Dziwne losy Jane EyreTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– O wujenko, miej litość! Prze­bacz mi! Nie mogę tego znieść! Ukarz mnie innym spo­so­bem! To zabije mnie, jeżeli…

– Cicho bądź! Co za wstrętna gwał­tow­ność!

Wujenka zapewne tak czuła; byłam w jej oczach przed­wcze­śnie doj­rzałą kome­diantką; szcze­rze widziała we mnie mie­sza­ninę zło­śli­wych namięt­no­ści, niskiego cha­rak­teru i nie­bez­piecz­nej obłudy.

Bes­sie i Abbot ode­szły, a pani Reed, znie­cier­pli­wiona moim nowym gwał­tow­nym wybu­chem bólu i roz­pacz­li­wego szlo­cha­nia, wtrą­ciła mnie z powro­tem do pokoju i zamknęła drzwi na klucz bez dal­szego gada­nia. Sły­sza­łam, jak odcho­dzi. Wkrótce po jej odej­ściu – przy­pusz­czam – musia­łam dostać jakie­goś ataku. Stra­ci­łam przy­tom­ność.

Roz­dział III

Przy­po­mi­nam sobie, że potem obu­dzi­łam się z uczu­ciem, jakby straszna zmora drę­czyła mnie we śnie. Widzia­łam przed sobą okropny czer­wony blask, popstrzony gru­bymi, czar­nymi drą­gami; sły­sza­łam głu­cho brzmiące głosy, jakby stłu­mione pły­nącą wodą albo wia­trem: wzbu­rze­nie, nie­pew­ność i góru­jące nad wszyst­kim prze­ra­że­nie zmą­ciły moje zmy­sły. Nie­ba­wem poczu­łam, że ktoś mnie dotyka, że mnie pod­nosi i pod­trzy­muje w pozy­cji sie­dzą­cej, i to deli­kat­niej, niż to kie­dy­kol­wiek czy­niono ze mną. Opar­łam głowę o poduszkę czy ramię i poczu­łam się lepiej.

Po pię­ciu minu­tach chmura otu­ma­nie­nia roz­wiała się; wyraź­nie zda­łam sobie sprawę, że znaj­duję się we wła­snym łóżku i że ten czer­wony blask to ogień na kominku w pokoju dzie­cin­nym. Była noc; świeca paliła się na stole; Bes­sie stała w nogach łóżka z mied­nicą w rękach, a jakiś pan sie­dział na krze­śle koło mojej poduszki, pochy­la­jąc się nade mną.

Poczu­łam nie­wy­mowną ulgę, uspo­ka­ja­jącą pew­ność opieki i bez­pie­czeń­stwa, gdy się prze­ko­na­łam, że w pokoju jest obcy czło­wiek, ktoś, kto nie należy do Gate­shead ani nie jest krew­nym pani Reed. Odwró­ciw­szy się od Bes­sie (choć jej obec­ność nie była mi tak nie­miła, jak byłaby, na przy­kład, obec­ność Abbot), przyj­rza­łam się twa­rzy tego pana. Pozna­łam go; był to pan Lloyd, apte­karz, wzy­wany nie­kiedy przez panią Reed, gdy zacho­ro­wał ktoś ze służby; do sie­bie i dzieci wzy­wała dok­tora.

– No, pro­szę, kto ja jestem? – zapy­tał.

Wymó­wi­łam jego nazwi­sko i rów­no­cze­śnie poda­łam mu rękę. Wziął ją, uśmie­cha­jąc się, i powie­dział:

– Poma­leńku przy­cho­dzimy do sie­bie.

Po czym uło­żył mnie z powro­tem i zapo­wie­dział Bes­sie, że muszę mieć zupełny spo­kój w nocy. Dał jesz­cze kilka wska­zó­wek, zapo­wie­dział, że zaj­rzy naza­jutrz, i odszedł, ku mojemu zmar­twie­niu; dopóki sie­dział przy moim łóżku, czu­łam się bez­piecz­nie, a gdy zamknął drzwi za sobą, cały pokój pociem­niał i serce się we mnie ści­snęło; osiadł w nim nie­wy­mowny smu­tek.

– Czy panienka czuje, że będzie mogła zasnąć? – zapy­tała Bes­sie wcale łagod­nie.

Zale­d­wie śmia­łam jej odpo­wie­dzieć, tak się bałam, że następne zda­nie będzie brzmiało szorstko.

– Spró­buję.

– Czy nie chcia­łaby panienka napić się czego? A może by panienka co zja­dła?

– Nie, dzię­kuję.

– Jeżeli tak, to ja się położę, bo to już po dwu­na­stej; ale może mnie panienka zawo­łać, gdyby potrze­bo­wała czego w nocy.

Co za zadzi­wia­jąca uprzej­mość! Ośmie­liło mnie to, więc zapy­ta­łam:

– Co się ze mną dzieje? Czy jestem chora?

– Zasła­bła panienka, zdaje się, w czer­wo­nym pokoju od pła­czu, ale wkrótce z pew­no­ścią panienka wydo­brzeje.

Bes­sie weszła do pokoju słu­żą­cej, który znaj­do­wał się obok. Sły­sza­łam, jak mówi:

– Saro, śpij ze mną w pokoju dzie­cin­nym; za nic w świe­cie nie chcia­ła­bym być sama z tym bied­nym dziec­kiem dziś w nocy, a nuż umrze. To taka dziwna rzecz, że miała ten atak; cie­kawa jestem, czy ona co zoba­czyła. Pani była za surowa.

