Kraina smokówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Złe wiadomości

Zebranie w deszczu

Rady i ostrzeżenia

Duże miasto i mały człowiek

Szczur pokładowy

Smoczy ogień

Czekając na zmrok

W złym kierunku

Parzymort Złoty

Szpieg

Burza

W niewoli

Bazyliszek

Opowieść profesora Greenblooma

Drugi raport Muchonogiego

Na południe

Kruk

Barnaba Greenbloom ma gościa

Przy drogowskazie

Wąwóz dżina

Muchonogi podejmuje decyzję

Księżyc się chowa

Kamień

Parzymort wpada we wściekłość

Delta Indusu

Niespodziewane spotkanie

Smok

Grobowiec Smoczego Jeźdźca

Zdrajca Muchonogi

Parzymort dowiaduje się o wszystkim

Smoczy Jeździec powraca

Same kłamstwa

Oko w oko

Porwanie

W gnieździe olbrzymiego ptaka

Zgubiony trop

Stare palenisko

W klasztorze

Raport szczurzycy

Żwirobrodek dostaje zadanie

Burr-Burr-Czan

Pożegnanie i odlot

Prześladowcy

Skraj Nieba

Księżycowe Oko

Jaskinia smoków

Nie, nie i jeszcze raz nie

Pojmanie 342

Plan

Okłamany szpieg

Pucowanie przed polowaniem

Koniec Parzymorta

Prośba krasnala

Smok się budzi

Co dalej?

Powrót

Dobre wiadomości


Tytuł oryginału: Drachenreiter

Copyright © Cecilie Dressler Verlag GmbH&Co.KG, Hamburg 1997

Illustration © 2004 by Cornelia Funke

Copyright © for the Polish translation by Anna i Miłosz Urbanowie

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2020

Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Korekta: MAGDALENA GERAGA, KATARZYNA WOJTAS

Projekt okładki: ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Zdjęcie na okładce: Movie art © 2020 by Constantin Film Verleih GmbH

Projekt składu i łamanie: MONIKA ŚWITALSKA / Good Mood Studio

Wydanie I

ISBN 978-83-66555-05-1

Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o.

Prezes: Joanna Bażyńska

00-544 Warszawa, ul. Wilcza 25 lok. 6

e-mail: poradniak@poradniak.pl


Poznaj nasze inne książki.

Zapraszamy do księgarni:

www.poradniak.pl facebook.com/poradniak linkedin.com/company.poradniak instagram.com/poradnia_k_wydawnictwo

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Uwe Weitendorf


ZŁE WIADOMOŚCI


W smoczej dolinie panował bezruch. Mgła znad pobliskiego morza wisiała pomiędzy szczytami gór. W wilgotnych oparach nieśmiało ćwierkały ptaki, a słońce kryło się za chmurami. Wtem na pagórku ukazała się szczurzyca. Ruszyła biegiem, potknęła się, poturlała po omszałych kamieniach i znów podniosła.

– Czy nie mówiłam? – mruknęła. – Czy ich nie ostrzegałam? – Węsząc, uniosła spiczasty nos, chwilę nasłuchiwała, po czym popędziła w stronę jodeł krzywo rosnących u podnóża najwyższej góry. – Jeszcze przed zimą – mamrotała szczurzyca. – Przeczuwałam to jeszcze przed zimą, ale nie, oni nie chcieli mi wierzyć. Oni są tu bezpieczni. Bezpieczni! Ha! – Pod jodłami panowała ciemność tak wielka, że niemal nie było widać szczeliny w skale, która wsysała w siebie mgłę niczym wielka paszcza. – Nie mają pojęcia – ekscytowała się szczurzyca. – W tym cały problem. Nie mają pojęcia o świecie. Bladego. – Raz jeszcze ostrożnie się rozejrzała, po czym zniknęła w szczelinie, za którą otwierała się ogromna jaskinia.

Szczurzyca wbiegła do środka, ale nie dotarła zbyt daleko, bo ktoś złapał ją za ogon i podniósł.

– Cześć, gryzoniu! Co ty tu robisz?

