Dom samobójcówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 10

Godzinę po opuszczeniu sali sądowej Rory Moore weszła do sklepu obuwniczego na LaSalle. Przechadzała się sklepowymi alejkami do momentu, w którym znalazła to, czego szukała – buty wojskowe Madden Girl Eloisee. Były wysokie i czarne, z przeplatanymi na krzyż sznurowadłami z przodu. Na ich widok poczuła ucisk w gardle. Nosiła tego typu obuwie, od kiedy nauczyła się chodzić, a przynajmniej od kiedy sięgała pamięcią. Później miała niestety przerwę, kiedy jej jedyna para uległa niefortunnemu wypadkowi związanemu z kominkiem i płynem do zapalniczek. Rory powstrzymała się przed zamiarem natychmiastowego kupna nowych. Zamiast tego postanowiła, że zaczeka z tym aż do pomyślnego zakończenia sprawy Camille Byrd. Teraz ściągnęła z półki parę butów w rozmiarze siedem i wsunęła w nie stopy. Natychmiast poczuła się lepiej. Miarowe tykanie w jej mózgu ucichło po raz pierwszy od wielu miesięcy, ciało się rozluźniło i powróciła wewnętrzna równowaga.

Przy kasie podała puste pudełko.

– Wyjdę w nich.

Kobieta stojąca za ladą się uśmiechnęła.

– Żaden problem – odparła, skanując kod kreskowy. – Osiemdziesiąt pięć, siedemdziesiąt dwa.

Rory niepokoiła się faktem istnienia każdego dowodu zakupu, niezależnie od tego, jaki byłby banalny. Nawet zeskanowanie kodu kreskowego uruchomiło alarm w jej głowie, zdawała sobie jednak sprawę, że pewne kroki są nieuniknione. Podała kobiecie pięć dwudziestodolarówek. Gotówka gwarantowała, że nikt nie powiąże transakcji z jej osobą. Ciekawskie umysły, które znały szczegóły z ostatniej połowy ubiegłego roku, mogłyby wypytywać o jej poprzednie buty, a ona nie chciała, by ktokolwiek ich szukał. Tamte stare Madden Girl zmieniły się w zwykłą kupkę popiołu. Niektórzy ludzie mogliby jednak uznać je za dowód, włączając w to jej szefa z departamentu policji w Chicago. Inni, na przykład utalentowani specjaliści od kryminalistyki, mogliby zabrać tę kupkę popiołu i wyciągnąć z niej ślady przeszłości. Rory chciała zachować przeszłość dla siebie, martwą i głęboko pochowaną. Zapłaciła więc gotówką, licząc na szczęście.

Kiedy wyszła, wyrzuciła sportowe buty do śmietnika. Z nowymi Madden Girls na nogach ruszyła w stronę samochodu z entuzjazmem, jakiego nie czuła od ostatnich sześciu miesięcy.

Rozdział 11

Od strony ulicy dom wyglądał na ciemny i pusty. Z wnętrza sączyło się jednak delikatne światło, które rzucało mdły blask na deski podłogowe z drewna wiśniowego. Rory siedziała przy swoim biurku w pogrążonym w półmroku pomieszczeniu. Wcześniej ustawiła lampkę na elastycznym pałąku tak, by oświetlała leżący przed nią katalog i emanującego niebieską poświatę laptopa. Pracowała intensywnie, choć nie miało to żadnego związku z jej pracą w Departamencie Policji Chicago. Tego wieczoru zajmowała się badaniami. Tego wieczoru śledziła rodowód. Tego wieczoru upewniała się, że jej następny zakup będzie idealny. Upiła łyk mocnego portera ze szklanki.

