ProfesorTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

CHARLOTTE
BRONTË
PROFESOR

przekład:

Katarzyna Malecha


Tytuł oryginału: The Professor

Copyright © 2012, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-118-9

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Michał Borun

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

Rozdział I
Wprowadzenie

Przeglądając onegdaj swe papiery, znalazłem w biurku poniższą kopię listu, który rok temu wysłałem do dawnego znajomego ze szkoły:

Drogi Charlesie,

Wspominam czasy, gdyśmy byli razem w Eton; żaden z nas nie był, że tak powiem, popularnym typem: Ty byłeś sarkastycznym, spostrzegawczym, błyskotliwym, zimnokrwistym stworzeniem; własnego portretu kreślić nie zamierzam, nie przypominam sobie jednak, by był to portret uderzająco atrakcyjny – nie sądzisz? Nie wiem, jakiż to magnetyzm zwierzęcy sprawił, że lgnęliśmy do siebie; z pewnością nigdy nie żywiłem wobec Ciebie uczuć podobnych do tych, które łączyły Pyladesa i Orestesa, mam też powody, by przypuszczać, że Tyś ze swej strony był równie wolny od jakichkolwiek romantycznych sentymentów w stosunku do mnie. Mimo to po godzinach nauki szkolnej chadzaliśmy stale razem i rozmawiali; rozumieliśmy się, gdy przedmiotem konwersacji byli nasi koledzy bądź nauczyciele, gdy zaś ja poruszałem temat uczucia, napomykałem niejasno o uwielbieniu dla jakiegoś doskonałego czy pięknego obiektu, czy to ożywionego czy nieożywionego, twój sardoniczny chłód mnie nie poruszał. Zarówno wówczas, jak i obecnie odczuwałem swą wyższość w tym względzie.

Dużo czasu upłynęło od ostatniego mego listu do Ciebie, jeszcze więcej zaś, odkądśmy się ostatnio widzieli. Gdy przypadkowo sięgnąłem onegdaj po gazetę z Twojego hrabstwa, oko moje spoczęło na Twym nazwisku. Zacząłem rozmyślać o dawnych czasach; przypominać sobie zdarzenia, które były naszym udziałem, odkądśmy się rozstali; następnie usiadłem i skreśliłem ten list. Nie wiem, co przez ten czas porabiałeś; jeżeli jednak zechcesz posłuchać, dowiesz się, jak świat poigrał sobie ze mną.

Tuż po ukończeniu Eton odbyłem rozmowę z wujami ze strony matki: lordem Tynedale’em i czcigodnym Johnem Seacombe’em. Zapytali, czy nie zechciałbym wstąpić w stan duchowny, wuj-szlachcic zaś zaproponował, że jeśli się zdecyduję, udostępni mi probostwo w Seacombe, którym dysponował; na to mój drugi wuj, pan Seacombe, nadmienił, że po objęciu stanowiska proboszcza w Seacombe-cum-Scaife wolno by mi było uczynić panią domu i głową parafii jedną z mych sześciu kuzynek, a jego córek, których wielce nie lubiłem.

Odmówiłem złożenia ślubów małżeńskich i kapłańskich. Dobry duchowny to rzecz cenna, ja jednakże byłbym bardzo złym duchownym. Jeżeli zaś chodzi o żonę – ach, jakże upiorna jest myśl, że miałbym na całe życie związać się z jedną z kuzynek! Są one bez wątpienia utalentowane i ładne; żaden jednak z ich talentów, żaden z ich uroków nie porusza struny w moim sercu. Pomyśleć, że mógłbym spędzać zimowe wieczory przy kominku w saloniku plebanii w Seacombe sam na sam z jedną z nich, na przykład z tą dużą, ładnie wyrzeźbioną Sarą – nie; w takich okolicznościach byłbym zarówno złym mężem, jak i złym duchownym.

Gdy odrzuciłem propozycje wujów, zapytali mnie, co zamierzam robić, ja zaś odparłem, że się zastanowię. Przypomnieli, że nie mam majątku, ani też widoków na takowy, i po dłuższej chwili lord Tynedale zapytał surowo: „Czy nie myślałeś o tym, by pójść w ślady ojca i zająć się kupiectwem?”. Cóż, myśli takie nie postały nigdy w mojej głowie. Nie sądzę, by mój sposób myślenia czynił ze mnie materiał na dobrego kupca; smak mój i dążenia nie tak się kształtują; jednakże lord Tynedale wypowiedział słowo kupiectwo z takim wyrazem pogardy na twarzy, tak lekceważący sarkazm zabarwił jego głos, że natychmiast podjąłem decyzję. Ojca znałem jedynie z nazwiska, nie lubiłem jednak, gdy nazwisko to wypowiadano z szyderstwem rzuconym mi w twarz. Odpowiedziałem zatem pośpiesznie i serdecznie: „Najlepsze, co mogę zrobić, to podążyć w ślady ojca; tak, zostanę kupcem”. Wujowie nie protestowali; rozstaliśmy się z wrażeniem obopólnej odrazy. Przyglądając się obecnie owej transakcji, stwierdzam, iż miałem całkowitą słuszność, uwalniając się spod jarzma patronatu Tynedale’a, głupcem jednak byłem, że natychmiast przyjąłem na barki inne jarzmo – takie, które mogło się okazać bardziej nieznośne, a którego z pewnością wcześniej nie posmakowałem.

