Zawodowiec

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mały Wyścig Pokoju, czyli pierwsze prawdziwe ściganie

Po tym lokalnym sukcesie przyszła pora na kolejny krok. Chciałem się pokazać w Małym Wyścigu Pokoju i zdobyć tym samym miejsce w klubie Spółdzielca Bytów. Nie było to łatwe, bo takich jak ja były dziesiątki i specjalnie dla nich organizowano wyścigi, które miały wyselekcjonować materiał na zawodników. Zgłosiłem się do Małego Wyścigu Pokoju i rozpocząłem przygotowania. Formalnie nie mógłbym wystartować, ale pomógł szwagier. To było trochę jak z rozgrywkami dzikich drużyn. Niby zespół był dziki, ale opiekował się nim nauczyciel, a pieczątkę dawała szkoła. Tak się złożyło, że moja szkoła nie zgłaszała drużyny, trzeba więc było trochę naciągnąć przepisy. Tak się stało i w ten sposób znalazłem się na starcie.

Żeby pomóc Cześkowi, mój mąż, który zgłaszał drużynę ze swojej szkoły w Półcznie, dopisał go do listy. I tak Czesiek, który mieszkał w Gostkowie, pojechał na wyścig jako chłopak z Półczna.

Danuta Siluta

To było w roku 1969, miałem w Półcznie kilku dobrze jeżdżących chłopaków, więc zainteresowałem się Małym Wyścigiem Pokoju, który organizował Spółdzielca (nazwa Baszty w latach 1969–

–1973). Montując ekipę, pomyślałem o Cześku. Wiedziałem, że mój młody szwagier ma problem, więc postanowiłem mu pomóc. Znałem trenera Euzebiusza Marciniaka, który wszystkim kierował, więc zadzwoniłem do niego z pytaniem, czy skoro ma jedno wolne miejsce, to czy mogę zgłosić zawodnika z innej szkoły. Pan Marciniak się zgodził, mimo że formalnie było to niemożliwe, i tak Czesiek pojechał z moimi chłopakami.

Aleksander Siluta

Zgodziłem się, bo dobrze znałem Silutę, poza tym uważałem, że każdy zdolny powinien dostać szansę. Później miałem przez to trochę problemów, ale jakoś się udało. Ważne, że Czesiek zrobił pierwszy krok.

Euzebiusz Marciniak, trener w klubie Baszta Bytów

Im bliżej było startu, tym bardziej o nim myślałem. Trenowałem jak szalony, objeżdżałem trasę i szykowałem rower. Jak już wspomniałem, damka mojej mamy, na której jeździłem, to była słynna ukraina. Słynna, bo legendarnie ciężka, starsi czytelnicy i miłośnicy kolarstwa na pewno pamiętają te rowery. Zarówno męskie, jak i damskie modele były solidne i miały opinie niezniszczalnych, ale osiągano to za cenę niebywałej masy. O męskich odmianach tego modelu opowiadano dowcipy, że skonstruowano je tak, by można było przewieźć na ramie worek cementu. Było w tym trochę prawdy, bo często widywało się na wsi ludzi, którzy pchali swe rowery, służące im za wózek do przewozu towarów. Tymczasem ja potrzebowałem roweru jak najlżejszego, na którym można by było pokonywać okoliczne wzniesienia i górki. Odkręciłem więc wszystko, co się dało, żeby zmniejszyć masę. W ten sposób ukraina mamy straciła lampę, błotniki i osłonę na łańcuch, a kierownicę przekręciłem tak, by kształtem choć trochę przypominała „baranka” z kolarek. Mama nie czyniła mi wyrzutów, ale nie sądzę, żeby była zachwycona zakresem przeróbek w swoim rowerze. Mam go do dziś. Mój brat wyremontował go i podarował mi na 50. urodziny. Ukraina mamy wisi teraz u mnie na ścianie. Od czasu do czasu ściągam ją i wybieram się na przejażdżkę. Jest fantastycznie.

