Zawodowiec

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Uroki sportowych wojaży

Wejście do kadry miałem mocne, bo trenerzy i dziennikarze uznali mnie najlepszym kolarzem III Ogólnopolskiej Spartakiady Młodzieży. To były przełomowe zawody nie tylko dla mnie, ale i dla kilku chłopaków, którzy parę lat później startowali na najważniejszych światowych imprezach. Janek Jankiewicz, Krzysiek Sujka, Grzesiek Jaroszewski, Tadek Wojtas, Janek Krawczyk i ja zrobiliśmy interesujące kolarskie kariery. Tytuł najlepszego kolarza krakowskiej spartakiady cieszył, ale najważniejsza była nominacja do kadry i wyjazd na mistrzostwa Europy juniorów w Monachium. Pojechałem na tyle, na ile mnie było mnie stać, bo wciąż byłem początkującym torowcem. Indywidualnie zająłem dwunaste miejsce.

W Monachium zapłacili frycowe, pojechali frajersko. Mieli w drużynie szanse na medal, a może nawet na mistrzostwo. Ale jak wchodzili w ostry wiraż, nie potrafili sobie z tym dać rady. Inni walili całym pędem po dużym kole. Nie mogli sobie później tego darować. Wiedzieliśmy jednak, że będzie z nich pożytek.

Marian Więckowski

Lepiej mi szło na szosie. W tym samym roku, jeszcze przed mistrzostwami, pojechałem na pierwszy zagraniczny wyjazd, do Austrii, na Dusika Jugend-Tour, czyli międzynarodowy młodzieżowy memoriał upamiętniający Franza „Ferry’ego” Dusikę, najwybitniejszego austriackiego kolarza. Był olimpijczykiem i wicemistrzem świata na torze z roku 1932, uczczono go więc młodzieżowym wyścigiem i wspaniałym torem kolarskim.

Wyścig sponsorował facet, który miał składy rowerowe, bardzo się przykładał do organizacji, a na start zapraszano mocne ekipy, głównie z Europy Zachodniej. Wyrosło na tym wyścigu wielu dobrych zawodników. To była ważna, prestiżowa impreza, po której można było pójść do góry.

Marian Więckowski

Dla mnie ważniejsze było co innego, VI Dusika Jugend-Tour odbywał się między 3 i 6 maja, czyli dokładnie w terminie Wyścigu Pokoju. Przeżywałem to, bo jechałem w międzynarodowym peletonie, byli w nim Austriacy, Niemcy z RFN, Jugosłowianie, Holendrzy, Szwajcarzy, Duńczycy i Węgrzy.

Młody, nerwowy peleton, więc wiedziałem, że muszę się pilnować. W wyścigach młodych kolarzy zawsze dużo się działo. Jazdy w peletonie trzeba się nauczyć, panuje tam wielki tłok, a młodzi zawodnicy nie potrafią jeszcze jeździć w ścisku, nie mają doświadczenia i bardzo łatwo o kraksę. Nie myliłem się; w Austrii było mnóstwo kraks, ale ja starałem się przede wszystkim jechać uważnie, unikałem wypadków i czekałem na swoją szansę. Byłem ostrożny, bo zebrałem już sporo bolesnych doświadczeń. Podczas Wyścigu Dookoła Ziemi Koszalińskiej miałem poważny upadek. Zjeżdżając z górki, z prędkością około 50 kilometrów na godzinę skręciłem prosto na drzewo. Udało mi się tylko puścić kierownicę i odchylić. Rower uderzył w drzewo, a ja walnąłem o nie klatką piersiową. Rower złożył się w harmonijkę, a ja padłem bez tchu. Leżałem i nie mogłem się poruszyć. W końcu jakoś udało mi się odetchnąć. To nie było przyjemne, a i tak skończyło się nie najgorzej. Na korzystanie z progów przy butach zdecydowałem się po dłuższym czasie, bałem się, że noga nie wyjdzie z nosków. Teraz są wpinane buty, jakbyś jechał w paskach-noskach, ale wypinasz się łatwo, dajesz w bok i nogi są wolne. Ten upadek był spektakularny, ale jakoś się pozbierałem i wyszedłem z niego bez szwanku, ucierpiał tylko rower. Gorzej było, kiedy gruchnąłem na bieżni. To był wyścig australijski, czyli taka kolarska konkurencja, w której po każdej pętli odpada ten, kto był ostatni na finiszu. Na ostatnim okrążeniu ściga się już tylko dwóch zawodników. Ja nie byłem ostatni, ale odpadłem, wywróciłem się i poważnie rozbiłem bark. Tak się zaczęły moje problemy z kontuzją, która miała mnie prześladować przez całą karierę.