Ściany jej pracowni obwieszone były półkami, na których stały dwadzieścia cztery odrestaurowane porcelanowe lalki, każda starannie ułożona na swoim miejscu – po trzy na półce, łącznie osiem półek. Dokładnie dwadzieścia cztery sztuki. Każda mniejsza liczba wywoływała w umyśle Rory chaos. Obsesyjnie nie znosiła pustej przestrzeni. Nauczyła się już, by nie kwestionować tego nawyku, podobnie jak wielu innych dziwactw, które definiowały jej osobowość. Starała się raczej nauczyć żyć z nimi w zgodzie. Cieszyła się więc towarzystwem czterdziestu ośmiu niemrugających oczu, które obserwowały ją podczas pracy, kiedy przechodziła od katalogu wypełnionego zdjęciami starych lalek do różnych witryn internetowych, które otwierała na komputerze. Sporządzała obszerne notatki w swoim dzienniku, aż skończyła pracę. Podniosła wtedy szklankę z piwem i wypiła długi, powolny łyk. Znalazła to, czego szukała, jej zapytania potwierdziły autentyczność, a zdjęcia pobrane z sieci udowodniły, że dokonany wybór pilnie wymagał jej ekspertyzy.

Zadowolona z efektów wzięła głęboki oddech i wyjęła z tylnej kieszeni złożony kawałek papieru. Przygotowując się do lotu następnego dnia, wydrukowała rano kartę pokładową American Airlines. Wizja uwięzienia w metalowej rurze na wysokości dziesięciu kilometrów z dwustoma innymi pasażerami przyprawiała ją o mdłości. Już na samą myśl o tym na jej czole występowały krople wilgoci.

Usłyszała odgłos otwieranych drzwi frontowych i brzęk wyjętych z zamka kluczy.

– Rory?

– Tutaj – zawołała, wsuwając kartę pokładową z powrotem do kieszeni.

Nie odwróciła się. Wyczuła jego obecność w progu, wibracje jego kroków, kiedy do niej podchodził. W końcu dotknięcie warg na szyi. Sięgnęła dłonią za siebie i przesunęła palcami po jego włosach.

– Winny wszystkich zarzutów – powiedział jej do ucha Lane Phillips. – A mówiłaś, że nie jesteś przekonana.

– To był po prostu ostrożny optymizm.

– Doskonała robota. Rozmawiałaś z Walterem Byrdem?

– Tak – odparła, przypominając sobie jego skinienie głową, kiedy wychodziła z sali sądowej. Rory uznała to za rozmowę.

– I co teraz?

– Teraz zniknę na kilka miesięcy.

– Jak sądzisz, ile upłynie czasu, zanim Ron zastuka do drzwi?

Rory wzruszyła ramionami.

– Zaczeka przynajmniej kilka tygodni. Wie, że potrzebuję przestrzeni.

Ron Davidson miał niekończącą się listę spraw o morderstwa i potrzebował do tego pomocy Rory. Spraw, przy których wymiękali jego najlepsi detektywi. Jako rekonstruktor sądowy specjalizujący się w nierozwiązanych przypadkach zabójstw, Rory dysponowała umiejętnością łączenia kawałków układanek związanych z przestępstwami, które leżały na półkach od wielu lat. Jej mózg funkcjonował inaczej niż u innych, a niezwykły umysł dostrzegał rzeczy, które umykały pozostałym. Nieważne, jak bardzo się starała, nigdy nie potrafiła wyjaśnić, w jaki sposób dostrzegała te brakujące elementy, kiedy brała na tapet nierozwiązaną sprawę lub wchodziła na miejsce przestępstwa sprzed wielu lat. Wiedziała jedynie tyle, że kiedy przekazywano jej akta takiego przestępstwa, coś klikało w jej głowie i uniemożliwiało zapomnienie szczegółów, dopóki nie znajdowała odpowiedzi, które umykały wszystkim innym. Do podobnego zjawiska dochodziło za każdym razem, kiedy podnosiła starą, uszkodzoną lub zniszczoną lalkę. Jej umysł nie zaznawał spokoju, dopóki lalka nie stawała się doskonała.

Sprawa Camille Byrd przyniosła Rory dwa pozbawione chwili odpoczynku miesiące, podczas których odtwarzała ostatnie dni życia dziewczyny. Podążała śladami jej ducha, aż doprowadziły ją one do odpowiedzi. Była to rutyna, ale okropnie wyczerpująca. Ron Davidson doskonale znał swoją genialną śledczą i wiedział, kiedy Rory potrzebuje odpoczynku po zamknięciu sprawy. Dwa tygodnie były zwyczajowym okresem, na który zezwalał, zwykle jednak kończyło się na dwóch miesiącach. Luki wypełniały dramatyczne telefony Rona, niekończące się esemesy czy pogróżki o zakończeniu współpracy z chicagowskim departamentem policji. Na koniec dochodziło do polowania, podczas którego Ron tropił Rory w taki czy inny sposób, by postawić jej ultimatum. Jednak tego pierwszego dnia, uzgodnionego ze samą sobą, urlopu szef się nie odezwał. Czuła się jak na letnich wakacjach w czasach dzieciństwa.

