Tajemniczy nieznajomy - erotyczne opowiadanie wigilijneTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tajemniczy nieznajomy - erotyczne opowiadanie wigilijne
Tajemniczy nieznajomy - erotyczne opowiadanie wigilijne
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 29,98  23,98 
Tajemniczy nieznajomy - erotyczne opowiadanie wigilijne
Tajemniczy nieznajomy - erotyczne opowiadanie wigilijne
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
19,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Z jej ust wydobyło się coś na pograniczu jęki i krzyku, ale w tej chwili była skupiona tylko i wyłącznie na swojej przyjemności. Nie obchodziło jej, co o niej pomyśli, byle tylko nie przestawał. Obiema rękoma dociskała jego twarz do swojej wilgotnej cipki, a gdy jego język po raz ostatni zwiększył tempo, poczuła jak z miejsca, o którego istnieniu do tej pory nie miała pojęcia, nagle nadciągnęła fala, która dosłownie zwaliła ją z nóg.

Leżeli obok siebie wyczerpani i patrzyli na siebie. Cecylia nie była pewna, czy teraz są już sobą, czy w dalszym ciągu grają w swoją grę. W zasadzie nie chciała nic więcej o nim wiedzieć. Wolała zapamiętać to doświadczenie takim, jakie w tej chwili było – tu, w zupełnie nierealnym miejscu, gdzieś między iluzją a rzeczywistością – któremu pozwolili zaistnieć niezależnie od swojego codziennego życia, zanim się poznali i życia, do którego wrócą po tym, jak się rozstaną.

– Gdy się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma – rzuciła i wzruszyła ramionami.

On parsknął głośnym śmiechem, po czym na jego ustach pojawił się niewiarygodnie piękny uśmiech. Zupełnie się tego nie spodziewał.

– My, fotografowie dzikiej natury, potrafimy pracować z wykorzystaniem tego, co mamy akurat do dyspozycji – podsumował.

I tak zaśmiewali się przez dobrą godzinę. Gawędzili o niczym i pieścili się nawzajem.

Następnie wstał i zaczął wkładać spodnie.

– Lepiej już pójdę – powiedział miękko. – Nie, żeby ktoś na mnie czekał… – dodał po chwili.

Cecylia uśmiechnęła się do niego i leżała tak dalej naga w pościeli, nie czując potrzeby, żeby się czymkolwiek przykryć. Ich wzajemne pożądanie zdążyło się już gdzieś ulotnić. Cieszyła się z tego, co powiedział.

Nie chodziło o to, że ta informacja była jej do czegoś potrzebna, ale teraz przynajmniej ich małej fantazji nie zepsuje myśl, że zrobili coś nagannego.

–Dziękuję za absolutnie uroczy wieczór – powiedziała Cecylia i naprawdę tak myślała.

– To ja dziękuję. Pocałował ją w czoło i po chwili już go nie było.

Drugi dzień grudnia

Gdy Cecylia obudziła się w zajeździe następnego ranka, już wiedziała, czemu nigdy wcześniej nie robiła takich rzeczy. Noc z nieznajomym była najbardziej pikantnym i satysfakcjonującym przeżyciem, jakie kiedykolwiek zdarzyło się w jej życiu. Fakt, że zwykle tak się nie zachowywała, nie wynikał z tego, że była nieśmiała albo powściągliwa. Powodem było raczej to, że zwyczajnie nie miała pojęcia, jak ludzie mogą być ze sobą tak blisko, po czym bez problemu zaakceptować, że już nigdy się nie zobaczą. Teraz zżerała ją ciekawość. Chciała znów się z nim spotkać, pragnęła go poznać. Zarazem zdawała sobie sprawę z tego, że na pewno w ten sposób ulotniłaby się cała magia, a może nawet całe to nieziemskie wspomnienie straciłoby swoją wyjątkowość.

Podziwiała właśnie promienie słońca, które może niezupełnie wpadały do środka, ale przynajmniej zaglądały do jej okna. Nie nastawiła budzika. Zasnęła w tej samej chwili, w której jej fotograf opuścił pokój. Nie było to zresztą w żaden sposób nieodpowiedzialne. Spotkanie miała przecież dopiero o jedenastej.

Przeciągnęła się leniwie i spuściła stopy na lodowatą posadzkę. Poszła do łazienki po komórkę. Było dopiero przed dziewiątą. Ma mnóstwo czasu. Oczywiście czekała na nią wiadomość od Karen:

„Co?! Już? Co to za farciarz? Mów!”

Cecylia uśmiechnęła się. W końcu to ona miała coś ciekawego do opowiedzenia!