Bes­sie wró­ciła z Sarą; poło­żyły się; szep­tały z sobą przed zaśnię­ciem dobre pół godziny. Z uryw­ków ich roz­mowy, które mnie dola­ty­wały aż nadto wyraź­nie, doro­zu­mieć się mogłam, o czym mówią.

– Coś koło niej prze­szło, całe ubrane na biało, i zni­kło… Wielki czarny pies szedł za nim… Trzy gło­śne stuk­nię­cia do drzwi pokoju… Świa­tło na cmen­ta­rzu wprost nad jego gro­bem… itp., itp.

W końcu obie zasnęły. Ogień na kominku wygasł, świeca się wypa­liła; długa wydała mi się ta noc strasz­nej bez­sen­no­ści; oczy, uszy i umysł wyostrzał strach – taki strach, jaki dzieci tylko potra­fią odczu­wać.

Żadna poważna dłuż­sza cho­roba nie nastą­piła po tym wypadku w czer­wo­nym pokoju; ule­głam tylko wtedy wstrzą­sowi ner­wów, któ­rego ślady odczu­wam do dziś dnia. Tak, pani Reed, tobie zawdzię­czam nie­które straszne męki duchowe, ale powinna bym ci wyba­czyć, gdyż nie wie­dzia­łaś, co czy­nisz; szar­piąc struny mego serca, sądzi­łaś, że tylko wyko­rze­niasz ze mnie złe skłon­no­ści.

Naza­jutrz w połu­dnie, wstaw­szy i ubraw­szy się, usia­dłam otu­lona w szal przy kominku w pokoju dzie­cin­nym. Fizycz­nie czu­łam się słaba i wyczer­pana; ale wię­cej doku­czało mi to, że byłam tak nie­wy­po­wie­dzia­nie nie­szczę­śliwa; tak nie­szczę­śliwa, że mi to wyci­skało mil­czące łzy z oczu; led­wie jedną słoną kro­plę otar­łam z policzka, pły­nęła za nią druga. „A jed­nak – myśla­łam – powin­nam była czuć się dobrze, gdyż żad­nej z moich kuzy­nek nie ma w pobliżu”. Wyje­chały powo­zem z matką. I Abbot szyła w innym pokoju, a Bes­sie, krzą­ta­jąc się tu i tam, zbie­ra­jąc zabawki i porząd­ku­jąc w szu­fla­dach, prze­ma­wiała do mnie raz po raz nie­zwy­kle dobro­tli­wie. Taki stan rze­czy powi­nien był być dla mnie rajem, dla mnie, przy­zwy­cza­jo­nej do cią­głej besz­ta­niny, do cią­głego komen­de­ro­wa­nia; w rze­czywistości moje roz­stro­jone nerwy były w takim sta­nie, że żaden spo­kój nie mógł ich uci­szyć, żadna przy­jem­ność nie była im miła.

Bes­sie zeszła do kuchni i przy­nio­sła mi cia­steczko z owo­cami na barw­nie malo­wa­nym por­ce­la­no­wym tale­rzu. To malo­wi­dło na por­ce­la­nie, przed­sta­wia­jące raj­skiego ptaka oto­czo­nego gir­landą pącz­ków róża­nych, było zawsze przed­mio­tem mojego naj­go­ręt­szego podziwu. Czę­sto pro­si­łam, żeby mi pozwo­lono wziąć ten talerz do ręki, bym się dokład­niej mogła przyj­rzeć rysun­kowi – ni­gdy jed­nak nie uwa­żano mnie za godną tego przy­wi­leju. Ten cenny przed­miot umiesz­czono mi teraz na kola­nach i zapra­szano ser­decz­nie, żebym zja­dła deli­katne cia­steczko. Daremna łaska! Przy­cho­dziła za późno, jak wiele innych upra­gnio­nych, a długo odwle­ka­nych łask. Nie mogłam zjeść ciastka, a upie­rze­nie ptaka i barwy kwia­tów wydały mi się dziw­nie wybla­kłe; odsu­nę­łam talerz i ciastko. Bes­sie zapy­tała, czy podać mi jaką książkę: słowo książka oży­wiło mnie na razie, popro­si­łam ją, żeby mi przy­nio­sła z biblio­teki Podróże Guli­wera. Książkę tę czy­ta­łam wiele razy z roz­ko­szą. Uwa­ża­łam ją za opo­wieść praw­dziwą i wię­cej mnie zaj­mo­wała niż bajki o wróż­kach i kra­sno­lud­kach. Co się tyczy kra­sno­lud­ków, to ponie­waż szu­ka­łam ich na próżno pod liśćmi łopianu i dzwon­ków, pod grzy­bami i pod cie­niem blusz­czów, osła­nia­ją­cych stare zakątki murów, pogo­dzi­łam się w końcu z tą smutną prawdą, że wszyst­kie one musiały opu­ścić Anglię i prze­nieść się gdzieś do dzi­kiego kraju, gdzie lasy są więk­sze i gęst­sze, a lud­ność nie tak liczna. Nato­miast wie­rzy­łam w ist­nie­nie kra­iny Lili­pu­tów i Brob­din­gna­gów i nie wąt­pi­łam, że kie­dyś, odbyw­szy długą podróż, zoba­czę na wła­sne oczy te małe pólka, domki i drzewka, tych malu­sień­kich czło­wiecz­ków, krowy, owce i ptaki jed­nego kró­le­stwa oraz zboża, wyso­kie jak lasy, olbrzy­mie psy, potworne koty, męż­czyzn i kobiety jak wieże – dru­giego kraju. Jed­nakże, gdy dosta­łam teraz do rąk ten ulu­biony tom, gdy zaczę­łam prze­wra­cać jego karty, szu­ka­jąc w prze­dziw­nych obraz­kach tego uroku, który tam dotych­czas zawsze znaj­do­wa­łam, wszystko to wydało mi się nie­sa­mo­wite i straszne; olbrzymy były jaki­miś ogrom­nymi upio­rami, Pig­mej­czycy – zło­śli­wymi, prze­raź­li­wymi cho­chli­kami, Guli­wer zaś był nie­szczę­snym wędrow­cem po strasz­nych i nie­bez­piecz­nych kra­inach.