– Dwa tygodnie szybko przelecą – powiedział Lane. – Potem będziesz musiała poszukać sobie kryjówki. Ron jest bądź co bądź detektywem i wie, gdzie mieszkasz. Nietrudno będzie mu cię znaleźć.

Rory odwróciła się z uśmiechem do Lane’a.

– Coś mi mówi, że masz na myśli jakąś konkretną kryjówkę.

– Owszem. Poproszono mnie o udział w podcaście nagrywanym przez NBC.

– Na jaki temat?

– Sprawa tej szkoły Westmont z ubiegłego roku.

– Chodzi o te dzieciaki, które zabito w Indianie?

– Tak. Nagrania już trwają i towarzyszy temu wielki rozgłos i poważni reklamodawcy, a do tego wszystkiego mają głośne nazwisko – Mack Carter. Nagrywają w Peppermill w Indianie. Chcą mnie tam ściągnąć na mniej więcej miesiąc, może dłużej, w zależności od tego, na co trafi Mack.

– A potrzebują cię tam do czego, tak właściwie?

Chwycił jej dłonie i pomógł wstać.

– W tej sprawie jest wiele sprzeczności. Morderstwa, oskarżony nauczyciel, uczniowie, którzy przeżyli. Chcą, żebym popatrzył na to pod kątem psychologii.

Przyciągnął ją bliżej do siebie.

– Jedź ze mną.

Rory uniosła brwi.

– Mam jechać z tobą?

– Tak.

– Do Indiany?

Lane skinął głową.

Rory przewróciła oczami.

– A już myślałam, że wpakujesz mnie do samolotu odlatującego na Karaiby.

– Nie, aż tak pięknie to tam nie jest. Ale pojedź ze mną mimo wszystko.

– I mam pracować za ciebie nad jakąś okropną sprawą? Właśnie zakończyłam pracę.

Lane przysunął się tak blisko, że zetknęli się czołami.

– Ja się zajmę badaniami. Ty dotrzymasz mi towarzystwa i ukryjesz się przed Ronem na kilka tygodni. Nie ma szans, żeby znalazł cię w Peppermill.

– To na pewno.

– Przygotowali dla mnie domek. Widziałem zdjęcia. Jest naprawdę uroczy.

Rory przekrzywiła głowę.

– Z kim ja tak naprawdę teraz rozmawiam? Nigdy w życiu nie używałeś słowa „uroczy”. Rzadko też opuszczasz miasto, chyba że lecisz do Nowego Jorku.

– Próbuję cię namówić, żebyś się zgodziła.

– „Uroczy” ci w tym nie pomoże. – Rory cofnęła się lekko i pokręciła głową. – Nie, Lane. Nie mam teraz ochoty na coś takiego. Ty będziesz pracował, a ja co będę tam porabiała? Zwiedzała północno-wschodnią Indianę? Chcę być tutaj, w domu, blisko moich rzeczy, robiąc to, na co mam ochotę w danej chwili. Potrzebuję spokoju.

 

Lane pokiwał głową.

– Myślałem, że spróbujesz.

Po śmierci jej ojca w ubiegłym roku na tej planecie pozostał tylko jeden mężczyzna, który ją rozumiał. Oczywiście w takim stopniu, w jakim Rory Moore można było zrozumieć.

– Wybacz. Ja po prostu… – Rory wskazała swoje biurko i otwarty katalog z lalkami, który lśnił w świetle lampki. – Muszę mieć trochę czasu dla siebie, żeby uspokoić myśli i wszystko sobie poukładać.

Lane ponownie skinął głową.

– Rozumiem.

Rory przesunęła dłonią po jego policzku i pocałowała go.

– Wiesz, że jestem prawdziwym utrapieniem.

