Plotkara. Wejście CarlsówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Plotkara. Wejście Carlsów
Plotkara: Wejście Carlsów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Plotkara: Wejście Carlsów
Plotkara: Wejście Carlsów
Audiobook
Czyta Zuzanna Puławska
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cecily von Ziegesar

Plotkara: Wejście Carlsów

Tekst Annabelle Vestry

Saga

Powieść autorstwa Cecily von Ziegesar

Plotkara: Wejście CarlsówTytuł i data wydania oryginału: Gossip Girl: The Carlyles #1: The Carlyles, 2008 Tłumaczenie z języka angielskiego: Małgorzata Strzelec Opublikowano w porozumieniu z Rights People, London Na licencji Alloy Entertainment, LLC Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2020 SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726535822

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont

Bądźmy sobie, ile można, obcymi.

– William Szekspir, Jak wam się podoba

tłum. Leon Ulrich

plotkara.net 1

tematy na celowniku wasze e-maile zapytaj

Wszystkie nazwy miejsc, imiona i nazwiska oraz wydarzenia zostały zmienione lub skrócone, po to by nie ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Zdziwieni, że się odzywam? No co wy? Coś się wydarzyło na Upper East Side i nie mogę tego przemilczeć. W mieście pojawiła się nowa trójka i to zdecydowanie zbyt śliczna, żeby o nich nie mówić…

NAJPIERW MUSZĘ SIĘ TROCHĘ COFNĄĆ

Wszyscy wiemy, że tego lata odeszła nasza ukochana Avery Carls. Ta wspaniałomyślna dobrodziejka rozdała sporą część fortuny muzeom, bibliotekom i parkom tak, jak ludzie oddają sukienki z zeszłego sezonu do sklepu z używaną odzieżą. Miała siedemnaście lat, gdy trafiła na pierwsze strony gazet – tańczyła na stolikach na pierwszym koncercie Elvisa w Nowym Jorku. Mając dwadzieścia jeden wyszła za mąż (po raz pierwszy) i przeprowadziła się do słynnego brzoskwiniowego domu na rogu Sześćdziesiątej Pierwszej i Park Avenue. Gdy miała siedemdziesiąt lat, nadal piła szkocką z wodą sodową i zawsze otaczały ją świeżo ścięte białe piwonie. A co najważniejsze, doskonale wiedziała, jak dostać to, czego chciała – od mężów, od pań z towarzystwa, od rządu stanowego, od każdego. Moja pokrewna dusza.

Dlaczego to miałoby was obchodzić? Nie gorączkujcie się, zaraz do tego dojdę. Niesforna córka Avery Carls, Edie, która wiele lat temu uciekła na Nantucket odnaleźć siebie poprzez sztukę, została wezwana do Nowego Jorku, żeby uporządkować sprawy matki. Sądząc po regale pełnym oprawionych w skórę dzienników (i sześciu unieważnionych małżeństwach), które starsza pani Carls zostawiła po sobie, porządkowanie może trochę potrwać. Dlatego Edie zamknęła dom na Nantucket i wraz z pozbawionymi ojcowskiej opieki trojaczkami przeprowadziła się do niesławnego apartamentu na rogu Siedemdziesiątej Drugiej i Piątej Alei.

Poznajcie Carlsów: O, przystojniak o dość surowej urodzie, naga pierś, złociste włosy, zawsze obecne kąpielówki Speedo… Jak na razie zapowiada się dobrze. Następnie A, jasnozłociste włosy, kobaltowo niebieskie oczy, bogini jak z bajki w sukienkach od Marni. No i B, skrót od Baby. Och, ciekawe, czy rzeczywiście takie słodkie z niej niewiniątko?

No i oczywiście nie można zapomnieć o naszych starych przyjaciołach z Upper East Side. Oni też coś kombinują. J widziano ostatnio, jak piła gin Tanqueray na jachcie w Sagaponack. Co tam robiła, skoro miała malować arabeski w paryskiej Operze Garnier? Nie wytrzymała presji, czy może po prostu stęskniła się za przyszłym miliarderem, J.P.? I nie zapominajmy o R z nieskazitelnymi manierami. Pływał w basenie na dachu w Soho House, podczas gdy jego matka nagrywała właśnie kawałek o letnich rozrywkach dla programu telewizyjnego Herbatka z lady Sterling. Wszyscy wiemy, że Lady S nie może się już doczekać, żeby zaplanować mu baśniowy ślub z jego dziewczyną, K, ale czy ta młodzieńcza miłość przetrwa? Zwłaszcza że K widziano przy konfesjonale w katedrze św. Patryka… Mówi się, że spowiedź pomaga duszy.

Jak starzy wyjadacze potraktują trójkę nowych na naszej wysepce? Muszę przyznać, że jestem ciekawa: utrzymają się na wodzie, czy pójdą na dno?

wasze e-maile

 

 P: Kochana P!

 

 Jakiś milion lat temu moja mama chodziła do Constance Billard z matką trojaczków. Powiedziała mi, że przeprowadzili się do miasta, bo A przespała się z całą wyspą – z chłopakami i z dziewczynami! Z kolei B jest szalona, błyskotliwa i genialna, przy czym niezrównoważona psychicznie i nigdy nie pierze ubrań. A O podobno pływa w weekendy do Nantucket w samych Speedo. To prawda?

 

 Trójkącik

 

 O: Drogi Trójkąciku!