Kiedy zaczął przerabiać damkę mamy na wyścigówkę, to mama nie była na niego zła, ale bała się, żeby nie zrobił sobie krzywdy.

Danuta Siluta

Mogę powiedzieć o sobie, że byłem jego głównym mechanikiem. Uczestniczyłem więc w rozbieraniu niemal nowiutkiej damki naszej mamy. To był, jak byśmy dziś powiedzieli, „pełen wypas”. Sporo było do odkręcenia, bo rower miał bogate wyposażenie, nie brakowało nawet specjalnej siatki, która szła od błotnika i kryła koło, by spódnica nie wkręcała się w szprychy. Dzisiaj niewiele rowerów ma takie eleganckie dodatki.

Jan Lang

W dniu wyścigu pojechałem na start, a każdemu obrotowi pedałów towarzyszyła myśl o tym, jak to rozegram. Pamiętam swój strój. To nie było ubranie kolarza, tylko raczej komplet na szkolne zajęcia gimnastyki: granatowe szorty i podkoszulek na ramiączkach. Był nas cały tłum, ustawiono nas na bieżni i dano sygnał do startu. Ruszyliśmy, a ja nadusiłem na pedały, ile tylko miałem sił w nogach. Po jakichś trzech kilometrach obejrzałem się… i stwierdziłem, że jestem sam! Zyskałem ogromną przewagę i wtedy zrozumiałem, że nawet jeśli nie wygram wyścigu, to przynajmniej jako pierwszy przejadę przez swoją miejscowość, to było jak lotna premia, którą musiałem wygrać! Przemknąłem przez Gostkowo jako pierwszy, niesłychanie dumny, że pokazałem się swojej publiczności. Wśród widzów byli oczywiście rodzice i rodzeństwo, mój szwagier, koledzy oraz Edek, z którym wygrałem wyścig o mistrzostwo naszej wsi.

Pamiętam jego pierwszy wyścig. Wzdłuż ulicy stało pełno ludzi, kibiców z naszej miejscowości, i on się wtedy pokazał, był najszybszy. Wszyscy wiwatowali i byli dumni, że prowadzi.

Danuta Siluta

Oni wiwatowali, a ja gnałem przed siebie, pod górkę, gdzie była nawrotka; stamtąd mieliśmy jechać z powrotem na stadion w Bytowie. Nie zastanawiałem się, czy będę miał siłę dojechać tam jako pierwszy, myślałem tylko o tym, by znów być najszybszy w Gostkowie. Udało się!

Później dogonił mnie, a następnie minął jeden chłopak. Inni mnie już nie dopadli, więc minąłem metę w Bytowie jako drugi.

Meta całego wyścigu była na ulicy koło POM-u w Bytowie. Czesio był drugi, co wzbudziło duże zainteresowanie, bo brylował na niezbyt dobrym rowerze. Nie da się ukryć, wpadł trenerowi Marciniakowi w oko.

Aleksander Jerzy Siluta

Kolejne wyścigi przyniosły mi miejsca na podium, a nawet zwycięstwa. To była przepustka do tego, by przyjęto mnie do klubu w Bytowie. Wyścig trwał przez trzy niedziele, każdej niedzieli był kolejny etap. Do następnych etapów przygotowałem się już lepiej, trenowałem i wtedy rzeczywiście wygrałem. Tak zaczęła się moja kariera.