– I tak cię kocham. Nawet jeśli każesz mi pojechać samemu do tego domku w Indianie.

– Podobno jest uroczy?

Lane się uśmiechnął.

– Zagrałem niewłaściwą kartą.

– Nieładnie – odparła Rory. Odwróciła się, zamknęła katalog i podniosła szklankę z porterem. – Czy ta sprawa ze szkoły Westmont nie została rozwiązana? Otwarta i zamknięta? Jeden z nauczycieli pozabijał tych chłopaków.

– To długa historia.

– Mam całą noc.

Lane wskazał jej szklankę.

– Będę potrzebował czegoś takiego.

Rozdział 12

Rory pstrykała przełącznikami, kiedy szli. Najpierw światło wnękowe w korytarzu, potem szereg kuchennych lampek. Wszystkie ustawiła za pomocą ściemniaczy, co zmniejszało moc żarówek i spowijało wnętrze domu tajemniczą, ciemną poświatą. Jako nocny marek już od dzieciństwa – odkąd w wieku dziesięciu lat wyszła tylnymi drzwiami z domku na farmie swojej babki stryjecznej – Rory wolała mroczne kąty ledwie oświetlonych wnętrz niż sterylny blask, który emanował z okien bungalowów ciągnących się wzdłuż jej ulicy. Otworzyła piwniczkę na piwo – chłodziarkę z przeszklonym frontem, wbudowaną w ścianę tuż obok lodówki. Górną półkę zajmował zapas dwunastu sześćsetpięćdziesięciomililitrowych butelek imperialnego stouta w rosyjskim stylu, które ustawiła w trzech idealnie równych rzędach ze skierowanymi do przodu etykietami. Różnił je jedynie wosk, który ściekał z kapsla każdej butelki, co było wynikiem zanurzenia w browarze. Rory tolerowała tę niedoskonałość.

Wiedziała, że Lane nie wypije więcej jej portera, niż ona była w stanie wypić jego jasnego piwa. W tej kwestii bardzo się różnili. Wyciągnęła butelkę corony light z dolnej szuflady. Trzymała je w ukryciu, ponieważ widok szkła wypełnionego jasnożółtym piwem psuł harmonię jej piwniczki.

Odkręciła kapsel i podała butelkę Lane’owi.

– Wracając do szkoły Westmont. Co jest nie tak?

Lane upił łyk piwa.

– Dwaj uczniowie zostali zabici ubiegłego lata w opuszczonym domu na skraju kampusu. Trzy dni po tragedii policja złapała podejrzanego – nauczyciela chemii nazwiskiem Charles Gorman. Zamierzam przyjrzeć się tej historii pod kątem psychologicznym. Zanurzyć się w umyśle Gormana.

– Masz pozwolenie na rozmowę z nim?

– Chciałbym. Próbował się zabić kilka dni po morderstwach, kiedy osaczyła go policja. Skoczył pod pociąg, który jeździ nieopodal tego domu.

– Próbował?

– Tak, i prawie mu się udało, z tego, co słyszałem. Uszkodził sobie mózg w takim stopniu, że ślini się całymi dniami w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym dla obłąkanych przestępców. Od kiedy wyszedł ze śpiączki, nawet się nie odezwał, a EEG nie wykazuje, żeby cokolwiek działo się u niego na strychu.

– Wygląda mi to na winnego, który próbował uciec przed swoimi demonami i wyrokiem więzienia.

– Niewykluczone, ale tam jest chyba coś jeszcze. Opracuję profil mordercy i upewnię się, czy Gorman do niego pasuje.

– Dlaczego uważasz, że to nie jest cała historia?

– Bo w ciągu minionego roku trzech uczniów z Westmont, którzy przeżyli tamtą rzeź, wróciło do tego domu, żeby skoczyć pod ten sam pociąg, który wybrał Gorman.

Rory zatrzymała brzeg szklanki przed samymi ustami.

Lane uniósł brwi.

