Zawodowiec

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Ambicja i jedzenie brukwi dają jaguara i szacunek w peletonie

Byłem wciąż nowicjuszem, ale zaczęło być o mnie głośno. To było na jesieni roku 1970, chodziłem jeszcze do podstawówki. W naszej okolicy odbywał się wyścig, na który przyjechali zawodnicy ze znanych elzetesowskich klubów. Ja po swojemu nacisnąłem na pedały, pociągnąłem ile sił w nogach i już na samym starcie odjechałem rywalom. Jechałem kompletnie sam, niezagrożony, szybko powiększając przewagę, ale gdzieś na dwudziestym kilometrze nastąpił kryzys. Pracując z całych sił, zużywałem mnóstwo energii, poczułem więc głód i wyczerpanie. Nie miałem przy sobie kompletnie nic. Oczywiście nie mam na myśli żadnych specjalistycznych odżywek, bo takich wtedy nie było nawet w kadrze narodowej, tylko najzwyklejszą kanapkę. To był straszny kryzys, osłabłem, zrobiło mi się zimno, dostałem dreszczy. Nie wiedziałem, co robić, byłem sam na drodze między polami. Kryzys głodowy zrobił ze mnie galaretę, ale nie odebrał mi zdolności myślenia. Rozejrzałem się i zobaczyłem, że na polu rośnie brukiew. Rzuciłem rower, pobiegłem w bruzdy, wyrwałem jedną roślinę, otrzepałem, przełamałem na pół i wgryzłem się w nią zębami. Akurat wtedy nadjechał trener i zobaczył, jak stoję w polu i wcinam brukiew.

Tak się tworzą sportowe legendy: skoro Małysz jadł banany, to on mógł jeść brukiew. Ale tak serio, to później pilnowałem go, żeby miał co jeść podczas wyścigu.

Euzebiusz Marciniak

Wyprzedziło mnie kilku kolarzy, puściłem się więc w pościg. To byli doświadczeni zawodnicy, mieli kanapki i czekoladę. Nie dogoniłem ich, ale i tak zająłem wysoką, szóstą pozycję. Wieczorem ktoś zapukał do pokoju. Wszedł trener, prowadząc rower, który stał w magazynku na honorowym miejscu. Złoty jaguar wjechał do mojego pokoju, a pan Marciniak powiedział, że to ja jestem tym, na którego rower czekał. „Wiem, że będziesz wielkim mistrzem” – dodał i przekazał mi rower, o którym marzyłem. Na złotej ramie była naklejka z napisem „superchampion”. Miałem czternaście lat i zostałem doceniony, dostałem rower, o którym trener mówił, że czeka na prawdziwego mistrza. Następnego dnia był kolejny etap, Bytów–Miastko, a ja dosiadałem swojego złotego jaguara. Rozpierała mnie radość z nowego sprzętu, to była świetna maszyna, aż się chciało jechać. Ten jaguar służył mi prawie trzy lata, dopiero kiedy poszedłem do kadry, otrzymałem nowy sprzęt.

Postanowiłem zaatakować w miejscu, które dobrze znam. Nie wszyscy byli w Bytowie, więc wyjaśnię, że miasto leży w niecce; w którąkolwiek stronę pojedziesz, musisz jechać pod górę. Odjechałem i powiększałem przewagę. Tym razem byłem już odpowiednio przygotowany. Miałem „odżywki”: bułkę posmarowaną miodem, czekoladę i cukier w kostkach zamiast tabletek na wzmocnienie. Wszystko to zapakowane w pergamin. Dzisiaj kolarze mają przy sobie batony i żele.