Upadki i kraksy się zdarzały, a najcięższy dla Cześka był ten, który przytrafił mu się na bieżni. Rower stanął dęba, Czesiek poleciał i uderzył barkiem w żużel. Był strasznie poobijany, chciał jechać dalej, prosił o blokadę, ale zupełnie nie nadawał się do jazdy.

Euzebiusz Marciniak

Byłem młodym, ale już mocno poobijanym kolarzem, dlatego nigdy nie lubiłem jechać w środku, unikałem też rozwiązywania sprawy na finiszu. Tam też panował tłok, a na dodatek, stając na pedałach, wszyscy rzucali rowerami na lewo i prawo. Dlatego czekałem na boczny wiatr; kiedy inni się chowali, ustawiali za sobą, ja dawałem w bok i gnałem przed siebie. Byłem silny, korzystałem z tego, dlatego w Austrii czekałem, aż peleton się rozciągnie, i na jazdę indywidualną na czas. Udało się, wygrałem czasówkę i mimo że było to tylko 10 kilometrów, dołożyłem drugiemu Udo Theunisowi z Belgii aż pół minuty. Na ostatnie etapy wyścig wjechał w góry, peleton się porwał, zrobiło się luźniej i zacząłem uciekać. Nie wygrałem, ale pokazałem, że mam talent. W klasyfikacji generalnej zająłem piąte miejsce. Zwyciężył Holender Van Kollenburg, przed Niemcem Kaiserem i Jugosłowianinem Bobovscanem. Żaden z nich nie zrobił później wielkiej kariery, za to czwarty, Szwajcar Henri-Daniel Reymond, był kilka razy mistrzem swojego kraju.

Bardzo się cieszyłem, kiedy nasz Czesiu wystartował w Austrii w Dusika Jugend-Tour, bo pokazał się w tym wyścigu z jak najlepszej strony. Miło było czytać o tym notatki w prasie, jako rodzina bardzo się cieszyliśmy.

Aleksander Jerzy Siluta

Start w takim wyścigu i wysokie miejsce miały duże znaczenie, ale już sam wyjazd za granicę, i to na Zachód, był szokiem. Bez przerwy towarzyszyli nam trener i opiekun grupy. Zaraz za granicą opiekun zabierał nam paszporty, żebyśmy nie pouciekali. Opiekunami byli specjalnie delegowani esbecy; na każdy wyjazd jechał inny – pewnie po to, żeby nie zdążyli zaprzyjaźnić się z podopiecznymi… Pilnowali, z kim rozmawiamy, gdzie chodzimy, czy nie nawiązaliśmy jakichś podejrzanych kontaktów. Pojechaliśmy do Austrii pociągiem z trenerem Więckowskim, który opiekował się wtedy kadrą juniorów.

Oficjalnie zbierano paszporty, żeby „się nie zgubiły”. Raz zdarzyło się, że akurat na moim wyjeździe jeden z chłopaków „dał nogę”. Zerwał się i pojechał na rowerze do Danii. Okazało się, że ktoś miał dla niego nagraną pracę. Poszedł na budowę drogi, a tam trafił na brygadzistę Murzyna, który poczęstował go największymi taczkami. Po tygodniu miał dość i zadzwonił do mnie. Przepraszał, powiedział, że nie wyszło. Co miałem zrobić? Powiedziałem: „Wracaj, masz paszport w ręku”. Wrócił, bo spróbował tamtego chleba i okazało się, że nie jest lekko, że ten świat nie zawsze jest taki kolorowy.

Marian Więckowski

Na przybyszach zza żelaznej kurtyny tamten świat robił kolosalne wrażenie. Austria była tak blisko Polski, a jednak to był inny świat; kolorowy, zadbany, pełen przeróżnych towarów, o których mogliśmy tylko pomarzyć. Dzisiaj wydaje się to niedorzeczne, ale w tamtych czasach elegancko opakowany jogurt czy słodycze budziły podziw. U nas królowały szare papierowe torby, brakowało praktycznie wszystkiego, a tam było pod dostatkiem wszystkiego, czego dusza zapragnie. Pięć dolarów to już był majątek. Jak chłopcy kupili po jogurcie, to jedli łyżeczką, żeby na dłużej starczyło, a puste opakowanie żal było wyrzucić, takie było ładne. Coca-cola już dotarła do Polski, ale nie w puszkach. Puszki to było marzenie. Na Zachodzie młodzi ludzie pili napoje i piwo z puszek, w Polsce młodzi ludzie kolekcjonowali je, wieszając na słomianych matach. W wielu domach widywało się na ścianach takie pamiątki: puszki po napojach i paczki po papierosach. To było wspomnienie po niezwykłym przeżyciu oraz sygnał, że posmakowało się zagranicznych, markowych produktów. W Wiedniu w poszukiwaniu wrażeń trafiliśmy oczywiście na słynny bazar Mexico Platz, ale na niewiele było nas stać.