W odpowiedzi napisała: „Tylko na jedną noc. Opowiem wszystko, jak się spotkamy. Miałaś rację. Potrzebowałam się

rozerwać.”

Jeszcze nie odłożyła całkiem telefonu, gdy przyszedł kolejny sms:

„Kim jesteś i co zrobiłeś z moją przyjaciółką???”

Chichocząc, wrzuciła telefon do torebki i zaczęła szykować się do wyjścia.

Chociaż Cecylia nie śpieszyła się szczególnie ze śniadaniem, kiedy wychodziła z zajazdu, nadal miała dobry czas. Sprawdziła w aplikacji w telefonie, że powinna dojechać na miejsce w maksymalnie pół godziny. Wybierała się do posiadłości, gdzie miała spotkać się z pewnym mężczyzną. Złożył on wniosek o dofinansowanie w związku z dość szeroko zakrojonym projektem, dotyczącym utworzenia miejsca bytowania dla żubrów europejskich. To było olbrzymie przedsięwzięcie – i na szczęście wszystko wskazywało na to, że w sposób oczywisty kwalifikowało się do dofinansowania. Zresztą lepiej, żeby tak właśnie było. Szefowa Cecylii dobitnie dała jej do zrozumienia, że z powodu kilku projektów, które okazały się niewypałami, przed świętami potrzebowali zająć się jakąś większą inicjatywą, żeby wykorzystać wszystkie dostępne środki – w przeciwnym razie ich dział mógłby je stracić.

– Przepraszam, panno Lauridsen.

– Tak? Odwróciła się zaskoczona w drzwiach. Za pokój już przecież zapłaciła i nie było tam żadnego minibaru.

– Mam dla pani wiadomość. Od pani … wczorajszego gościa.

Rumieniąc się, Cecylia zawróciła do kontuaru i mechanicznie chwyciła świstek, który wręczyła jej recepcjonistka.

– Dziękuję – wydusiła niewyraźnie, nie nawiązując kontaktu wzrokowego.

Karteczkę rozwinęła dopiero na chodniku przed zajazdem.

Dziękuję za fantastyczne przeżycie. Mam nadzieję, że twoja dzisiejsza prezentacja pójdzie dobrze. Uściski. Twój fotograf dzikiej przyrody.”

Pod spodem podpis, a pod nim numer telefonu. Cecylia poczuła, jak na widok tych ośmiu cyfr przyśpieszył jej puls. Czy to oznaczało, że chciał się z nią znowu zobaczyć? Na to wygląda.

Jeśli projekt, któremu miała się niebawem przyjrzeć, był chociaż w połowie tak obiecujący – jak sugerował wniosek – będzie musiała poświęcić pewnym kwestiom więcej czasu. Wystarczająco dużo, żeby uzasadnić potrzebę pozostania w Astrup przez kilka kolejnych dni. Już miała zawrócić, żeby zarezerwować pokój na jeszcze jedną noc albo kilka nocy, gdy zdała sobie sprawę, co pomyśli o niej recepcjonistka. W zasadzie powinno być jej to obojętne, ale jakoś nie mogła przestać o tym myśleć. Nie wyglądało zresztą na to, żeby to małe miasteczko spodziewało się najazdu turystów, mogła więc poczekać z rezerwacją.

Pokręciła głową, nie mogąc się nadziwić samej sobie. Czy naprawdę musi zawracać sobie głowę tym, co pomyśli sobie o niej jakaś tam recepcjonistka? Niemalże prowokującym krokiem pomaszerowała z powrotem i zarezerwowała pokój na następną noc.

Nagle coś ją tknęło i wyjęła wniosek, żeby sprawdzić numer telefonu wnioskodawcy. Zdawała sobie sprawę z tego, ze sama myśl była niedorzeczna, mimo to musiała się upewnić. Na szczęście różnił się od tego widniejącego na karteczce, którą przekazała jej recepcjonistka. Mogła więc spokojnie udać się na spotkanie. Później wyśle wiadomość swojemu fotografowi i zapyta, jakie ma plany na wieczór. Wcześniej jednak dobrym pomysłem będzie nabycie paczki prezerwatyw.

Aleja prowadząca do posiadłości Hvidfeldt wyglądała jak większość innych starych dróg, obsadzonych symetrycznie potarganymi wiatrem klonami, których nagie, przypominające palce trolli gałęzie sterczały we wszystkich kierunkach i które zdecydowanie wymagały podcięcia. Na końcu alei rozciągała się sama posiadłość.

Okazała i majestatyczna. Bez wątpienia miała wysoką wartość przyrodniczą. To była w stanie stwierdzić nawet z tej odległości.