Napisałem natychmiast do Edwarda – znasz Edwarda – mego jedynego brata, starszego ode mnie o lat dziesięć, który ożenił się z córką bogatego właściciela fabryki i posiada obecnie zarówno ową fabrykę, jak i zakład, który przed bankructwem należał do ojca. Wiadomym Ci jest, że ojciec mój, uznawany niegdyś za Krezusa, stracił wszystko na krótko przed śmiercią, matka zaś żyła w nędzy jeszcze sześć miesięcy po nim, nie otrzymawszy pomocy od swych arystokratycznych braci, których obraziła śmiertelnie zawarciem związku z Crimsworthem, fabrykantem z hrabstwa X. U schyłku szóstego miesiąca wydała mnie na świat, następnie opuściła go bez żalu, jak sądzę, ponieważ niewiele było dla niej na tym świecie nadziei czy pociechy.

Krewni mego ojca opiekowali się Edwardem, później zaś mną, aż ukończyłem lat dziewięć. Zdarzyło się w owym czasie, że pojawił się wakat na stanowisku reprezentanta istotnego okręgu w naszym hrabstwie; pan Seacombe postanowił ubiegać się o nie. Stryj Crimsworth, przebiegły kupiec, skorzystał ze sposobności i napisał do kandydata ostry list, w którym utrzymywał, że jeżeli Seacombe i lord Tynedale nie zgodzą się poczynić kroków na rzecz wsparcia osieroconych siostrzeńców, zdemaskuje ich bezlitosne i nikczemne postępowanie wobec siostry i zrobi co w jego mocy, aby obrócić te okoliczności przeciwko panu Seacombe’owi. Zarówno zainteresowany dżentelmen, jak i lord T. dobrze wiedzieli, że Crimsworthowie to ród zdecydowany i pozbawiony skrupułów; zdawali sobie również sprawę z wpływów, które rodzina ta miała w okręgu X; zrobiwszy zatem dobrą minę do złej gry, zgodzili się pokryć koszty mojej edukacji. Posłano mnie do Eton, gdzie spędziłem lat dziesięć – przez ten czas ani razu nie widziałem się z Edwardem. Gdy dorósł, zajął się handlem i wypełniał swe powołanie tak wytrwale, umiejętnie i z takim powodzeniem, że teraz, gdy miał lat trzydzieści, zarabiał krocie. Powiadamiały mnie o tym sporadyczne, krótkie listy, które otrzymywałem od niego jakieś trzy lub cztery razy do roku; wszystkie kończyły się zawsze wyrazem zdecydowanej wrogości wobec rodu Seacombe’ów i skierowanymi do mnie słowami nagany za to, że żyję, jak to ujmował, na utrzymaniu tamtej rodziny. Z początku, w latach chłopięcych, nie rozumiałem dlaczego, skoro nie miałem rodziców, nie powinienem zawdzięczać wykształcenia wujom Tynedale’owi i Seacombe’owi; jednak w miarę dorastania, gdy usłyszałem o rozmiarach zażartej wrogości oraz śmiertelnej nienawiści, jaką przejawiali oni wobec mego ojca, o cierpieniach matki – krótko mówiąc, o całym złu, które ród nasz uczynił – wtedy zacząłem odczuwać wstyd, że przyszło mi żyć w warunkach zależności, toteż powziąłem postanowienie, iż nie przyjmę więcej chleba z rąk, które odmówiły niezbędnej pomocy mej umierającej matce. To właśnie te uczucia powodowały mną, gdym odmówił objęcia beneficjum w Seacombe i wstąpienia w związek z jedną z mych szlachetnie urodzonych kuzynek.

W taki sposób powstał między mną a wujami nieodwracalny rozłam, napisałem zatem do Edwarda: wyłuszczyłem mu, co zaszło i powiadomiłem, że mam zamiar pójść w jego ślady i zostać kupcem. Zapytałem ponadto, czy mógłby dać mi zajęcie. Odpowiedź jego nie wyrażała ani słowa aprobaty dla mego zachowania, oznajmił mi jednak, że jeżeli mam ochotę, mogę przyjechać do hrabstwa X, on zaś „zobaczy, co da się zrobić w kwestii znalezienia dla mnie pracy”. Stłumiłem w sobie wszelkie emocje – nawet komentarz, którym mógłbym w myślach skwitować jego list – spakowałem kufer oraz torbę dywanową i natychmiast udałem się na Północ.