Talent miał Czesiek po siostrze, to ja pierwsza musiałam dokonywać wyczynów na rowerze. Zanim Czesiek się urodził, mieszkaliśmy przez pewien czas w Suchorzu. Ojciec kierował tam PGR-em, w którym pracowali sami Niemcy. Siłą rzeczy szkoła we wsi też była niemiecka, a do najbliższej, polskiej, było 6 kilometrów. To były prawdziwe wyprawy, nie zawsze mogłam liczyć na to, że ktoś mnie podwiezie. Tylko czasem przejeżdżał wóz konny, który wiózł z Miastka wielkie sery. Wtedy miałam zapewnioną podwózkę. Panował duży niedostatek, więc tata poradził sobie sam. Do jakiejś ramy przyczepił kółka od wózka i w ten sposób skompletował mi rower. Takim wehikułem jeździłam do Starkowa, mogę więc chyba z czystym sumieniem mówić, że talent Czesiek ma po mnie.

Danuta Siluta


Worek na kartofle, czyli Czesiek zdobywa rower

Na pierwszy trening pojechałem niezwykle przejęty. Wszedłem do klubu i zobaczyłem widok jak z bajki. Wnętrze było zastawione rowerami, a na ścianach i pod sufitem wisiały koła, części i całe rowery. Dla chłopaka, który startował w wyścigach na damce bez błotników i z odwróconą kierownicą, to był prawdziwy kolarski sezam. Patrzyłem na te bezcenne skarby, ale jeden był wyjątkowy. Przy wejściu, jakby na honorowym miejscu, stała przepiękna nowa kolarka! To był klasa rower, złoty jaguar! Zanim w 1972 roku zaczęto produkować w bydgoskim Romecie ramy, kupowano komponenty w brytyjskiej firmie Reynolds. Dla najlepszych wersji osprzęt także był markowy: przerzutki i manetki włoskiego Campagnolo, hamulce kupowano we francuskiej firmie MAFAC, a siodełka, tak jak ramy, także pochodziły z Wielkiej Brytanii, z uznanej firmy Brooks. Ten jaguar był na polskim osprzęcie, ale i tak był to sprzęt marzenie, który czekał na swojego czempiona. Z miejsca powiedział mi o tym trener Baszty, pan Euzebiusz Marciniak.

Euzebiusz Marciniak (1935), urodził się w Pińsku, gdzie jego ojciec służył w Korpusie Ochrony Pogranicza. Przejął po ojcu zamiłowanie do sportu i kolarstwa; od roku 1946 mieszka w Bytowie. W roku 1955 założył klub kolarski, znany obecnie pod nazwą Baszta Bytów. Najpierw instruktor kolarstwa, a następnie trener I stopnia. Mówi o sobie, że w bytowskim klubie nie był tylko prezesem, poza tym zaliczył wszystkie posady: od trenera przez sekretarza klubu, skarbnika, spikera, mechanika, kierowcę, sprzątacza i wiceprezesa. Poza kolarstwem interesuje się kolekcjonerstwem.

To był rower dla mistrza, więc nie dla mnie, bo przecież dopiero co przekroczyłem próg klubu. Wszystko, na co wtedy zasługiwałem, to… worek na kartofle. Tak, trener Marciniak dał mi starą ramę i koła oraz worek na kartofle, a do niego zaczął wrzucać kolejne części; kierownicę, łańcuch, tarczę, zębatki, elementy przerzutki, linki, manetki i opony. To był mój rower, miałem to wszystko zawieźć do domu i zmontować z tego kolarkę. Złoty jaguar stał na swoim miejscu i czekał na swego zdobywcę, a ja wziąłem te graty i ruszyłem do domu. To musiał być niezły widok, kiedy jechałem na swojej „sportowej” damce z przewieszoną przez ramię ramą oraz workiem z częściami, a w dłoniach trzymałem nie tylko kierownicę, ale także koła. Przyjechałem do domu i wyciągnąłem z worka tę całą maszynerię. Byłem bezradny, bo choć świetnie radziłem sobie z rowerem jako kolarz, to mechanik był ze mnie żaden. Najpierw przyjrzałem się tej wieży Babel; rama pochodziła z polskiego roweru Huragan, przerzutki były radzieckie, z maszyny o nazwie Charków, hamulce chyba polskie. Do tego linki, zębatki, kierownica, koła… Rower w częściach, który miał złożyć czternastoletni chłopak! Jak to zrobić, skoro do tego stopnia nie znałem się na mechanice, że nie wiedziałem, jak działają zębatki w przerzutce? Nie wiedziałem, za co się najpierw zabrać, co do czego przypasować, a kulki wysypywały się z łożysk.