Zamknę­łam książkę, któ­rej nie śmia­łam już dłu­żej oglą­dać, i poło­ży­łam ją na stole obok nie­tknię­tego ciastka.

Bes­sie skoń­czyła tym­cza­sem ście­rać kurze i porząd­ko­wać w pokoju. Umyw­szy ręce, otwo­rzyła małą szu­fladę, pełną resz­tek wspa­nia­łych jedwabi i atła­sów, i zaczęła fabry­ko­wać nowy kape­lusz dla lalki Geo­r­giany. Przy robo­cie śpie­wała. Była to pio­senka, która się zaczy­nała:

Kiedy szli­śmy na wędrówkę

Dawno temu…

Ile razy daw­niej sły­sza­łam tę pio­senkę, zawsze odczu­wa­łam żywą przy­jem­ność, gdyż Bes­sie miała miły głos, przy­naj­mniej mnie się takim wyda­wał. Ale tym razem, cho­ciaż głos jej cią­gle był miły, odczu­łam w tej melo­dii nie­wy­sło­wiony smu­tek. Chwi­lami, zajęta swoją robotą, śpie­wała koń­cowy refren ciszej, mocno go zwal­nia­jąc. „Dawno temu” brzmiało jak naj­smut­niej­szy refren żałob­nego hymnu. Zaczęła śpie­wać inną bal­ladę, tym razem naprawdę smutną.

Stopy mam obo­lałe i chwiejny mój krok,

A droga taka długa przez gór­skie wykroty;

Wkrótce spły­nie na ścieżkę bez­mie­sięczny mrok

I noc zagubi ślady ubo­giej sie­roty.

O, cze­muż mię wysłano w tę samotną dal,

Gdzie wrzos się jeno pleni od groty do groty?

Twarde są ludz­kie serca i obcy im żal,

Anioł czu­wał jedy­nie nad drogą sie­roty.

Deli­katny i cie­pły owie­wał mię wiatr

I gwiazdy z nieb mi słały blask senny i złoty,

Jak gdyby sam Bóg Ojciec w dobroci swej kładł

Spo­czy­nek i nadzieję pod stopy sie­roty.

Gdyby nawet pode mną miał zwa­lić się most

 

Czy błędny ognik zwiódł mię w toń zie­jącą bło­tem –

Wiem, że mój Ojciec w nie­bie usły­szy mój głos

I przy­tuli do łona ubogą sie­rotę.

Wiem, że jest ktoś na nie­bie, kto doda mi sił,

Choć nie mam już do życia na ziemi ochoty,

Dziś niebo moim domem, gdy zie­mię mrok skrył,

A Bóg jest przy­ja­cie­lem ubo­giej sie­roty1.

– No, pro­szę, panno Jane, pro­szę nie pła­kać – powie­działa Bes­sie, skoń­czyw­szy. Mogła rów­nie dobrze powie­dzieć ogniowi: „Nie pal się”. Lecz skądże ona mogła odgad­nąć, jak bar­dzo cier­pię? Przed połu­dniem przy­szedł znowu pan Lloyd.

– Jak to? Wsta­li­śmy już? – zapy­tał, wcho­dząc. – Jakże, panno Bes­sie, czuje się nasza chora?

Bes­sie odpo­wie­działa, że czuję się bar­dzo dobrze.

– W takim razie powinna mieć wesel­szą minkę. Pro­szę tu przyjść, panno Jane; panience na imię Jane, prawda?

– Tak, pro­szę pana, Jane Eyre.

– Otóż panienka pła­kała; czy może mi panienka powie­dzieć, dla­czego? Czy panienkę co boli?

– Nie, pro­szę pana.

– Ach! Myślę, że ona pła­cze, ponie­waż nie mogła wyje­chać z panią powo­zem – wtrą­ciła Bes­sie.

– Z pew­no­ścią nie dla­tego. Za duża jest na taką dzie­ci­nadę.

I ja to samo myśla­łam, a dotknięta w miło­ści wła­snej tym nie­słusz­nym zarzu­tem odpo­wie­dzia­łam czym prę­dzej:

– Ni­gdy w życiu dla cze­goś podob­nego nie pła­ka­łam, nie cier­pię jeź­dzić powo­zem. Pła­czę, bo jestem nie­szczę­śliwa.

– O, wsty­dzi­łaby się panienka! – rze­kła Bes­sie.

Poczciwy apte­karz zda­wał się tro­chę zdzi­wiony. Sta­łam przed nim; przy­glą­dał mi się długo; miał małe, siwe oczy, nie bar­dzo jasne, ale dziś nazwa­ła­bym je bystrymi; twarz jego o suro­wych rysach miała wyraz poczci­wo­ści. Przy­pa­trzyw­szy mi się do woli, powie­dział:

– Wsku­tek czego to panienka zacho­ro­wała?