Szczurzyca usiłowała dosięgnąć zębami owłosionych palców, które ją trzymały, ale udało jej się złapać tylko kilka koboldzich włosów. Zirytowana, czym prędzej je wypluła.

– Siarczynko! – krzyknęła. – Natychmiast masz mnie puścić, ty pustogłowy grzybojadzie! Nie mam czasu na twoje żarty!

– Nie masz czasu? – Siarczynka postawiła sobie szczurzycę na łapce. Była jeszcze młodą koboldką, małą jak ludzkie dziecko, z lśniącym futerkiem i jasnymi kocimi oczyma. – Jak to, szczurku? A co cię tak goni? Szukasz smoka, żeby cię obronił przed głodnymi kotami?

– Nie chodzi o żadne koty! – wysyczała wściekle szczurzyca. W ogóle nie lubiła koboldów, chociaż wszystkie smoki uwielbiały te futrzaste gęby. Kiedy nie mogły zasnąć, słuchały ich dziwnych piosenek, a gdy było im smutno, nikt inny nie umiał ich pocieszyć lepiej od takiego właśnie bezczelnego, bezużytecznego kobolda. – Jeśli już musisz wiedzieć, mam złe wiadomości. I to baaardzo złe – oświadczyła. – Ale przekażę je tylko Lungowi, na pewno nie tobie.

 

– Złe wiadomości? Tfu, a niech to pleśń szara, jakie? – Siarczynka podrapała się po brzuchu.

– Postaw-mnie-na-ziemię! – warknęła szczurzyca.

– No, już dobrze. – Siarczynka westchnęła i pozwoliła szczurzycy zeskoczyć na kamienną podłogę. – Ale on jeszcze śpi.

– To go obudzę! – fuknęła i wbiegła do jaskini, gdzie palił się niebieski ogień, przepędzając ciemność i wilgoć z wnętrza góry. Za płomieniem spał smok. Leżał zwinięty w kłębek z głową opartą na łapach, a jego długi, pokryty łuskami ogon otaczał ciepłe ognisko. Płomienie oświetlały skórę smoka i rzucały cień na ściany. Szczurzyca podbiegła do niego, wskoczyła mu na pazur i pociągnęła za ucho. – Lung! – krzyknęła. – Lung, wstawaj! Nadchodzą!

Zaspany smok uniósł głowę i otworzył oczy.

– Ach, to ty, szczurku – mruknął nieco chrapliwym głosem. – Czy słońce już zaszło?

– Nie, ale musisz wstawać! Musisz obudzić pozostałych! – Szczurzyca zeskoczyła z łapy Lunga i zaczęła nerwowo biegać przed nim tam i z powrotem. – Ostrzegałam was, ale nie chcieliście mnie słuchać.

– O czym ona mówi? – Smok rzucił pytające spojrzenie w kierunku Siarczynki, która siedziała przy ogniu, chrupiąc jakiś smakowity korzeń.

– Nie mam pojęcia! – odrzekła. – Cały czas tak plecie bez sensu. W takiej małej głowie nie zmieści się przecież zbyt wiele rozumu.

– Ach tak? – Szczurzyca z oburzeniem chwytała powietrze. – To, to...

– Nie słuchaj jej, szczurku! – Lung wstał, wyciągnął długą szyję i otrząsnął się. – Ma zły humor, bo od mgły wilgotnieje jej futro.

– Ot co! – Szczurzyca rzuciła Siarczynce wrogie spojrzenie. – Koboldy zawsze mają zły humor. Jestem na łapkach od wschodu słońca, żeby was ostrzec. I co za to dostaję? – Nastroszyła się z gniewu. – Muszę wysłuchiwać jej futrzastych idiotyzmów!

– Ostrzec? Przed czym? – Siarczynka rzuciła obgryzionym korzeniem o ścianę. – Na muchomory plamiste! Jeśli wreszcie nie przejdziesz do rzeczy, zawiążę ci supeł na ogonie!

– Siarczynko! – Lung gniewnie uderzył pazurem. Niebieskie iskry pofrunęły aż na futro koboldki, gdzie zgasły jak maleńkie spadające gwiazdki.

– No już dobrze! – mruknęła. – Ale od bezustannej paplaniny tego szczura można naprawdę dostać szału.

