążę z polewą na ten chrzaniony tort...

– Mamo!

– Trzeba wynieść telewizor, podłączyć kable, ustawić stoły i...

– Mamo! Spokojnie! – powiedziałam, próbując okiełznać szopę na głowie.

– Ale to przecież jej urodziny! – biadoliła mama, hałasując w lodówce. – Nie zasłużyła sobie na to.

Dobra, Vicky, oddychaj.

– Mamo, damy radę – powiedziałam. – Na pewno masz gdzieś listę zadań, więc po prostu przebrniemy przez nią punkt po punkcie. – Starałam się wyglądać na bardziej przekonaną, niż byłam w rzeczywistości, ale co tam, imprezy u nas zawsze były trochę... niecodzienne. Nie ma powodu do paniki.

– Jesteś aniołem – wyznała i z rozpaczliwym, niemal histerycznym westchnieniem rzuciła mi się na szyję. – Chciałabym, żeby wszystko wyszło idealnie. To przecież specjalnie dla niej.

– I ona na pewno to doceni – zapewniłam, wyswobadzając się z uścisku mamy, zanim mojej rodzicielce udało się mnie zamordować. – No więc, co się robi najdłużej? – Sięgnęłam po listę leżącą na kuchennym stole. – No dobrze, zajmę się polewą.

– Świetnie, aniołku. – Zachwycona mama jednym susem dopadła do szuflady ze słodyczami w poszukiwaniu tabliczki czekolady.

Tymczasem ja studiowałam listę.

– Może jednak ty rozpuść czekoladę i rozsmaruj na cieście, nie jestem w tym tak dobra jak ty. – Nie byłam mistrzynią prac manualnych, zwłaszcza bezpośrednio po przebudzeniu. – Ja za to ustawię dekoracje na stołach, poszukam wazonów i nakryję.

– Mój kochany aniołek. – Najwyraźniej mama postanowiła powtarzać to jak mantrę.

Ruszyłam do piwnicy po kartony z flagami i girlandami, żeby je przetransportować do ogrodu.

Gdy wróciłam, mama już miała towarzystwo. Z dworu wpadli właśnie dziadkowie.

– Skąd wracacie? – zapytałam, szukając gorączkowo odpowiednich wazonów.

– Z łazikowania po rosie. To jest cudownie ożywcze, no i przynosi prawdziwą ulgę stopom – zachwycała się babcia, zdmuchując świeżo ufarbowane włosy z czoła. – Meg, a gdzie herbata? – dokończyła na tym samym wdechu.

Mama wywróciła oczyma, ale podsunęła jej dzbanek termiczny. Ta kobieta potrafiła przygotować herbatę nawet w największym stresie.

– A co się robi podczas takiego łazikowania po rosie? – zainteresowałam się, usiłując dosięgnąć wazon z głębi szafki.

– Włóczy się boso po mokrej łące i uważa, żeby nie wleźć w pokrzywy albo w osty – odburknął dziadek, zajmując miejsce obok babci z gazetą. – Wstaliśmy jeszcze przed świtem.

– Starsi ludzie nie potrzebują dużo snu – dodała babcia.

– Nie mogliście mnie obudzić? – zareagowała ostro mama, ale babcia odparła ze stoickim spokojem:

– Jesteś na tyle dorosła, że potrafisz chyba o siebie zadbać. Podasz mi „Galę”?

– Jesteś na tyle dorosła, że potrafisz chyba ją sobie wziąć – odparowała mama, by po chwili przeraźliwie wrzasnąć: – Niech to diabli! – Gwałtownym ruchem ściągnęła z ognia garnek, w którym jeszcze sekundę temu mieszała, i z łomotem cisnęła go do zlewu. W kuchni rozszedł się zapach spalenizny. – Najlepsza czekolada! Do wyrzucenia! – Po kilku soczystych przekleństwach ponownie doskoczyła do szuflady ze słodyczami i zaczęła w niej gwałtownie szperać. I dorzucać coraz to bardziej pikantne przekleństwa.

