Zawodowiec

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Kołczygłowy – Barnowiec – Gostkowo, czyli sportowe początki

Moja rodzina, tak jak wiele innych polskich rodzin z Kresów, wyjechała na zachód, na Ziemie Odzyskane. Los skierował ich pod Słupsk. Tak jak Kargule i Pawlaki z Samych swoich, moi bliscy trafili na ziemie, których wcześniej nie widzieli i o których nic nie wiedzieli. Mieli podobne problemy jak bohaterowie filmu, zaczynając życie od nowa w poniemieckich domach. Przez to mam sentyment do tego filmu, który mnie nie tylko bawi, ale i wzrusza, bo choć sam tej historii nie przeżyłem, to znam ją z rodzinnych opowieści.

Nasza tułaczka była nawet dłuższa od tej, którą przeżyli filmowi bohaterowie. To nie była repatriacja czy osadnictwo, tylko ucieczka. Najpierw rodzina uciekła z Uhrynowa w okolice Jarosławia. Urodziłam się w Muninie Małej, osadzie pod miastem, a dzisiaj jego części. Ledwie przyszłam na świat, a rodzice już musieli jechać dalej. Nie wiem, czy tata rzeczywiście musiał uciekać, bo nowa władza nie patyczkowała się z nikim, czy może mieli już umówioną posadę i mieszkanie na Kaszubach. Wsiedli w pociąg i jechali ze mną przez całą Polskę. To było kilka dni jazdy i to w strasznym upale, był lipiec, miałam ledwie kilka dni, gorączkowałam. Byłam bardzo wątła i dostałam biegunki, rodzice rwali ubrania, koszule i prześcieradła, bo nie było pieluszek. Stale się odwadniałam, słabłam w oczach i ledwie przeżyłam tę podróż. Ale udało się, rodzina zamieszkała na Kaszubach. Pamiątką po tych czasach są błędy w metryce, jako datę urodzenia mam wpisany 10 czerwca 1946, a naprawdę urodziłam się miesiąc później. Mogę teraz dwa razy w roku obchodzić urodziny: raz urzędowe, a po raz drugi te właściwe. Moi młodsi bracia urodzili się już bez takich przygód, obaj na Kaszubach. Janek 5 lat, a Czesiek 9 lat po mnie.

