Piękny gracz

Tekst
Z serii: Beautiful Bastard #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piękny gracz
Piękny gracz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,90  45,52 
Piękny gracz
Piękny gracz
Audiobook
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— No… specjalistą od cipek — wyszeptałam, ostatnie słowo wypowiadając już niemal bezgłośnie.

Otworzył szeroko oczy i zgubił rytm marszu.

Zatrzymałam się i schyliłam, by złapać oddech.

— Sam tak się nazwałeś.

— Kiedy to nazwałem siebie specjalistą od cipek?

— Nie pamiętasz, jak nam to powiedziałeś? Według ciebie Jensen był dobry w teorii, a ty w praktyce. I poruszyłeś brwiami.

— To przerażające. Jakim cudem to pamiętasz?

Wyprostowałam się.

— Miałam dwanaście lat, ty dziewiętnaście, byłeś najlepszym ciachem spośród kolegów mojego brata i w naszym domu rzucałeś żarciki o seksie. Byłeś niemal mityczną postacią.

— Ale czemu tego nie pamiętam?

Wzruszyłam ramionami i nad jego ramieniem spojrzałam na zatłoczoną już ścieżkę.

— Pewnie z tego samego powodu.

— Nie przypominam sobie też, żebyś była aż tak dowcipna. Czy tak — przez chwilę mierzył mnie skrycie spojrzeniem — dorosła.

Uśmiechnęłam się.

— Bo nie byłam.

Sięgnął za plecy i przez głowę ściągnął z siebie bluzę. Przez moment, kiedy razem z bluzą jego koszula podsunęła się do góry, widziałam fragment torsu. Na widok płaskiego brzucha i ciemnych włosków biegnących linią w dół, do szortów, zesztywniałam całkowicie. Spodnie do biegania były zsunięte na tyle nisko, że widziałam zakrzywioną linię bioder, kuszącą zapowiedź męskich części ciała, nóg i… Jasna cholera, Will Sumner miał ciało jak ze snu.

Poprawiając sobie koszulę i zasłaniając tułów, wyrwał mnie z transu. Uniosłam wzrok na jego ramiona, wyłaniające się z krótkich rękawów koszulki. Mężczyzna podrapał się w szyję, nieświadomy mojego spojrzenia przesuwającego się po jego ciele. Miałam wiele wspomnień Willa z tego lata, kiedy pracował z moim ojcem i mieszkał u nas: kiedy siedziałam na sofie z nim i Jensenem, oglądając filmy, mijałam go w korytarzu ubranego tylko w ręcznik owinięty wokół bioder, pochłaniającego kolację przy stole kuchennym po ciężkim dniu w laboratorium. Jednak tylko najczarniejsza magia mogłaby mnie skłonić do zapomnienia o jego tatuażach. Przypomniałam sobie teraz drozda wytatuowanego w pobliżu barku, górę i korzenie drzewa owinięte na bicepsie.

Jednak miał jeszcze kilka nowych. Na środku przedramienia wiła się podwójna helisa, a spod drugiego rękawa wyglądał fragment gramofonu. Will zamilkł, a uniósłszy wzrok, napotkałam jego uśmieszek.

— Przepraszam — wymamrotałam, uśmiechając się z zakłopotaniem. — Masz nowe tatuaże.

Przesunął językiem po wargach; odwróciliśmy się i znów ruszyliśmy marszem.

— Nie przepraszaj. Gdybym nie chciał, żeby je oglądano, tobym ich sobie nie robił.

— Czy to nie jest źle widziane w twojej firmie? Przez klientów?

Wzruszył ramionami i mruknął:

— Długie rękawy i marynarki. Większość ludzi nawet nie wie o ich istnieniu.

Problem w tym, że po tych słowach zaczęłam myśleć nie o większości ludzi, którzy nie wiedzieli o jego tatuażach, lecz o tych nielicznych, którzy znali wszystkie linie atramentu na jego ciele.

„Na tym polega niebezpieczeństwo kontaktu z Willem Sumnerem — powiedziałam sobie w duchu. — Wszystko, co mówi, wydaje się mieć podtekst, a teraz już wyobrażasz go sobie bez ubrania. Znów”.

Zamrugałam i spróbowałam znaleźć nowy temat.

— A co z twoim życiem?

Zmierzył mnie czujnym spojrzeniem.

— Co chcesz wiedzieć?

— Lubisz swoją pracę?

— Na ogół tak.

Uśmiechnęłam się na to.

— Często widujesz się z rodziną? Masz mamę i siostrę w Waszyngtonie, prawda? — przypomniałam sobie, że Will ma dwie znacznie starsze siostry mieszkające w pobliżu matki.

— W Oregonie — poprawił mnie. — Tak, widujemy się kilka razy w roku.