 

– Zostały tylko jakieś beznadziejne rodzaje! Rumowa z bakaliami i orzechami, kokos z krokantem albo espresso z chili. Kto je w ogóle kupił?! Jeśli jeszcze raz przyłapię Polly na wyjadaniu naszych czekoladowych zapasów, to niech ją Pan Bóg ma w swojej opiece!

Mimo wszystko wyjęła z szuflady znalezione tabliczki i połamała je na kawałki, marudząc pod nosem (w rytm hymnu God Save the Queen, który wciąż odtwarzał się w pętli).

Mama była naprawdę wściekła. Pewnie bardziej na siebie niż na swoją siostrę, bo nawet ja wiem, że czekolada łatwo się przypala i dlatego najlepiej rozpuszczać ją w kąpieli wodnej, a nie bezpośrednio na ogniu. W każdym razie na pewno polewa o smaku rumowo-bakaliowo-orzechowo-kokosowo-espresso-chili na torcie wzbudzi sensację.

Podobnie jak Polly, która w tej chwili stanęła w progu. Miała na sobie koszulę nocną z księżniczką Elsą, w której wyglądała jak Bellatriks Lestrange na urodzinach w przedszkolu, a jej włosy sterczały na wszystkie strony. Trzeba przyznać, że ciotka bywała dziwaczna. Tak samo jak dziadkowie, którzy najspokojniej w świecie ze stopami mokrymi od rosy siedzieli przy kuchennym stole, czytając gazetę, i zachowywali się tak, jakby to wszystko nic a nic ich nie obchodziło.

– Co tu tak strasznie cuchnie? – zapytała Polly, marszcząc nos i zwracając go w stronę zlewu, w którym stał garnek z niezjadliwą brązową breją.

– Żałosne resztki czekolady. Teraz na polewę do ciasta zostały nam tylko jakieś kosmiczne smaki – biadoliła mama. – Mam nadzieję, że coś się nada.

– Dlaczego nie wzięłyście gorzkiej? – zaćwierkała ciocia, sięgając do szafki po filiżankę z napisem KOBIETY NIE CHRAPIĄ. KOBIETY SŁODKO MRUCZĄ.

– Bo. Już. Jej. Nie. Było. – Miałam wrażenie, że mama zazgrzytała zębami. – Bo. Ty. Wszystko. Zeżarłaś.

Polly puściła mimo uszu zrzędzenie mamy.

– Za to przyniosłam inne. – Ominęła mamę i ruszyła prosto do szafki narożnej. – Widzisz? Są tutaj. No dobra, jedna. Pół. Na górnej półce przy workach do odkurzacza. Zaraz za nawozem do orchidei.

– Głupio z mojej strony, że od razu tam nie zajrzałam! – I już po chwili między siostrami wybuchła ostra dyskusja na temat tego, kto rządzi w kuchni i gdzie mają się znajdować podstawowe artykuły spożywcze, jak na przykład czekolada.

Głośną wymianę zdań przerwał dźwięk dzwonka do drzwi i gdy mama pośpieszyła otworzyć, ciotka Polly skorzystała z okazji, by się wycofać do pokoju dla gości, który zajmowała od zeszłego tygodnia, gdy prawie puściła z dymem swój sklep i mieszkanie.

Mogłam się założyć, że na progu znów stoi nasza sąsiadka pani Hufnagel, która odwiedzała nas co najmniej pięć razy dziennie, i to o najdziwniejszych porach. Postanowiłam więc wrócić do listy zadań sporządzonej przez mamę.

Teraz powinnam była wynieść zwijany przedłużacz bębnowy, potem z czyjąś pomocą jeden ze stołów, na którym mogłabym rozłożyć sztućce. Choć może bardziej strategicznym posunięciem byłoby skoczyć do łazienki. Nie dość, że wyglądałam, jakbym dopiero się wyczołgała z łóżka, to jeszcze miałam na sobie starą jak świat, spraną piżamę ze Snoopym i właściwie to pilnie musiałam...

Pilnie musiałam zapaść się pod ziemię.