Odżywki nie zajmują teraz dużo miejsca, ale wtedy były spore wałówki, które wpychano do kieszeni. Koszulki miały także kieszenie na piersiach, przez co kolarze z dawnych lat mają tak potężne klatki piersiowe, wręcz biusty. Nikt nie myślał wtedy o aerodynamice, a pod ciężarem kanapek, czekolady i cukru kieszenie na piersiach się rozciągały. Jeździło się w strojach z bawełny, które błyskawicznie nasiąkały potem. Dziś kolarze mają oddychające, przylegające stroje, a wtedy sprane, powyciągane gacie malowniczo powiewały na wietrze. W takich właśnie gaciach, wyciągając z kieszeni na piersiach kanapki z miodem i jedząc cukier w kostkach oraz czekoladę, uniknąłem kryzysu głodowego i gnałem do mety. Nie mogłem się nacieszyć tym rowerem, jazda sprawiała mi niesamowitą frajdę. Pewnie wygrałem etap, na czterdziestu kilometrach dołożyłem drugiemu na finiszu 14 minut. Zostałem też zwycięzcą całego trzyetapowego wyścigu, a w nagrodę otrzymałem dyplom i mały pucharek. Wstyd było pytać o nagrody rzeczowe albo pieniądze, sport uprawiało się dla idei, tak głosiły zasady socjalizmu. Mnie cieszył pierwszy wygrany wyścig i to, że pokonałem innych chłopaków. Później jeszcze wielokrotnie się z nimi ścigałem. Pamiętam ich doskonale: Tadeusz Wojtas, Krzysiu Golwiej, Gerard Szyca, bracia Rudniccy, Zbyszek Cecot, Krzysztof Kukliński.

Spotkałem Cześka pierwszy raz na wyścigach okręgowych. Widziałem, że jest silny i w jakim stylu wygrywa. Potrafił wygrywać normalne etapy i jazdę na czas, widać było, że oto rodzi się kolarz mocny.

Tadeusz Wojtas, były kolarz, olimpijczyk

Tadeusz Wojtas, olimpijczyk i uczestnik mistrzostw świata, dwa razy drugi w klasyfikacji Tour de Pologne (1978, 1980). Mistrz Polski w jeździe parami (wspólnie z Tadeuszem Mytnikiem), indywidualny wicemistrz Polski na szosie. Był uczestnikiem Wyścigu Pokoju (1980), zdobył zieloną koszulkę dla najlepszego górala. Największym osiągnięciem Tadeusza Wojtasa było piąte miejsce w wyścigu szosowym podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie (1980). Syn Arkadiusz także był wyczynowym kolarzem i podobnie jak ojciec zaczynał karierę w lokalnym klubie Neptun Pruszcz Gdański. Jeździł w zawodowej grupie MRÓZ. Idąc w ślady ojca, zdobył, i to dwukrotnie, tytuł najlepszego górala Wyścigu Pokoju. Obecnie pracuje jako masażysta w zawodowych grupach kolarskich.

W tym czasie zacząłem się także ścigać z seniorami i nie odstawałem od nich. Z tego powodu stałem się nawet znany na Pomorzu. Kolega z peletonu, Krzysiu Golwiej z Neptuna Gdańsk, opowiadał mi, że jak jego klub jechał na wyścig do Lęborka, to trener przestrzegał przede mną. Nie uwierzyli, a ja im tyłek pokazałem!

Tak było! W roku 1971 jechaliśmy na wyścig młodzików do Lęborka i nasz trener z Neptuna Gdańsk, pan Marian Uchlik, ostrzegał nas przed Cześkiem Langiem. Wtedy jeszcze nie był znany z imienia i nazwiska, po prostu pan Uchlik mówił, że w Bytowie mają takiego chłopaka, który daje radę seniorom. Seniorom? Nie ma mowy, seniorzy takich gubili. Wiemy, jak to wyglądało, bo u nas w klubie jeździliśmy ze starszymi kolarzami. To była taka selekcja naturalna, my młodzi staraliśmy się im dorównać, a oni nas zostawiali. Tymczasem ten chłopak rzeczywiście dawał radę, pokonał nas, jak chciał. Wtedy go poznałem, miał takie jasne loczki.

Krzysztof Golwiej, były kolarz, prezes Pomorskiego Związku Kolarskiego

W Bytowie zorganizowano wyścig w kategorii open – młodzicy, juniorzy i seniorzy, wszyscy razem na starcie. Przyjechali zawodnicy z Neptuna Gdańsk, Floty Gdynia, wielkie chłopy z zarostem, a ja byłem jeszcze nieobrośniętym gówniarzem, miałem raptem 15 lat. Bytów Open rozgrywany był na dystansie 60 kilometrów, a seniorzy narzucili ostre tempo, bo nie patyczkowali się z młodymi, po prostu gubili ich i tyle. Ale ja załapałem się do czołówki i nie odpuszczałem, trzymałem się ich.