— Spotykasz się z kimś? — wyrzuciłam z siebie.

Zmarszczył brwi, jakby nie rozumiał mojego pytania.

— Nie — odparł po chwili.

Jego rozczulająca reakcja pomogła mi zapomnieć o niestosowności mojego pytania.

— Naprawdę musiałeś się nad tym zastanowić?

— Nie, mądralo. I nie, nie ma nikogo, kogo przedstawiłbym ci w ten sposób: Hej, Ziggy, to taka a taka, moja dziewczyna.

Chrząknęłam i przyjrzałam mu się uważniej.

— Co za konkretnie wymijająca odpowiedź.

Zdjął czapkę i przesunął palcami po wilgotnych od potu włosach, sterczących na wszystkie strony.

— Żadna kobieta nie wpadła ci w oko?

— Kilka — spojrzał na mnie; nie uciekał wzrokiem. To właśnie zapamiętałam: nigdy nie starał się tłumaczyć, ale także nie unikał odpowiedzi na pytania.

Jak widać, był to wciąż ten sam Will: często z kobietami, ale nigdy z jedną konkretną. Zamrugałam i spojrzałam na jego pierś, unoszącą się i opadającą w rytm powolnego oddechu, którym starał się uspokoić puls, po czym przesunęłam wzrokiem po umięśnionych ramionach do gładkiej, opalonej szyi. Spomiędzy lekko rozchylonych ust wysunął się język, znów je zwilżając. Will miał ładnie ukształtowane szczęki pokryte ciemnym kilkudniowym zarostem. Nagle ogarnęła mnie przemożna chęć, by poczuć jego drapanie na moich udach.

Opuściłam wzrok na jego doskonale zbudowane ramiona, duże dłonie zwisające luźno po bokach — niech to szlag, te palce na pewno doskonale spełniają swoje zadanie — na płaski brzuch i przód spodni, który pozwalał się domyślać, że Will Sumner miał jeszcze sporo ciekawych elementów poniżej pasa. Boże, miałam ochotę zetrzeć mu ten uśmiech z twarzy.

Cisza między nami przedłużała się, powoli wracałam do rzeczywistości. Przecież nie stoję przed lustrem weneckim i nigdy nie byłam dobra w zachowaniu twarzy pokerzysty. Will zapewne czyta z mojej miny każdą myśl, która właśnie przebiegła mi przez głowę.

Oczy mu ściemniały, jakby rozumiał; podszedł o krok bliżej i zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, jakby przyglądał się ciekawemu okazowi zwierzęcia złapanego w pułapkę. Na ustach pojawił mu się doskonały i śmiertelnie niebezpieczny uśmieszek.

— I jak wypadła ocena?

Przełknęłam z trudem i zacisnęłam w pięści spocone dłonie.

— Will? — powiedziałam tylko.

Zamrugał i znów zamrugał; odsunął się, jakby się przywołał do porządku. Niemal widziałam, o czym myśli: „To młodsza siostra Jensena… siedem lat młodsza ode mnie. Obściskiwałem się z Liv, ta mała to dziwaczka. Przestań myśleć fiutem”.

Skrzywił się nieznacznie.

— Ehm, przepraszam — wymamrotał pod nosem.

Odprężyłam się, rozbawiona jego reakcją. W przeciwieństwie do mnie Will słynął z umiejętności zachowania kamiennej twarzy… lecz nie tutaj i jak widać nie przy mnie. Ta świadomość napełniła mnie nową pewnością siebie: owszem, był najbardziej atrakcyjnym i naturalnie zmysłowym mężczyzną na ziemi, lecz Hanna Berstrom potrafi sobie poradzić z Willem Sumnerem.

— No to — odezwałam się — jeszcze nie jesteś gotów się ustatkować, tak?

— Na pewno nie — uniósł w uśmiechu kącik ust, co zapewne czyniło go tak nieodparcie pociągającym. Moje serce i inne damskie części ciała nie przeżyłyby nocy z tym panem.

„I dobrze, że taka opcja nie wchodzi w grę, cipko. Nie podniecaj się”.

Zatoczyliśmy koło do początku ścieżki. Will oparł się o drzewo.

— Zatem dlaczego zdecydowałaś się wrócić do świata żywych właśnie teraz? — przekrzywił głowę i skierował rozmowę znów na mnie. — Wiem, że Jensen i twój tata chcieli ożywić twoje życie towarzyskie, lecz mimo to… Przecież jesteś ładną dziewczyną, Ziggs. Na pewno nie brakło ci chętnych.