 

Ojciec potrafił dłubać, był złotą rączką, ale jak zobaczył rupiecie, które przywiozłem do domu, to stanął nad nimi jak kowal nad statkiem kosmicznym. Nie było rady, chcąc nie chcąc, musiałem wszystko złożyć sam. W ten sposób, metodą prób i błędów, poznałem budowę i działanie sportowego roweru. Pojąłem, na czym polega rola przerzutek, do czego tak naprawdę służą przekładnie i czemu linki są tej, a nie innej długości. Czyściłem części, a później kolejno dopasowywałem je do ramy. Kierownica, piasty, koła, hamulce, przekładnie, tarcze i pedały. Krok po kroku, ucząc się na własnych błędach i poświęcając na to niemal całe dni, w końcu złożyłem rower do kupy. Zajęło mi to prawie dwa tygodnie.

W którymś z wywiadów pojawiła się informacja, że Czesiek miał pierwszą wyścigówkę od taty. Ja czegoś takiego nie zauważyłem, moim zdaniem była tylko damka mamy, a później rowery z klubu. Ten pierwszy rzeczywiście przywiózł w częściach w worku. Pamiętam, jak Czesiek przytargał tego niebieskiego huragana i zamienił jeden z pokoi w warsztat i magazyn części. Nawet dobrze mu szło, miał zapał i lubił to robić. Dłubał przy rowerach i walczył z szytkami, które wciąż się dziurawiły. Przed startami pomagałem mu szykować rower, wychodziło nam nie najgorzej.

Jan Lang

Namęczyłem się, nakombinowałem, ale było warto: miałem swoją kolarkę i pojechałem nią na trening. Wytrzymałem nie tylko próbę składania roweru, ale i pierwsze treningi. To wszystko była próba charakteru, bo trener Marciniak zawsze powtarzał, że kolarstwo to sport dla ludzi z charakterem. Sport dla wiejskich chłopaków, którzy nie boją się wysiłku i potrafią ciężko i uparcie pracować, nawet gdy nikt ich nie kontroluje. Trener jest z zawodnikiem krótko, większość treningów kolarz przeprowadza sam, tylko od niego zależy, czy wykonuje polecenia trenera. Trzeba mieć do tego charakter i upór, bo pracuje się dużo i ciężko. Musi sam dbać o siebie i chodzi nie tylko o trening, ale o całość starań nad podtrzymaniem i doskonaleniem formy. Treningi były dwa, trzy razy w tygodniu, ale jeśli się chciało mieć wyniki, trzeba było ćwiczyć codziennie.

Kiedy mieszkaliśmy już w Półcznie i Czesiek trenował kolarstwo, poznaliśmy jego obowiązkowość. Nie było dnia, żeby nie trenował, nie było sytuacji, która by go odciągnęła od treningu. Zawsze wsiadał na rower, niezależnie od pogody. Nawet w niedzielę, kiedy było jakieś ważne spotkanie rodzinne, kłaniał się grzecznie, przepraszał, przebierał się i ruszał w kierunku Słupska, tam zawracał i przez Suchorze, Bytów wracał do Gostkowa. Taka runda miała sto kilometrów.

Danuta Siluta

Treningi go wciągały, nigdy z nich nie rezygnował. Trenował nawet w dzień mojego ślubu z Wandą. Przyjechał do Jabłończa na rowerze, złożył życzenia i pojechał na trening. Ruszył przez Bytów do Kościerzyny i tam zawrócił do Jabłończa. Zrobił ponad sto kilometrów, po czym pojawił się na weselu. To był rok 1971, miał wtedy szesnaście lat, ale dalej jest taki sam. Cały czas jeździ na rowerze. Nawet jak gdzieś pojedzie samochodem, to wozi ze sobą rower, żeby zrobić sobie przejażdżkę.