Po trwającej dwa dni podróży (kolej wówczas jeszcze nie istniała) dotarłem pewnego mokrego październikowego popołudnia do miasta X. Zawsze sądziłem, że Edward tam właśnie mieszka, ale popytawszy, dowiedziałem się, że w zadymionej atmosferze Bigben Close usytuowane są jedynie fabryka i magazyn pana Crimswortha; jego rezydencja położona była na wsi, cztery mile stąd.

Późnym wieczorem wylądowałem u bram domostwa, w którym, jak mi powiedziano, mieszkał brat. Podążając w górę aleją, dostrzegłem poprzez igrające o zmierzchu cienie oraz pogłębiające je jeszcze mroczne, ponure mgły, że dom jest duży, a tereny wokół niego dostatecznie rozległe. Przystanąłem na chwilę na trawniku przed domem i oparłszy się plecami o rosnące pośrodku wysokie drzewo, z zainteresowaniem wpatrywałem się w fasadę Crimsworth Hall.

„Edward jest bogaty – pomyślałem. – Podejrzewałem, że nieźle sobie radzi, nie wiedziałem jednak, że jest panem takiej posiadłości”. Przerwawszy wszelkie rozmyślania, domysły, przypuszczenia itd., podszedłem do drzwi frontowych i zadzwoniłem. Otworzył służący, przedstawiłem się, on zaś wziął ode mnie mokry płaszcz i torbę dywanową i zaprowadził do pokoju urządzonego jako biblioteka; na kominku trzaskał jasny ogień, na stole stały zapalone świece; służący oznajmił, że pan nie wrócił jeszcze z miasta, z pewnością jednak zjawi się w domu w ciągu pół godziny.

 

Zostałem sam, usiadłem więc w stojącym przy kominku miękkim fotelu wyściełanym czerwonym safianem i podczas gdy oczy moje obserwowały płomienie skaczące pośród rozżarzonych węgli oraz popioły opadające co jakiś czas na palenisko, umysł pochłonięty był snuciem domysłów na temat spotkania, które wkrótce miało nastąpić. Pośród wielu wątpliwości, jakie zrodziły się z owych domysłów, jedna rzecz była stosunkowo pewna: nie groziło mi gorzkie rozczarowanie, ochroną przed nim były bowiem niewygórowane oczekiwania. Nie spodziewałem się wylewnych przejawów braterskiej czułości; listy Edwarda nigdy nie pozwoliły mi zrodzić ani pielęgnować tego typu złudzeń. Mimo to jednak, wyczekując jego przyjazdu, byłem podniecony – bardzo podniecony – nie wiem dlaczego; dłoń moja, nieznająca przecież zupełnie uścisku spokrewnionej ręki, zaciskała się teraz, by powstrzymać drżenie, w które wprawić by ją mogła niecierpliwość.

Pomyślałem o wujach; i gdym się zastanawiał, czy żywiona przez Edwarda obojętność będzie równa chłodnej pogardzie, z jaką wujowie zawsze mnie traktowali, usłyszałem, że otwiera się brama prowadząca na aleję: przed domem zaterkotały koła – przyjechał pan Crimsworth; upłynęło parę minut, nastąpiła krótka wymiana zdań ze służącym w hallu, po czym krok jego zbliżył się do drzwi biblioteki – już sam ów krok ogłaszał, że oto idzie pan domu.

Zachowało się w mej pamięci pewne niewyraźne wspomnienie Edwarda takiego, jakim był dziesięć lat temu: wysokiego, żylastego, niedojrzałego młokosa; teraz natomiast, gdy wstałem z fotela i obróciłem się w stronę drzwi biblioteki, ujrzałem przystojnego, silnego mężczyznę o jasnej cerze, solidnej posturze i atletycznych proporcjach; na pierwszy rzut oka dostrzegłem gwałtowność i szorstkość jego obejścia, ujawniające się zarówno w sposobie poruszania, w postawie, w oczach, jak i w ogólnym wyrazie twarzy. Przywitał mnie zwięźle, a w chwili, gdy podaliśmy sobie dłonie, zlustrował mą postać od stóp do głów; usiadł w fotelu wyściełanym safianem i wskazał siedzenie dla mnie.

– Spodziewałem się, że przybędziesz pan do kancelarii w Close – oznajmił; w głosie jego wyczuwało się szorstki ton, prawdopodobnie dlań charakterystyczny; mówił przy tym z gardłowym północnym akcentem, brzmiącym ostro w mych uszach, przyzwyczajonych do srebrzystej wymowy z Południa.