Na moment zagryzłam usta, rozbawiona tym, że oczywiście według Willa chodzi mi tylko o znalezienie okazji, by pójść do łóżka. Tymczasem… właściwie nie bardzo mijał się z prawdą. Poza tym nie osądzał mnie, nie zachowywał dziwnego dystansu przy poruszaniu tak prywatnego tematu.

— Owszem, spotykałam się z chłopakami. Ale nie były to udane randki — powiedziałam, przypominając sobie moje najnowsze, zupełnie pozbawione ikry spotkanie. — Zapewne tego nie widać pod moim nieodpartym urokiem, ale kiepsko sobie radzę w takich sytuacjach. Jensen co nieco mi opowiadał o tobie. Udało ci się obronić doktorat z wyróżnieniem, ale przy okazji chyba dobrze się bawiłeś. A ja utknęłam w laboratorium z ludźmi, dla których brak zdolności towarzyskich to raczej pole do badań. Niezbyt wielu ma ochotę wskoczyć do łódki, jeśli wiesz, o co mi chodzi.

— Jesteś młoda, Ziggs. Dlaczego już się tym martwisz?

— Nie martwię się, ale mam dwadzieścia cztery lata. Moje ciało działa, jak trzeba, a moje myśli zapędzają się w różne interesujące rejony. Chcę po prostu… odkrywać. A ty o tym nie myślałeś, będąc w moim wieku?

Wzruszył ramionami.

— Nie przejmowałem się tym przesadnie.

— No jasne. Kiwnąłeś palcem i majtki same spadały dziewczynom na podłogę.

Will oblizał wargi i podrapał się w kark.

— Niezła jesteś.

— Jestem naukowcem, Will. Jeśli ma mi się udać, muszę się nauczyć, jak myślą mężczyźni, wejść w ich skórę — odetchnęłam głęboko i przyjrzałam mu się uważnie, po czym mówiłam dalej: — Naucz mnie. Obiecałeś mojemu bratu, że mi pomożesz, więc zrób to.

— Na pewno nie chodziło mu o coś w rodzaju: „Hej, pokaż mojej młodszej siostrze ciekawe miejsca w mieście, dopilnuj, żeby nie przepłacała za mieszkanie, i przy okazji pomóż jej znaleźć faceta do łóżka” — ściągnął ciemne brwi, jakby nagle przyszło mu coś do głowy. — Czy prosisz o to, żebym cię umówił z którymś z moich kolegów?

— Nie, Boże, nie! — nie wiedziałam, czy śmiać się, czy wpełznąć do jakiejś dziury i ukryć się tam do końca świata. Pomimo jego uroku na najwyższym poziomie tak naprawdę potrzebowałam tego, żeby pomógł mi zetrzeć uśmieszek innych mężczyzn. Może wtedy nauczę się obracać w towarzystwie.

 

— Chciałabym, żebyś mi pomógł się nauczyć… — wzruszyłam ramionami i przeciągnęłam dłonią po czapce. — Jak się zachowywać na randkach. Naucz mnie zasad.

Zamrugał; wydawał się rozdarty.

— Zasad? Ja nie… — zadrżał i przerwał; słowa zawisły w ciszy, a on podrapał się w brodę. — Nie jestem pewny, czy nadaję się do tego, żeby poznawać cię z facetami.

— Studiowałeś na Yale.

— I co z tego? To było lata temu, Ziggs. Nie mieli tego w programie studiów.

— No i grałeś w zespole — ciągnęłam, nie zwracając uwagi na jego ostatnie słowa.

Wreszcie w jego oczach rozbłysło rozbawienie.

— Do czego zmierzasz?

— Ja studiowałam na MIT i grałam w D&D i Magic…

— No nie, Ziggs, ja byłem w tym zawodowcem!

— Chodzi mi o to — ciągnęłam — że gitarzyści basowi, którzy grali w lacrosse i studiowali w Yale, mogą jednak mieć jakiś pomysł na to, jak kujonka w okularach, niewątpliwie świetna, może sobie poszerzyć spektrum facetów na randki.

— Chyba jaja sobie ze mnie robisz?

Zamiast odpowiedzi założyłam ramiona na piersi i czekałam cierpliwie. Taką samą pozycję przyjęłam, kiedy poinformowano mnie, że muszę zaliczyć kilka laboratoriów, aby wybrać rodzaj badań, którymi miałam się zająć. Jednak nie chciałam przez cały rok po studiach skakać po laboratoriach, chciałam natychmiast zacząć pracę z Liemackim. Stałam pod drzwiami jego gabinetu po tym, jak wyjaśniłam mu, dlaczego ta praca nadaje się idealnie do przejścia od badania szczepionek wirusowych do parazytologii i czym mogłabym się zająć w trakcie pisania pracy magisterskiej. Byłam gotowa stać tak godzinami, lecz już po kilku minutach gość się zlitował i jako kierownik wydziału zrobił dla mnie wyjątek.