– Mówiłem, że to interesujące. – Wypił kilka łyków piwa. – Coś stało się z tymi uczniami w ubiegłym roku i ciągnie się aż do dziś. Coś, o czym nikomu nie powiedzieli. Oficjalna historia jest zdecydowanie zbyt czysta. Podejrzany nauczyciel, który przyznaje się w ręcznie napisanym liście, a potem próbuje się zabić. Nie kupuję tego, podobnie jak Mack Carter. Przyjrzymy się więc temu razem. – Lane przerwał na moment. – Jesteś pewna, że nie chcesz jechać ze mną?

Rory roześmiała się, żeby zyskać trochę czasu. Pomyślała o poznaczonym katalogu z setkami starych porcelanowych lalek, który przeglądała. Przypomniała sobie poczucie równowagi, które osiągała dzięki przerzucaniu stron, wrażenie spokoju w zbyt intensywnie używanym ostatnio mózgu. Pomyślała również o karcie pokładowej na odlatujący za dwanaście godzin samolot, którą miała w kieszeni.

– Jestem pewna – przyznała w końcu.

Ale pewna nie była. Historia ze szkoły Westmont sprawiła, że w jej umyśle odezwał się jakiś cichy szept. Pośród pierwszych rodzących się myśli dominowała ta, że ofiary, które wróciły, by odebrać sobie życie, miały coś do opowiedzenia.

Upiła kolejny łyk portera, ale nie mogła przestać myśleć o słowach, które wypowiedział Lane.

Coś stało się z tymi uczniami w ubiegłym roku i ciągnie się to aż do dziś.

Szkoła Westmont

Lato 2019 roku

Sesja 2

Wpis w dzienniku:

DZIURKA OD KLUCZA

W drzwiach do sypialni była dziurka od klucza. Stanowiła portal, przez który szpiegowałem znienawidzony przeze mnie świat. Nigdy nie dyskutowano o rzeczach, które przez nią widziałem. Miałem po prostu uwierzyć, że się nie wydarzyły. Ale tak nie było. Choć nie rozmawialiśmy o nich z matką, to one istniały. Widziałem je i jestem pewny, że matka wiedziała, że podglądam przez tę dziurkę. Zawsze się zastanawiałem, czy te rzeczy działy się w polu widzenia dostępnym przez drzwi mojej sypialni z określonej przyczyny. Czy ona prosiła mnie o pomoc?

Uniosłem wzrok znad dziennika. Głos załamał mi się nieco podczas tego ostatniego zdania i dopiero po chwili doszedłem do siebie.

– Przepraszam.

Kobieta siedziała na krześle naprzeciw mnie i czekała. Wziąłem głęboki oddech, spojrzałem na oprawiony w skórę dziennik i powróciłem do czytania.

Rzeczy, które widziałem przez tę dziurkę od klucza, zmieniły moje życie. To właśnie okropności, które obserwowałem przez ten wąski otwór uczyniły mnie tym, kim jestem. Chciałbym móc powiedzieć, że wparowałem przez te drzwi do środka i powstrzymałem mojego ojca. Gdybym to zrobił – gdybym przynajmniej spróbował – może sprawy potoczyłyby się inaczej. Może bym nie żył, ponieważ konfrontacja z moim ojcem w chwilach wściekłości nie odbiegała od konfrontacji z dzikim zwierzęciem. Nigdy jednak nie otworzyłem tych drzwi, żeby ją obronić. Kryłem się w moim pokoju jak słabe i żałosne dziecko, którym byłem, i opuszczałem tę bezpieczną strefę dopiero po zakończeniu wszystkiego. Przynosiłem matce torebkę z lodem na oko albo ręcznik na pękniętą wargę. Czasami nawet pomagałem jej nałożyć makijaż, by zamaskować sińce. Nigdy jednak nie wyszedłem z pokoju, żeby ją obronić. Opuszczenie go w trakcie trwania masakry mogłoby okazać się zabójcze, choć śmierć byłaby lepsza od tego, co się potem wydarzyło.

Usłyszałem krzyk matki i natychmiast wyskoczyłem z łóżka. Padłem na kolana, przycisnąłem oko do drzwi pokoju i wyjrzałem przez dziurkę od klucza. Do jadalni prowadził krótki korytarz. Zobaczyłem matkę, która przebiegła na drugi kraniec stołu, próbując znaleźć przeszkodę dzielącą ją od mojego ojca. Nic jednak nie było w stanie go zatrzymać, a już z pewnością nie stół w jadalni. W ciasnym świecie mojej dziurki od klucza pojawił się jakiś kształt. Ojciec stał tyłem do moich drzwi, zwrócony w stronę matki. Zasłaniał mi widok, więc jej nie widziałem. W sumie poczułem ulgę, nie mogąc patrzeć na jej spanikowaną twarz, jakby niemożność ujrzenia czegoś strasznego sprawiała, że to coś po prostu znika.