– Upa­dła – rze­kła Bes­sie, znów się wtrą­ca­jąc.

– Upa­dła! To znowu jak małe dzie­ciątko! Czy ona nie umie cho­dzić w tym wieku? Musi mieć chyba z osiem albo dzie­więć lat.

– Upa­dłam, bo mnie ude­rzono – dałam śmiałe wyja­śnie­nie, które wyrwała ze mnie znów bole­śnie dotknięta duma. – Ale to nie od tego zacho­ro­wa­łam – doda­łam, pod­czas gdy pan Lloyd zaży­wał niuch tabaki.

W chwili gdy wkła­dał taba­kierkę z powro­tem do kie­szeni, ode­zwał się gło­śny dzwo­nek wzy­wa­jący służbę na obiad. Pan Lloyd wie­dział, co to zna­czy.

– To na pannę – rzekł. – Pro­szę spo­koj­nie iść na dół; ja tu tym­cza­sem dam burę panience Jane.

Bes­sie byłaby wolała zostać, ale musiała pójść, gdyż punk­tu­al­ność w porze posił­ków była surowo prze­strze­gana w Gate­shead Hall.

– Skoro nie upa­dek spo­wo­do­wał zasłab­nię­cie panienki, co zatem? – dopy­ty­wał się pan Lloyd dalej po odej­ściu Bes­sie.

– Zamknięto mnie w pokoju, gdzie duch poku­tuje, i trzy­mano nawet, kiedy się ściem­niło.

Ujrza­łam, że pan Lloyd uśmie­cha się i rów­no­cze­śnie marsz­czy.

– Duch! No co, dzie­ciak z panienki, koniec koń­ców. Boi się panienka duchów?

– Ducha pana Reeda boję się: umarł w tym pokoju, tam go wysta­wiono po śmierci; ani Bes­sie, ani nikt inny nie wej­dzie tam za żadne skarby w nocy, i to było okrutne zamy­kać mnie tam samą bez świecy, to było tak okrutne, że myślę, iż tego ni­gdy nie zapo­mnę.

– Co znowu? I to dla­tego czuje się panienka tak nie­szczę­śliwa? Boi się panienka teraz, za dnia?

– Nie, ale noc znów nie­długo przyj­dzie, a przy tym… ja jestem nie­szczę­śliwa… bar­dzo nie­szczę­śliwa z innego powodu.

– Z innego powodu? Czy może mi panienka powie­dzieć, z jakiego?

Jak bar­dzo pra­gnę­łam odpo­wie­dzieć wyczer­pu­jąco na to pyta­nie! Jak trudno mi było uło­żyć odpo­wiedź! Dzieci umieją czuć, ale nie umieją ana­li­zo­wać swo­ich uczuć; a jeżeli nawet doko­nują czę­ściowo ana­lizy w myśli, nie umieją rezul­tatu wyra­zić sło­wami. Oba­wia­jąc się jed­nak stra­cić tę pierw­szą i jedyną spo­sob­ność ulże­nia swemu zmar­twie­niu przez wypo­wie­dze­nie go, zdo­ła­łam, po kło­po­tli­wym mil­cze­niu, ująć je w zwię­złą, ale szczerą odpo­wiedź:

– Przede wszyst­kim nie mam ani ojca, ani matki, ani sióstr, ani braci.

– Ma panienka dobrą wujenkę i kuzyn­ków.

Mil­cza­łam znowu, a potem wybuch­nę­łam:

– Ale to John Reed tak mnie ude­rzył, że upa­dłam, a wujenka zamknęła mnie w czer­wo­nym pokoju.

Pan Lloyd po raz drugi wycią­gnął taba­kierkę.

– Czy nie uważa panna Jane, że Gate­shead Hall to bar­dzo piękny dom? – zapy­tał. – Czy nie jest panienka z tego rada, że może miesz­kać w tak pięk­nym domu?

– To nie mój dom, pro­szę pana, a Abbot powiada, że mam mniej prawa być tutaj niż słu­żąca.

– Co tam! Panienka nie jest chyba tak nie­roz­sądna, żeby pra­gnęła opu­ścić tak wspa­niały dom.

– Gdy­bym miała dokąd pójść, opu­ści­ła­bym go chęt­nie; ale ja ni­gdy nie będę mogła wydo­stać się z Gate­shead, dopóki nie będę doro­słą kobietą.

– A może by panienka mogła, kto wie? Czy panienka ma jakichś krew­nych oprócz pani Reed?

– Zdaje mi się, że nie, pro­szę pana.

– Żad­nych ze strony ojca?

– Nie wiem. Pyta­łam raz wujenki, odpo­wie­działa, że może i mam jakichś bied­nych, niskiej kon­dy­cji krew­nych nazwi­skiem Eyre, ale ona nic o nich nie wie.

– A gdyby panienka miała takich krew­nych, czy chcia­łaby panienka udać się do nich?

Namy­śla­łam się. Bieda ma pozór straszny dla ludzi doro­słych, tym bar­dziej dla dzieci; nie mają one poję­cia o pra­co­wi­tej, pil­nej, przy­zwo­itej nie­za­moż­no­ści; dla nich wyraz „bieda” wiąże się z łach­ma­nami, gło­dem, komin­kiem bez ognia, szorst­kim obej­ściem i niskimi nało­gami; dla mnie „bieda” ozna­czała poni­że­nie.