Will zapatrzył się w dal. Nie byłam pewna, czy zastanawia się nad tym, co powiedziałam, czy może planuje pobiec dalej i zostawić mnie, ledwie dyszącą, w drobnym śniegu.

W końcu westchnął.

— No dobrze. Zasada numer jeden przy ożywianiu życia towarzyskiego: nigdy nie dzwoń do nikogo przed wschodem słońca… No chyba że po taksówkę.

— A tak, przepraszam.

Przyjrzał mi się uważnie i w końcu wskazał moje ubranie.

— Pobiegamy. Będziemy też wychodzić i poznawać miasto — zmrużył oczy i zrobił nieokreślony ruch ręką wokół mnie. — Według mnie chyba nie musisz niczego robić, ale… cholera, nie wiem. Masz na sobie rozciągniętą bluzę brata. Popraw mnie, jeśli się mylę, ale to chyba twój strój codzienny, nawet gdy nie biegasz — wzruszył ramionami. — Chociaż wygląda całkiem słodko.

— Nie mam zamiaru robić z siebie laski z dyskoteki.

— Nie musisz — wyprostował się, zmierzwił sobie włosy i znów je wsunął pod czapkę. — Boże. Potrafisz złapać faceta za jaja. Znasz Chloe i Sarę?

Pokręciłam głową.

— Czy to dziewczyny, z którymi się… nie spotykasz?

— Rany, w żadnym wypadku! — roześmiał się. — To kobiety, które chwyciły moich dwóch przyjaciół i trzymają ich pod pantoflem. Chyba powinnaś je poznać. Przysięgam, że w trymiga zostaniecie najlepszymi przyjaciółkami.

ROZDZIAŁ
DRUGI

— Zaraz, czekaj — powiedział Max, odsuwając krzesło, żeby usiąść. — Czy to tę siostrę Jensena obmacywałeś?

— Nie, tę drugą, Liv — usiadłem naprzeciwko Brytyjczyka, ignorując jego rozbawiony uśmiech i niemiły skurcz własnego żołądka. — I nie obmacywałem jej. Po prostu na trochę się zeszliśmy. Najmłodsza siostra to Ziggy. W czasie mojej pierwszej wizyty, kiedy pojechałem do Jensena na Boże Narodzenie, była dzieckiem.

— Wciąż trudno mi uwierzyć, że zaprosił cię do domu na święta, a ty zrewanżowałeś się, podrywając jego siostrę w jego domu. Chyba bym ci przyłożył. — Max pomyślał chwilę i machnął ręką. — Niech to szlag. Chyba bym to olał.

Spojrzałem na niego i lekko się uśmiechnąłem.

— Kiedy wróciłem do nich po paru latach na wakacje, Liv już tam nie mieszkała. Za drugim razem zachowywałem się przyzwoicie.

Wokół nas szczękały szklanki i rozbrzmiewał szmer rozmów. Od pół roku nasza grupka umawiała się na wtorkowy lunch w „Le Bernardin”. Max i ja zwykle jako ostatni docieraliśmy do stołu, lecz tym razem to innych zatrzymały spotkania.

— Zapewne domagasz się za to nagrody — ciągnął Max, uważnie czytając kartę dań, którą po chwili zamknął z trzaskiem. Szczerze mówiąc, nie wiem, po co w ogóle zawracał sobie głowę otwieraniem menu. Zawsze brał najpierw kawior, a na drugie rybę żałobnicę. Ostatnio doszedłem do wniosku, że Max całą spontaniczność zostawiał na swoje życie z Sarą, gdyż w sprawach jedzenia i pracy był spokojny i przewidywalny.

— Zapominasz, jak ty się zachowywałeś, zanim poznałeś Sarę — powiedziałem. — Przestań gadać jak zakonnik.

Przyznał mi rację mrugnięciem i szerokim uśmiechem, który tak często pojawiał się na jego twarzy.

— No to opowiedz mi o tej małej siostrzyczce.

— Jest najmłodsza z piątki Bergstromów, na ostatnim roku studiów na Columbii. Ziggy była zawsze mózgowcem. Zrobiła licencjat rok przed czasem, a teraz pracuje w laboratorium Liemackiego. Tego, który działa w szczepionkach. Kojarzysz?

Max pokręcił głową i wzruszył ramionami, jakby mówił: „O czym ty gadasz, do cholery?”.

— Na medycynie to bardzo znany projekt. W każdym razie w zeszły weekend w Vegas, kiedy ty goniłeś swoją dziunię po stołach z ruletkami, Jensen przysłał mi SMS-a, że przyjeżdża do siostry. Chyba palnął jej niezłe kazanie na temat tego, że całe życie spędza między probówkami i retortami.