Wtedy wyjazd za granicę, za każdą granicę, to było wydarzenie. A on jeździł dosłownie po całej Europie. Zawsze o nas pamiętał, jak wracał, to zawsze przywoził jakiś drobiazg. Każdy mógł się spodziewać prezenciku i oczywiście opowiadania o tym, jak wygląda świat. Cieszyliśmy się z jego wyjazdów.

Danuta Siluta

Dość powiedzieć, że ze względu na wysokość diet musieliśmy sobie odmawiać wszystkiego, nawet coca-coli. Nie kupiłem dla siebie nic, za to za zaoszczędzone pieniądze kupiłem mamie materiał na sukienkę.

Z czasem nauczyłem się, że po to, by jakoś związać koniec z końcem, trzeba handlować. Handlowali wszyscy. My, kolarze, mieliśmy swoją specjalność: szytki. Kupowaliśmy w Polsce rosyjskie opony i wywoziliśmy je na Zachód. Szły dobrze, choć nie był to najlepszy sprzęt. Moim zdaniem radzieckie opony nie trzymały się dobrze szosy, ślizgały się. O wiele lepsze były gumy z NRD, ale łatwiej było o te z ZSRR. Za granicą szły jak woda. Oczywiście nie kupowali tego wyczynowcy, tylko amatorzy kolarstwa, niedzielni kolarze. Dla ludzi z Zachodu ceny były niskie, wprost śmieszne. Dla nich było jak darmo, a my mieliśmy z tego poważne pieniądze. Nie chodziło o jakiś wielki zarobek, nie to było celem. Handlowało się z potrzeby, nie było wtedy chyba Polaka, który nie wywoził czegoś z Polski i nie kupował za granicą potrzebnych towarów.

Handel był niezbędny, ale ryzykowny. Każda dyscyplina miała swoją specjalność: kryształy, ortaliony, złoto, gumy… Każdy chciał zarobić parę dolarów. To było surowo zabronione, groziły poważne konsekwencje. Każdy się obawiał, ale każdy to robił. Zdarzało się, że celnicy wytrzepali cię z tych gum i traciłeś wszystko. Przewiezienie dwudziestu, trzydziestu gum to był taki stres… Oczywiście groźniejsze były kary dyscyplinarne.

Te gumy od razu zamieniało się na lepsze części, spodenki, buty kolarskie. Ramę włoskiej firmy Ciocc, na której pojechałem po srebrny medal olimpijski, kupiłem sobie sam podczas zagranicznego wyjazdu. À propos: ten rower po 35 latach wrócił do mnie, odkupiłem go od jakiegoś Włocha. Zapłaciłem za niego 650 euro. Wtedy, jak po całym roku startów udało się odłożyć dwieście albo trzysta dolarów, to było coś! Diety były śmieszne, ale zarobki w Polsce jeszcze śmieszniejsze. Na wyścigach w Meksyku czy Niemczech zawsze można było tych parę groszy zarobić. Ale nie były to kokosy: dwieście, trzysta, góra pięćset dolarów rocznie. Dla ludzi z Zachodu drobiazgi; dla nas to był wielki deal.

 

Ale pieniądze nigdy nie były głównym celem, to był dodatek. Nie myślałem o wielkich pieniądzach, o zrobieniu podczas wyjazdu jakiegoś dużego interesu. Moim celem było osiąganie jak najlepszych wyników, ściganie zawsze było dla mnie najważniejsze, choć nie ma co ukrywać – luksusy miały swój urok. Wtedy jednak nie przychodziło mi do głowy, że kiedyś osiągnę taki poziom, że będę się ścigał w zawodowej grupie, zarabiał dobre pieniądze i w pełni korzystał z uroków Zachodu.