Bo w drzwiach naszej kuchni stanął ktoś, kto w niczym nie przypominał naszej sąsiadki.

Konstantin.

Najfajniejszy facet na świecie.

I od dokładnie siedmiu dni – mój chłopak.

– Dzień dobry wszystkim – powiedział z takim luzem, że od razu ugięły się pode mną kolana. Miał na sobie dżinsy, obcisły T-shirt z wycięciem w serek i gdy się tak uśmiechał, ukazując dołeczki w policzkach, miałam wrażenie, że spoglądam na okładkę kolorowego magazynu dla kobiet.

Ale najbardziej zniewalające były jego oczy, które jak zwykle lśniły błękitem letniego nieba. I które patrzyły na mnie tak, jakbym była kimś wyjątkowym.

Niestety nie przyszedł mi do głowy żaden zabawny tekst, by zamaskować tę meganiezręczną sytuację, więc tylko gapiłam się na niego z debilnym wyrazem twarzy.

– Cześć – wydusiłam z siebie po chwili, na co on uśmiechnął się jeszcze szerzej, i to wcale nie głupawo, tylko rozbrajająco, zniewalająco i w ogóle.

– Konstantin przyszedł trochę wcześniej, żeby nam pomóc. Czy to nie miło z jego strony? – W przeciwieństwie do mnie mamie jakoś udawało się wyglądać świeżo i wesoło. – To się zresztą doskonale składa, bo ja i Vicky trochę zaspałyśmy – oświadczyła. – Przyda nam się każda para rąk.

Mama pewnie rzeczywiście potrzebowała pomocy, ja za to liczyłam na cud, który pozwoli mi się zapaść pod ziemię – rozkudłana, zaspana i z nieumytymi zębami. Przed moim nowym chłopakiem. Zakłopotana miętosiłam rąbek rozciągniętej góry od piżamy i przestępowałam z jednej tygrysiej łapy na drugą.

Ale Konstantin wydawał się nie przejmować moim wyglądem. Uśmiechnął się do zebranych, mrugnął do mnie porozumiewawczo i powiedział:

– Z przyjemnością. Proszę powiedzieć, co mam robić.

Mama nie żartowała. Postanowiła wykorzystać Konstantina, do czego się tylko dało. Z jego pomocą rozstawiła stoły w ogrodzie, asystowała mu przy wynoszeniu na dwór telewizora i scedowała na niego podłączenie całego sprzętu.

Ja za to walczyłam z pokusą, by rzucić w cholerę pilnowanie czekolady (tym razem zgodnie z regułami sztuki rozpuszczającej się w kąpieli wodnej) i pobiec coś na siebie włożyć.

Ale ponieważ tabliczki czekolady różnych smaków już się rozpuściły, a mama zniknęła w spiżarni, mogłam tylko westchnąć. Co robić? Najpierw polewa, potem ubranie.

Podczas gdy ja energicznie mieszałam, usiłując się pozbyć grudek i podejrzanych składników, ktoś znów zadzwonił do drzwi. Byłam po łokcie unurzana w czekoladzie, więc mama znów pospieszyła otworzyć. Dziadkowie okopali się za gazetami.

Kiedy po chwili mama stanęła w progu kuchni, zza jej pleców wyglądała nieznana mi starsza kobieta z olbrzymią walizą i musiałam zamrugać, żeby się upewnić, że to nie złudzenie optyczne. Czułam się jak niedawno w kinie IMAX, gdzie ekran był tak olbrzymich rozmiarów, że aby zobaczyć pełny obraz, trzeba było kręcić głową z lewej strony w prawą. W tym przypadku było podobnie. Stojąca przede mną nieznajoma była zdecydowanie w formacie szerokoekranowym, przy tym wysoka, niemal tak wysoka jak mama (choć ta miała na nogach swoje ulubione szpilki w kolorze koniaku na dziesięciocentymetrowych obcasach), ale szersza od niej co najmniej trzy razy. Nie pomógł nawet fakt, że była ubrana w zwiewną, luźną suknię, która miała pewnie maskować mankamenty figury.