Na 3 kilometry przed metą w miejscowości Dąbie zaatakowałem. To było dla mnie dobre miejsce, wyrwałem z całej siły po bruku w górę i uciekłem tym starym chłopom. Zaczął mnie gonić Zbigniew Niespodziany z Gdańska; ma teraz w Trójmieście firmę transportową, wciąż utrzymujemy kontakt, ale wtedy chyba mnie nie lubił. Wyjechaliśmy z tego bruku na asfalt i ja miałem nad nim jakieś 50 metrów przewagi, a dopiero za nim jechała reszta grupy. Gonił mnie, gonił, aż nagle zaczął krzyczeć: „Poczekaj, poczekaj!”. A ja nic, jadę dalej. Każdy z nas miał już w kieszeni zwycięstwo w swojej kategorii wiekowej, ale ja nie chciałem mu odpuścić w open. Nie dogonił mnie. Już za metą, po wyścigu, śmiali się z niego: „I co, takiego gówniarza małego nie dogoniłeś?”.

Ta historia szybko się rozeszła po całym Pomorzu: junior, który wygrał wyścig w kategorii open, który odjechał całej stawce, mimo że to seniorzy zawsze „urywali się” z grupy juniorów? Ktoś, kto na bruku odjechał stawce, jak chciał? Taki gość musiał mieć papiery na jazdę. Było wiadomo, że zainteresują się nim w Warszawie. I tak się stało.

Krzysztof Golwiej

Zanim zatelefonowano z Warszawy, robiłem dalsze postępy, uporałem się też z problemami w szkole, a w roku 1972 mogłem już o sobie czytać w gazetach. Relację „Głosu Koszalińskiego” z II Ogólnopolskiego Wyścigu Młodzików w Iławie zatytułowano: „Udany start Cz. Langa (Bytów)”. Zająłem w tej imprezie czwarte miejsce i byłem poza podium, ale uznano to za duży sukces godny wzmianki w kolumnie sportowej wojewódzkiej gazety. Na koniec sezonu kolarskiego 1972 znalazłem się w czołówce trzyetapowego wyścigu rozgrywanego w Bytowie i okolicach. Byłem dziewiąty i notkę na ten temat z moim nazwiskiem zamieścił „Głos Koszaliński”.


Nowe Dynasy, etap na torze

Moje wyczyny w lokalnych pomorskich wyścigach zostały dostrzeżone. Wiosną 1973 roku informacje o nastolatku Cześku Langu dotarły do centrali Polskiego Związku Kolarskiego. Trenerzy chcieli odświeżyć kadrę torowców, więc zainteresowali się chłopakiem, który miał doskonałe wyniki w czasówkach. Zaproszono mnie na pierwszy sprawdzian.

To nie było tak, nie zadzwoniłem do Bytowa i nie powiedziałem: „Macie takiego Langa, który wygrywa z seniorami…”. Byłem wtedy szefem wyszkolenia PZKol i zbierałem wiadomości z całej Polski. Miałem dobry kontakt z LZS-ami, bo z LZS-u się wywodziłem, a do tego trener Marciniak był moim kolegą ze Studium Szkolenia Kadr na AWF. Marciniak był nie tylko trenerem LZS Baszta Bytów, ale i szefem wyszkolenia w województwie koszalińskim. To było jeszcze przed reformą administracyjną roku 1975 i Bytów oraz Słupsk należały do województwa koszalińskiego. To on informował mnie o ciekawych kolarzach i polecił mi Langa. Mówił, że to chłopak wszechstronny, który ma wytrzymałość, siłę i szybkość, potrafi jeździć na czas. Zadzwoniłem do trenera Marciniaka, że jest termin, w którym możemy sprawdzić młodego, zdolnego zawodnika.