Rok 1974

Rok 1974 był dla mnie kolejnym przełomowym, i to nie tylko w kolarskiej karierze, ale i życiu. Wtedy można już było mówić, że jestem pełnoprawnym kadrowiczem, chłopakiem, który w wieku 19 lat był już liczącym się kolarzem. I to nie byle gdzie, tylko w kraju, który zdominował amatorskie kolarstwo. Rok wcześniej w Barcelonie Polska zdobyła złoto w drużynie na 100 kilometrów, w wyścigu indywidualnym mistrzem został Ryszard Szurkowski, a Stanisław Szozda wicemistrzem. Na torze też było dobrze; w San Sebastian Janusz Kierzkowski zdobył złoty medal w wyścigu na 1 kilometr.

Janusz Kierzkowski (1947–2011), najwybitniejszy polski torowiec w historii, czternastokrotny mistrz kraju w różnych konkurencjach, indywidualnie, drużynowo, a także w tandemie! Jego rekord Polski na 1000 metrów ze startu zatrzymanego utrzymał się aż 18 lat. Najważniejsze jednak były osiągnięcia międzynarodowe; Kierzkowski był pięciokrotnym medalistą igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata. W 1968 zdobył brąz na IO w Meksyku, rok później srebro na mistrzostwach świata w Brnie, w roku 1973 w San Sebastian był mistrzem, a w kolejnych dwóch startach w Montrealu i Liège dołożył kolejne brązowe medale.

Byliśmy najsilniejsi na świecie, a ja byłem kadrowiczem! W lipcu 1974 „Głos Koszalina” pisał o mnie jako o „najlepszym szosowcu naszego województwa”, ale w ten sposób nie komentowano startu w wyścigu, lecz w mistrzostwach Polski seniorów na torze. Odbyły się one w łódzkim Helenowie i były dla mnie bardzo udane. Miałem wtedy 19 lat i zająłem 6. miejsce w wyścigu na 1 kilometr – mistrzem, zgodnie z oczekiwaniami, został Janusz Kierzkowski. Jeszcze lepiej poszło mi w wyścigu na 4 kilometry. Przeszkadzała nam pogoda, ale czułem się znakomicie. Z powodu ulewnego deszczu odbył się tylko jeden wyścig półfinałowy; startujący w barwach Piasta Ruda Śląska Janek Jankiewicz pokonał Zbyszka Szczepkowskiego z Legii. Jankiewicz szedł jak burza i był zdecydowanym faworytem, a o tym, kto będzie jego przeciwnikiem w walce o złoto, miała zdecydować rywalizacja między mną i Januszem Klatem z Włókniarza Łódź. Przełożenie wyścigu o jeden dzień nie wytrąciło mnie z rytmu, pojechałem dobrze i awansowałem do finału, a tam wygrałem z Jankiem Jankiewiczem, który później etatowo zdobywał mistrzostwo kraju. Dla mnie był to ogromny sukces i nie chodziło wyłącznie o zdobycie mistrzostwa Polski w wieku dziewiętnastu lat. Byłem nie tylko młody, ale i spoza grupy, która przygotowywała się na zgrupowaniach. Kiedy oni trenowali i startowali jako kadra Polski, ja siedziałem w Gostkowie, ucząc się do matury. Zdałem ją i to był kolejny sukces, niewielu chłopaków z krajowej czołówki mogło się tym pochwalić. Kiedy odwiedziłem PZKol, szef wyszkolenia i wicerektor AWF pan Józef Pachla objął mnie serdecznie. Był szczęśliwy, gratulował mi jednoczesnego zdobycia złotego medalu i zdania matury.

To była dla mnie przepustka do wielkiego świata. Znalazłem się w kadrze na mistrzostwa w Montrealu. I znowu Polska pokazała siłę. „Szur” nie obronił tytułu mistrza świata, był drugi, bo przegrał z… Januszem Kowalskim. Stanisław Szozda tym razem zajął czwarte miejsce. Nie było medalu za 100 kilometrów w drużynie, ale dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że polscy kolarze są najsilniejsi. Na torze Kierzkowski był tym razem trzeci, podobnie jak duet Benedykt Kocot – Andrzej Bek. Niestety, Czesław Lang medalu nie zdobył. Zdaniem wielu osób podczas tej wyprawy za ocean zapłaciłem frycowe, ale nie stałoby się tak, gdyby nie pech. Już na lotnisku czułem się nie najlepiej, miałem katar, przez cały lot kasłałem, bolało mnie gardło. To była poważna infekcja, gardło spuchło, oddychało mi się ciężko, a tor w Montrealu kompletnie mi nie leżał. Każdy tor ma swoją specyfikę, a z tym obiektem w Kanadzie nie polubiłem się, to nie było moje miejsce. Na dodatek mieliśmy ograniczoną liczbę treningów, więc brakowało okazji, żeby bliżej się z nim zapoznać. Zamiast kręcić rundy na torze, jeździliśmy z Januszem Kierzkowskim za miasto. W dniu startu nie myślałem o tym, żeby wygrać, tylko o tym, żeby się nie skompromitować. Wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie: tor, zdrowie i pogoda. Żar lał się z nieba, powietrze stało, nie dało się oddychać. Nie wylosowałem dobrze, moim rywalem był kolarz z Włoch. Wystartowałem źle, ale nie poddawałem się, wszedłem w rytm, nóżka zaczęła podawać, zacząłem jechać jak trzeba. Niestety za późno. Przegrałem z Włochem o 0,24 sekundy i odpadłem. Mówiono później, że dobrze się spisałem, że przecież przyjechałem łapać doświadczenie… Denerwowało mnie to, bo uważałem, że przyjechałem po to, żeby dobrze pojechać, a to nie był start na miarę moich możliwości. Osiemnaste miejsce, które zająłem, nie dawało mi satysfakcji. Można było lepiej, przecież Janek Jankiewicz był dziewiąty. Więcej frajdy dała mi siedemnasta pozycja w kryterium ulicznym, to ściganie odbyło się niejako przy okazji mistrzostw.