Niestety nie wszystkie – kobieta wyglądała tak, jakby szyję zostawiła w domu, bo jej potrójna broda (czy może raczej potrójny podbródek?) opadała bezpośrednio na szerokie ramiona jak pofałdowana kryza (hit mody renesansu) w kolorze cielistym. Na masywnej głowie zaznaczały się czarne włosy obcięte na pazia, a pod nią trudne do zliczenia łańcuszki. Oślepiająco niebieski cień do powiek zdobił powieki jej szarych oczu. Oczu, z których wcale dobrze nie patrzyło.

Jeśli ciocia Polly była sobowtórką Bellatriks Lestrange z Harry’ego Pottera, to nowo przybyła to był profesor Snape – z solidną porcją żeńskich hormonów i setką dodatkowych kilogramów. Ale o identycznym morderczym spojrzeniu.

Mama chyba myślała podobnie, bo przywdziawszy powściągliwy uśmiech, oświadczyła:

– Vicky, kochanie, to ciotka Rajmunda Grafa, Rozalia. Zatrzyma się u nas na parę dni. W pokoju z ogrodem. – Nie wiedziałam, że oferujemy pokój z ogrodem, ale może mama po prostu chciała zrobić na niej wrażenie.

Co było absolutnie zrozumiałe, bo ciotka Rozalia prezentowała się w sposób onieśmielający, a nawet zastraszający. Mimo to przypomniałam sobie o dobrych manierach i powiedziałam:

– Serdecznie witamy. – Skinęłam przy tym przyjaźnie głową i wskazałam brodą na dłonie całe w czekoladzie. – Niestety nie mogę podać pani ręki.

– Dziewczyno, co ty najlepszego wyprawiasz? – szczeknęła. Jej jazgotliwy ton głosu sprawił, że poczułam się znowu jak pięcioletnie dziecko, któremu pan Lindemeyer z supermarketu zarzucił kradzież gumy do żucia. Nie miałam wtedy nic na sumieniu, ale sprzedawca tak mnie przestraszył, że omal nie narobiłam w strategiczną część garderoby.

Spróbowałam poprawić atmosferę żarcikiem:

– Szukam swoich soczewek kontaktowych – powiedziałam, wskazując umazanym czekoladą łokciem na miskę z polewą.

– Że cooo? – Ton jej głosu i uniesione kępy nad jej oczami (to naprawdę nie były brwi; myślę, że Bert z Ulicy Sezamkowej skręcałby się z zazdrości) sugerowały, że kobiecina nie ma za grosz poczucia humoru. A w każdym razie nie rozumie mojego.

– Wpadły mi tu soczewki, no wie pani, gdzieś tu je zgubiłam, a zresztą, nieważne. – Uniosłam dłonie nad naczyniem, by ciemna masa mogła spłynąć mi z palców.

– Nie chcesz chyba powiedzieć, że grzebiesz w jakiejś potrawie?

– Nie, nie, to żadna potrawa, jedynie polewa do tortu – pospieszyła z zapewnieniem mama, ale usta ciotki Rozalii przybrały kształt linii cieńszej niż kartka papieru.

Opadła na krzesło, które niebezpiecznie zaskrzypiało pod jej ciężarem.

– Rajmund zapewnił, że to pobyt z pełnym wyżywieniem. Coś bym zjadła!

Co za niespodzianka...

– Tak, oczywiście, właśnie pracujemy nad tym, bo niedługo przychodzą goście na małe garden party... – Mama wyraźnie się zawahała – ...na które jest pani oczywiście serdecznie zaproszona i wtedy natychmiast...

– Co to znaczy „niedługo?”

Mama spojrzała na zegar kuchenny.

– Za godzinę.

– Tylko że ja jestem głodna teraz i muszę coś zjeść, żeby wziąć tabletki.

– Myślałam, że musi pani coś zjeść dlatego, że jest pani głodna – odezwała się babcia z ławki w rogu, obrzuciwszy Rozalię jadowitym spojrzeniem.