– Właściciel gospody, przy której zatrzymał się dyliżans, skierował mnie tutaj – rzekłem. – Z początku wątpiłem w rzetelność jego informacji, nie wiedziałem bowiem, że posiada pan taką rezydencję.

– Ach, w porządku! – odparł. – Po prostu tkwiłem w kancelarii o pół godziny dłużej, czekając na ciebie, to wszystko. Myślałem, że przybędziesz pan dyliżansem o ósmej.

Wyraziłem żal, że zmuszony był czekać; nie odpowiedział, poruszył jednak ogień w kominku, jakby pragnął zamaskować odruch zniecierpliwienia; następnie przyjrzał mi się znowu.

Odczułem w duchu satysfakcję, że w pierwszej chwili spotkania nie okazałem temu człowiekowi ani krztyny ciepła czy entuzjazmu; że przywitałem się z nim w sposób flegmatyczny, spokojny i opanowany.

– Czyś pan całkiem zerwał z Tynedale’em i Seacombe’em? – zapytał gwałtownie.

– Podejrzewam, że nie będę się z nimi więcej kontaktował; wyobrażam sobie, że moja odmowa zbudowała między nami barierę, która zablokuje wszelkie wzajemne stosunki w przyszłości.

– No cóż – odparł. – Równie dobrze mogę waści przypomnieć już teraz, u zarania naszych stosunków, że „nikt nie może służyć dwóm panom”. Znajomość z lordem Tynedale’em i moja pomoc to rzeczy nie do pogodzenia. – Gdy spojrzał na mnie, podzieliwszy się tym spostrzeżeniem, w oczach jego tliła się nieuzasadniona groźba.

Nie miałem ochoty mu odpowiadać, toteż zadowoliłem się snuciem w duchu spostrzeżeń na temat istniejących różnic w budowie ludzkich umysłów. Nie wiem, jakie wnioski wyciągnął pan Crimsworth z mego milczenia – czy uznał je za przejaw krnąbrności, czy też za dowód na to, że zastraszył mnie swym władczym tonem. Przyjrzał mi się przeciągle groźnym wzrokiem, następnie gwałtownie wstał z fotela.

– Jutro – oznajmił – przedstawię pańskiej uwadze różne inne kwestie; teraz jednak nadeszła pora kolacji i pani Crimsworth już pewnie czeka; idzie pan?

Wymaszerował z pokoju, a ja podążyłem za nim. Przechodząc przez hall, zastanawiałem się, jaka też może być pani Crimsworth. „Czy cechy, które cenię – zastanawiałem się – są jej obce, tak jak obce są Tynedale’owi,

Seacombe’owi, pannom Seacombe… czy też owemu wylewnemu krewniakowi, który w tej chwili maszeruje przede mną? Czy może jest od nich lepszą? Czy rozmawiając z nią, będę mógł ujawnić nieco prawdziwą swą naturę, czy…”. – Tu wszedłem do jadalni, przerwawszy dalsze rozmyślania.

Płonące pod kloszem z matowionego szkła światło lampy ukazało elegancki pokój z dębową boazerią; na stole czekała kolacja; przy kominku stała dama: zdawało się, że oczekuje naszego nadejścia; była młoda, wysoka i zgrabna; suknię miała piękną i modną: tyle dostrzegłem na pierwszy rzut oka. Wymieniła z panem Crimsworthem wesołe pozdrowienie; zbeształa go, na wpół żartobliwie, na wpół z dąsem, za spóźnienie; głos jej (zawsze, oceniając charakter człowieka, biorę pod rozwagę jego głos) był pogodny – wskazywał, jak pomyślałem, na raźne usposobienie. Pan Crimsworth wkrótce przerwał jej ożywione połajanki pocałunkiem – pocałunkiem godnym pana młodego (byli małżeństwem od niespełna roku); do stołu zasiadła w pierwszorzędnym nastroju. Dostrzegłszy mnie, przeprosiła, że nie zauważyła mnie wcześniej, następnie podała mi dłoń, tak jak to panie mają w zwyczaju, gdy przypływ dobrego humoru nastraja je pogodnie wobec wszystkich, nawet wobec osób, które są im w najwyższym stopniu obojętne. Przyjrzawszy się teraz bliżej, zauważyłem, że pani Crimsworth miała ładną cerę, rysy zaś wyraziście zaznaczone, ale przyjemne; włosy jej były rude – zupełnie rude. Dużo z Edwardem rozmawiali, nieustannie się drocząc w żartobliwym tonie; była rozdrażniona, czy też taką udawała, ponieważ mąż pojechał dwukółką zaprzęgniętą w narowistego konia, trywializując tylko jej obawy. Niekiedy zwracała się ze skargą do mnie.