Byłem pewien, że straciłem szansę, żeby się pokazać, i że gdyby start wyścigu na cztery kilometry odbył się kilka dni później, to trafiłbym przynajmniej do czołowej ósemki. Byłem rozczarowany i zły, ale nie załamany. Wziąłem się do pracy i trenowałem jeszcze więcej i ciężej. We wrześniu pojechałem do Sokołowa Podlaskiego na szosowe mistrzostwa Polski. Poszło znakomicie, w stawce czołowych szosowców świata zająłem w jeździe indywidualnej na czas 7. miejsce. Wygrał Tadeusz Mytnik, który wyprzedził mnie o minutę i 36 sekund, ale miałem satysfakcję, że do Szurkowskiego straciłem tylko 18 sekund, a za plecami miałem Kowalskiego i Brzeźnego. Na te mistrzostwa pojechałem z Gostkowa, na kolejne jeździłem już z Warszawy. W październiku rozpocząłem studia na bielańskiej AWF.


Etap studencki Bielany–Bielany

Siostra i brat skończyli liceum pedagogiczne i, podobnie jak szwagier, byli nauczycielami, a ja… Ja myślałem o kolarstwie, wybierałem tak, by móc trenować, może pójść potem na studia. W wywiadach deklarowałem wtedy, że zostanę trenerem i wrócę do Bytowa, więc AWF wyszedł niejako z rozbiegu. Pasował do mojego pomysłu na życie, żeby uczyć się i trenować, związać się na dłużej z kolarstwem. Jeździłem już wtedy po Polsce i świecie, ale moją bazą był rodzinny dom; w październiku 1974 miało się to zmienić. Cała rodzina mieszkała w okolicach Bytowa, samochodem czy motocyklem można było do każdego dojechać w trzy kwadranse, tymczasem ja wynosiłem się daleko, bardzo daleko. W tamtych czasach jechało się do Warszawy paręnaście godzin.

Przeżywaliśmy jego występy, baliśmy się o niego, ale gdy postanowił wyjechać do Warszawy, zaakceptowaliśmy to. To było trudne, ale miał 19 lat i wiedzieliśmy, że robi to, co lubi. Rozpoczął karierę i życie, jakiego by nie miał w Bytowie.

Danuta Siluta

Na studia dostałem się tak jak wielu młodych, utalentowanych sportowców po maturze. Na skróty. Pozornie na skróty, bo był to przywilej otrzymany za talent, ciężką pracę i wyniki. Mając odpowiednią klasę sportową i egzamin dojrzałości, po prostu składało się papiery, po czym przechodziło się rutynowe badania. Niby nic, ale jednak zawsze jakieś zamieszanie i nerwy. Nie ja jeden tłoczyłem się w korytarzach uczelni z teczką papierów, odhaczając kolejne gabinety.

Wpadliśmy na siebie podczas badań zdrowotnych i wytrzymałościowych. Dużo ludzi, pełne korytarze, z pokoju do pokoju, z badań na badania. Niezły stres. Ale w końcu trafiliśmy na badania wydolnościowe, podłączyli nas do aparatury, wsadzili na rowerki stacjonarne… i odetchnęliśmy z ulgą. Byliśmy w swoim środowisku, na rowerach! Zaczęliśmy pedałować, stres minął, było przyjemnie, naturalnie i nie mogli się nadziwić, że mieliśmy taki spokojny puls, żeby go przyspieszyć, musieli nam mocno podkręcić obroty.