– Mogę podać szybką jajecznicę ze świeżym pieczywem – zaproponowała mama, spoglądając ostrzegawczo na babcię.

– Zawsze to jakiś początek – zaskrzeczała ropucha. – Ale z dużą ilością boczku!

– Oczywiście, będzie z boczkiem – potwierdziła mama i przyskoczyła do patelni, żeby prędko zaserwować Rozalii porcję cholesterolu.

– Melduję, że telewizor działa. Co dalej? – Konstantin, który wrócił do kuchni, mimowolnie się wzdrygnął na widok olbrzymki, która wyrastała ponad stołem jak wschodzący zaczyn drożdżowy.

– No, nareszcie ktoś nie w piżamie. Chłopcze, możesz zanieść do pokoju moją walizkę. I nie próbuj do niej zaglądać, jest zamknięta na kłódkę.

Czy ta raszpla właśnie posądziła Konstantina o zamiar przeszukania jej bagażu? Co za bezczelność!

Mama musiała pomyśleć dokładnie to samo, bo temperatura jej spojrzenia spadła o kilka stopni, choć profesjonalizm nie zmalał ani trochę.

– Zostań tutaj – poprosiła Konstantina – i zajmij się, proszę, z Vicky przystrojeniem ogrodu, a ja pomogę naszemu gościowi.

– Może być – zgodziła się łaskawie Rozalia. – Pozostałe rzeczy dotrą dziś po południu.

Pozostałe rzeczy? Z walizą takich gabarytów (jedną na nas dwie) mama i ja mogłybyśmy się wybrać na dwutygodniowe wakacje. Ale co tam. Skoro pojawiła się szansa ucieczki, postanowiłam z niej skorzystać. Wyjęłam dłonie z czekolady, wyszorowałam je pod bieżącą wodą i wraz z Konstantinem wymknęłam się do ogrodu.

– Osobliwych gości macie w swoim pensjonacie – skomentował, kiedy stanęliśmy na zadaszonym tarasie z tyłu budynku.

– To żaden gość, tylko uprzejmość, którą mama jest winna znajomemu. Kojarzysz Rajmunda Grafa, tego jubilera? Kilka tygodni temu oddał mamie pewną przysługę, ratując jej tyłek, i za to teraz jego ciotka może zostać u nas za darmo parę dni.

– To musiała być spora przysługa.

– Kiedy teraz o tym myślę, to uważam, że niewspółmierna do tego, co nas czeka – powiedziałam z posępną miną. Podeszłam do szopy, w której trzymałyśmy drabinę. – Może najpierw przystroimy drzewka owocowe, dobrze?

Konstantin odsunął mnie delikatnie.

– Może ja się tym zajmę, drabina wygląda na ciężką. Poza tym, tygrysim łapkom chyba niełatwo wspinać się po szczeblach – powiedział z uśmiechem.

O nie, moje kapcie! Na śmierć zapomniałam, jak wyglądam! Szybko je zrzuciłam i zanurzyłam stopy w wilgotnej trawie. Może łazikowanie po rosie pomoże mi na mózg? Chociaż po rosie nie było już śladu. Właśnie minęła dziewiąta, słońce oświetlało niemal połowę trawnika, już teraz, w połowie czerwca, ukazując cudnej urody róże i hortensje w kolorach flagi brytyjskiej, czyli białym, czerwonym i niebieskim. Po chwili wraz z Konstantinem dopasowaliśmy kolorystycznie wszystko, co weszło nam w paradę, obwieszając bukszpan, laurowiśnie i drzewka owocowe brytyjskimi kotylionami i krzyżami świętego Jerzego. Nie miałam wątpliwości, że każdy, kto za chwilę pojawi się na imprezie, poczuje się very British.

 

Konstantin oparł ręce na biodrach.

– Wydaje mi się, że już chyba wszystko gotowe. Ciągle nie mogę uwierzyć, że urządzacie przyjęcie z okazji jej urodzin.

– Nie znasz mojej mamy – powiedziałam. – Stać ją na znacznie większe szaleństwa.