– Ach tak? To może ktoś mnie wreszcie wysłucha?! – Szczurzyca wyprostowała się, ujęła łapkami pod boki i wyszczerzyła zęby. – Luuudziee idą! – wrzasnęła piskliwym głosem, który odbił się po jaskini głośnym echem. – Ludzie nadchooodzą! Wiesz, co to znaczy, ty buszujący w liściach, żrący grzyby, kudłaty koboldzie?! Idą tuuutaj!!!

Zapadła grobowa cisza. Siarczynka i Lung siedzieli jak skamieniali. Tylko szczurzyca trzęsła się ze złości. Nerwowo poruszała wąsikami i uderzała ogonem w podłogę jaskini.

Lung pierwszy odzyskał głos.

– Ludzie? – zapytał, pochylił się i podstawił szczurzycy łapę, na którą wdrapała się z ciągle obrażoną miną. Lung podniósł ją na wysokość oczu. – Jesteś pewna? – zapytał.

– Absolutnie – odpowiedziała.

Smok opuścił głowę.

– Kiedyś musiało do tego dojść – powiedział cicho. – Wszędzie ich pełno. Wydaje się, że jest ich coraz więcej.

Siarczynka ciągle jeszcze siedziała jak ogłuszona. Nagle podskoczyła i splunęła w ogień.

– Nie wierzę! – krzyknęła. – Nie ma tu nic, czego mogliby chcieć. Zupełnie nic!

– Ha! – Szczurzyca wychyliła się tak mocno, że niemal spadła z pazura Lunga. – Nie gadaj bzdur, przecież sama byłaś między ludźmi. Nie ma rzeczy, których nie chcieliby mieć. Już zapomniałaś?

– Dobrze już, dobrze! – mruknęła Siarczynka. – Masz rację. Są zachłanni i chcą wszystko zagarnąć dla siebie.

– Właśnie tak! – przytaknęła szczurzyca. – I dlatego staram się wam powiedzieć, że idą tutaj.

Smoczy ogień zamigotał. Płomienie zaczęły przygasać, aż zniknęły w ciemnościach, jakby pożarte przez jakieś czarne zwierzę. Tylko jedno było w stanie tak szybko ugasić smoczy ogień: smutek. Smok zionął delikatnie na kamienną podłogę i ogień zamigotał powtórnie.

– To rzeczywiście złe wiadomości, szczurku – powiedział. Pozwolił stworzonku wdrapać się na ramię i ruszył w kierunku wyjścia z pieczary. – Chodź, Siarczynko – powiedział. – Musimy obudzić resztę.

– Ucieszą się, nie ma co! – warknęła Siarczynka, wygładziła futerko i podążyła za Lungiem prosto w mgłę.

ZEBRANIE W DESZCZU


Krzywobrody był najstarszym smokiem w dolinie. Przeżył więcej, niż mógł spamiętać. Choć jego łuski już dawno straciły blask, wciąż jeszcze potrafił ziać ogniem, a młodsze smoki pytały go o radę, ilekroć nie potrafiły rozwiązać jakiegoś problemu. Podczas gdy wszyscy tłoczyli się już przed grotą, Lung budził Krzywobrodego. Słońce zaszło. Nad doliną wisiała czarna, bezgwiezdna noc i ciągle jeszcze lało. Stary smok wyszedł z jaskini i spojrzał markotnie w niebo. Od wilgoci bolały go kości, a od zimna sztywniały stawy. Na jego widok wszyscy cofnęli się z szacunkiem. Rozejrzał się – nikogo nie brakowało, ale Siarczynka była jedynym koboldem wśród zgromadzonych. Ciężko człapiąc i powłócząc ogonem, Krzywobrody ruszył przez mokrą trawę w kierunku skały sterczącej pośrodku doliny niczym omszała głowa olbrzyma. Sapiąc, wspiął się na nią i rozejrzał. Pozostałe smoki patrzyły na niego jak przestraszone dzieci. Niektóre były jeszcze bardzo młode i nigdy nie widziały świata poza doliną. Inne przybyły tu razem z nim z bardzo, bardzo daleka i pamiętały czasy, gdy ziemia nie należała jeszcze do ludzi. Wszystkie przeczuwały nieszczęście i miały nadzieję, że Krzywobrody mu zaradzi. Ale on był już stary i zmęczony.