– Nie, nie chcia­ła­bym nale­żeć do ludzi bied­nych – odpo­wie­dzia­łam.

– Nawet gdyby byli dobrzy dla cie­bie?

Potrzą­snę­łam głową: nie mogłam zro­zu­mieć, jakim spo­so­bem ludzie biedni mogą być dobrzy; nauczyć się mówić jak oni, nabrać ich manier, być nie­wy­kształ­coną, wyro­snąć na podo­bień­stwo jed­nej z tych bied­nych kobiet, jakie widy­wa­łam nie­kiedy, gdy kar­miły dzieci albo prały ubra­nia przed drzwiami chat we wsi Gate­shead; nie, nie mia­łam w sobie dosyć boha­ter­stwa, by chcieć kupić wol­ność za cenę wyj­ścia ze swo­jej sfery.

– Ale czyż krewni panienki są aż tak bar­dzo biedni? Czy to są robot­nicy?

– Nie wiem; wujenka Reed powie­działa, że jeżeli mam jakichś, to muszą być żebra­czą hołotą, a ja bym nie chciała cho­dzić po żebra­ni­nie.

– Czy chcia­łaby panienka pójść do szkoły?

Znowu zaczę­łam się namy­ślać; nie­wiele wie­dzia­łam, czym jest szkoła. Bes­sie nie­kiedy mówiła o szkole jako o miej­scu, gdzie panienki za karę sadzano w dybach, gdzie im zawie­szano tablice na pier­siach i gdzie wyma­gano od nich nad­zwy­czaj­nej dys­tynk­cji i dokład­no­ści we wszyst­kim. John Reed nie cier­piał swo­jej szkoły i wyga­dy­wał na nauczy­ciela; jed­nak gusta Johna Reeda nie były dla mnie pra­wem, a jeżeli opo­wia­da­nie Bes­sie o rygo­rze w szkole (sły­szała o tym od panie­nek tej rodziny, w któ­rej prze­by­wała, zanim przy­była do Gate­shead) wzbu­dzały we mnie pewien strach, to szcze­góły o roz­ma­itych umie­jęt­no­ściach, naby­tych przez te same panienki, nęciły mnie wielce. Wychwa­lała piękne widoki i kwiaty malo­wane przez nie, pio­senki, które umiały śpie­wać, i utwory, które umiały grać; opo­wia­dała o sakiew­kach, które umiały robić szy­deł­kiem, o fran­cu­skich książ­kach, które umiały tłu­ma­czyć. Słu­cha­jąc tego mia­łam ochotę współ­za­wod­ni­czyć z nimi. A przy tym szkoła byłaby cał­ko­witą odmianą; łączyła się z nią długa podróż, zupełne roz­sta­nie z Gate­shead, przej­ście do nowego życia.

– Tak, chcia­ła­bym pójść do szkoły – brzmiała odpo­wiedź, gło­śny wynik moich roz­my­ślań.

– No, no, nie wia­domo, co się stać może – powie­dział pan Lloyd, wsta­jąc. – Dziecku potrzeba zmiany powie­trza i oto­cze­nia – dodał, mówiąc do sie­bie – nerwy w nie­szcze­gól­nym sta­nie.

Bes­sie powró­ciła teraz; rów­no­cze­śnie roz­legł się tur­kot powozu po wysy­pa­nej żwi­rem dro­dze.

– Czy to wasza pani powró­ciła, panno Bes­sie? – zapy­tał pan Lloyd. – Chciał­bym pomó­wić z nią, zanim odejdę.

Bes­sie popro­siła pana Lloyda do pokoju śnia­da­nio­wego i wyszła pierw­sza, by wska­zać mu drogę. W roz­mo­wie, która nastą­piła teraz, wno­sząc z tego, co zaszło póź­niej, pan apte­karz odwa­żył się pora­dzić, by mnie ode­słano do szkoły. Rada ta nie­wąt­pli­wie była chęt­nie przy­jęta, gdyż jak powie­działa Abbot, oma­wia­jąc tę sprawę z Bes­sie, pod­czas gdy szyły pew­nego wie­czoru w dzie­cin­nym pokoju, a ja leża­łam już w łóżku i one myślały, że śpię: „Pani byłaby, zdaje mi się, kon­tenta pozbyć się takiego nud­nego, nie­mi­łego dziecka, które zawsze wszyst­kich szpie­guje i jakieś tam intrygi po cichu obmy­śla”. Abbot widocz­nie poczy­ty­wała mnie za jakie­goś dzie­cin­nego Guya Faw­kesa.

Przy spo­sob­no­ści dowie­dzia­łam się po raz pierw­szy z tego, co Abbot opo­wia­dała Bes­sie, że ojciec mój był nie­za­moż­nym duchow­nym; że matka moja wyszła za niego wbrew woli rodziny, która uwa­żała tę par­tię za nie­od­po­wied­nią dla niej; że mój dzia­dek Reed tak się roz­gnie­wał tym jej nie­po­słu­szeń­stwem, iż wydzie­dzi­czył ją i nie dał ani szy­linga; że po roku mał­żeń­stwa ojciec mój zara­ził się pod­czas epi­de­mii tyfusu, odwie­dza­jąc bied­nych w wiel­kim fabrycz­nym mie­ście, gdzie leżała jego para­fia; że matka moja zara­ziła się od niego i oboje zmarli, jedno w mie­siąc po dru­gim.