Danuta Siluta

Urodziłem 17 maja 1955 roku w Kołczygłowach, miejscowości położonej około trzydziestu kilometrów od Bytowa i czterdziestu od Słupska. Byłem drugim w rodzinie, który urodził się na Kaszubach, pięć lat wcześniej przyszedł na świat mój brat Janek. Ojciec, który miał doświadczenie w hodowli koni, znakomicie znał się też na ogrodnictwie i uprawie ziemi. Jego kwalifikacje sprawiły, że dostał posadę kierownika PGR-u. Zarządzał gospodarstwami w Suchorzu, Poborowie, Barnowcu i Gostkowie. Dzięki jego stanowisku mieszkaliśmy we dworach, które po wojnie stały się siedzibami administracji państwowych gospodarstw rolnych. Zwykle były tam biura, domy kultury oraz mieszkania dla kierowników, agronomów i ich rodzin. Przez pewien czas mieszkaliśmy we dworze w Barnowcu. W sąsiednich Kołczygłowach był zabytkowy kościół, parafia, ośrodek zdrowia i stacja benzynowa CPN, a w innej nieodległej miejscowości – Barnowie – stał piękny pałac, w którym znajdował się zarząd okolicznych PGR-ów. Kiedyś to miejsce należało do Puttkamerów, rodu, który zasłynął z… małżeństw. Ich kuzyn Wawrzyniec, który pochodził z litewskiej gałęzi rodu, przeszedł do historii jako mąż Maryli Wereszczakówny, wielkiej miłości Adama Mickiewicza. Tak jak każdy Polak zna Mickiewicza, tak każdy Niemiec wie, kim był Otto von Bismarck. To właśnie tu, w miejscowej kaplicy, odbył się ślub późniejszego kanclerza Niemiec z panną Joanną von Puttkamer. Było to w roku 1847, a ponad sto pięćdziesiąt lat później zamieszkał tam polski medalista olimpijski Czesław Lang. Zanim osiadłem w miejscu, gdzie można by kręcić filmy historyczne, spędziłem dzieciństwo tam, gdzie powinny powstawać horrory. Ojca i nas wszystkich przeniesiono dwadzieścia sześć kilometrów dalej, do gospodarstwa w Gostkowie. Niby nic nadzwyczajnego, PGR-owska wioska położona około czterech kilometrów od Bytowa, kiedyś w województwie słupskim, a od blisko dziesięciu lat w pomorskim. Wydaje się, że na Kaszubach są setki takich wsi, które kiedyś były pruskimi majątkami, a po II wojnie światowej polskimi PGR-ami; sklep GS-u, szkoła, kościół, przystanek PKS, a czasem nawet ośrodek zdrowia. Ale ta wieś jest z wielu powodów wyjątkowa. Nie chodzi o krajobraz, zabytki czy przyrodę, ale o złe siły. Dworek, w którym mieszkaliśmy, podobnie jak cała okolica, miał opinię miejsca nawiedzonego. O jednym z jego przedwojennych właścicieli, Gerhardzie Laubmeyerze, krążyły legendy, że był zaprzedany diabłu, uprawiał czarną magię i miał zdolność bilokacji. Podobno widywano go w tym samym czasie w różnych odległych od siebie miejscach. Doktor Faust z Gostkowa miał w dworku swój tajemny, obity czarnym suknem pokój. W naszych czasach czarny pokój pełnił funkcję zbrojowni przysposobienia obronnego. Całe szczęście, że nikt się nie postrzelił, bo wypadków nie brakowało. Co roku ktoś ginął; a to traktor przygniótł kogoś do drzewa, a to wywrócił się wóz, a to znaleziono topielca. Za każdym razem uważano, że to przez klątwę, którą ściągnął na nasz PGR dziedzic – mag i okultysta. Nam nic się nie przytrafiło ani też naszym sąsiadom. Żyło nam się w Gostkowie spokojnie i pracowicie, choć było czuć coś dziwnego. Prawdę mówiąc, nie lubiłem za bardzo tego miejsca, zresztą i naszej rodziny nie ominęły dziwne zdarzenia.

Mieliśmy takiego sąsiada. Nazywał się Mikołaj i zajmował pokój niedaleko nas. Czesiek był jeszcze wtedy mały, więc nie może wiedzieć, co on robił, nawet ja nie za bardzo pamiętam, kim był w PGR-ze. Może magazynierem, może stróżem? W każdym razie był dziwny. Całymi dniami przesiadywał w swoim pokoju i coś dłubał. Okazało się, że chciał zrobić bombę, kupował więc dziesiątki dużych paczek zapałek i zeskrobywał z nich siarkę. Tę siarkę trzymał w jednym miejscu i w końcu, pewnego dnia, wszystko eksplodowało. Nie wiem, czy miał jeszcze inne materiały, ale wybuch był tak potężny, że zabiło go na miejscu, a w ścianie zrobiła się dziura. Później zdarzyła się jeszcze gorsza historia. Robotnicy, którzy rozbierali komin, poszli na łatwiznę i przewrócili go. Zrobili to tak, że komin upadł na dach, przebił go i wpadł do środka. Na parterze znajdowały się biura i magazyn. Komin zwalił się na naszego ojca i pewnego młodego chłopaka. Chłopak zginął, a ojciec z urazem kręgosłupa przeleżał kilka miesięcy w bytowskim szpitalu. To nie wszystko, niektórzy mówią, że to już dziad przedwojennego właściciela – Hermann Laubmeyer – ciągnął tu złe duchy i moce i że te wciąż tu siedzą. Najczęściej przytaczanym przykładem jest droga, która prowadzi do Dąbia; niemal co roku zdarza się tam jakiś wypadek, a są tacy, którzy mówią, że o północy można zobaczyć bryczkę zaprzężoną w czarne konie. Można się z tego śmiać, ale liczba zdarzeń i tajemniczych zgonów w okolicy zmusza do zastanowienia.