 

Wojciech Walkiewicz, trener, były prezes PZKol, członek międzynarodowych władz kolarskich

Wojciech Walkiewicz (ur. 1938), kolarz, następnie trener, a od roku 1965 szef wyszkolenia PZKol. Za jego kadencji (1965–1974) Polska weszła do światowej elity. Po konflikcie z władzami Związku odszedł ze stanowiska i rozpoczął pracę za granicą. Prowadził olimpijską kadrę Meksyku, pracował w USA, Brazylii oraz Izraelu. W roku 1996 wybrano Walkiewicza prezesem PZKol, w roku 2005 objął funkcję wiceprezesa PKOl, a od roku 2009 zasiada w prezydium tej organizacji. Uznanie i pozycja w światowym kolarstwie wprowadziły go do pracy w Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI) oraz doprowadziły do stanowiska prezesa Europejskiej Unii Kolarskiej (ECU).

Nie mówiłem tego Cześkowi, ale byłem w kontakcie z Walkiewiczem. Mając kolarza młodego, silnego i szybkiego, postanowiłem polecić go PZKol. Po pewnym czasie zadzwonił telefon i Wojciech Walkiewicz powiedział, że nadeszła pora, by go sprawdzić. Dalej sprawy potoczyły się bardzo szybko.

Euzebiusz Marciniak

Euzebiusz Marciniak mówił, że [Lang] dobrze i równo pracuje, ale wcześniej, zanim szef wyszkolenia Walkiewicz zaprosił Cześka, to ja pojechałem go zobaczyć. Był wyścig w okolicach Bytowa i wybrałem etap jazdy indywidualnej na czas. To była najlepsza okazja, żeby sprawdzić, jak jedzie, jakie są jego możliwości. Wsiedliśmy do samochodu razem z Marciniakiem i jechaliśmy za nim. Podawał dobre, wysokie tempo, jechał równo i wygrał etap. Nadawał się. Pojechał na zgrupowanie do Jeleniej Góry.

Marian Więckowski, trzykrotny zwycięzca Wyścigu Dookoła Polski

Marian Więckowski (ur. 1933), w latach 1954–1956 trzykrotny zwycięzca Wyścigu Dookoła Polski. Więckowski do dziś jest jedynym kolarzem, który dokonał tego trzy razy z rzędu. Przez całą karierę w Legii Warszawa, w której barwach startował jako kolarz oraz pracował jako trener. Był też szefem wyszkolenia PZKol.

To była jeszcze szosowa przygoda. Pojechałem na zgrupowanie do Jeleniej Góry, a tam trener Więckowski sprawdzał, na co nas stać. Dobrze zniosłem obciążenia, bo byłem silny i miałem wytrzymałość. Podczas ćwiczeń na atlasie zakładano ciężar dwukrotnie większy niż waga zawodnika i pchało się ten ciężar nogami. Najlepsi dawali radę po 40–50 razy i wymiękali, a ja zrobiłem 200 razy i tętno miałem normalne. Trener Więckowski z miejsca polecił mnie władzom związku.

Poznaliśmy się w grudniu 1973 roku w kadrze juniorów. To było zgrupowanie w Jeleniej Górze, a naszymi trenerami byli Marian Więckowski i Jan Magiera. I tak się zaczęło: juniorzy, seniorzy, wyjazd na igrzyska do Montrealu, później przejście na szosę, mistrzostwa świata i na koniec igrzyska olimpijskie w Moskwie. Tak narodziła się silna ekipa, a my byliśmy kumplami, mieszkaliśmy często razem w pokoju.

Jan Jankiewicz, były kolarz, dwukrotny wicemistrz świata

Kolejna próba miała się odbyć na torze. Zadzwonili do klubu, podali termin, więc wziąłem rower, spakowałem się i pojechałem do Warszawy. Dzisiaj często podróżuję między Warszawą i moimi rodzinnymi stronami, to nieco ponad czterysta kilometrów, czyli około pięciu godzin jazdy samochodem. Ale wtedy nie było autostrady, a ja nie miałem samochodu. Byłem młodym chłopakiem, który miał odbyć pierwszą tak długą samotną podróż. W tamtych czasach była to prawdziwa wyprawa. Przesiadałem się kilka razy, a cała podróż trwała chyba ze dwadzieścia godzin. Co gorsza, przed siedzibą PZKol wylądowałem bladym świtem… Co zrobić, usiadłem na schodach i czekałem. Po paru godzinach przyszli pierwsi pracownicy i ze zdziwieniem stwierdzili, że przed drzwiami siedzi jakiś chłopak. Byłem głodny i zmęczony, więc poradzono mi, żebym coś sobie kupił w pobliskiej Hali Mirowskiej. Siedziba związku mieściła się obok niej w bliźniaczej hali targowej przerobionej na obiekt sportowy. Poszedłem więc do sklepu, kupiłem kiełbasę i chleb. Tak wyglądało wtedy sportowe śniadanie! Po zaspokojeniu głodu wróciłem do siedziby związku, a tam czekał już Jan Magiera. Ten znakomity kolarz i kapitan zwycięskich drużyn z lat sześćdziesiątych był trenerem, który miał się mną opiekować.