W miarę jak zbliżała się do niej, coraz wyraźniej widziała białą bryłę głównego budynku, wznoszącego się po drugiej stronie fosy. Cecylia poczuła, jak serce rośnie jej w piersiach. Uwielbiała duńskie dworki, a zwłaszcza naturę, która je otaczała.

Gdy trzy lata temu zaproponowano jest objęcie stanowiska referenta w sekretariacie jednego z największych duńskich funduszy charytatywnych, nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Z funduszu finansowano cały szereg przedsięwzięć, a dział, w którym pracowała Cecylia, był odpowiedzialny za najróżniejsze inicjatywy środowiskowe. Sześć razy w roku odbywały się zebrania zarządu, podczas których poszczególne regiony przedstawiały swoje projekty, które w ich opinii zasługiwały na dofinansowanie. Kolejne zebranie miało mieć miejsce przed przerwą świąteczną, czyli dokładnie dwudziestego drugiego grudnia. Jeśli nie będą w stanie zaprezentować jakiegoś projektu w zakresie ochrony środowiska, będzie to źle wyglądało. Na chwilę obecną nadawała się do tego jedynie posiadłość Hvidfeldt, dlatego Cecylia miała nadzieję, że spełni ona wymagane kryteria, co właśnie polecono jej zweryfikować. Na razie wyglądało to obiecująco.

Po dotarciu do posesji przez moment zastanawiała się, czy powinna wjechać na teren, czy zaparkować na zewnątrz. Zdecydowała się na to drugie. Następnie przecięła piękny most nad fosą i weszła na wyłożony kostką brukową dziedziniec, rozpościerający się między trzema wielkimi skrzydłami budynku.

Stojąc już na posesji zatrzymała się i rozejrzała wokół. Dworek posiadał plan trójskrzydłowy, tyle że wszystkie trzy skrzydła były o wiele wyższe i miały znacznie większe okna i więcej dekoracji niż zwyczajny dworek z tego samego okresu.

Stojący pośrodku budynek główny był większy od pozostałych dwóch. Z dokumentów dowiedziała się, że posiadłość Hvidfeldt pochodzi z 1781 roku, a aktualny właściciel odziedziczył ją cztery lata temu, po swoim ojcu. Wiedziała też, że sytuacja finansowa przedstawiała się fatalnie, co nie było niczym wyjątkowym w przypadku duńskich majątków.

Jej uwagę przyciągnął nagły ruch w środku i zanim zdążyła pomyśleć, że to niestosowne, zerknęła przez jedno z okienek drugiego skrzydła budynku i ujrzała w połowie ukrytą za zasłoną postać rudowłosej kobiety.

Cecylia zamachała nieśmiało, ale kobiety już nie było.

–Halo! – krzyknął jakiś facet. W tej samej chwili wyszedł z części budynku, w której mieściły się stajnie.

 

–Jesteś pewnie z Funduszu Ægidius?

– Zgadza się, Cecylia Pihl Lauridsen, witam – odpowiedziała i z uśmiechem podała dłoń energetycznemu mężczyźnie.

– Piękna ta wasza posiadłość! – powiedziała.

–A tak, tak – wymamrotał facet i poprowadził ją za róg, gdzie między dwoma skrzydłami budynku pozostawiono przesmyk, którym można było wyjść na zewnątrz i przejść po rozpościerającym się za dworkiem parku.

– Nie należy do mnie. Ja tu tylko pracuję. Jestem leśniczym. Nazywam się Mads Larsen.

Wyciągnął rękę, nie zwalniając jednak kroku, więc był to dość niezgrabny uścisk dłoni, wymieniony niemalże w biegu.

–Wasz plan dotyczący utworzenia miejsca bytowania dla żubrów europejskich wygląda nadzwyczaj interesująco – powiedziała Cecylia, podziwiając zabarwioną brązami i zielenią panoramę ogrodu, który ukazał się ich oczom. Przypuszczała, że latem rabaty musiały uginać się tu od wielokolorowych kwiatów. Prawdziwa uczta dla oczu.

–Wniosek jest dopracowany w najmniejszych szczegółach i dobrze przemyślany, więc nie mogę się doczekać aż zobaczę tereny, o których myśleliście.

– Pojedziemy traktorem – powiedział Mads, wskazując na ciągnik z przyczepą wypełnioną po brzegi balami siana. Muszę przy okazji nakarmić zwierzynę.

Cecylia opatuliła się szczelniej płaszczem, czując podmuch zimnego wiatru.

– Właściciel majątku musi być zachwycony swoimi planami?

– Taaa, bez wątpienia jest... Mads zwolnił kroku, jakby zwlekał z odpowiedzią. – Właściciel jest…

– LARSEN! – usłyszeli za plecami wysoki męski głos. Mimo silnego wiatru bez problemu rozpoznali słowa. – Zajrzysz do mnie na chwilę? I przyprowadź swojego gościa.