Sły­sząc to opo­wia­da­nie, Bes­sie wes­tchnęła i powie­działa:

– Biedna panna Jane też jest godna lito­ści, Abbot!

– Tak, zapewne – odpo­wie­działa Abbot – gdyby to było miłe, ładne dziecko, można by współ­czuć z jej sie­roc­twem; ale doprawdy nie można lubić takiej małej ropu­chy jak ona.

– Nie można jej bar­dzo lubić, przy­znaję – zgo­dziła się Bes­sie – w każ­dym razie taka pięk­ność jak panna Geo­r­giana byłaby bar­dziej wzru­sza­jąca w tym samym poło­że­niu.

– Tak, ja prze­pa­dam za panną Geo­r­gianą! – zawo­łała Abbot z zapa­łem. – Ślicz­notka kochana!… Z dłu­gimi lokami, nie­bie­skimi oczami i tymi ślicz­nymi rumień­czy­kami jak malo­wa­nie!… Zja­dła­bym grzanki z serem na kola­cję, Bes­sie.

– I ja też, z przy­ru­mie­nioną cebulką. No, chodźmy na dół. I poszły.

1 Prze­ło­żył Wło­dzi­mierz Lewik. [wróć]

Roz­dział IV

Roz­mowa moja z panem Lloy­dem i to, co usły­sza­łam z roz­mowy mię­dzy Bes­sie a Abbot, dodało mi dosta­tecz­nego bodźca, by pra­gnąć powrotu do zdro­wia; zda­wało się, że nad­cho­dzi jakaś zmiana, pra­gnę­łam jej i ocze­ki­wa­łam w mil­cze­niu. Odwle­kało się to jed­nak; dni i tygo­dnie mijały. Odzy­ska­łam zdro­wie, ale nie było żad­nej wzmianki o spra­wie, która mnie tak inte­re­so­wała. Pani Reed przy­glą­dała mi się cza­sem suro­wym wzro­kiem, ale rzadko do mnie prze­ma­wiała. Od czasu mojej cho­roby akcen­to­wała sil­niej prze­dział pomię­dzy mną a wła­snymi dziećmi. Wyzna­czyła dla mnie małą komó­reczkę, gdzie sypia­łam sama, kazała mi osobno jadać i prze­by­wać stale w pokoju dzie­cin­nym, gdy kuzynki bawiły cią­gle w salo­nie. Ani sło­wem jed­nak nie wspo­mniała o spra­wie posła­nia mnie do szkoły; pomimo to odczu­wa­łam instynk­towną pew­ność, że już nie­długo będzie mnie zno­sić pod wspól­nym dachem, gdyż jej spoj­rze­nia, zwra­cane ku mnie, wyra­żały teraz wię­cej niż kie­dy­kol­wiek nie­opa­no­waną i głę­boką odrazę.

Eliza i Geo­r­giana, widocz­nie sto­su­jąc się do roz­ka­zów, mówiły do mnie moż­li­wie jak naj­mniej; John naigra­wał się ze mnie, ile razy mnie zoba­czył, a raz nawet spró­bo­wał mnie zbić; ponie­waż jed­nak natych­miast sta­nę­łam w pozy­cji obron­nej, poru­szona tym samym uczu­ciem gniewu i roz­pacz­li­wego buntu, jaki mnie był poniósł poprzed­nio, uwa­żał, że lepiej dać spo­kój, i uciekł, wymy­śla­jąc mi i zakli­na­jąc się, że mu roz­bi­łam nos. Istot­nie wymie­rzy­łam w ten wysta­jący punkt cios nie­zgor­szy, a widząc, że go poskro­mi­łam tym ude­rze­niem czy też wyra­zem twa­rzy, mia­łam wielką ochotę dopeł­nić miary zwy­cię­stwa; on jed­nakże już zdą­żył schro­nić się pod skrzy­dła swo­jej mamusi. Sły­sza­łam, jak płacz­li­wym gło­sem zaczął opo­wia­dać, że „ta szka­radna Jane rzu­ciła się na niego jak wście­kła kotka…” Matka prze­rwała mu ostro:

– Nie mów mi o niej, kocha­nie; powie­dzia­łam wam, że macie się do niej nie zbli­żać; ona nie jest tego godna, nie chcę, aże­by­ście się z nią zada­wali, ani ty, ani twoje sio­stry.

 

Wtedy, prze­chy­la­jąc się przez poręcz scho­dów, zawo­ła­łam nagle, wcale się nad moimi sło­wami nie zasta­no­wiw­szy:

– To oni nie są godni zada­wać się ze mną!

Pani Reed była osobą raczej tęgą, ale usły­szaw­szy to dziwne i zuchwałe oświad­cze­nie, wbie­gła lekko na schody, jak wicher porwała mnie i zacią­gnęła do pokoju dzie­cin­nego; rzu­ciw­szy mnie na brzeg mego łóżka, z całym naci­skiem zapo­wie­działa:

– Żebyś mi nie śmiała ruszyć się stąd i słowa jed­nego wymó­wić do końca dnia!

– Co by na to wuj Reed powie­dział, gdyby żył? – zapy­ta­łam pra­wie mimo woli. Mówię: „pra­wie mimo woli”, gdyż język mój wyma­wiał wyrazy bez zgody mojej woli; mówiło przeze mnie coś, nad czym nie pano­wa­łam.

– Co? – powie­działa pani Reed gło­sem ści­szo­nym; jej zwy­kle spo­kojne, zimne siwe oczy zamą­ciły się jak gdyby wyra­zem lęku; puściła moje ramię i patrzyła na mnie, jakby w isto­cie nie wie­działa, czy ma przed sobą dziecko, czy sza­tana. Ale ja już wzię­łam na kieł.