Jan Lang

Bez charakteru i samokontroli niczego się nie osiągnie. Pomaga przyzwyczajenie do ciężkiej pracy, a ja, podobnie jak wielu moich rówieśników ze wsi, dobrze wiedziałem, co znaczy ciężka praca. Może dlatego kolarstwo jest dla chłopaków ze wsi… Najwięcej nas pochodziło z LZS-ów w wioskach i małych miejscowościach. Mieliśmy charakter, nie baliśmy się ciężko pracować, mieliśmy gdzie trenować. Po swoich okolicach – Gostkowie, Kołczygłowach, Kołczygłówkach i Barnowie – przejeżdżałem tysiące kilometrów. Zjeździłem szosy i leśne drogi, przebiegłem ogromną liczbę kilometrów.

Czy mógłbym się przygotować lepiej? Nie wiem, trudno to powiedzieć. Z dzisiejszej perspektywy wszystko było robione „na czuja”, nie było sporttesterów, nie było ciągłych badań, trenerzy organizowali treningi, kierując się własną intuicją. Jak na tamte czasy, treningi miałem dość nowoczesne i urozmaicone, pan Marciniak jechał na czerwonej jawie i dyktował tempo, stosował interwały. Był dobrym trenerem, ale niektórych spraw nie mógł przeskoczyć, tak jak każdy inny trener w Polsce. Nauka i jej najnowsze osiągnięcia nam nie pomagały, nie było odżywek i witamin, ba! – brakowało nawet porządnego jedzenia. No i oczywiście sprzętu.

Ze sprzętem było krucho, a największych problemów przysparzały gumy. Szytki pękały bardzo często. Nawet trenując w klubie, nie mogłem liczyć na nieskończoną liczbę opon, a na brukowanych drogach, których w okolicy było bardzo dużo, gumy „szły” jedna za drugą. Dla młodych kolarzy był to poważny problem.

Mówi się, że dziś sportowcy mają ciężko, bo w klubach brakuje sprzętu. Wtedy był niby za darmo, ale magazyny klubowe świeciły pustkami. Naprawdę ciężko było wtedy, kiedy ja byłem jeszcze w miarę młodym trenerem, a Czesiek początkującym kolarzem.

Euzebiusz Marciniak

Znalazłem własny patent na dziurawe szytki. Cerowałem je nićmi wyciąganymi ze starych opon do traktorów. Były niesamowicie mocne i dzięki temu mogłem naprawiać dętki. Moje szytki były cerowane jak stare skarpetki: łatałem nićmi kawałki materiału, a ze starych opon przeklejałem kawałki gumy. Byłem specjalistą niezłej klasy, bo to wszystko jakoś trzymało się kupy. Opona pompowana była na 6–7 atmosfer, a do tego musiała wytrzymać jazdę po nierównej nawierzchni. Większość moich tras wiodła po bruku, a nawet jak był asfalt, to z mnóstwem dziur i łat. Na równej drodze czułem i słyszałem te łaty na oponach. Niektóre kawałki gumy, które wklejałem, miały po dziesięć centymetrów długości, więc koła wydawały przez to charakterystyczny odgłos, a nierówna droga zdawała się jeszcze bardziej wyboista. Najważniejsze jednak, że miałem na czym jeździć i nie przejmowałem się tym, że mój wymarzony rower daleki jest od ideału.


Liceum. Etap z ostrym podjazdem tuż po starcie

Byłem coraz lepszym kolarzem oraz, tak mi się przynajmniej wydawało, dobrym uczniem. Chodziłem do szkoły podstawowej w Gostkowie, którą od kilkunastu lat prowadzili dyrektor Władysław Łącki oraz jego żona Aniela.