Kiedy podszedł kelner, by napełnić nam wodą kieliszki, wyjaśniliśmy, że czekamy jeszcze na kilka osób.

Max znów spojrzał na mnie.

— Zatem planujesz się z nią ponownie zobaczyć, tak?

— Tak. Na pewno w weekend gdzieś się wybierzemy. Może też pójdziemy pobiegać.

Nie umknęły mi jego szerzej otwarte oczy.

— Wpuszczasz kogoś na swoje prywatne terytorium do biegania? Dla ciebie to chyba bardziej intymne zbliżenie niż seks, Williamie.

Zbyłem go machnięciem ręki.

— Nieważne.

— Czyli było fajne? Spotkanie po latach z młodszą siostrzyczką?

Było fajne. Nie szalone ani nawet jakoś szczególnie wyjątkowe — przecież po prostu poszliśmy pobiegać. Ale wciąż czułem się nieco wstrząśnięty całkowitą nieprzewidywalnością Ziggy. Szedłem na spotkanie przekonany, że jej izolacja ma jakąś inną przyczynę oprócz nawału pracy. Oczekiwałem, że okaże się niezgrabna lub brzydka albo będzie typową kujonką nienadającą się do życia towarzyskiego.

A jednak ona wcale taka nie była i zdecydowanie nie wyglądała na niczyją młodszą siostrę. Chwilami zdawała się naiwna i trochę nieobyta, lecz po prostu ciężko pracowała i w końcu wpadła w pułapkę nawyków, które już nie sprawiały jej przyjemności. Rozumiałem to.

Bergstromów poznałem w Boże Narodzenie na drugim roku studiów. Nie miałem pieniędzy na samolot do domu, a matka Jensena tak się przejęła tym, że miałbym sam zostać w akademiku, że dwa dni przed świętami przyjechała po mnie do Bostonu i zabrała do siebie. Rodzina była zżyta i głośna, co nie powinno dziwić przy piątce dzieci, które przychodziły na świat niemal równo co dwa lata.

I zgodnie z moimi ówczesnymi zwyczajami odwdzięczyłem im się, w tajemnicy podrywając najstarszą córkę w ogrodowej altanie.

Kilka lat później zostałem stażystą Johana i zamieszkałem u niego. Większość dzieci wyprowadziła się już albo mieszkała na lato w pobliżu uczelni, więc byłem sam z Jensenem i najmłodszą córką Ziggy. Czułem się u nich jak w drugim domu. A chociaż przebywałem w pobliżu dziewczyny niemal przez trzy miesiące, a kilka lat później widziałem ją na ślubie Jensena, z trudnością przypomniałem sobie jej twarz, kiedy wczoraj zadzwoniła.

Jednak na jej widok w parku napłynęło sporo wspomnień, zdawałoby się już na zawsze zagrzebanych głęboko w niepamięci. Ziggy w wieku lat dwunastu z piegowatym nosem utkwionym w książce. Czasami rzucała nam nieśmiały uśmiech z przeciwnej strony stołu, lecz poza tym unikała kontaktu ze mną. Miałem dziewiętnaście lat i sam też nie zwracałem na nią uwagi. Przypomniałem sobie ją szesnastoletnią, składającą się głównie z nóg i łokci, ze zmierzwionymi włosami spadającymi na plecy. Popołudnia spędzała, czytając na kocu w ogródku, ubrana w szorty z obciętych dżinsów i w koszulki bez rękawów, podczas gdy ja pracowałem z jej ojcem. Oczywiście przyjrzałem się jej, jak przyglądałem się każdej dziewczynie w tamtym okresie: jakbym katalogował części ciała. Ziggy była odpowiednio zaokrąglona, lecz spokojna i na tyle niewyćwiczona w sztuce flirtowania, że potraktowałem ją ze wzgardliwą obojętnością. Wtedy nakręcały mnie do działania ciekawość i perwersja, uganiałem się za młodszymi i starszymi kobietami, które chciały spróbować wszystkiego naraz.

Jednak tego popołudnia miałem wrażenie, jakby w głowie mi wybuchło. Widok jej twarzy sprawił, co dziwne, że poczułem się jak w domu, a jednocześnie było to pierwsze spotkanie z piękną dziewczyną. Nie przypominała Liv ani Jensena, jasnych blondynów o tyczkowatej posturze, niemal identycznych. Ziggy odziedziczyła urodę po ojcu, z wszystkimi plusami i minusami: jego długie kończyny, szare oczy, jasnobrązowe włosy i piegi. Była jednak krągła jak matka, miała jej szeroki uśmiech.