Danuta Siluta

Do dworu nie mam sentymentu, ale do okolic – tak. Ojciec robił to samo co przed wojną: objeżdżał bryczką pola, zarządzał majątkiem, kierował ludźmi. Jeździłem z nim, bardzo to lubiłem. Po ojcu odziedziczyłem zamiłowanie do przyrody i zwierząt, to on nauczył mnie cieszyć się krajobrazami, bezkresem pól i lasów, to dzięki niemu pokochałem konie. Mogłoby się wydawać, że jeśli nie byłem małym paniczem, to przynajmniej synem rządcy. Nic z tych rzeczy. Rodzice i tam, na Kresach, i tu, w Kołczygłowach, mieli też swoją ziemię, swoje zwierzęta i ciężkie obowiązki. Może to już nie było czterdzieści hektarów, ale skrawek ziemi, działka przyzagrodowa, która przysługiwała wszystkim pracownikom PGR-u. Ziemi było niewiele, ale za to roboty bardzo dużo. Pracowali wszyscy, także ja. Zaczynało się o świcie: trzeba było nakarmić zwierzęta, wyprowadzić krowy na pastwisko, wyczyścić kurnik. To była ciężka robota, ale ja najbardziej nie lubiłem pielenia. Jako kierownik gospodarstwa ojciec miał dużo zajęć i nieźle zarabiał, ale uważał, że nie można tylko odbębnić obowiązków; skoro jest działka przyzagrodowa i dogodne warunki, to trzeba je wykorzystać. Dzięki temu nie popadliśmy w PGR-owski marazm, w pijaństwo, w życie według zasady „czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. To była dla mnie ważna lekcja… i równocześnie zachęta do ucieczki. Uciekałem w sport i pomagał mi w tym ojciec. To on zadbał, by w PGR-ze można było uprawiać sport, by w dworze był ośrodek kultury, kawiarnia i stół do ping-ponga. Animatorem tych sportowych zabaw był Aleksander Siluta, nauczyciel WF i fizyki.

To był pupil męża. Jak Czesio miał 9 lat, to zabierał go a to na biegi, a to na narty, a jak był głęboki śnieg, sadzał sobie Cześka na barana i zjeżdżali z górki. To mąż zauważył, że Czesław ma predyspozycje do kolarstwa.

Danuta Siluta

Czesio to mój największy sukces, bo jestem zwariowany na punkcie sportu. To ja nim pokierowałem i nawet jeden z pierwszych artykułów w lokalnej prasie nosił tytuł Wszystkiemu winien szwagier. Kiedy zaczynałem pracę jako nauczyciel, czyli, jak mówią na Kaszubach „szkulny”, to miałem ledwie osiemnaście lat. Bawiłem się więc sportem ze swoimi uczniami, bo byłem po prostu starszym chłopakiem.

Aleksander Jerzy Siluta, szwagier

Zabawy, marszobiegi, wszystko, co dało się ćwiczyć i uprawiać w naszej okolicy. Oczywiście bawiliśmy się i graliśmy nie tylko pod kierunkiem Aleksandra. Później nie potrzebowaliśmy żadnej zachęty i sprzętu, pływaliśmy, biegaliśmy po lesie. Ja mogłem biegać godzinami. Zimą też się nie nudziłem, chodziłem na ślizgawkę na zamarzniętych stawach, tam jeździliśmy na łyżwach i graliśmy w hokeja, potem sanki, a latem podchody i zabawa w chowanego. Po tych wszystkich szaleństwach na mrozie często chorowałem. Niemal każdej zimy coś mi się przytrafiało: przeziębienie, grypa, angina. Z tego powodu spędzałem tydzień albo nawet dwa w łóżku. To nie był stracony czas, bo czytałem wtedy książki: W pustyni i w puszczy, Trylogię oraz niemal wszystko Londona, a przede wszystkim oczywiście Białego Kła. Pochłaniałem je z zapałem i prawdę mówiąc, to co roku czekałem z nadzieją, kiedy wreszcie przyczepi się do mnie jakaś choroba. Miałem wtedy dużo czasu dla siebie i czytałem łapczywie, wyobrażając sobie te wszystkie krajobrazy i kraje, podróżując po nich na kartach powieści. To bardzo pobudzało wyobraźnię, bo opis nie zawiera wszystkiego, trzeba dodać coś od siebie, wysilić umysł, stworzyć sobie obraz świata i bohaterów powieści. Ten świat przenosił się później na nasze podwórka, pola i w lasy. Jak to chłopcy, czytaliśmy, rzecz jasna, Winnetou, Hrabiego Monte Christo i Robin Hooda, więc wiosną wieś pełna była leśnych ludzi, rycerzy, rozbójników, Indian i kowbojów uzbrojonych w łuki, szable, miecze, karabiny i kolty, drogami pędziły dyliżansy, a cała okolica rozbrzmiewała wystrzałami. Lasy nad Słupią sprzyjały takim zabawom, zwłaszcza że mieliśmy nieomal nieograniczoną wyobraźnię. Bo nic jej nie pobudza tak mocno jak książki. Książki i radio, bo słuchając radia, też trzeba sobie wszystko wyobrazić. Słuchając Bogdana Tuszyńskiego, widziałem, jak kolarze walczą na szosie, jak peleton Wyścigu Pokoju mija miasta i wioski, jak zawodnicy pędzą między polami, a na koniec finiszują. Do dzisiaj, jak tylko trafi mi się wolna chwila, czytam książki i lubię słuchać radia. Byłem szczęśliwy, kiedy podpisałem umowę z radiową „Jedynką”, bo relacje z trasy bardzo wzbogacają Tour de Pologne. Na pewno radio przyczyniło się do tego, że zostałem kolarzem. Słuchając transmisji z Wyścigu Pokoju, podziwiałem kolarzy i kibicowałem im z całych sił. Czekaliśmy z kolegami na polskie zwycięstwo, którego smaku nie znaliśmy, bo nasza drużyna wygrała wyścig jeden jedyny raz, na siedem lat przed moimi narodzinami, a Stanisław Królak odniósł indywidualne zwycięstwo wtedy, kiedy miałem zaledwie rok.