Choć musiałam przyznać, że druga sobota czerwca istotnie stanowi jeden z ważniejszych dni w roku. Bo przecież nie świętujemy jakichś zwykłych urodzin, tylko urodziny królowej Elżbiety II, zwanej również Her Royal Highness.

Które, tak nawiasem mówiąc, wypadają w kwietniu, ale ponaddwustuletnia angielska tradycja nakazuje świętować je w czerwcu – wyłącznie ze względu na pogodę. Czy to nie fantastyczny pomysł? Gdybym nie urodziła się w lipcu, zrobiłabym dokładnie tak samo.

I podczas gdy oddziały gwardii brytyjskiej w czerwonych uniformach i niedźwiedzich czapkach oddają królowej hołd w Londynie, mama co roku świętuje z wielką pompą w pensjonacie – zaprasza sąsiadów i znajomych, przygotowuje typowo brytyjski bufet, a wszystkiemu towarzyszy wspólne oglądanie transmisji na kanale BBC i podziwianie rodziny królewskiej. (To znaczy mama, duchowa siostra księżnej Kate, otwarcie ją podziwia, podczas gdy cała reszta zebranych wcina pyszne sconesy).

I dlatego ogród również przystrajamy na bogato. Choć tym razem w morzu Union Jacków czegoś brakowało.

– Dekoracje specjalne! – przypomniałam sobie o leżących na werandzie kartonach, które wcześniej przytaszczyłam z piwnicy, i zabrałam się do wyciągania rzeczy ekstra.

– Jest! Książę Harry wycięty z kartonu naturalnej wielkości i maski Williama i Kate. – Wyjęłam z opakowania ochronnego papierową twarz księżnej. – Kilka lat temu mama wydała przyjęcie na cześć młodej pary, krótko przed ich ślubem. Gościłyśmy w salonie osiemnaście sobowtórek Kate i piętnastu Williamów i było to tak dziwaczne, jak teraz to brzmi. Jedynie dziadek się zbuntował, założył maskę karnawałową Dartha Vadera i przez cały wieczór śpiewał God Save Darth Vader. Ale był już po kilku kieliszkach grappy.

Pochylając się nad skarbami mojej mamy, nagle poczułam na ramieniu dłoń Konstantina. Odwróciłam się do niego na miękkich nogach.

– Nawet nie zdążyliśmy się dziś porządnie przywitać – powiedział, odgarniając mi z twarzy pasmo zmierzwionych włosów i tym jednym ruchem prowokując mój żołądek do serii zwariowanych fikołków.

– Cześć – mruknęłam, uśmiechając się słabo. Miałam nadzieję, że kolana mnie teraz nie zawiodą.

Konstantin za to uśmiechnął się znacznie szerzej.

– Cześć. Chciałem zauważyć, że słodko wyglądasz. Lubię Snoopy’ego – powiedział, omiatając spojrzeniem moją sylwetkę od nóg aż po moje usta.

Serce waliło mi jak szalone.

Zamierzał mnie pocałować!

A ja wiedziałam, jak doskonale potrafi całować, i nie marzyłam o niczym innym, gdybym tylko...

Właśnie. Gdybym tylko rano znalazła chwilę na umycie zębów.

A zatem nie mogłam dać się pocałować, w żadnym wypadku! Nie przy porannym nieświeżym oddechu.

I kiedy Konstantin się pochylił, błyskawicznie uniosłam maskę Kate, którą wciąż trzymałam w dłoni, i usta mojego chłopaka spoczęły na papierowych wargach księżnej Cambridge.

Atak odparty.

– Dobra, no to innym razem. Tylko sobie nie myśl, że uciekniesz przede mną. Jeszcze cię dopadnę – powiedział, mrugnął z uśmiechem, wziął pod pachę kartonowego księcia Harry’ego i zaniósł go do stolika z poczęstunkiem.

Spoglądałam za nim i marzyłam, by móc go pocałować.

I wzdychałam.

Co robić?

Kto rano wstaje, ten... łapie za szczoteczkę do zębów.

I wtedy może buziaka dostaje.