– Chodź tutaj, szczurku – powiedział zachrypniętym głosem. – Opowiedz, coś widział i słyszał.

Szczurzyca zwinnie wskoczyła na skałę, wspięła się po ogonie Krzywobrodego i przykucnęła na jego grzbiecie. Pod ciemnym niebem było tak cicho, że dało się słyszeć jedynie szum deszczu i lisy polujące w lesie. Odchrząknęła.

– Ludzie nadchodzą! – krzyknęła. – Obudzili swoje maszyny, nakarmili je i wyruszyli w drogę. Są tylko o dwa dni stąd i już wgryzają się w skałę. Wróżki zatrzymają ich na jakiś czas, ale prędzej czy później zjawią się tutaj, bo ich celem jest wasza dolina.

Smoki jęknęły, uniosły głowy i jeszcze bardziej zacieśniły krąg wokół skały, na której stał Krzywobrody. Tylko Lung pozostał nieco z boku. Siarczynka usiadła na jego grzbiecie i zabrała się za suszonego grzybka.

– No, no, szczurku – mruknęła. – Nie dało się tego jakoś delikatniej powiedzieć?

– Co to znaczy?! – krzyknął jeden ze smoków. – Czego oni tu chcą? Przecież tam, skąd przyszli, mają wszystkiego pod dostatkiem!

– Oni nigdy nie mają dosyć – odparła szczurzyca.

– Ukryjemy się i zaczekamy, aż sobie pójdą! – krzyknął inny smok. – Tak jak robiliśmy zawsze, kiedy któryś z nich się tutaj zabłąkał. Oni są przecież ślepi – widzą tylko to, co chcą widzieć: pomyślą, że jesteśmy skałami albo obumarłymi drzewami.

Ale szczurzyca pokręciła głową.

– Już od dawna was ostrzegałam! – krzyknęła cieniutkim głosikiem. – Mówiłam wam ze sto razy, że ludzie się szykują. Ale duzi nie słuchają małych, prawda? – Gniewnie rozejrzała się wokół. – Ukrywacie się przed ludźmi i nie interesuje was, co oni wyprawiają. Szczury nie są takie głupie. My odwiedzamy ich domy. Słuchamy ich rozmów. I stąd wiemy, co chcą zrobić z waszą doliną. – Szczurzyca odchrząknęła raz jeszcze i przeciągnęła łapką po szarych wąsikach.

– A ta znów buduje napięcie – szepnęła Siarczynka Lungowi do ucha, ale smok nie zwrócił na nią uwagi.

– Co zamierzają? – zapytał Krzywobrody zmęczonym głosem. – No powiedzże, szczurze.

Szczurzyca nerwowo podkręcała wąsa. Przekazywanie złych wiadomości naprawdę nie było przyjemne.

– Oni... zatopią waszą dolinę – odpowiedziała z wahaniem. – Niedługo nie będzie tu niczego poza wodą. Wasze pieczary też zostaną zalane, a tamte drzewa – wskazała łapką w ciemność – nie będą wystawały z wody ani na milimetr.

Smoki milcząc, wytrzeszczały na nią oczy.

– To niemożliwe! – powiedział któryś. – Nikt nie może tego zrobić. Nawet my, mimo że jesteśmy więksi i silniejsi niż oni.

– Niemożliwe? – Szczurzyca zaśmiała się kpiąco. – Więksi? Silniejsi? Wy nic nie rozumiecie! Powiedz im, Siarczynko. Powiedz, jacy są ludzie. Może tobie uwierzą. – Urażona, potarła koniuszek nosa.

Smoki spojrzały na Lunga i Siarczynkę.

– Szczur ma rację – powiedziała koboldka. – Nie macie zielonego pojęcia. – Splunęła na ziemię i wydłubała kawałek mchu, który utkwił jej między zębami. – Nie biegają już w zbrojach jak w czasach, gdy na was polowali, ale nadal są niebezpieczni. Są największym zagrożeniem na świecie.