– Panie Williamie, czyż to, co mówi Edward, nie jest absurdalne? Twierdzi on, że będzie powoził Jackiem i żadnym innym koniem, tymczasem ta bestia już dwukrotnie go zrzuciła.

Mówiąc, sepleniła nieco, co nie było niemiłe, lecz dziecinne. Wkrótce zauważyłem również, że jej bynajmniej nie drobne rysy miały wyraz nie tyle dziewczęcy, co dziecinny; w oczach Edwarda owo seplenienie i wyraz twarzy były niewątpliwie czarujące, takimi też wydawałyby się większości mężczyzn, lecz nie mnie. Przypatrzyłem się jej oczom, pragnąc wyczytać w nich oznaki inteligencji, których nie zauważyłem w twarzy i nie usłyszałem podczas rozmowy; były to wesołe, raczej niewielkie oczy; ze źrenic wyzierały na przemian żywiołowość, próżność i kokieteria, na próżno wypatrywałem jednak przebłysku duszy. Nie pochodzę z Orientu; białe szyje, karminowe usta i policzki, pukle jasnych loków nie zadowolą mnie, jeśli brak owej Prometejskiej iskry, która trwać będzie, kiedy róże i lilie przekwitną, a lśniące włosy pokryje siwizna. W słońcu i w dostatku kwiaty są bardzo dobre; a jednak przez ile dni w życiu pada deszcz – ile jest pełnych katastrof listopadów, kiedy domowe ognisko spowiłby chłód, gdyby nie rozświetlał go jasny, wesoły blask umysłu.

Przestudiowałem jasne oblicze pani Crimsworth, a wtedy mimowolne, głębokie westchnięcie skwitowało uczucie zawodu; uznała je za hołd złożony swej urodzie, Edward zaś, wyraźnie dumny ze swej bogatej i pięknej młodej żony, rzucił mi spojrzenie – na wpół pokpiwające, na wpół gniewne.

Odwróciłem się od nich i począłem ze znużeniem rozglądać się po pokoju; wtedy to dostrzegłem dwa obrazy osadzone w dębowej boazerii po obu stronach kominka. Przestałem uczestniczyć w żartobliwej pogawędce, która toczyła się między panem a panią Crimsworth i myśli swe poświęciłem studiowaniu tych obrazów. Były to portrety – damy i dżentelmena, oboje ubrani zgodnie z modą sprzed dwudziestu lat. Dżentelmen skrywał się w cieniu. Nie widziałem go dokładnie. Dama skąpana była w pełnym blasku delikatnie przysłoniętej lampy. Natychmiast ją rozpoznałem; widziałem ten obraz już wcześniej, w dzieciństwie; była to moja matka; obraz ten wraz z towarzyszącym mu drugim portretem były jedynymi pamiątkami, jakie ocalały po wyprzedaży majątku ojca.

Pamiętałem, że twarz z obrazu podobała mi się w dzieciństwie, chociaż nie rozumiałem wówczas dlaczego; obecnie wiedziałem już, jak rzadko można spotkać twarz tego rodzaju i wysoko ceniłem sobie jej wyraz, zamyślony i łagodny zarazem. Poważne szare oczy wywierały na mnie przemożny urok, podobnie jak pewne rysy twarzy, które wskazywały na obecność najszczerszych i najczulszych z uczuć. Żałowałem, że to tylko obraz.

Wkrótce opuściłem państwa Crimsworthów; służący wskazał mi drogę do sypialni; zamknąwszy drzwi mego pokoju, odciąłem się od wszelkich intruzów – zarówno od Ciebie, Charlesie, jak i od wszystkich innych.

Do widzenia, tymczasem,

WILLIAM CRIMSWORTH.

Nigdy nie otrzymałem na ten list odpowiedzi, ponieważ zanim go wysłałem, mój stary przyjaciel przyjął był rządową posadę w jednej z kolonii i był już w drodze na arenę swych urzędowych powinności. Co się później działo z Charlesem, tego nie wiem.

Czas wolny, którym dysponuję, a który zamierzałem przeznaczyć dla niego, poświęcę teraz w dużej mierze publice. Moja opowieść nie jest ani podniecająca, ani tym bardziej cudowna; może ona jednak zainteresować osoby, które zaznawszy trudów powołania, jakiemu i ja się oddałem, odnajdą w mych doświadczeniach odzwierciedlenie swoich własnych przeżyć. Przytoczony powyżej list niech będzie wprowadzeniem. Teraz opowiem, co wydarzyło się dalej.