 

Stanisław Królak (1931–2009), najpopularniejszy kolarz lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, wielokrotny medalista mistrzostw Polski. Sławę i wręcz uwielbienie kibiców przyniosła mu wygrana w Wyścigu Pokoju (1956). Na kolejny polski sukces kibice czekali kilkanaście lat: zwycięstwo drużyny w WP w roku 1967 oraz indywidualny sukces Ryszarda Szurkowskiego w roku 1970. Długi czas oczekiwania wzmacniał legendę Królaka, którego mieszkańcy Warszawy chętnie odwiedzali w jego sklepie rowerowym w pawilonach przy ulicy Marchlewskiego (obecnie Jana Pawła II). Rowery nie były tanie, ale wpadało się, by kupić u Królaka choćby bidon lub pompkę. W czasie kariery zawodniczej reprezentował barwy warszawskich klubów Sarmata i Legia, a jako trener także pracował tylko w stolicy, prowadząc kolarzy z Gwardii, Legii, Polonii, Sarmaty i Spójni.

Tak się złożyło, że kiedy miałem dwanaście lat, reprezentacja Polski wygrała Wyścig Pokoju, a rok później powtórzyła ten sukces. Nie mogłem wtedy przypuszczać, że parę lat później poznam kapitana zwycięskich drużyn, Jana Magierę. Przed epoką Szurkowskiego i Szozdy to właśnie Magiera był najlepszym polskim kolarzem. Doskonale radził sobie na torze i szosie, był olimpijczykiem, startował w mistrzostwach świata oraz w Tour de Pologne i Wyścigu Pokoju. W obydwu stawał na podium i zasłynął ze znakomitej jazdy na czas. To była jego specjalność i nic dziwnego, że to właśnie on został w 1970 roku pierwszym mistrzem Polski w tej konkurencji. Dla kibiców był jednak przede wszystkim kapitanem drużyny, która w roku 1967 i 1968 wygrała Wyścig Pokoju. Trudno dziś wytłumaczyć, co to wtedy znaczyło. Kolarze byli prawdziwymi idolami, a na mecie w Warszawie kapitana Magierę witał transparent: „Janek Magiera Polskę rozwesela. Niech nam żyje zespół Polski – 100 lat, jak Ludwik Solski”.