Zawahałem się, kiedy do mnie podeszła i objąwszy za szyję, uściskała. To był miły uścisk, całkiem intymny. Oprócz Chloe i Sary nie znałem wielu kobiet, które były tylko przyjaciółkami. Kiedy w ten sposób obejmowałem kobietę, niezmiennie był w tym element seksu. Ziggy zawsze traktowano jak najmłodszą siostrę, ale teraz, trzymając ją w ramionach, w pełni uświadomiłem sobie fakt, że już nie jest dzieckiem. Miała dwadzieścia kilka lat, ciepłymi dłońmi dotykała mojej szyi, a ciałem przylgnęła do mnie. Pachniała szamponem i kawą. Pachniała jak kobieta, a pod bluzą i żałośnie cienką kurtką czułem krągłość jej piersi na moich żebrach. Kiedy odstąpiwszy do tyłu, mierzyła mnie wzrokiem, od razu mi się spodobała: nie wystroiła się, nie umalowała i nie kupiła drogiego stroju do biegania. Miała na sobie bluzę z Yale po bracie, za krótkie czarne spodnie i buty, które lata świetności na pewno miały już za sobą. Nie próbowała robić na mnie wrażenia, po prostu chciała się spotkać.

„Wiesz, ona była całe życie chroniona — powiedział mi Jensen przez telefon nieco ponad tydzień temu. — Czuję się tak, jakbym ją zawiódł, bo nie przewidziałem, że odziedziczyła po tacie geny pracoholizmu. Jedziemy do niej. Nawet nie wiem, co robić”.

Mruganiem pomogłem sobie wrócić do rzeczywistości; Sara i Bennett zbliżali się do stołu. Max wstał, żeby się przywitać, a ja odwróciłem wzrok, kiedy pochylił się i pocałował dziewczynę tuż pod uchem, szepcząc:

— Wyglądasz pięknie, kwiatuszku.

— Czekamy na Chloe? — zapytałem, kiedy wszyscy usiedli.

— Do piątku jest w Bostonie — przemówił Bennett zza swojej karty.

— Całe szczęście — odparł Max. — Bo umieram z głodu, a ta kobieta nigdy nie może się zdecydować, co zamówić.

Bennett roześmiał się cicho i położył menu na stole.

Ja również poczułem ulgę, nie z powodu głodu, lecz dlatego, że przydała mi się przerwa w odgrywaniu roli piątego koła u wozu. Czwórka moich sparowanych przyjaciół już niemal dotarła do etapu zadowolonych z siebie bęcwałów i dawno rozpoczęła etap przesadnego zainteresowania życiem uczuciowym Willa. Żyli w przekonaniu, że lada moment spotkam kobietę mojego życia, która rozszarpie mi serce na kawałki, i cieszyli się na niezłe widowisko.

Ich obsesja nasiliła się, kiedy po powrocie z Vegas w zeszłym tygodniu popełniłem błąd i wspomniałem im przelotnie, że oddalam się od moich dwóch kochanek, Kitty i Kristy. Obie z przyjemnością spotykały się ze mną regularnie na seks bez zobowiązań i chyba nie przeszkadzała im świadomość, że wiedzą o sobie nawzajem — lub też o moich chwilowych podrywkach — lecz ostatnio czułem się tak, jakbym wpadł w pułapkę powtarzalnego rytmu:

Rozebranie się,

dotyk,

pieprzenie,

orgazm

(może rozmowa przed snem),

pocałunek na dobranoc,

a potem do widzenia — albo ja wychodzę, albo one.

Czy to się zrobiło za łatwe? Czy może wreszcie zmęczyłem się samym seksem… Seksem?!

I dlaczego znów o tym wszystkim myślę i to w tej chwili? Wyprostowałem się i przesunąłem dłońmi po twarzy. W moim życiu nic się tego dnia nie zmieniło. Spędziłem miły poranek z Ziggy i tyle. Jej rozbrajająca autentyczność i urok, no i zaskakująca uroda, nie powinny mnie tak dramatycznie wytrącić z równowagi.

— To o czym była mowa? — zapytał Bennett, dziękując kelnerowi, który postawił przed nim gin z limonką.

 

— Omawialiśmy poranne spotkanie po latach — odparł Max i dodał scenicznym szeptem: — Spotkanie Willa z koleżanką.

Sara się roześmiała.

— Will spotkał się rano z kobietą? I to taka nowina?

Bennett uniósł dłoń.

— Zaraz, czy to dzisiaj nie jest wieczór Kitty? A rano umówiłeś się na randkę? — popijał swojego drinka i mierzył mnie wzrokiem.

Szczerze mówiąc, to właśnie z powodu Kitty umówiłem się z Hanną o poranku, a nie wieczorem — to właśnie moja kochanka była moim późnym spotkaniem. Ale im więcej się nad tym zastanawiałem, tym mniej pociągała mnie perspektywa spędzenia wtorkowego wieczoru zgodnie ze zwyczajem.