– Głupstwa! – krzyknął wielki, gruby smok. Z lekceważeniem obrócił się plecami do Siarczynki. – Niech te dwunożne stworzenia tylko tu przyjdą! Może szczury i koboldy muszą się ich bać, ale my przecież jesteśmy smokami. Co oni mogą nam zrobić?

– Co mogą wam zrobić? – Siarczynka odrzuciła nadgryzionego grzyba i się wyprostowała. Była bardzo zła, a z bardzo złymi koboldami nie ma żartów. – Przecież nie byłeś jeszcze nigdzie poza tą doliną, ty półgłówku! – wrzasnęła. – Myślisz, że ludzie śpią na kupie liści tak jak ty? Myślisz, że nie są w stanie skrzywdzić nawet muchy, bo sami żyją tylko chwilę dłużej? Myślisz, że nie mają w głowach nic poza jedzeniem i spaniem? Oni nie są tacy, o nie!!! – Siarczynka zaczerpnęła powietrza. – To coś, co czasami przecina niebo nad nami i co ty, głupolu, nazywasz ptakami hałaśnikami, to latające maszyny, które zbudowali ludzie. Mogą rozmawiać ze sobą, mimo że mieszkają na drugim końcu świata. Potrafią tworzyć obrazy, które się poruszają i mówią; robią naczynia z lodu, który się nie topi, a ich domy świecą w nocy, jakby w środku zatrzymały słońce! – Siarczynka potrząsnęła głową. – Umieją robić rzeczy dziwne i paskudne. Jeśli postanowili zalać tę dolinę, to wierzcie mi, na pewno tak się stanie. Musicie stąd uciekać, czy wam się to podoba, czy nie.

Smoki gapiły się na Siarczynkę, nawet ten, który wcześniej odwrócił się do niej plecami. Niektóre spoglądały na otaczające ich góry, jak gdyby już za chwilę maszyny miały przebić czarną skałę.

– Psiakość – mruknęła koboldka. – Ten bufon tak mnie rozzłościł, że wyrzuciłam pysznego grzybka. W dodatku to była gąska niekształtna. Niełatwo znaleźć coś tak smacznego.


Rozeźlona zeszła Lungowi z grzbietu i zaczęła poszukiwania resztek smakołyka w mokrej trawie.

– Słyszeliście! – powiedział Krzywobrody. – Musimy uciekać. – Ociągając się, ze zdrętwiałymi ze strachu kończynami, smoki ponownie zwróciły się w jego stronę. – Dla niektórych to pierwszy raz – ciągnął stary smok – ale wielu z nas już nieraz musiało uciekać przed ludźmi. Tym razem wyjątkowo trudno będzie znaleźć miejsce, które jeszcze do nich nie należy. – Ze smutkiem zwiesił głowę. – I myślę, że takich miejsc będzie coraz mniej. Z każdym cyklem księżyca.

– Tak, ludzie są wszędzie – odezwał się ten, który wcześniej szydził ze słów Siarczynki. – Tylko kiedy fruwam nad morzem, nie widzę w dole ich świateł.

– No to może przyszedł czas nauczyć się żyć razem z nimi! – wtrącił ktoś inny.

Ale Krzywobrody pokręcił przecząco głową.

– Nie – powiedział. – Nie da się żyć razem z ludźmi.

– Ależ da się. – Szczurzyca wygładziła mokre od deszczu futerko. – Psom i kotom to się udaje, myszom i ptakom też, nawet nam, szczurom. Ale wy – przesunęła wzrokiem po smokach – wy jesteście zbyt duże, zbyt mądre, zbyt... – wzruszyła ramionami – zbyt inne! Napędziłybyście im strachu. A to, co przeraża ludzi, to...

– ...to – dokończył stary smok zmęczonym głosem – zostaje zniszczone. Już raz nas niemal wytrzebili, przed wieloma, wieloma wiekami. – Uniósł ciężki łeb i popatrzył na młodszych. – Miałem nadzieję, że zostawią nam przynajmniej tę dolinę. To było nierozsądne.