– Właściciel jest nieco specyficzny – zakończył Mads i zawrócił ciężkim krokiem. – Zresztą za chwilę będziesz miała okazję go poznać.

Już na dźwięk tego głosu, w głowie Cecylii zapaliła się czerwona lampka. Przeżyła szok, gdy podążając za Madsem, minęła drzwi stajni i stanęła twarzą w twarz z mężczyzną, z którym właśnie spędziła obłędną noc, i który zostawił jej liścik pożegnalny – obecnie skrupulatnie zwinięty i spoczywający w jej kieszeni.

– Dzień dobry. Nazywam się Cecylia Pihl Lauridsen. Reprezentuję Fundusz Ægidius, dział do spraw przyrody i środowiska naturalnego. Pomyślała, że najpewniejszą strategią będzie udawanie, że nigdy wcześniej się nie spotkali.

– Dzień dobry. Jacob Benjamin Hvidfeldt. Z jego twarzy również nie dało się wyczytać, że już się znali. Tak naprawdę wyglądał, jakby nie mógł się doczekać, aż Cecylia

sobie już pójdzie.

Tak… Cecylia spojrzała na Madsa Larsena, ale on miał oczy wbite w podłogę i wyglądało na to, że nie ma zamiaru poinformować właściciela o tym, o czym do tej pory rozmawiali.

– Przyjechałam, żeby sporządzić opinię na temat waszego wniosku o dofinansowanie na utworzenie miejsca bytowania dla żubrów europejskich na terenie waszego lasu

Jego twarz ani odrobinę się nie rozpogodziła. Wręcz przeciwnie. Słysząc jej słowa zaczął jeszcze gniewniej zerkać na swojego biednego leśniczego. Cecylia dodała zatem: – To bardzo ambitny projekt, ale też gruntownie zaplanowany… i na pierwszy rzut oka doprawdy znakomicie wpisuje się w bieżące trendy obserwowane w innych krajach europejskich.

– Otóż to – powiedział mężczyzna, który najwyraźniej był właścicielem posesji i miał na imię Jacob. Biorąc pod uwagę jego absolutny brak zachwytu nad projektem – o którym najwyraźniej nigdy wcześniej nie słyszał – trafiła jak kulą w płot wymyślając historyjkę o fotografie dzikiej przyrody. Jacob wyglądał mianowicie jak ktoś, kto nie mógłby już chyba być mniej urzeczony perspektywą posiadania nowych gatunków zwierząt na swojej ziemi.

– Uwzględniliście nawet obowiązujące na terenie Unii Europejskiej zobowiązania w zakresie ochrony środowiska, co zawsze zwiększa szansę na uzyskanie pełnej wnioskowanej kwoty –paplała dalej, usiłując rozluźnić jakoś tę napiętą atmosferę.

– Obawiam się – zaczął właściciel tak samo poważnym głosem – że mój leśniczy zapomniał poinformować mnie o tym projekcie.

– Ojej... Cecylia spojrzała na Madsa, ale nadal wyglądało na to, że w niczym jej nie pomoże. – Proszę, mam przy sobie wniosek. Jest w nim opisane całe przedsięwzięcie.

Podała mu wydrukowany wniosek, który ze sobą przywiozła.

– Dziękuję. Właściciel wziął od niej dokument nawet na niego nie patrząc.

– Chętnie się z nim zapoznam. Coś jeszcze?

Widząc, że zamierza wyjść, Cecylia dodała szybko:

– Rozumiem naturalnie, że musicie przedyskutować kilka kwestii, ale naprawdę mam nadzieję, że czas, który Fundusz wam poświęcił, nie pójdzie na marne. Dostajemy całe mnóstwo wniosków i z reguły uzyskujemy imponujące sumy na dofinansowanie projektów, a odtwarzanie wymarłych gatunków zwierząt w środowisku naturalnym Danii leży w naszym wspólnym interesie. Jednakże muszę najpierw zobaczyć wasz teren, żeby być w stanie ocenić projekt.

Wyglądało na to, że Jacob odzyskał panowanie nad sobą słysząc jej słowa. – Oczywiście. Ale byłbym niezwykle wdzięczny, gdybyśmy mogli przełożyć to na jutro. Czy tak może być?