– Wuj Reed jest w nie­bie i stam­tąd może widzieć wszystko, co wujenka robi i myśli; i mój tatuś, i moja mama też, oni widzą, że wujenka mnie całymi dniami zamyka i życzy sobie, żebym umarła.

Pani Reed opa­no­wała się nie­ba­wem: wytrzę­sła mnie z całej siły, wytar­gała za uszy i nie mówiąc słowa, wyszła. Bes­sie następ­nie wygło­siła mi godzinne kaza­nie, w któ­rym dowo­dziła nie­zbi­cie, że jestem naj­nie­go­dziw­szym, naj­nie­pocz­ciw­szym dziec­kiem, jakie się kie­dy­kol­wiek ucho­wało. Uwie­rzy­łam jej w poło­wie, gdyż czu­łam istot­nie, że tylko złe, gniewne uczu­cia kotłują w mej duszy.

Minął listo­pad, gru­dzień i połowa stycz­nia. Boże Naro­dze­nie i Nowy Rok obcho­dzono w Gate­shead jak zwy­kle rado­śnie i uro­czy­ście; wymie­niano nawza­jem podarki, wyda­wano obiady i przy­ję­cia wie­czorne. Ze wszyst­kich tych uciech byłam, natu­ral­nie, wyłą­czona i mój udział w tych weso­ło­ściach pole­gał na przy­pa­try­wa­niu się, jak stro­jono Elizę i Geo­r­gianę, jak potem scho­dziły do salonu ubrane w lek­kie muśli­nowe sukienki i szkar­łatne szarfy, z wło­sami ufry­zo­wa­nymi sta­ran­nie w loki; a póź­niej na przy­słu­chi­wa­niu się pły­ną­cym z dołu dźwię­kom for­te­pianu i harfy, na przy­pa­try­wa­niu się, jak tam i na powrót krą­żyli lokaje, jak dźwię­czało szkło i por­ce­lana, gdy roz­no­szono zaką­ski, a ile razy otwie­rano drzwi salonu, dola­ty­wał zmie­szany gwar roz­mów. Zmę­czyw­szy się tym zaję­ciem, wra­ca­łam ze scho­dów do pustego i cichego dzie­cin­nego pokoju; tam, cho­ciaż tro­chę smutna, ni­gdy nie czu­łam się nie­szczę­śliwa. Prawdę powie­dziaw­szy, nie mia­łam naj­mniej­szej ochoty iść pomię­dzy gości, gdyż w towa­rzy­stwie rzadko na mnie zwra­cano uwagę, i gdyby tylko Bes­sie była dobra i towa­rzy­sko uspo­so­biona, uwa­ża­ła­bym za praw­dziwą przy­jem­ność spę­dzać wie­czory z nią zamiast pod groź­nym okiem pani Reed w salo­nie peł­nym pań i panów. Jed­nakże Bes­sie, skoro tylko ubrała swoje panienki, zwy­kła była prze­no­sić się w bar­dziej oży­wione sfery kuchni i do pokoju gospo­dyni, zazwy­czaj i świecę zabie­ra­jąc z sobą. Wtedy, dopóki ogień nie przy­gasł, sie­dzia­łam z lalką na kola­nach, oglą­da­jąc się raz po raz dokoła, by się prze­ko­nać, czy coś gor­szego ode mnie nie poku­tuje w tym mrocz­nym pokoju; a gdy już głow­nie nabie­rały ciem­no­czer­wo­nego koloru, roz­bie­ra­łam się prędko, szar­piąc, jak umia­łam, węzły i tasiemki, i chro­ni­łam się przed zim­nem i ciem­no­ścią do łóżeczka. Do tego łóżeczka zabie­ra­łam zawsze swoją lalkę. Istota ludzka musi coś kochać, a ja w braku god­niej­szych kocha­nia przed­mio­tów znaj­do­wa­łam przy­jem­ność w kocha­niu i piesz­cze­niu tej wybla­kłej podo­bi­zny czło­wieka, lichej i źle ubra­nej jak minia­tu­rowy strach na wró­ble. Zasta­na­wia mnie to, gdy sobie przy­po­mi­nam, jak nie­do­rzecz­nie a szcze­rze roz­pły­wa­łam się nad tą zaba­weczką, wyobra­ża­jąc sobie, że ona żyje i zdolna jest odczu­wać. Nie była­bym mogła usnąć, nie otu­liw­szy jej wpierw swoją nocną koszulką, a gdy leżała przy mnie bez­pieczna i cie­pła, czu­łam się sto­sun­kowo dobrze, wie­rząc, że i ona rów­nież czuje się dobrze.

Dłu­żyły mi się godziny ocze­ki­wa­nia na odjazd gości. Nad­słu­chi­wa­łam odgłosu kro­ków Bes­sie na scho­dach; nie­kiedy przy­cho­dziła to po napar­stek, to po nożyczki, cza­sami przy­no­siła coś na kola­cję – jakąś bułeczkę albo ciastko z serem, wtedy sie­działa na łóżku, pod­czas gdy jadłam, a gdy skoń­czy­łam, otu­lała mnie szczel­nie kocami, poca­ło­wała mnie nawet dwa razy i powie­działa: „Dobra­noc, panno Jane”. Gdy była taka miła i łagodna, wyda­wała mi się naj­lep­szą, naj­ład­niej­szą, naj­pocz­ciw­szą w świe­cie istotą i tylko jak naj­go­rę­cej pra­gnę­łam, żeby zawsze była taka miła i dobra, a nie popy­chała mnie, nie bur­czała na mnie, nie sta­wiała mi nie­roz­sąd­nych żądań, co aż nazbyt czę­sto robiła.