Lubiłem tę szkołę, która mieściła się w przedwojennym, poniemieckim budynku z czerwonej cegły. Lubiłem ją, bo uczyłem się niewiele, a miałem dobre stopnie. Wystarczyło uważać na lekcjach, żeby mieć czerwony pasek. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że tak będzie zawsze. Po ukończeniu podstawówki, jesienią 1971 roku poszedłem do liceum ogólnokształcącego. Nie miałem określonego celu, po prostu chciałem się nadal uczyć, skończyć kolejny etap nauki, zdać maturę i zobaczyć, co będzie dalej. Do LO Bojowników o Polskość i Wolność Ziemi Bytowskiej przy ulicy Gdańskiej 57 w Bytowie dostałem się bez trudu. Byłem przecież w podstawówce wzorowym uczniem, ale szybko okazało się, że szkoły różnią się nie tylko nazwą i wyglądem. Podstawówka była stara, wiejska i przedwojenna, a liceum miało siedzibę w mieście powiatowym, w nowoczesnym gmachu, tak zwanej „tysiąclatce”. Okazało się też, że w liceum rządzonym przez dyrektora Henryka Greckiego wymagania są większe, to była jedna z lepszych szkół na Pomorzu, zresztą dalej ma dobrą renomę i zawsze wielu absolwentów dostawało się na studia. Żeby mieć dobre stopnie, nie wystarczyło tylko uważać na lekcjach, trzeba też było włożyć sporo pracy. Owszem, pracowałem, ale na treningach. Budziłem się wcześnie rano i przed wyjściem do szkoły ćwiczyłem z ciężarami. Ani u mnie w domu, ani nigdzie w Gostkowie nie było siłowni. Nie miałem też hantli ani innego profesjonalnego sprzętu, podnosiłem więc kółka od wąskotorówki i robiłem z nimi przysiady; ważyły po 40 kilogramów. Po tej „siłowni” wskakiwałem na rower i jechałem do szkoły. Robiłem to niezależnie od pogody. Nieważne, czy był upał, czy padał deszcz. Na rowerze jeździłem do szkoły nawet w śniegu i na mrozie. Na lekcje często wpadałem spocony, przemoczony i oblepiony błotem; patrzono na mnie trochę jak na dziwaka, szybko jednak zrozumiano, do czego dążę i ile wysiłku to kosztuje, więc zaczęto mnie nawet podziwiać. Myślę, że imponowałem rówieśnikom wytrwałością, bo było dużo przypadków, że chłopcy nie wytrzymywali, zwracali rowery, odchodzili z klubu. Ja nawet o czymś takim nie pomyślałem, kolarstwo i jazda w klubie wciągnęły mnie bez reszty. Babcia Ania nie była tym wszystkim zachwycona, nie podobały się jej moje kolarskie treningi, bała się o mnie. Nic dziwnego, bo często wracałem poobijany; wiadomo – zdarzają się kraksy i upadki. Moja kochana babcia z przerażeniem patrzyła na poobijane kolana i pozdzierane łokcie. Były kaski, takie skórzane, inne niż dzisiaj, ale co z tego, skoro na treningach nikt nie jeździł w kaskach! Babcia była temu wszystkiemu przeciwna i namawiała mamę i tatę, by mnie z kolarstwa i klubu wypisać. „Nauka jest ważniejsza” – mówiła. Żeby uniknąć niepotrzebnych uwag, wymykałem się na treningi po kryjomu, a rower ukrywałem w wypalonym pniu drzewa. Szedłem niby do parku, po czym wyjmowałem rower z kryjówki i jechałem na trening.

Nasza kochana babcia, Anna Pirug, goniła Cześka do nauki, obawiała się, że przez rower wszystko zaprzepaści. Obie z mamą bały się nie tylko o naukę, ale i zdrowie. Wracał pokiereszowany, nie dało się ukryć, że miał dużo kraks.