–Naturalnie – odparła Cecylia, a leśniczy skinął głową,

Starała się wypatrzeć w twarzy Jacoba cokolwiek, jakiś znak, że ją rozpoznaje, błysk w oku. Czy to naprawdę był ten sam facet, który zeszłej nocy trzymał ją w swoich ramionach? Który całował ją tak pożądliwie, który doszedł w jej ustach i doprowadził ją do orgazmu swoimi ustami? Wyglądał tak samo. Piękne oczy, krótki zarost i mocno zarysowana szczęka. Wzrost również się zgadzał, jak również budowa ciała, szerokie barki i szczupła sylwetka. Ale oprócz tego mogłaby również dobrze stać przed mężczyzną, którego nigdy wcześniej nie widziała.

Dlaczego zostawił w recepcji swój numer telefonu? Bo myślał, że jest kimś innym? Ale do licha! Kto mógł mieć cokolwiek przeciwko pani referent z funduszu charytatywnego, który wspierał duńskie projekty w zakresie ochrony środowiska, przyznając każdego roku milionowe dofinansowania? Już bardziej prawdopodobna wydawała się wersja, że żałuje ich wspólnej nocy. A już na pewno nie był singlem. Zresztą to wszystko wyglądało niemalże zbyt pięknie, żeby mogło być prawdą.

–Myślę, że najlepiej będzie, jeśli ja sam cię oprowadzę.

Jacob Hvidfeldt wyciągnął rękę i mocno, jak również zupełnie bezosobowo, uścisnął dłoń skonsternowanej Cecylii, po czym odwrócił się na pięcie, żeby wyjść.

– Do zobaczenia jutro o tej samej porze.

Po chwili już go nie było.

Trzeci dzień grudnia

Następnego dnia Cecylia jechała prowadzącą do dworku aleją. Była pewna obaw, chociaż teraz, dzięki unoszącym się w powietrzu tumanom śniegu, którego spore ilości zdążyły napadać o poranku, posiadłość prezentowała się jeszcze piękniej niż wcześniej.

Po przedziwnym spotkaniu z właścicielem majątku, który wydawał się być zupełnie inną osobą niż pełen pasji mężczyzna poznany poprzedniego wieczora, Karen wysłała jej smsa o następującej treści:

„Haalloooo?! Nie doczekam się chyba. Kim jest twój tajemniczy kochanek? Zobaczycie się jeszcze? Po raz pierwszy w życiu przespałaś się z kimś na pierwszej randce − musi być obdarzony jakimiś supermocami!”

Cecylia westchnęła i odpowiedziała:

„Nie, najwyraźniej nie będzie dalszego ciągu. Ale było miło, chociaż się skończyło.”

Sekundę po tym, jak nacisnęła „wyślij”, zadzwonił telefon. Nie odebrała, chociaż przecież właśnie wysłała smsa i Karen dobrze wiedziała, że siedzi z komórką w dłoni. Po prostu nie miała teraz siły jej tego tłumaczyć.

Po krótkiej chwili przyszła wiadomość od Karen:

„No worries. Ważne, że wróciłaś do gry. Umówię cię z CZARUJĄCYM facetem. Dawid świetnie do ciebie pasuje. Okej?”

Cecylia spojrzała przez okno podziwiając zimowy krajobraz, który nagle wydał jej się odpychający i martwy. Dlaczego nie?

„Okej, brzmi nieźle.”

Nie upłynęło dużo czasu, kiedy dostała smsa od Dawida, który zdaniem Karen idealnie do niej pasował. W końcu pisali do siebie nawzajem przez większą część wieczoru. Wydawał się miły i inteligentny. Cecylia dała mu się zaprosić na kolację.

„Może dziś wieczorem?”

„Niestety. Muszę zostać jeszcze jedną noc w Północnej Jutlandii. Gdyby nie to, chętnie skorzystałabym z zaproszenia! Jak tylko wrócę do Kopenhagi…”

Dawid bez wątpienia był uroczy. Ale czy to wystarczyło, żeby odciągnąć jej uwagę? Gdy tylko wracała myślami do posiadłości Hvidfeldt i spotkania, na które umówiła się z tajemniczym Jacobem Hvidfeldtem, jej serce zaczynało łomotać jak oszalałe.

– Miło cię widzieć – powiedział gdy weszła na dziedziniec, gdzie na nią czekał. Jednakże wyraz jego twarzy sugerował zupełnie coś innego. Gdy go ponownie ujrzała, ścisnął jej się żołądek. Nadal myślała o nim jako o mężczyźnie, naprzeciwko którego siedziała tamtego wieczora. Wtedy jednak grali przecież w grę i udawali, że są kimś innym. Więc może był w rzeczywistości właśnie taki jak teraz? Zapięty pod samą szyję, uszczypliwy. Zimny.

– Wzajemnie – odparła Cecylia, siląc się na nieznaczny uśmiech. Uśmiech, który bez wątpienia zawisł na jej wargach niczym ciało obce i nigdy nie dotarł do jej oczu. – Zaczynamy?