Jęknąłem, na co Max i Sara wybuchnęli śmiechem.

— Czy to nie dziwne, że znamy tygodniowy harmonogram randek Willa? — zapytała dziewczyna.

Brytyjczyk spojrzał na mnie z uśmiechem w oczach.

— Zastanawiasz się, czy nie odwołać spotkania z Kitty, prawda? Myślisz, że za to zapłacisz?

— Prawdopodobnie — przyznałem.

Parę lat temu spotykałem się z Kitty, a kiedy okazało się, że ona pragnie czegoś więcej niż ja, rozstaliśmy się w przyjaźni. Jednak parę miesięcy temu spotkaliśmy się w barze i ona powiedziała mi, że tym razem chce po prostu się zabawić. Oczywiście zgodziłem się. Była doskonała i zgadzała się niemal na wszystkie moje propozycje. Upierała się, że nasze spotkania będą oparte tylko na seksie, tylko i wyłącznie, i na pewno to jej wystarczy. Jednak chyba oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że kłamie: za każdym razem, kiedy musiałem przesunąć nasze spotkanie, przy kolejnej okazji traciła pewność siebie i okazywała większe pragnienie.

Kristy była prawie jej kompletnym przeciwieństwem. Bardziej opanowana, uwielbiała kneblowanie, czego nie podzielałem, ale nie byłem przeciwny zaspokajaniu tej zachcianki; kochanka rzadko zostawała na noc po seksie.

— Jeśli interesuje cię ta nowa dziewczyna, to chyba powinieneś skończyć z Kitty — odezwała się Sara.

— Weźcie na wstrzymanie — zaprotestowałem, wbijając widelec w sałatkę. — Z Ziggy do niczego nie doszło. Poszliśmy biegać.

— No to dlaczego wciąż o tym gadamy? — zapytał ze śmiechem Bennett.

Kiwnąłem głową.

— No właśnie.

Wiedziałem jednak, że gadamy o tym, ponieważ jestem spięty, a kiedy jestem spięty, widać to po mnie na odległość. Ściągam brwi, ciemnieją mi oczy i zaczynam cedzić słowa. Zamieniam się w dupka.

A Max to uwielbia.

— Oj, gadamy o tym — odezwał się — gdyż w ten sposób doprowadzamy Williama do szału, a ja to uwielbiam. Poza tym ciekawie jest patrzeć, jaki się zrobił zamyślony po porannym spotkaniu z młodszą siostrą. Will rzadko wygląda na aż tak ciężko myślącego.

— To najmłodsza siostra Jensena — wyjaśniłem Sarze i Bennettowi.

— Jako nastolatek obcałowywał się ze starszą siostrą — dodał uczynnie Max, przesadnie wymawiając słowa dla wzmocnienia efektu.

— Ale z ciebie palant! — powiedziałem ze śmiechem.

Liv była chwilowym wyskokiem, ledwie pamiętałem, co tam wyprawialiśmy oprócz gorących pocałunków; po powrocie do New Haven łatwo się z tego wyplątałem. W porównaniu z innymi moimi związkami w tamtych latach to, co się zdarzyło z Liv, prawie się nie liczyło.

Przyniesiono nam przystawki, więc na chwilę przy naszym stole zapadła cisza. Myśli zaczęły mi błądzić wokół dzisiejszego ranka. Po jakimś czasie w trakcie naszego biegania poddałem się i zacząłem otwarcie gapić się na Ziggy. Wpatrywałem się w jej policzki, usta, miękkie włosy wymykające się z niedbałego koka i opadające na gładką skórę karku. Zawsze przyznawałem się do zainteresowania kobietami, ale przecież nie pociągała mnie każda, jaką widziałem. Więc co zobaczyłem w niej? Była ładna, ale na pewno nie najładniejsza spośród tych, jakie poznałem w życiu. O siedem lat młodsza ode mnie, zielona jak jabłuszko, całe życie spędzała w pracy. Co mogłaby mi zaofiarować, czego nie znajdę u innej?

Obejrzała się i przyłapała mnie; między nami przepłynął prąd, wyczuwalny i cholernie kłopotliwy. Kiedy się uśmiechała, jej twarz się rozjaśniała. Przypominała otwarte drzwi w letni dzień i mimo niskiej temperatury w żyłach poczułem ciepło. To stare, ale znajome pragnienie. Pożądanie, którego od dawna nie czułem, wypełniające żyły adrenaliną, kiedy chciałem być jedynym odkrywcą sekretów jakiejś dziewczyny. Skóra Ziggy wyglądała na słodką, jej usta były pełne i miękkie, szyi chyba nikt jeszcze nie naznaczył ani nie possał. Budzące się we mnie zwierzę chciało bliżej się przyjrzeć jej dłoniom, ustom i piersiom.