Paweł Dłużewski, były kolarz, artysta kabaretowy

Kolejny etap to zakwaterowanie i oczywiście, w przypadku tak aktywnych sportowców jak ja, załatwienie ITS, czyli indywidualnego toku studiów. Bez tego nie przetrwałbym na uczelni nawet semestru, bo tylko w listopadzie i w pierwszej części grudnia kolarze mieli jako taki spokój. Później, jeśli ktoś był reprezentantem, a ja przecież nim byłem, zaczynały się zgrupowania. W pokoju miałem podobnego lokatora, chłopaka z Łodzi, który także był mocny na torze i miał na koncie medale mistrzostw Polski. Nazywał się Paweł Dłużewski.

Nie od razu trafiliśmy do jednego pokoju, to było po tym, jak dostaliśmy ITS – indywidualny tok studiów. Po pierwszym roku przestałem się jednak ścigać, wciągnął mnie wir życia studenckiego i kabaret. Zacząłem występować w „Pod psem”, a Czesiek poświęcił się kolarstwu i większość czasu spędzał na zgrupowaniach. Życie uczelniane nie sprzyja tej dyscyplinie sportu, bo kolarstwo, ściganie to czas ascezy, no, może trochę w październiku i listopadzie nie, ale już w grudniu zaczynają się ciężkie przygotowania, a później zimowe obozy, a po nich starty.

Paweł Dłużewski

Nie było łatwo to wszystko godzić, ale próbowałem. Byłem ambitny i na zgrupowania jeździłem z książkami i skryptami. Nie należałem do kujonów, ale starałem się. Były nawet przedmioty, z których szło mi całkiem nieźle.

Poznałem Czesława na studiach: on był młodym studentem, a ja młodym asystentem w zakładzie Historii Kultury Fizycznej. Miałem z nim zajęcia i zapamiętałem go jako dobrego studenta, miał u mnie czwórkę.

dr Sławomir Wilk, Wyższa Szkoła Edukacji w Sporcie, były dziennikarz sportowy

U asystenta Sławomira Wilka, późniejszego doktora i rektora, z którym spotykałem się często na wyścigach, miałem czwórkę, ale były też przedmioty, których nie lubiłem. I to nie tylko te teoretyczne. Nie przepadałem za pływaniem. Basen był piękny, z oknami, dzięki którym można było zobaczyć, co się dzieje pod wodą, więc pływało się jak w wielkim akwarium, ale ta woda… W tamtych czasach strasznie chlorowało się wodę, co bardzo mi nie odpowiadało. Umiem pływać, ale być może gdybym wtedy bardziej się przykładał, to zostałbym dobrym triatlonistą. Biegać i jeździć na rowerze potrafię, wydolność i wytrzymałość mam, ale chlor skutecznie zniechęcił mnie do pływania. Wszyscy narzekali na chlorowanie wody, dla wielu prawdziwą traumą był jednak skok z wieży. Zafundowali nam to niemal na samym starcie. Weszliśmy wszyscy na górę i hop! Nie było to takie łatwe, basen z wysokości dziesięciu metrów zdawał się mały jak znaczek pocztowy. Ale nie było przebacz, mimo że niektórzy po wejściu na górę kurczowo trzymali się barierek, trzeba było skoczyć! Więc skoczyłem. Każdy skoczył.

Woda w basenie była tak mocno chlorowana, że po porannych zajęciach dzień był stracony. Szczypały oczy, bolała głowa, czułem się fatalnie. Zajęcia ze skokiem z wieży ominęły mnie. I całe szczęście, bo nie skoczyłbym wraz z innymi. Później nie było podobnej okazji i nie mam za sobą takiego doświadczenia. Nie nauczyłem się skakać, a teraz, choć mam basen z trampoliną, to korzystają z niej tylko dzieci. Studia na AWF dawały szansę, by zrobić wiele rzeczy, by przełamać się dzięki grupie. Jak wszyscy, to wszyscy! Skoro mamy skoczyć – to skaczemy! Tak było z nartami, gimnastyką, różnymi rodzajami ryzyka. Działania grupowe zmuszały do podejmowania decyzji, ośmielały do robienia rzeczy, których w pojedynkę byśmy nie zrobili.