– Przestań – powiedziała matka. – Naprawię to.

Ojciec mocno zaciskał szczęki – słyszałem to dobrze w jego głosie.

– Kto. Ją. Zniszczył?

Od razu wiedziałem, o czym rozmawiają. Lampa przed domem. Stłukła się, kiedy bawiłem się piłką z dzieciakiem z sąsiedztwa. Wykonałem fatalny rzut i piłka trafiła prosto w szklany panel, rozbijając go na kawałki i rozsypując odłamki szkła po całym podjeździe. Matka zamaskowała uszkodzenia najlepiej, jak potrafiła, zamiatając szkło z nadzieją, że brakujący panel nie zostanie zauważony do momentu, w którym będzie mogła go wymienić. Taki mieliśmy plan. Teraz nie miałem już wątpliwości, że spalił na panewce.

– Nie wiem, kto ją rozbił, Raymond, ale jutro ją naprawię.

– Ty ją naprawisz?

– Zadzwonię po kogoś, kto to zrobi.

– I kto twoim zdaniem za to zapłaci?

Ojciec przesunął ręką po blacie, zrzucając na podłogę wszystko, co na nim stało. Dla mojego obłąkanego ojca sianie zniszczenia w domu i doprowadzanie do uszkodzeń kosztujących setki dolarów było właściwą reakcją na trud finansowy związany z wymianą rozbitej szybki.

Mogłem wtedy otworzyć te drzwi. Powinienem był wyjść na korytarz i wziąć odpowiedzialność za to, co się stało. Ale nie zrobiłem tego. Pozostałem na kolanach i patrzyłem przez dziurkę od klucza, jak ojciec sięga ponad stołem, chwyta moją matkę za włosy i wciąga ją na blat. Pobił ją tamtego wieczoru. Obserwowałem go przez cały czas. Patrzyłem, jak mężczyzna, którego nienawidziłem, bił kobietę, którą kochałem.

Następnego dnia mój ojciec już nie żył.

Uniosłem zakładkę, ułożyłem ją starannie w zgięciu dziennika i zamknąłem go. Ręce mi lekko drżały. Kiedy w końcu spojrzałem na siedzącą naprzeciw kobietę, dostrzegłem w jej oczach współczucie. Tak przynajmniej zinterpretowałem jej spojrzenie. Ułożyłem dłonie na udach i nieco się odprężyłem. Sesje terapeutyczne zawsze przynosiły mi spokój, chociaż odsłaniałem na nich swoją duszę i ujawniałem najskrytsze tajemnice. A może właśnie to mi pomagało.

– Niechętnie o nim mówiłem. Wiem, że budzi ciekawość. Czy mogę teraz opowiedzieć o moim ojcu?

Kobieta zamrugała kilkakrotnie. A może w tych oczach nie było współczucia, tylko krył się w nich zwykły żal? Albo coś bliższego przerażeniu. Tak czy inaczej, takie były reguły. Przychodziłem, żeby ujawnić swoje sekrety i wygonić demony. Ją wiązała tajemnica zawodowa, wieczne milczenie na temat moich grzechów. Jeśli ją wystraszyłem, to był to jedynie nieszczęśliwy efekt uboczny naszej relacji. Nie mogłem bowiem przestać się teraz spowiadać, nawet jeśli tego chciałem. I nie zrobiłem tego.

– Chcę opowiedzieć o tym, jak umarł. Policja uznała jego śmierć za samobójstwo, ale tak nie było. Mogę to wyjaśnić? Czy nie będzie tego zbyt wiele jak na jedną sesję?

– Absolutnie nie – odparła kobieta.

Skinąłem głową.

– Świetnie. Do zobaczenia za tydzień.

Wstałem, ściskając dziennik, i wróciłem do kampusu.