Rozdział II

Po mglistym wieczorze mego pierwszego zetknięcia z Crimsworth Hall nastąpił wspaniały październikowy poranek. Wstałem wcześnie i przechadzałem się po dużej, przypominającej park łące, która otaczała dom. Wschodzące spoza wzgórz hrabstwa jesienne słońce ukazywało w swym świetle przyjemną krainę; spokojne brązowe lasy urozmaicały rzeźbę pól, z których niedawno zwieziono plony; na powierzchni wijącej się między lasami rzeki odbijał się cokolwiek zimny blask październikowego słońca i nieba; wzdłuż brzegów rzeki wyrosły gęsto wysokie, cylindryczne kominy, wyglądające niemalże jak smukłe okrągłe wieże, które wskazywały na obecność fabryk, na wpół ukrytych pośród drzew; przyjemne dla oka tereny na zboczach wzgórz zajmowały tu i ówdzie posiadłości podobne do Crimsworth Hall; ogólnie rzecz ujmując, krajobraz prezentował się wesoło, ruchliwie, urodzajnie. Para, handel i maszyneria dawno już przegnały zeń wszelką romantyczność, zatarły wrażenie odosobnienia. Pięć mil dalej rozpościerała się między niskimi wzgórzami dolina, w którą wtulone było wspaniałe miasto X. Gęste, utrzymujące się stale opary spowijały zabudowania – tam też znajdował się „Zakład” Edwarda.

Wysiliłem oko, by zbadać bliżej ów widok, wysiliłem umysł, by się nad nim przez chwilę zastanowić, gdy zaś przekonałem się, że nie wywołuje on w mym sercu żadnych przyjemnych uczuć i że nie wzbudza żadnych z nadziei, które powinien żywić mężczyzna na widok otwierającej się przed nim wizji kariery, powiedziałem sobie: „Williamie, buntujesz się przeciwko okolicznościom; jesteś głupcem i nie wiesz, czego pragniesz; wybrałeś zawód kupiecki i kupcem zostaniesz. Spójrz! – perorowałem w myślach – spójrz na ten czarny dym w dolinie i wiedz, że tam właśnie jest twoje miejsce! Nie wolno ci tam marzyć, nie wolno snuć domysłów ani teorii – tam się udasz i tam będziesz pracował!”.

Udzieliwszy sobie takiej nauki, powróciłem do domu. Brat mój był w pokoju śniadaniowym. Przywitałem się z nim opanowany – nie mogłem powitać go wesoło; stał na dywanie plecami do ognia – jak wiele wyczytałem z wyrazu jego oczu, kiedy nasze spojrzenia się spotkały, gdy zbliżyłem się do niego, by powiedzieć „dzień dobry”; jak wiele w tym wyrazie było w sprzeczności z moją naturą!

– Dzień dobry – rzekł oschle i skinął głową, po czym nie tyle chwycił, co porwał ze stołu gazetę i zaczął ją czytać, przywołując na myśl pana, który chwyta się pretekstu, by uniknąć nudnej rozmowy z podwładnym. Dobrze się stało, że postanowiłem wytrzymywać to na razie, w przeciwnym bowiem wypadku zachowanie Edwarda sprawiłoby, że wstręt, który właśnie usiłowałem w sobie zdusić, stałby się nie do zniesienia. Spojrzałem na niego: zlustrowałem jego krzepką postać o solidnych proporcjach; w zwierciadle nad kominkiem dostrzegłem swoje odbicie; zabawiałem się, porównując te dwa wizerunki. Z twarzy przypominałem brata, aczkolwiek nie byłem tak przystojny jak on; rysy moje były mniej regularne; miałem ciemniejsze oczy i szersze czoło, postać natomiast o wiele mniej imponującą – szczuplejszą, bardziej wiotką, nie tak wysoką. Fizycznie Edward o wiele mnie przewyższał; gdyby okazało się, że umysł jego jest równie wybitny jak postać, musiałbym stać się jego niewolnikiem – nie wolno mi bowiem oczekiwać po nim lwiej szczodrobliwości wobec słabszych od siebie; jego zimne, chytre oczy, jego surowe, nieprzystępne zachowanie świadczyły o bezwzględności. Czy umysł mój był zatem na tyle silny, abym potrafił stawić mu czoło? Nie wiedziałem; nigdy jeszcze nie zostałem wystawiony na taką próbę.

 

Pojawienie się pani Crimsworth odwróciło na chwilę bieg moich myśli. Dobrze wyglądała odziana w biel, a twarz jej i strój jaśniały poranną i młodopanieńską świeżością. Zwróciłem się do niej z pewną dozą swobody, mile widzianej, jak mniemałem, zważywszy na jej beztroską wesołość ubiegłego wieczoru, na co jednak odpowiedziała chłodno i powściągliwie; mąż ją pouczył: nie należy spoufalać się zbytnio z jego kancelistą.