Danuta Siluta

Babcia miała rację, sport nie pomagał mi wtedy w nauce. Szybko złapałem zaległości, zwłaszcza z języka rosyjskiego, i zrobiło się groźnie. Już pierwsza lekcja rosyjskiego była dla mnie bardzo przykra. Profesorka wywołała mnie na środek, a ja kompletnie nic nie rozumiałem. Klasa się ze mnie śmiała, nauczycielka zadawała kolejne pytania, a ja z każdą chwilą coraz bardziej się kompromitowałem.

Wróciłem do domu, rzuciłem torbę i powiedziałem mamie, że już więcej do szkoły nie pójdę. Może to nie był taki szok jak późniejsze przenosiny do Warszawy, ale boleśnie przekonałem się na własnej skórze, że jednego dnia można być pierwszym, a następnego spaść na samo dno. Takie doświadczenia uczą pokory. Długo nie mogłem sobie dać z tym rady, całkiem serio myślałem o tym, żeby już więcej nie pokazać się w szkole. Chciałem być sam, więc uciekałem na łąki, a tam pasł się stary koń, którego nazwano Truman. Był naprawdę bardzo stary, służył jeszcze Niemcom, a pamiątką po tych czasach była wypalona na jego boku swastyka. W PGR-ze używano go do ciągnięcia wózka ze śmieciami, ale najczęściej jako koń emeryt po prostu pasł się na łące. Podchodziłem do niego, rozmawiałem z nim, wskakiwałem mu na grzbiet i na oklep jeździłem do lasu. Był moim przyjacielem, łatwiej mi było przejść przez szkolne problemy i zmusić się do tego, by pójść na korepetycje z rosyjskiego. Z czasem udało mi się wyjść z kryzysu i, mówiąc po kolarsku, „doskoczyć do peletonu”. Dałem radę, bo w szkole byli znakomici nauczyciele, szczególnie dobrze wspominam pana Leonarda Aszyka, który uczył fizyki i był moim wychowawcą.

Nie miał łatwo. Trenował bardzo dużo, a i same dojazdy do szkoły zabierały mu sporo czasu. Nie wiem dlaczego – bo rodzinę było na to stać – Czesiek nie poszedł do internatu. Wiem, że siostra, która kończyła liceum pedagogiczne, mieszkała w internacie, tymczasem Czesiek codziennie dojeżdżał. Treningi, starty, dojazdy… i na naukę zrobiło się trochę mało czasu. Początek był trudny, więc trener też trochę nachodził się do szkoły w sprawie swojego zawodnika.

Euzebiusz Marciniak

Dzięki uporowi, ambicji i ciężkiej pracy wyszedłem na prostą i nawet babcia pogodziła się z tym, że chcę zostać kolarzem. W szkole przekonałem się, że nawet bycie mistrzem własnego podwórka nie gwarantuje wielkiego sukcesu. Byłem prymusem w podstawówce, ale w liceum odstawałem i musiałem podejść do nauki bardzo poważnie. Udało się, dzięki wsparciu mamy i korepetycjom nadgoniłem zaległości, a później już sam dawałem sobie radę, mimo że często wyjeżdżałem na zgrupowania. Początkowo jednak nie bardzo wiedziałem, do czego doprowadzi mnie szkoła. Chodziłem do Liceum Ogólnokształcącego, które nie dawało konkretnego fachu, a siostra i brat skończyli licea pedagogiczne i byli nauczycielami. Pomysł, by po maturze pójść na AWF, przyszedł jakby sam, z rozpędu. Skończyłem szkołę i w maju 1974 zdałem maturę. Wiedziałem już wtedy, że swoją pracę i życie zwiążę z kolarstwem. Zanim do tego doszło, osiągnąłem pierwsze sportowe sukcesy.