Rzuciła mu ukradkowe spojrzenie nawiązując kontakt wzrokowy, po czym niezwłocznie odwróciła wzrok.

– Cholera jasna – wybuchnął nagle umęczonym głosem.

Następnie rozpostarł ramiona, w których niemalże utonęła, podczas gdy on mocno ją do siebie przyciskał.

– Wybacz – wymamrotał przywierając ustami do jej włosów, nadal czule ją tuląc. – Sam nie wiem, co robię. To nie twoja wina.

Zbyt oszołomiona, żeby cokolwiek powiedzieć, Cecylia rozkoszowała się tym, że jest zamknięta w tych silnych ramionach. Nie odwzajemniła jego uścisku – czuła się w dalszym ciągu zbyt urażona, żeby to zrobić – ale sprawiało jej to przyjemność.

W końcu podniosła wzrok i spojrzeli sobie w oczy, podczas gdy w powietrzu między nimi unosiły się tysiące niewypowiedzianych słów. Zanim jednak któreś z nich zdążyło cokolwiek powiedzieć, Cecylia zrobiła krok w tył. Tym razem na jej ustach zagościł autentyczny uśmiech.

– A może najpierw zajmiemy się interesami? Musiała niemalże zmusić się, żeby to powiedzieć, bo zdecydowanie bardziej pragnęła pozostać w jego ramionach.

Długo jeszcze patrzył jej w oczy, jakby chciał, żeby ta chwila trwała wiecznie. Następnie wskazał na motocykl terenowy, który stał i czekał zaparkowany w budynku gospodarczym, gdzie spotkali się dzień wcześniej.

– Pojedziemy tym – odparł.

– Okej – Cecylia głośno przełknęła ślinę. Zarówno na myśl o samej przejażdżce tą maszyną, jak i o tym, że będzie siedzieć za nim i mocno do niego przywierać.

– Widziałem w dokumentach, o jaki teren chodzi – powiedział. Dojedziemy tam w piętnaście minut. Wskakuj!

Przerzucił nogę przez motor i wytoczył go na dziedziniec. Cecylia zamknęła za nim drzwi stajni i dalej wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Podeszła do niego mając wrażenie, że ma nogi jak z ołowiu, wcisnęła na głowę kask, który jej podał, i usadowiła się za nim na motorze.

Zarówno prędkość, jak i ciepło jego ciała, gdy obejmowała go ramionami, podziałało na nią wręcz odurzająco. Nad ich głowami opuszczały się ponad drogą bezlistne gałęzie drzew, zupełnie jakby próbowały się nawzajem pochwycić. Za nimi zaś zwieszała się kopuła szarego, spokojnego nieba.

Przejażdżka trwała zdecydowanie zbyt krótko.

Zsiedli z motocykla, po czym Jacob otworzył jej bramkę prowadzącą na ogrodzony teren, który jak wynikało z dokumentów, obejmował blisko 300 hektarów.

Gdy przeszła przez bramkę, zatrzymał się, zamiast zrobić jej miejsce. Stanęli więc bardzo blisko siebie. Spojrzała w górę i nawiązali kontakt wzrokowy. Napięcie między nimi można było ciąć nożem i na pewno sobie tego nie wymyśliła. Wyglądało na to, że znowu ze sobą flirtują. Cecylia przyjęła postawę wyczekującą. Po tym, jak potraktował ją dzień wcześniej, nie miała najmniejszej ochoty pakować się na oślep w coś, czego może potem żałować. Poza tym teraz była tu służbowo.

–Nie chciałem wcale marnować twojego cennego czasu – powiedział Jacob.

– Co takiego? Jej serce znów zaczęło walić jak młotem.

– To znaczy, chodzi o ten cały projekt – wyjaśnił.

– Co masz na myśli?– Cecylia miała świadomość, że jego bliskość zaburzała jej ostrość widzenia, ale jeśli chodzi o pracę, chciała zachować pełny profesjonalizm. Zupełnie, jak gdyby Jacob nigdy nie leżał nagi w jej łóżku.

 

– No, jak sama widzisz, ogrodzenie jest zdecydowanie zbyt dziurawe, żeby trzymać tu żubry. Wskazał ręką na niewielki płotek.

Cecylia zmarszczyła brwi.

– Środki z funduszu można przeznaczyć właśnie na takie rzeczy jak zamontowanie odpowiedniego ogrodzenia – odrzekła. To samo dotyczy przewiezienia zwierząt. Możemy nawet pomóc w wykonaniu ścieżek na terenie.