Tuż po śniadaniu pan Crimsworth zawiadomił mnie, iż kazał przyprowadzić dwukółkę do drzwi i spodziewa się, że za pięć minut będę gotów do jazdy z nim do miasta X. Nie kazałem mu czekać; wkrótce pędziliśmy już drogą w zawrotnym tempie. Okazało się, iż zaprzężony koń to owo narowiste zwierzę, co do którego pani Crimsworth wyrażała była poprzedniego wieczoru swe obawy. Raz czy dwa Jack próbował się znarowić, ale energiczne i zdecydowane smagnięcie batem zadane okrutną ręką pana, wkrótce wymogło uległość, a nozdrza Edwarda rozdęły się w wyrazie odniesionego tryumfu; w czasie przejażdżki wcale się do mnie nie odzywał; usta otwierał jedynie po to, aby od czasu do czasu przekląć konia.

Gdy wjechaliśmy do miasta, panowały tam ruch i zgiełk; opuściliśmy czyste ulice, przy których mieściły się domy mieszkalne i sklepy, kościoły i budynki publiczne; opuściliśmy je i znaleźliśmy się w okolicy pełnej fabryk i magazynów; stamtąd przejechaliśmy przez dwie masywne bramy na brukowany plac i oto byliśmy w Bigben Close, przed nami zaś stała fabryka: wypluwała z długiego komina sadzę, a jej grube ceglane mury drżały od ruchu żelaznych trzewi. Robotnicy chodzili w tę i z powrotem; na wóz załadowywano wyroby. Pan Crimsworth rozejrzał się na boki i zdawało się, iż jedno spojrzenie wystarczy, aby pojął, co się dzieje; wysiadł i pozostawiwszy konia oraz dwukółkę pod opieką mężczyzny, który pośpieszył, by przejąć z jego rąk lejce, kazał mi podążyć za sobą do kancelarii. Weszliśmy tam; miejsce to różniło się ogromnie od salonów Crimsworth Hall – było to miejsce dla interesów, z nagą podłogą z drewnianych desek, sejfem, dwoma wysokimi biurkami i taboretami oraz kilkoma krzesłami. Za jednym z biurek siedział człowiek, który zdjął swą kwadratową czapkę, kiedy wszedł pan Crimsworth, by natychmiast znów pogrążyć się w pisaniu, czy też obliczeniach – nie wiem, którą z tych czynności wykonywał.

Pan Crimsworth zdjął płaszcz przeciwdeszczowy i zasiadł przy ogniu, ja zaś nadal stałem w pobliżu paleniska; wkrótce się odezwał:

– Steighton, może pan opuścić pokój; muszę przeprowadzić z tym dżentelmenem pewien interes. Wróci pan, gdy usłyszy dzwonek.

Osobnik zza biurka wstał i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Pan Crimsworth poprawił ogień, następnie skrzyżował ramiona i siedział z zaciśniętymi wargami i zachmurzonym czołem, namyślając się przez chwilę. Nie miałem nic do roboty, toteż przyglądałem mu się – jakże dobrze wyrzeźbione miał rysy! Jakże przystojnym był mężczyzną! Skąd zatem brał się ów wyraz chmurny – owo zacięcie i surowość, odmalowane na czole i we wszystkich jego rysach?

Odwróciwszy się do mnie, odezwał się nagle:

– Przybyłeś pan do hrabstwa, by wyuczyć się na kupca?

– Owszem.

– Zdecydowałeś się pan już zatem w tej kwestii? Proszę natychmiast odpowiedzieć.

– Tak.

– Cóż, nie mam obowiązku ci pomagać, mogę jednak zaoferować pewien wakat, jeśli się pan nadasz. Przyjmę cię na próbę. Co potrafisz? Czy znasz się pan na czymś prócz bezużytecznych bzdetów nauczanych w uniwersytecie – greki, łaciny i tak dalej?

– Studiowałem matematykę.

– Bzdury! Tyle się akurat spodziewałem.

– Potrafię czytać i pisać po francusku i niemiecku.

– Hm! – zamyślił się przez chwilę, po czym otworzył szufladę w najbliższym biurku, wyjął z niej list i wręczył mi go.

– A czy potrafisz przeczytać to? – zapytał.

Był to niemiecki list handlowy – przetłumaczyłem go; trudno było orzec, czy przekład zadowolił Crimswortha; wyraz jego twarzy pozostał niezmieniony.