– Ale dokąd pójdziemy?! – krzyknął któryś ze smoków zdesperowanym głosem. – To jest nasz dom!

Krzywobrody nie odpowiedział. Spojrzał w górę, na nocne niebo, gdzie gwiazdy wciąż ukrywały się za chmurami, i westchnął. Po chwili powiedział zachrypniętym głosem:

 

– Wracajcie do Skraju Nieba. Trzeba skończyć z tym uciekaniem. Ja już jestem za stary, schowam się w swojej grocie. Ale wam, młodym, powinno się udać.

Młode smoki patrzyły na niego z osłupieniem. Pozostałe podniosły jednak głowy i z tęsknotą spoglądały ku wschodowi.

– Skraj Nieba. – Krzywobrody zamknął oczy. – Góry są tam tak wysokie, że dotykają nieboskłonu. Kryją w sobie jaskinie z kryształu górskiego, a dolina u ich podnóża usłana jest niebieskimi kwiatami. Kiedy byliście dziećmi, opowiadaliśmy wam historie o tym miejscu. Może wydawało wam się, że to tylko bajki, lecz kilkoro spośród nas naprawdę widziało tę dolinę. – Na powrót otworzył oczy. – Urodziłem się tam tak dawno temu, że między tą chwilą a wspomnieniem o niej rozciąga się wieczność. Byłem młodszy niż większość z was, kiedy kuszony bezkresnym niebem opuściłem dolinę. Leciałem na zachód, dalej, coraz dalej. Nigdy więcej nie odważyłem się lecieć w świetle słońca. Musiałem ukrywać się przed ludźmi, którzy brali mnie za diabelskiego ptaka. Chciałem wrócić, lecz nie udało mi się odnaleźć drogi powrotnej. – Stary smok znów spojrzał na swoich młodszych braci. – Szukajcie Skraju Nieba! Powróćcie między jego bezpieczne szczyty, a być może już nigdy więcej nie będziecie musieli uciekać przed ludźmi. Jeszcze ich tu nie ma – wskazał głową na ciemne wierzchołki – ale przyjdą. Czuję to od dawna. Uciekajcie! Uciekajcie stąd! Jak najszybciej.

Znów zapanowała cisza. Z nieba siąpił delikatny jak pyłek deszcz. Siarczynka, chroniąc się przed zimnem, ukryła głowę w ramionach.

– Dziękuję bardzo – szepnęła do Lunga. – Skraj Nieba. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Staremu się śniło, ot co.

Lung milczał, w zamyśleniu spoglądając w górę na Krzywobrodego. Nagle zrobił krok do przodu.

– Hej! – syknęła przerażona koboldka. – Co zamierzasz? Nie rób głupstw!

Ale Lung nie zwracał na nią uwagi.

– Masz rację, Krzywobrody – powiedział. – Już i tak mam dość ukrywania się i krążenia tylko nad tą doliną. – Spojrzał na pozostałych. – Ruszajmy na poszukiwanie Skraju Nieba! Ruszajmy już dziś. Księżyc przybiera, trudno o lepszą noc.

Odsunęli się od niego, jakby nagle postradał zmysły. A Krzywobrody się uśmiechnął. Po raz pierwszy tej nocy.

– Jesteś jeszcze dosyć młody – stwierdził.

– Ale wystarczająco dorosły – odparł Lung, podnosząc głowę nieco wyżej. Był niemal tego samego wzrostu co stary smok. Tylko rogi miał krótsze, a jego łuski połyskiwały srebrem w świetle księżyca.

– Chwila, chwila, momencik! – Siarczynka w zawrotnym tempie wdrapała się na szyję Lunga. – Co to za brednie? Może z dziesięć razy w życiu wyfrunąłeś za tamte wzgórza. Czy ty – rozłożyła łapki, wskazując na leżące wokół góry – masz pojęcie, co leży dalej? Nie możesz tak po prostu pofrunąć w świat ludzi, szukając miejsca, którego być może wcale nie ma!

– Siedź cicho, Siarczynko – warknął smok.