–No tak, ale poza wszystkim ten obszar jest przeznaczony dla saren, więc nic innego nie wchodzi w grę.

Widziała, że jest mu przykro, iż musi jej odmówić. Ale wyglądało na to, że była to decyzja ostateczna.

–Dla saren? – spytała z niekrytym sceptycyzmem.

–Jeśli chodzi o polowania, to w okolicy jest całe mnóstwo terenów leśnych, na których można spotkać sarny. Założenie było zawsze takie, że ten obszar będzie zarezerwowany dla saren.

–Ale, czy przeczytałeś wniosek swojego leśniczego?– Cecylia czuła, że zaczyna stąpać po cienkim lodzie. Jakby nie patrzeć, ziemia należała do niego. I to on miał prawo decydować jak ją zagospodaruje. Ale jakoś nie mogła się powstrzymać.

–Miejsce jest idealne i według wszelkiego prawdopodobieństwa pociągnęłoby to za sobą konkretny zastrzyk gotówki ze strony Unii, z uwagi na przepisy dotyczące ochrony środowiska i różnorodności biologicznej, więc jeśli fundusz nawet przyznałby środki wyłącznie na sam rozruch, to...

Zamilkła. Z każdym jej słowem jego twarz stawała się coraz bardziej nieprzystępna.

– Czy jest coś jeszcze, co chciałabyś zobaczyć? – zapytał tylko. Powrót do posiadłości przypominał nieco przejażdżkę na teren posiadłości, ale gdzieś w międzyczasie prysł cały czar.

Gdy dotarli do dworku, zeszła z motocykla i podała mu kask.

Stali tak na przeciwko siebie, a w powietrzu unosiło się mnóstwo niewypowiedzianych słów.

– Z tego, co zdążyłam się zorientować, Mads Larsen złożył wniosek o dofinansowanie bez twojej wiedzy. Zgadza się? Równie dobrze mogła złapać byka za rogi. – A ty nie jesteś zainteresowany tym projektem.

– Jak już wcześniej wspomniałem, ten teren jest przeznaczony do innych celów– odparł. Takie zawsze było założenie.

„Tak, bardzo nieroztropne założenie” – pomyślała, ale odpowiedziała jedynie: – Chcesz w takim razie wycofać wniosek? Ostrzegam tylko, że w oczach zarządu, który oczekuje, że jeszcze w tym miesiącu przedłożę im moją opinię, będzie to wyglądać co najmniej dziwnie."

Jacob wyglądał tak, jakby rozważał całą sprawę, ale Cecylia już teraz wiedziała, że połknął haczyk. Duńskie majątki nie były łagodnie mówiąc, kopalniami złota, a jego nie było stać na to, żeby popsuć sobie stosunki z jednym z największych funduszy w kraju, który pomagał uzyskać środki na cały szereg projektów duńskich właścicieli ziemskich.

–Nie – odrzekł i przeczesał dłonią włosy, które mimo tego, że jeszcze przed chwilą miał na głowie kask, były odpowiednio poczochrane i zmierzwione.

– Będę zatem czekał na twoją opinię.

„Tak” – pomyślała Cecylia. „A ty możesz liczyć na to, że będę rekomendować to przedsięwzięcie.”

Jej szefowa jasno dała do zrozumienia, że jeszcze w tym miesiącu muszą zarekomendować jakiś projekt, a poza przedziwnym zachowaniem właściciela majątku, nie było żadnych podstaw, żeby nie miało się udać.

–Dostaniesz ją jutro. Stała tak, bo nie była pewna, czy powinna po prostu pójść, czy mieli sobie jeszcze coś do powiedzenia. Właściwie miała wrażenie, że im więcej padnie między nimi słów, tym mniej pozostanie z cudownego wspomnienia ich wspólnej nocy.

– W innych okolicznościach wróciłabym do Kopenhagi, rozpatrzyła wniosek i poinformowała cię o rezultacie, ale z uwagi na dość szczególną sytuację powiadomię cię jutro bezpośrednio.

I podam ci setki dobrych argumentów na to, że powinieneś się zgodzić, których nie będziesz w stanie zbić” – dodała w myślach. Z tym bez problemu zdąży do rana. Gdyby udało się jej go przekonać, wróci do domu mając dla szefowej dokładnie tę wiadomość, jaką ta bardzo chciałaby usłyszeć. „A jutro znowu zobaczę się z Jacobem – szepnął jej cichutko do ucha zdradliwy głosik.

Tak... Poczekaj.

Gdy już zdecydowała, że się pożegna, wreszcie przemówił.

– Tak?

– To trudne – zaczął. Musisz wiedzieć, że nie ma to nic wspólnego z tobą. Z … tym, co się między nami wydarzyło.