Paweł Dłużewski

 

To prawda. Nie wiem, czybym tak po prostu wszedł na wieżę i skoczył, a już na pewno nie wycinałbym hołubców. I to z mężczyznami! Tańce ludowe należały do przedmiotów, których, delikatnie mówiąc, nie kochałem. Zajęcia na AWF nie były koedukacyjne, więc proszę sobie wyobrazić salę, a w niej czterdziestu chłopa w szortach, drobiących na paluszkach! My, kolarze, po prostu tego nie cierpieliśmy. Uruchamiały się mięśnie przez nas na co dzień nieużywane, zakwasy były po tych tańcach jak licho. Nie radziłem sobie z tym, może poszłoby lepiej, gdybyśmy mieli zajęcia w grupach mieszanych.

Dzisiaj powiedzielibyśmy: zwykły gender! Mężczyzna przejmuje rolę kobiety i tyle. Ale wtedy… Ależ to był cyrk, sześćdziesięciu facetów i żadnej babki! Musieliśmy zaliczyć hołubce w kwadracie pięć na pięć. Wypadliśmy z rytmu, kąty tego kwadratu nam się porozciągały i na koniec polecieliśmy w drabinki. Były jeszcze inne śmieszne przypadki, jak na przykład zajęcia z gier i zachowań towarzyskich. Uczyliśmy się wtedy, jak postępować i bawić się z dziećmi. Jeden udawał nauczyciela, a reszta dzieci. To była komedia, kiedy „nauczyciel” wołał: „Gąski, gąski do domu!”, a gromada facetów na czworakach goniła po sali!

Paweł Dłużewski

Przydała nam się ta gimnastyka, sporo też ćwiczyliśmy na macie, żeby nauczyć się wychodzić cało z upadków. Trzeba było umieć upaść po tym, jak się poleciało z roweru. Gdybyśmy nie ćwiczyli, gdyby nie kolarski instynkt, to wielu z nas przedwcześnie zakończyłoby kariery. To, co przyswoiliśmy sobie na zgrupowaniach oraz na uczelni, pomagało nam po zakończeniu sezonu.

Po zejściu z roweru na koniec sezonu człowiek był sztywny i dopiero AWF mi pomógł. Rozciąganie, gimnastyka… Całe szczęście, że nie musieliśmy tego zdawać na egzaminie wstępnym, bo to by była katastrofa! Dzięki tym studiom uzyskałem fizyczną sprawność, a przedmioty takie jak pedagogika, socjologia czy biomechanika wiele mnie nauczyły. Dzięki biomechanice zacząłem rozumieć, co się ze mną dzieje podczas jazdy na rowerze, jak przyjąć optymalną pozycję, jak sobie pomóc.

Paweł Dłużewski

Oczywiście uczelnia to nie tylko nauka, to także zabawa, wielu idzie na studia głównie z tego powodu. Ja niestety nie miałem na nią czasu, choć było w czym wybierać. Warszawa kusiła wieloma atrakcjami, tu przecież znajdowały się słynne kluby studenckie, takie jak Hybrydy, Hades czy Remont. Zresztą nie trzeba było ruszać się daleko od pokoju, na terenie AWF był Relax, ale ja cały czas albo startowałem, albo trenowałem na zgrupowaniach. W moim przypadku nie chodziło o naukę, lecz o kolarską formę. Wiele rzeczy mnie omijało, o wielu nie miałem pojęcia. O niektórych nawet ci, którzy znali bohaterów tych wydarzeń, dowiadywali się po latach.

Nasza uczelnia zasłynęła niestety z tego, że tak zwana grupa karateków, złożona głównie z naszych studentów, biła działaczy opozycji. Dowiedziałem się o tym dopiero w kabarecie. Pietrzak i Kofta zapytali mnie o bojówkę z AWF i o Jerzego Folcika, a ja nie wiedziałem, o co chodzi. Nie miałem pojęcia, co robił, chociaż to był kolarz z Łodzi i w barwach Społem wspólnie zdobywaliśmy medale mistrzostw Polski. Ostatni raz w 1973 roku, kiedy w drużynie wywalczyliśmy wicemistrzostwo na 4000 metrów. Na AWF Folcik był przewodniczącym Rady Uczelnianej SZSP.