Bes­sie Lee była, jak sądzę, zdolną z natury dziew­czyną, gdyż wszystko robiła skład­nie i ład­nie i miała wybitny dar opo­wia­da­nia, tak mi się przy­naj­mniej zdaje, sądząc z wra­że­nia, jakie wywie­rały na mnie jej bajki. I ładna była przy tym, jeżeli dobrze pamię­tam jej twarz i figurę. Przy­po­mi­nam ją sobie jako młodą dziew­czynę, wiotką, o czar­nych wło­sach, ciem­nych oczach, bar­dzo ład­nych rysach i świe­żej, jasnej cerze; ale miała uspo­so­bie­nie kapry­śne i poryw­cze i nie­zbyt grun­towne poję­cia o zasa­dach i spra­wie­dli­wo­ści; pomimo to wola­łam ją niż wszyst­kich innych miesz­kań­ców Gate­shead Hall.

Działo się to pięt­na­stego stycz­nia, około godziny dzie­wią­tej rano. Bes­sie zeszła na dół na śnia­da­nie; kuzy­nek moich jesz­cze nie zawo­łano do matki. Eliza wkła­dała kape­lusz i cie­pły płaszcz ogro­dowy, by pójść nakar­mić swój drób; zaję­cie, za któ­rym prze­pa­dała, nie mniej prze­pa­da­jąc za sprze­da­wa­niem jaj gospo­dyni i gro­ma­dze­niem otrzy­ma­nych tą drogą pie­nię­dzy. Miała ona żyłkę kupiecką i wybitną skłon­ność do oszczę­dza­nia; dowo­dem tego było nie tylko sprze­da­wa­nie jaj i kur­cząt, ale też sprze­da­wa­nie ogrod­ni­kowi za dro­gie pie­nią­dze cebu­lek i nasion kwia­to­wych, i cię­tych kwia­tów; ogrod­ni­kowi naka­zała pani Reed kupo­wać od panienki wszel­kie pro­dukty jej ogródka, jakie by tylko sprze­dać pra­gnęła. Eliza zaś sprze­da­łaby włosy z głowy, gdyby tylko mogła na tym porząd­nie zaro­bić. Pie­nią­dze cho­wała począt­kowo w roz­ma­itych kątach, zawi­nięte w gał­ga­nek albo w stare papierki od papi­lo­tów; ponie­waż jed­nak nie­które z tych skar­bów odkryła poko­jowa, Eliza w oba­wie, żeby nie stra­cić swo­ich skar­bów, zgo­dziła się powie­rzyć je matce na lichwiar­ski pro­cent, jakieś pięć­dzie­siąt czy sześć­dzie­siąt od sta; te pro­centy wycią­gała co kwar­tał, z naj­więk­szą skru­pu­lat­no­ścią pro­wa­dząc rachunki w ksią­żeczce.

Geo­r­giana sie­działa na wyso­kim krze­śle, cze­sząc włosy przed lustrem i prze­ty­ka­jąc loki sztucz­nymi kwia­tami i wybla­kłymi pió­rami, któ­rych zapas zna­la­zła w jakiejś szu­fla­dzie na stry­chu. Ja sła­łam swoje łóżko, otrzy­maw­szy wyraźny roz­kaz od Bes­sie, bym je dopro­wa­dziła do porządku, zanim ona powróci (Bes­sie bowiem czę­sto teraz uży­wała mnie do czyn­no­ści służby w pokoju dzie­cin­nym, do porząd­ko­wa­nia, odku­rza­nia krze­seł itp.). Zło­żyw­szy nocną bie­li­znę i zaście­liw­szy kapę, pode­szłam do okna, chcąc uło­żyć nie­które roz­rzu­cone tam książki z obraz­kami i mebelki z pokoju lalek; zatrzy­mał mnie nagły roz­kaz Geo­r­giany, żeby nie ruszać jej zaba­wek (bo malut­kie krze­sełka i lustra, tale­rzyki i fili­ża­neczki do zabawy były jej wła­sno­ścią). Wtedy, nie mając nic lep­szego do roboty, zaczę­łam chu­chać na zamar­złą w kwiaty szybę, by tym spo­so­bem odczy­ścić kawa­łek szkła i móc wyj­rzeć na świat, gdzie wszystko było takie ciche i stę­żałe pod wpły­wem sil­nego mrozu.

Z okna widać było niszę por­tiera i pod­jazd; wła­śnie też w chwili gdy roz­pu­ści­łam tyle tych srebr­no­bia­łych liści zasła­nia­ją­cych szybę, że można było wyj­rzeć, zoba­czy­łam otwie­ra­jącą się bramę i jakiś wjeż­dża­jący powóz. Obo­jęt­nie przy­glą­da­łam się powo­zowi pod­jeż­dża­ją­cemu przed dom; ekwi­paże czę­sto przy­jeż­dżały do Gate­shead, ale ni­gdy żaden nie przy­wiózł gości, któ­rzy by mnie inte­re­so­wali; powóz zaje­chał przed dom i sta­nął; ode­zwał się gło­śny dzwo­nek, gość został wpusz­czony.