Nic nie dało się porównać z tą popularnością, może tylko najważniejsze mecze piłkarzy w czasach, gdy grali na światowym poziomie. Inne dyscypliny były poszkodowane, choć nasi sportowcy odnosili wielkie sukcesy. Medale olimpijskie i tytuły mistrzowskie, rekordy świata i Europy – nic nie dorównywało naszej popularności. Bokserzy, zapaśnicy i lekkoatleci nie mogli liczyć na taką uwagę jak kolarze. Może dlatego, że zainteresowanie wyścigiem nie ograniczało się tylko do maja. Tak naprawdę trwało to pół roku, już od grudnia, gdy zaczynały się spekulacje, kto pojedzie. Analizowano poprzedni wyścig: jak kto pojechał, kto jest dobry w górach, kto na finiszu, a kto w jeździe na czas, jacy będą przeciwnicy. W lutym pokazywano sylwetki zawodników, ze zdjęciami i życiorysami…

Ryszard Szurkowski, mistrz świata, wielokrotny medalista mistrzostw świata, igrzysk olimpijskich i czterokrotny zwycięzca Wyścigu Pokoju

Wyścig Pokoju (Course de la Paix), największy amatorski wyścig w historii kolarstwa, w latach 1948–2006 odbyło się 58 edycji tej imprezy. Na początku ścigano się między Warszawą i Pragą, stolicami Polski i CSRS, a zarazem siedzibami redakcji partyjnych dzienników, „Trybuny Ludu” i „Rudeho Prava”. W 1952 do organizatorów WP dołączyły NRD i gazeta „Neues Deutschland”. W końcowym okresie świetności Wyścigu Pokoju, w latach 1985–1986, przyłączył się ZSRR i dziennik „Prawda”. Rozgrywany w maju wyścig przyciągał tłumy kibiców i cieszył się niezwykłym zainteresowaniem. Po upadku socjalizmu wyścig stracił na znaczeniu, będąc w końcowej fazie imprezą czeską z etapami rozgrywanymi w Polsce, Niemczech i Austrii. W roku 2005 WP nie odbył się, a rok później wystartował po raz ostatni. Lider wyścigu jechał w żółtej koszulce, inaczej niż w Vuelta a España i Giro d’Italia. W niebieskich koszulkach jechali liderzy klasyfikacji drużynowej, w fioletowej – najaktywniejszy kolarz wyścigu (od 1962), w zielonej góral (od 1972, w latach 1969–1971 w różowej), w białej najlepiej punktujący (od 1978), w różowej najwszechstronniejszy (od 1980), a w czarno-białej najlepszy młodzieżowiec (od 1989).

Dzięki nim naprawdę byliśmy szczęśliwsi, a w maju w całej Polsce rozbrzmiewał sygnał Wyścigu Pokoju. Trudno sobie wyobrazić, jak wielkie to było wydarzenie i jakimi bohaterami byli dla nas kolarze. Słuchaliśmy transmisji w radiu i oglądaliśmy finisze w telewizji, a po zakończeniu wyścigu wsiadaliśmy na rowery albo graliśmy w kapsle. Łatwiej było o kapsle, bo rower był czymś luksusowym. Dzisiaj kolorowy „góral” z przerzutkami o niezliczonej liczbie przełożeń to nic nadzwyczajnego, ale w latach sześćdziesiątych kolarka była czymś takim jak dziś sportowe auto! W naszej okolicy był tylko jeden taki rower, należał do wspomnianego wcześniej nauczyciela WF i fizyki Aleksandra Siluty. To właśnie Aleksandrowi zawdzięczam nie tylko zainteresowanie sportem, ale i to, że zostałem kolarzem. Pokazał mi, że sport jest piękny, zaszczepił mi bakcyla, wskazał drogę, no i… wyleczył mnie z ambicji zostania piłkarzem. Jak każdy chłopak, kochałem grać w piłkę i marzyłem o tym, by zostać piłkarzem, ale Siluta powiedział: „Lubańskim to ty nie będziesz”. Nie ograniczył się do tego stwierdzenia, ale zaproponował w zamian coś innego. Coś, co bardzo szybko zapadło mi w serce.

Od początku czwartej klasy uczyłem WF, to była moja wielka pasja. W szkole średniej uprawiałem lekkoatletykę i piłkę ręczną, grałem też w piłkę nożną. Byłem wszechstronnie usportowiony. To samo zobaczyłem w Cześku. Spodobało mi się, że miał predyspozycje do wielu sportów i że ciągnęło go do ruchu nawet zimą; hokej, łyżwy, narty biegowe. Ale pierwsza była piłka, jakby mógł, toby kopał dniem i nocą. Nie miał jednak do tego talentu i musiałem w końcu mu to powiedzieć. Zauważyłem za to, że świetnie radzi sobie na rowerze.