– Dobrze – odezwał się po chwili – że znasz się pan na czymś pożytecznym, czymś, co być może pozwoli ci opłacić wikt i kwaterunek; skoro znasz pan francuski i niemiecki, przyjmę cię na drugiego kancelistę, zajmiesz się zagraniczną korespondencją kancelarii. Dam ci dobrą pensję – dziewięćdziesiąt funtów rocznie; a teraz – ciągnął, podnosząc głos – usłysz pan raz na zawsze, co mam do powiedzenia o naszych stosunkach i tym podobnych andronach! Traktuję tę sprawę całkowicie serio – wymagam w tym względzie absolutnej powagi; nie zgodzę się na nic innego. To, żeś jest pan moim bratem, nie będzie dla mnie żadnym usprawiedliwieniem; jeżeli uznam, żeś pan głupi, niedbały, roztrzepany, wałkoń, albo że posiadasz pan wady, które szkodzą interesom kancelarii, zwolnię cię jak każdego innego kancelistę. Dziewięćdziesiąt funtów rocznie to ładna pensja i oczekuję, że zapracujesz pan na nią w pełni; pamiętaj też, że w moim zakładzie najważniejsza jest praktyczność – najbardziej odpowiadają mi przedsiębiorcze nawyki, odczucia i idee. Rozumiesz pan?

– Częściowo – odparłem. – Przypuszczam, że chodzi o to, abym zapracował na swą pensję; nie liczył na przychylność z pańskiej strony i nie oczekiwał pomocy ponad to, co zarobię; pasuje mi to doskonale, zgodzę się zatem zostać pańskim kancelistą na takich warunkach.

Odwróciłem się na pięcie i podszedłem do okna; tym razem nie spojrzałem na jego twarz, aby odczytać z niej osąd; nie wiedziałem, co myśli, nie dbałem zresztą o to. Po dłuższej chwili milczenia mówił dalej:

– Spodziewasz się pan, być może, że zamieszkasz w pokojach w Crimsworth Hall i że będziesz jeździł ze mną dwukółką. Chciałbym jednakże, byś pan wiedział, że taki porządek rzeczy byłby mi niewygodny. Lubię mieć w powoziku wolne miejsce na wypadek, gdybym w związku z interesami zapragnął na przykład zaprosić jakiegoś dżentelmena na wieczór do siebie. Poszukasz pan sobie kwatery w mieście.

Odszedłem od okna i powróciłem do kominka.

– Poszukam naturalnie kwaterunku w mieście – odparłem. – Ja również nie chciałbym mieszkać w Crimsworth Hall.

Głos mój był cichy. Zawsze mówię cicho. Mimo to w niebieskich oczach pana Crimswortha tliło się rozdrażnienie; dość dziwny był powzięty przezeń odwet. Odwróciwszy się do mnie, powiedział bez ogródek:

– Jesteś pan, jak mniemam, dość biedny; jak zatem zamierzasz wyżyć do czasu otrzymania kwartalnego wynagrodzenia?

– Dam sobie radę – odparłem.

– Jak zamierzasz wyżyć? – powtórzył głośniej.

– Tak jak będę potrafił, panie Crimsworth.

– Nie waż się pan popaść w długi! To wszystko – odrzekł. – Z tego co wiem, możesz pan mieć kosztowne arystokratyczne nawyki; jeżeli takowe posiadasz, porzuć je; nie toleruję tutaj takich rzeczy i nigdy nie dam ci dodatkowo ani szylinga, bez względu na to, jakie zaciągniesz zobowiązania – pamiętaj pan.

– Tak, panie Crimsworth, przekona się pan, że pamięć mam dobrą.

Nic więcej nie powiedziałem. Uznałem, że nie pora na pertraktacje. Instynktownie czułem, że szaleństwem byłoby często tracić nad sobą panowanie przy kimś takim jak Edward. Powiedziałem sobie: „Umieszczę kielich pod tą kapiącą stróżką; będzie tam stał spokojnie i w bezruchu; gdy się napełni, przeleje się – tymczasem cierpliwości. Pewne są dwie rzeczy. Jestem w stanie wypełniać obowiązki, które nałożył na mnie pan Crimsworth; potrafię sumiennie zapracować na wynagrodzenie, a wynagrodzenie to wystarcza mi do życia. Jeśli zaś chodzi o pozę dumnego, szorstkiego pana, którą brat przybrał wobec mnie, to wina leży po jego stronie, nie po mojej; i czy ta niesprawiedliwość czy jego złe uczucia zawrócą mnie natychmiast z drogi, którą obrałem? Nie; nim z niej zejdę, postąpię przynajmniej na tyle daleko, aby przekonać się, w jakim kierunku zmierza moja kariera. Na razie usiłuję się dopiero przecisnąć przez wejście – przez dość ciasną bramę; końcowy przystanek powinien być dobry”. Gdym tak rozmyślał, pan Crimsworth zadzwonił; wszedł pierwszy kancelista, ów osobnik, którego odprawił był przed naszą rozmową.