– Okej.

– Z pewnością fotograf przyrody podobał ci się bardziej niż ja! Uśmiechnął się przepraszająco, co sprawiło, że rysy jego twarzy złagodniały. Nagle był znowu mężczyzną, na punkcie którego Cecylia lekko oszalała, i w którego ramionach poczuła się jednocześnie tak bezpiecznie.

Nie mogła powstrzymać uśmiechu.

–Fotograf przyrody wydawał się w każdym razie mniej skomplikowany.

– Tak – odparł Jacob.

Wyglądało na to, że miał ochotę wyciągnąć rękę i ją objąć, ale tego nie zrobił? To przecież on sprawił swoim niezrozumiałym zachowaniem, że cała magia między nimi prysła. Kolejny ruch należał do niego.

„Może łatwiej by było, gdybyś mogła ponownie pójść z nim na randkę" – pomyślała.

„Taką randką bym nie pogardziła" – pomyślała i odwróciła się w obawie, że zaraz zrobi coś nierozważnego, czyli na przykład rzuci mu się w ramiona. Szybkim krokiem ruszyła przez dziedziniec w stronę swojego samochodu. Zmusiła się, żeby nie odwrócić głowy, by na niego spojrzeć. To on musiał wykonać jakiś ruch.

O w pół do ósmej wieczorem w pokoju Cecylii zadzwonił telefon. Jej serce podskoczyło. Usiłowała pohamować swoje myśli, by nie wybiegały za bardzo do przodu. Przy czym nie zmieniało to faktu, że już nabyła kondomy, które leżały teraz w szufladzie stolika nocnego. Ogoliła także nogi i założyła gustowną bieliznę.

– Jest tu pewien pan, który chciałby zaprosić panią na kolację – powiedziała recepcjonistka, gdy podniosła słuchawkę i się przedstawiła.

– Proszę powiedzieć temu panu, że już schodzę – odparła Cecylia. Przejrzała się po raz ostatni w lustrze i wyszła z pokoju. Fotograf dzikiej przyrody czy też nie. Musi jeszcze tego wieczora skłonić go, żeby się wytłumaczył. Spędziła całe popołudnie na sporządzaniu opinii na temat wniosku, który spełniał wszystkie niezbędne kryteria i któremu nie miała absolutnie nic do zarzucenia. Nie pozostało jej nic innego jak zarekomendować go zarządowi jako projekt kwalifikujący się do wsparcia. Była też przekonana, że zdoła namówić na to Jacoba wyjaśniając mu, że bez problemu można przeznaczyć dla saren jakąś inną część swoich rozległych terenów.

Zamierzała poświęcić cały wieczór na to, żeby go urobić i stłumić w zarodku wszelkie protesty z jego strony.

A później miała względem niego zupełnie inne plany...

– Tak? – zapytała, kiedy stanęła przed recepcjonistką, gdy ta wskazała na wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę, który stał i czytał broszurę dotyczącą lokalnych atrakcji turystycznych. Recepcjonistka uniosła brwi, po czym ponownie na niego wskazała.

Ten podniósł wzrok i błyskawicznie odłożył ulotkę.

– Cecylia? – uśmiechnął się nieco nerwowo. To ja jestem Dawid.

– Dawid? Poczuła, że jej cały dobry humor i dreszcz oczekiwania nagle ulotnił się jak kamfora, wpadając w wielką czarną dziurę.

– Wybacz, mam nadzieję, że nie... Wyglądał na mocno nieszczęśliwego. Chciałem cię zaskoczyć i zabrać na kolację. Napisałaś przecież, że gdybyś była w Kopenhadze, chętnie byś się ze mną spotkała… No tak, chyba się do tego nie nadaję. Nie jestem typem impulsywnym."

–Ach, faktycznie. Cecylia wstrzymała oddech i uśmiechnęła się do niego. Był wysoki i ciemnowłosy. Miał miłą, przyjazną twarz.

– Cóż za wspaniała niespodzianka.

– Więc zjesz ze mną kolację? – zapytał, a jego oblicze rozjaśnił nieśmiały uśmiech. Ale jeśli nie masz ochoty, to po prostu powiedz. Wiem, że moje zachowanie może wydawać się trochę nachalne. Możemy spotkać się jakiegoś innego dnia, jak już wrócisz do Kopenhagi albo coś w tym stylu.

– Nie, nie – odrzekła szybko. Dziś będzie idealnie.

– W takim razie... Uniósł rękę, żeby wziąć ją pod ramię, po czym weszli do restauracji. – No tak, widziałem w Internecie, że nie ma tu za dużo miejsc, gdzie można zjeść, więc pozostaje nam ten lokal.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?