Aleksander Jerzy Siluta

Nauczyciel Aleksander Siluta miał prawdziwą kolarkę, ale pewnie nie dałby mi na niej pojeździć, gdyby nie moja siostra. Podkochiwał się w niej, dostawałem więc rower w zamian za pomoc w umówieniu randki. Byłem kurierem, który przewoził ściśle tajną korespondencję na prawdziwej kolarce!

To były czasy, kiedy nie było komórek, nie dzwoniło się i nie wysyłało SMS-ów. Nie było także zwykłych telefonów, więc zamiast SMS-ów wysyłaliśmy Cześka, on był naszym kurierem i łącznikiem. – Idź i poproś, żeby przyszła Danusia – i biegł z informacją. W nagrodę dostawał do pojeżdżenia kolarkę, to była czeska ESKA.

Danuta i Aleksander Silutowie

Obaj odnieśliśmy sukces: Aleksander zdobył serce mojej siostry i został moim szwagrem, a ja zakochałem się w kolarstwie i uczyniłem z niego swoją pasję i sposób na życie.


Król damki i własnego podwórka

Zanim wsiadłem na sportowy rower przyszłego szwagra, jeździłem na rowerze mamy. To była damka – ciężka, toporna, ale dająca poczucie swobody. Wszyscy byli czymś zajęci, więc uczyłem się jeździć sam. Na początku ćwiczyłem… downhill. Byłem za mały, by usiąść na siodełku, poza tym bałam się pedałować. Utrzymać się na za dużym dla mnie rowerze, zachować równowagę, kierować i do tego jeszcze pedałować? To było dla mnie zbyt wiele! Wymyśliłem więc własny sposób: wpychałem rower na górkę, kładłem na ramie damki poduszkę, siadałem jak na siodle i pędziłem w dół. Nie używałem hamulców, zatrzymywałem się, szorując butami o ziemię.

Nauka nie była łatwa. Upadał, ale podnosił się, i tak w kółko. Był zawzięty, a jak już się nauczył, to jeździł non stop, od rana do wieczora.

Danuta Siluta

Szło mi coraz lepiej, aż pewnej niedzieli po kościele wszedłem z rowerem na górkę i puściłem się w dół, straciłem nad nim panowanie i nie mając wyboru, stanąłem na pedałach i zacząłem kręcić. Udało się, pomknąłem naprzód i nie wywróciłem się. Miałem wtedy pięć lat. Szybko robiłem postępy; w wieku dwunastu czy trzynastu lat byłem już najlepszy w okolicy. Jeździłem niemal cały czas, kiedy tylko mogłem, gnając leśnymi drogami i wspinając się na okoliczne górki. Oczywiście bardzo chętnie się ścigałem i po pewnym czasie wygrywałem z kolegami niemal wszystkie etapy naszego gostkowskiego Wyścigu Pokoju. Ogrywałem rówieśników na potężnej, topornej damce marki Ukraina, która stała się dla mnie najważniejszym sprzętem. Oczywiście marzyłem, żeby mieć czeskiego favorita, huragana albo ESKĘ, czyli taki rower, na którym jeździł mój przyszły szwagier. Ale największym marzeniem był jaguar. Przez pierwsze lata produkcji te rowery były tak naprawdę tylko montowane w Bydgoszczy z zagranicznych – angielskich i włoskich – podzespołów. Każdy z nich miał przerzutki z manetkami umieszczonymi w ramie, wyposażony był w długą sportową pompkę i miejsce na bidon. Piękne sportowe rowery i udział w Wyścigu Pokoju śniły mi się po nocach, ale póki co musiały mi wystarczyć wiejskie drogi i zielona ukraina. Nie rozstawałem się z nią, jeździłem na niej do szkoły, do dziewczyny, na zakupy, no i oczywiście ścigałem się z kolegami, bo chciałem być jak Ryszard Szurkowski.

Często się zdarza, że sportowcy to dzieci byłych mistrzów albo przynajmniej ludzie pochodzący z rodziny o sportowych tradycjach. Ale to teraz, wtedy tak nie było. Sport przed wojną nie był aż tak silny, był raczej elitarny. Po wojnie sportowcami byli ci, którzy chcieli osiągnąć sukces, dokonać awansu. Szybko pojawiły się wzorce – Lubański wyrósł pewnie na Cieśliku. W kolarstwie najpierw był Królak, a później ci, na których ja się wzorowałem: Wilczewski, Grabowski, Gazda i Kudra.