Pamiętam ten dzień. Mieszkałem wtedy w Legionowie i zawsze wychodziłem z domu wcześniej, żeby spokojnie popracować w Związku przed godzinami urzędowania. PZKol miał wtedy siedzibę w Hali Gwardii. Na schodach zobaczyłem jakiegoś młodego człowieka z rowerem. Był to Czesław Lang, który przyjechał na sprawdzian na torze. Okazało się, że całą noc spędził w pociągu. Poczęstowałem go herbatą, pokazałem magazyn. Zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, prosty, skromny chłopiec. Małomówny, ale obserwator, który chłonął wszystko, co widział i słyszał. Był pierwszy raz w Warszawie, widać było, że jest pod wrażeniem, ale nie przytłoczyło go to. Do dzisiaj jest taki. Nie mówi bez potrzeby, nie popisuje się, nie zabiera głosu na każdy temat. Potrafi znakomicie sprzedać swoją osobę, ale nie jest kiciarzem i gadułą, ma zmysł obserwacji, znakomicie analizuje.

Wojciech Walkiewicz

Mieliśmy pojechać na sprawdzian torowy na welodrom przy Podskarbińskiej, ale ja nie miałem odpowiedniego roweru. Rower torowy różni się od szosowego przede wszystkim tym, że ma tak zwane „ostre koło”. Do ścigania się na torze niepotrzebne są przerzutki i hamulce, a wszystko to przez „ostre koło”. Nie ma tak zwanego wolnobiegu i nie można się puścić na takim rowerze z górki bez pedałowania, bo gdy kręcą się koła, to kręcą się też pedały. Tu trzeba kręcić cały czas, ten rower wymaga także opanowania stójki. Zanim się tego wszystkiego dowiedziałem, weszliśmy do magazynu. Po tym, co zobaczyłem parę lat temu w Bytowie, myślałem, że już mnie nic nie zaskoczy, a jednak!

W magazynie Baszty zobaczyłem mnóstwo lepszych lub gorszych kolarek oraz złotego jaguara, który miał być moim trofeum. Mój wymarzony rower nie miałby prawa znaleźć się w magazynie związku, tu były jaguary z najlepszym osprzętem, rowery kadrowiczów, specjalnie dla nich przygotowywane i sygnowane ich nazwiskami. Na ramach widniały numery z Wyścigu Pokoju i nazwiska mistrzów takich jak Szurkowski i Szozda. W powietrzu unosił się zapach sezonowanych gum. To był kolarski raj, ale najciekawsze było jeszcze przede mną.

Poinstruowałem chłopaka, jak i dokąd ma jechać, wsiadł na rower i pojechał na tor Orła. Miał tam się przygotować do startu, a ja dojechałem później, już na jego próbę.

Wojciech Walkiewicz

Wziąłem rower, ruszyłem przez miasto i dotarłem na Grochów, gdzie były Nowe Dynasy, czyli tor Orła przy Podskarbińskiej. Tor był betonowy ze stromizną – dla mnie kompletna nowość. Do tej pory finiszowałem na bieżniach zwykłych stadionów, a to była jakaś studnia. Dla Jana Magiery to wszystko było oczywiste, dostałem rower i miałem jechać!