Uniosłem wzrok. Max przyglądał mi się, przeżuwając z zastanowieniem.

Podniósł widelec i wycelował we mnie.

— Wystarczy jedna noc z tą właściwą. Nie mówię o seksie, bynajmniej. Jedna noc mogłaby cię zmienić, młody czło…

— Przestań — jęknąłem. — Naprawdę wyłazi z ciebie okropny dupek.

Bennett wyprostował się i włączył do rozmowy.

— Musisz znaleźć kobietę, przy której zaczniesz myśleć. To ona zmieni twoją opinię o różnych sprawach.

Uniosłem ręce.

— Bardzo miły pomysł, dzięki, ale Ziggy to nie mój typ.

— A jaki jest twój typ? Ma dwie nogi? I cipkę? — zapytał Max.

Roześmiałem się.

— Może po prostu powinna być młoda?

Koledzy chrząknęli i pokiwali głowami ze zrozumieniem, jednak czułem na sobie wzrok Sary.

— No już, gadaj — powiedziałem do niej.

— Tak sobie tylko myślę, że dotąd nie trafiłeś na kobietę, która sprawiłaby, że chciałbyś ją poznać głębiej. Wybierasz sobie określony typ, który na pewno wpasuje się w twoją strukturę, twoje zasady i ograniczenia. Nie znudziło ci się jeszcze? Mówisz, że ta siostra…

— Ziggy — podpowiedział Max.

— Właśnie — przytaknęła. — Jak twierdzisz, Ziggy nie jest w twoim typie, ale w zeszłym tygodniu żaliłeś się, że coraz bardziej oddalasz się od kobiet, które chętnie wskakują ci do łóżka i nie mają żadnych wymagań. — Nabiła kęs na widelec i wzruszywszy ramionami, uniosła do ust. — Może powinieneś zmienić typ.

— Nielogiczne. Może i tracę zainteresowanie moimi kochankami, co nie oznacza, że powinienem przerobić cały system — nadal wbijałem widelec w jedzenie. — Chociaż faktycznie chciałbym was prosić o przysługę.

Sara przełknęła i pokiwała głową.

— Jasne.

— Może zabrałybyście ją gdzieś we dwie z Chloe? Ona nie ma tu żadnych koleżanek, a wy…

— Jasne — powtórzyła szybko. — Bardzo chętnie ją poznam.

Kątem oka rzuciłem spojrzenie Maxowi; nie zdziwiłem się, widząc, jak zagryza wargi z miną kota, który złowił kanarka. Jednak Sara chyba wzięła przykład z Chloe i złapała go pod stołem za jaja, bo mój przyjaciel zachował milczenie, co było dla niego nietypowe.

„Czy też czasami dochodzisz do wniosku, że ludzie, z którymi najczęściej przebywasz, wcale nie są tymi, którzy najbardziej się dla ciebie liczą? Ostatnio mam wrażenie, jakbym wkładała całe serce wcale nie w to, co powinnam”.

Jej głos i szeroko otwarte, szczere oczy w chwili, kiedy to mówiła, sprawiły, że poczułem się jednocześnie pełen i pusty, jakby ból tak się nasilił, że przekroczył granicę przyjemności.

Ziggy chciała, żebym pomógł jej poznać ludzi i spotykać się z facetami, poznać ludzi, z którymi chciałaby się zaprzyjaźnić… A w rzeczywistości ja też tego nie miałem. Może nie przesiadywałem samotnie w domu, ale wcale nie byłem szczęśliwy.

Przeprosiłem towarzystwo i wyszedłszy do łazienki, wyjąłem telefon z kieszeni, po czym napisałem SMS-a pod numer, który mi podała.

„Projekt Ziggy wciąż na tapecie? Jeśli tak, to wchodzę w to. Bieganie jutro, plany na weekend. Nie spóźnij się”.

Przez kilka sekund gapiłem się w telefon, lecz kiedy od razu nie odpisała, wróciłem do obiadu z przyjaciółmi.

Później jednak, przy wyjściu z restauracji, zauważyłem jedną wiadomość i roześmiałem się, przypominając sobie, że Ziggy wspomniała o starym telefonie, którego prawie nie używała.

„Super1!Niemogeznalezcspacji=alezadzwonie”.

* * *

Ziggy, Chloe i Sara miały tak wypełnione dni, że dopiero w weekend udało się im umówić. Dzięki Bogu, wreszcie się spotkały, gdyż widok dziewczyny biegającej co rano z ramionami założonymi na piersiach mnie też przyprawiał o ból sutków.