Ryszard Szurkowski

Początek lat siedemdziesiątych to wielkie sukcesy „Szura”, choć wtedy jeszcze nie wiedziałem, że taki ma pseudonim w drużynie i w peletonie. Polska wygrywała drużynowo WP w latach 1970, 1973 i 1974, Szurkowski indywidualnie w latach 1970, 1971, 1973, 1975, a Szozda w roku 1974. Najważniejszy był rok 1970; Polacy tak bardzo dominowali nad konkurentami, że ustalali między sobą harmonogram zwycięstw na poszczególnych etapach w taki sposób, żeby każdy miał szansę wygrać w swoim rodzinnym mieście.

Ryszard Szurkowski (ur. 1946), najsłynniejszy polski kolarz, przez całą karierę amator. Podczas mistrzostw świata w Barcelonie (1973) zwyciężył w wyścigu ze startu wspólnego i jeździe drużynowej na czas. Rok później w Montrealu wicemistrz świata w wyścigu ze startu wspólnego, w roku 1975 w Yvoir ponownie mistrz świata w drużynie. Dwukrotny wicemistrz olimpijski w drużynowej jeździe na czas (Monachium 1972 i Montreal 1976), czterokrotny (1970, 1971, 1973, 1975) zwycięzca Wyścigu Pokoju, zdobywca dwudziestu sześciu medali mistrzostw Polski, w tym jedenastu złotych. Po zakończeniu kariery został trenerem kadry (1984–1988), przyczyniając się do sukcesów Lecha Piaseckiego (zwycięzcy Wyścigu Pokoju i mistrza świata w roku 1985) oraz drużyny, która podczas igrzysk w Seulu (1988) zdobyła wicemistrzostwo olimpijskie. Dwa razy wybrany sportowcem roku w plebiscycie Przeglądu Sportowego, laureat nagrody Fair Play Unesco. Szurkowski prowadził także zawodową grupę kolarską Exbud Kielce, kierował polską częścią Wyścigu Pokoju, był szefem wyszkolenia, a następnie prezesem PZKol, zasiadał też jako poseł w sejmie PRL.

 

Panowaliśmy nad peletonem, więc mogliśmy sobie pozwolić na to, bym ja wygrał we Wrocławiu, bo tam mieszkałem i trenowałem, i żeby poznaniacy wygrali w swoim mieście. Ze stolicy Wielkopolski pochodzili Kaczmarek i Czechowski, więc zorganizowaliśmy to w ten sposób, że Kaczmarek, który był świetnym sprinterem, został rozprowadzony w Poznaniu, a dzień później na trasie do Bydgoszczy daliśmy uciec Kaczmarkowi.

Ryszard Szurkowski

W końcu doszło do pierwszego poważnego wyścigu. Do wsi wrócił Edek Jendernal – starszy chłopak, a w zasadzie już mężczyzna, który zakończył właśnie służbę wojskową. Zobaczył, jak się ścigamy, i też chciał się spróbować. Ale nie ze wszystkimi, tylko ze mną. Uznał, że tylko ja mam jakąś szansę z dorosłym. Byłem tym bardzo przejęty, bo to był duży, silny facet. Ale zaraz po starcie wdepnąłem mocno w pedały, uciekłem mu i po samotnej jeździe od startu do mety pokonałem go, zostając mistrzem Gostkowa! Edek zachował się niezwykle honorowo, wskazał na mnie palcem i powiedział: „Zobaczycie, że Czesiek będzie wielkim kolarzem!”. Miałem wtedy trzynaście lat i zaliczyłem wstęp do wspaniałej sportowej kariery. Stało się jasne, że muszę spróbować sił poza własną wsią. Wszyscy mnie do tego namawiali, na okazję nie trzeba było długo czekać, bo na fali popularności Wyścigu Pokoju w całej Polsce organizowano wyścigi dla dzieci i młodzieży. W ten sposób nie tylko dawano upust sportowym ambicjom chłopaków, którzy przeżywali majowy wyścig, ale także szukano nowych mistrzów. Kiedy miałem trzynaście lat, taką imprezę zorganizowano w Bytowie. Nie mogło mnie tam zabraknąć!