Wsiadłem więc na rower i starałem się zastosować do jego wskazówek. „To proste. Podjeżdżasz w górę, a potem zjeżdżasz w dół i rozpędzasz się”. Nie ma czego ukrywać ani się wstydzić, bałem się i czułem się niepewnie. Nie byłem w stanie przełamać się i uwierzyć w to, że jeśli zakręcę pedałami i będę szybko jechać, to utrzymam się na ścianie toru. To nie była szosa i długi dystans, tu wszystko działo się w mgnieniu oka, zagapiłem się i zsunąłem się po betonie. Potłukłem się i wydawało się, że to koniec, ale trener Magiera oznajmił mi, że mam się szybko pozbierać, bo po południu odbędą się zawody. Zrozumiałem, że to ostatnia szansa, żeby zostać zauważonym. Spiąłem się i… byłem najlepszy!

To wszystko było takie spontaniczne! Nieważne, że nigdy w życiu nie jechał na torze, że miał niewymiarowy rower i tak dalej. Walkiewicz miał entuzjazm, który się udzielał. Wyczuł, że pojawił się nowy dobry chłopak, że warto dać mu szansę, zapalił się, pojawiły się emocje. Nie ma co gadać, Walkiewicz miał charyzmę. Czesiek przewrócił się na próbie, ale to nie było ważne. Liczyło się to, że się podniósł i jechał dalej, że miał spokój. Jechał równo, nie miotał rowerem, widać było, że jest silny i pewny siebie, to było bardzo ważne. Pojechał dobrze i trzasnął rekord na trzy kilometry!

Marian Więckowski

Na pożyczonym rowerze, pierwszy raz na welodromie, po bolesnym upadku pokonałem resztę stawki w rywalizacji na trzy kilometry na dochodzenie. I nie były to jakieś wewnętrzne eliminacje, tylko oficjalne zawody z kibicami, a ja zakręciłem tak, że pobiłem rekord kraju! Cieszyłem się, trenerzy oczywiście też, bo znaleźli kolarza do kadry torowej. Niespełna dwadzieścia cztery godziny wcześniej byłem jeszcze u siebie na Kaszubach, później całą noc jechałem pociągiem, pierwszy raz przyjechałem do Warszawy, na posiłek zjadłem pajdę chleba z kiełbasą i na koniec zostałem rekordzistą i kadrowiczem!

Chodziły o tym legendy, nikt nie mógł uwierzyć w to, że chłopak, który pierwszy raz wsiadł na torową kolarkę, pojechał na welodromie tak, że pobił rekord Polski juniorów. Podobno myśleli, że to błąd, i kazali mu jechać drugi raz. Sprawdzili stopery, puścili go, a on pojechał tak, że po raz drugi pojechał szybciej, niż wynosił rekord Polski. Nic dziwnego, że panowie Walkiewicz i Borucz wzięli go do kadry.

Krzysztof Golwiej

Ja mierzyłem czas, więc nie było mowy o żadnej pomyłce. Widać było, że ma wszystko, co trzeba: rytm, technikę, siłę. Nie trzeba było puszczać Langa drugi raz. To ładna legenda, ale tylko legenda. Fakty są takie, że Czesław Lang w swoim pierwszym starcie na torze pobił nieoficjalny rekord Polski na 3 kilometry.

Wojciech Walkiewicz

Wejście do kadry miałem niezwykłe: najpierw wymiana telefonów między panami Marciniakiem i Walkiewiczem, następnie podróż do Warszawy i debiut na torze zakończony upadkiem na treningu i sukcesem w zawodach. W pierwszym starcie na torze pobiłem rekord Polski juniorów na 3 kilometry i z miejsca stałem się jednym z zawodników kadry narodowej torowców prowadzonej przez Stefana Borucza. To był pierwszy rok sukcesów, które wykroczyły poza lokalne osiągnięcia. Zająłem czwarte miejsce w przełajowych mistrzostwach Polski juniorów w Jeleniej Górze, a później znakomicie pojechałem na III Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży. Tam na dobrą sprawę zaczęła się moja kariera. Razem z Jurkiem Kałużnym z Baszty pojechaliśmy na betonowym torze i na pożyczonych rowerach, ale udało się. Byłem o włos od zwycięstwa, o ułamki sekundy wyprzedził mnie Janek Jankiewicz, późniejszy kolega z kadry. Podobnie było w szosowej jeździe na czas, a w jeździe parami zdobyliśmy z Gerardem Szycą złoto.