Paweł Dłużewski

Polityka mnie ominęła; patrząc na to, co robiły niektóre osoby z uczelni, można powiedzieć, że na szczęście. Z czasem rozluźniły się moje związki z AWF, bo choć nadal mieszkałem na Bielanach, wchodziłem i wychodziłem tą samą bramą przy ulicy Marymonckiej, ale mieszkałem już nie w akademiku, lecz w Ośrodku Przygotowań Olimpijskich. Był tam wyższy standard, pokoje dwuosobowe, lepsze wyżywienie. Nie miałem jednak zbyt wielu okazji, żeby się tym cieszyć; moimi domami były też COS w Zakopanem, hotele w Krynicy Górskiej oraz dziesiątki zagranicznych miejscowości, w których przygotowywaliśmy się wiosną, kiedy w kraju jeszcze nie można było się ścigać. Potem zaczynał się sezon i ruszała karuzela startów; jeśli jechałeś w wyścigu wieloetapowym, każdą noc spędzałeś w innym miejscu. Na Bielanach byłem coraz rzadszym gościem. Jak wielu sportowców, studiowałem w swoim tempie, koncentrując się na sportowej karierze i odkładając ukończenie studiów. Wielu kolegom to studiowanie latami się udawało i pewnie i ja dopiąłbym swego, ale rzeczywistość okazała się inna. Zostałem zawodowcem i wyjechałem do Włoch.

Gdyby tylko chciał, skończyłby studia z przytupem. Ale ważniejsze było kolarstwo, więc wszystko się rozsypało. Może i dobrze, bo został świetnym kolarzem. Kolarze mieli czas na studiowanie tylko pod koniec jesieni i na początku zimy. Jego kolega z pokoju wybrał coś zupełnie innego. Założył kabaret „Pod psem” i został aktorem, autorem oraz kabareciarzem.

dr Sławomir Wilk

Wyjazd do Włoch i wejście do zawodowego peletonu to była poważna komplikacja. Nie sposób było ciągnąć studia, mieszkając za granicą i przyjeżdżając do Polski zaledwie parę razy w roku. Mając do wyboru: studia albo zawodowy peleton, nie wahałem się ani chwili. Może dzisiaj inaczej by to wyglądało? Teraz chłopcy trenują i mieszkają, gdzie chcą, Europa zrobiła się mniejsza i jest bardziej otwarta, nie wyrabia się paszportów i wiz, nie ma tych wszystkich formalności, a latanie stało się powszechne i o wiele tańsze. Dzisiaj jesteś tu, jutro tam… Wtedy sprawy miały się zupełnie inaczej. Studia na pewno nie były stratą czasu. Nie wiem, czy bez studiowania i tych lat na AWF byłbym gorszym kolarzem. Na pewno dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, ale przede wszystkim poszerzyłem horyzonty. Nie można być tylko osiłkiem, trzeba mieć coś w głowie. Poznałem wielu ludzi, zdobyłem wiedzę, zobaczyłem inne możliwości, to poszerza światopogląd i rozwija intelekt. Poznałem też inne sporty; nawet te, w których mi nie szło, coś mi dały, nawet pływanie w chlorowanej wodzie i tańce ludowe.

Z uczelnią byłem związany ładnych parę lat, mieszkałem wygodnie w pięknym zakątku Warszawy, jadłem w stołówce na AWF, jeździłem na dobrze przygotowane zgrupowania. W zasadzie o nic się nie martwiłem. Czasem jednak wszystko musiałem sobie zorganizować samodzielnie, na przykład przejazd na zimowe zgrupowanie do Zakopanego. Tu akurat jakaś pomoc by się przydała, bo jechałem pod Tatry z rowerem, torbami i nartami. Trochę tego było, ale postanowiłem jechać tramwajem. Marymoncką jeździło do Śródmieścia wiele tramwajów, mnie akurat trafiła się „15”, która jechała z Huty Warszawa na plac Narutowicza. Jeden z przystanków znajdował się na skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi, a więc niedaleko Dworca Centralnego. Ucieszyłem się, bo oznaczało to, że w pół godziny będę na dworcu. Kiedy tramwaj stanął i otworzyły się drzwi, wstawiłem do środka torby i narty, po czym cofnąłem się po rower i wtedy… motorniczy zamknął drzwi i tramwaj ruszył! Całe szczęście, że rower zostawiłem sobie na koniec, bo z tymi wszystkimi gratami nie miałbym szans na dogonienie tramwaju. Niewiele myśląc, wskoczyłem na siodełko i pognałem za uciekającymi wagonami. W każdych innych warunkach byłoby to łatwe, ale nie zimą. Jezdnię na Marymonckiej pokrywał śnieg, pod spodem był lód. Ślizgałem się jak szalony, wpadłem parę razy w zaspy, ale jakoś mi się udało dogonić tramwaj. Rower nie miał błotników, więc byłem cały mokry i brudny, ale szczęśliwy, bo nie straciłem bagaży. Bardziej niezwykłej ucieczki nigdy przedtem ani nigdy potem nie zdarzyło mi się skasować.