– Ani mi się śni! – fuknęła koboldka. – Przyjrzyj się reszcie. Czy wyglądają, jakby mieli ochotę na małe fru-fru? Nie. Więc daj sobie spokój. Jeśli zjawią się tu ludzie, to na pewno uda mi się znaleźć dla nas jakąś jaskinię!

– Powinieneś jej posłuchać! – odezwał się jeden ze smoków i podszedł do Lunga. – Skraj Nieba istnieje tylko w marzeniach Krzywobrodego. Świat należy do ludzi. Jeśli się schowamy, zostawią nas w spokoju, a jeżeli naprawdę tu przyjdą, przegonimy ich, gdzie pieprz rośnie!

Wtedy szczurzyca wybuchnęła piskliwym i głośnym śmiechem.

– A próbowałeś kiedyś przepędzić morze? – krzyknęła. Ale smok jej nie odpowiedział.

– Chodźcie! – rzekł do pozostałych, po czym odwrócił się i w strugach padającego deszczu poczłapał do swojej jaskini. Wszyscy, jeden za drugim, podążyli za jego przykładem. W końcu zostali tylko Lung i stary smok.

Krzywobrody sztywno zszedł z kamienia i spojrzał Lungowi prosto w oczy.

– Rozumiem, że myślą, że Skraj Nieba to tylko sen – powiedział. – Są dni, kiedy mi też się tak wydaje.

Lung potrząsnął głową.

– Znajdę go – powiedział i rozejrzał się wokół. – Nawet jeśli szczurzyca się myli i ludzie zostaną tam, gdzie są teraz, to musi przecież istnieć takie miejsce, gdzie nie będziemy musieli się kryć. A kiedy je znajdę, wrócę po was. Wylecę jeszcze tej nocy.

Stary smok pokiwał głową.

– Odwiedź mnie w mojej jaskini, zanim wyruszysz – poprosił. – Opowiem ci wszystko, co jeszcze pamiętam. Nawet jeśli to niewiele. Nie mogę dłużej stać na deszczu, w przeciwnym razie jutro nie ruszę moich starych kości.

Z trudem poczłapał do swojej groty. Lung został sam ze szczurzycą i Siarczynką, która z niezbyt zadowoloną miną siedziała na jego grzbiecie.

– Półgłówek! – zaklęła cicho. – Zgrywa się na bohatera. Kto to słyszał, żeby szukać czegoś, czego nie ma? Phi!

– Co tam mamroczesz? – Lung odwrócił do niej głowę.

Wtedy Siarczynka nie wytrzymała.

– Ciekawe, kto będzie cię budził o zachodzie słońca?! – krzyknęła. – Kto cię będzie chronił przed ludźmi, śpiewał ci kołysanki i drapał za uszami?

– No, ciekawe, kto? – zapytała ironicznie szczurzyca. Wciąż jeszcze siedziała na skale, na której wcześniej stał stary smok.

– Oczywiście, że ja! – fuknęła Siarczynka. – Nie mam innego wyjścia, do stu lejóweczek miskowatych!

– O nie! – Lung odwrócił się z takim impetem, że Siarczynka o mało nie zsunęła się z jego mokrego grzbietu. – Nigdzie nie lecisz.

– A niby dlaczego? – Koboldka skrzyżowała ręce z urażoną miną.

– Bo to jest niebezpieczne.

– Wszystko mi jedno.

– Przecież nie cierpisz latania. Robi ci się niedobrze.

– Przyzwyczaję się.

– Będziesz tęsknić za domem!

– Za czym? Myślisz, że będę czekać, aż mi ryby obgryzą łapki? O nie, lecę z tobą.

Lung westchnął.

– No dobrze – mruknął. – Możesz lecieć. Tylko nie narzekaj, że cię ze sobą wziąłem.

– To cię akurat nie ominie – powiedziała szczurzyca. Zachichotała i zeskoczyła ze skały na mokrą trawę. – Koboldy są szczęśliwe tylko wtedy, gdy mogą sobie ponarzekać. Ale teraz chodźmy odwiedzić starego smoka. Jeśli masz zamiar wyruszyć dziś w nocy, to nie zostało ci zbyt wiele czasu. A już na pewno nie masz czasu na kłótnie z tym stukniętym grzybojadem.

Inne książki tego autora