 

 Ciekawe. Z tego, co widziałam, A prezentuje się całkiem niewinnie. Ale wszyscy dobrze wiemy, że wygląd bywa zwodniczy. Zobaczymy, czy B genialnie poradzi sobie w mieście. A co do O, Nantucket jest kawałek drogi stąd, więc wątpię, żeby płynął aż tam. Ale jeśli jest w stanie… to powiem ci tylko jedno: wytrzymałość. Właśnie tego szukam w facecie.

 

 P.

 

 P: Droga P!

 

 Właśnie się tu przeprowadziłam i po prostu kocham Nowy Jork!!!!! Jakieś rady, jak sprawić, żeby to był najlepszy rok w moim życiu?

 

 ZMałegoMiasteczka

 

 O: Droga ZMM

 

 Powiem ci tylko, bądź ostrożna. Manhattan to niewielka wyspa, ale na pewno o niebo wspanialsza od miejsca, z którego przybyłaś – niezależnie od tego, gdzie to jest. Nieważne co robisz i gdzie jesteś – zawsze ktoś cię widzi. Nie skończy się na ploteczkach w szkolnej stołówce. Tutaj wieści trafiają do rubryki towarzyskiej albo na stronę Gawkera. O ile, rzecz jasna, jesteś dość interesująca albo ważna, żeby plotkować na twój temat. Można tylko mieć nadzieję.

 

 P.

 

 P: Kochana P!

 

 Założę się, że mówisz, że odroczyłaś pójście do college’u, bo tak naprawdę do żadnego się nie dostałaś. Słyszałem też, że pewien gość z małpą jednak nie trafił do West Point, i uważam, że to dość tajemniczy zbieg okoliczności: on tu ciągle jest i ty także. Naprawdę jesteś dziewczyną??? A może wcale nie byłaś w ostatniej klasie? Założę się, że jesteś jakąś dziwaczną trzynastolatką bez cycków i ludzie nawet nie potrafią powiedzieć, czy jesteś dziewczyną, czy chłopakiem. Chodzi mi o to, że wcale nie jesteś prawdziwą Plotkarą. Nawet strona się zmieniła. JeSteśChuckiemB

 

 O: Drogi JeSteśChuckiemB!

 

 Po pierwsze, to się nazywa odmiana i remont! Pooglądaj trochę telewizji. Po drugie, pochlebia mi, że moja obecność przyczynia się do powstawania teorii spiskowych. Przykro mi natomiast, że cię rozczaruję, ale jestem tak kobieca, jak to tylko możliwe i nie ma żadnej małpki w zasięgu mojego wzroku. Ile mam lat? Jak mawiała szacowna Avery Carls: „Prawdziwa dama nigdy nie kłamie”.

 

 P.

na celowniku

Nowinki na temat nowicjuszy: O biega w Central Parku. Bez koszulki. Czy on w ogóle ma jakieś koszulki? Miejmy nadzieję, że nie. A przymierza srebrną minisukienkę z cekinami od YSL w przymierzalni u Bergdorfa. Nikt jej nie powiedział, że w Constance obowiązują mundurki? Jej siostra brunetka, B, w FAO Schwarz, wtulona w faceta w ciemnoczerwonej szkolnej bluzie z Nantucket, ustawia pluszowe zwierzątka w niestosownych pozach i robi zdjęcia. Więc tak się bawią dzieciaki tam, skąd oni pochodzą?

No dobra, panie, panowie, pewnie spieszycie się na ostatnie zakupy przed rozpoczęciem roku szkolnego, albo – w przypadku tych, którzy wyruszyli do college’ów – do czytania Owidiusza i żłopania piwa PBR w swoich nowiutkich, malutkich pokojach w akademikach. Nie martwcie się. Będę tutaj, popijając sancerre w kąciku w Balthazarze i doniosę o wszystkim, co was omija. To początek nowej ery na Upper East Side. Widząc tę trójkę w mieście, po prostu wiem, że czeka nas kolejny rok szaleństw i niegodziwości…

Wiecie, że mnie kochacie.

Plotkara

witajcie w dżungli

Baby Carls obudziła hałasująca śmieciarka, która właśnie cofała na Piątej Alei. Dziewczyna potarła opuchnięte oczy i spuściła bose stopy na czerwoną terakotę tarasu. Przytuliła do szczupłej piersi czerwoną szkolną bluzę z Nantucket High, która należała do jej chłopaka.

Chociaż zamieszkali na samej górze, na piętnastym piętrze ponad Siedemdziesiątą Drugą i Piątą Aleją, doskonale słyszała hałasy budzącego się w dole miasta. Tu było zupełnie inaczej niż w jej starym domu w Siaconset na Nantucket, lepiej znanym jako Sconset, gdzie zwykła zasypiać na plaży ze swoim chłopakiem, Tomem Devlinem. Jego rodzice prowadzili mały pensjonat, a on mieszkał z bratem w domku dla gości na plaży, odkąd skończył trzynaście lat. Zaskoczył Baby, odwiedzając ją w Nowym Jorku w ten weekend. Ale wyjechał wczoraj wieczorem. Nie mogła potem zasnąć, więc zabrała kołdrę na hamak na tarasie.

Spanie na świeżym powietrzu? Jakie to… au naturel. Weszła przez rozsuwane, przeszklone drzwi do ogromnego apartamentu, który najwyraźniej teraz będzie jej domem. Wielkie, pomalowane na kremowo pokoje ze lśniącymi, drewnianymi posadzkami i ozdobnymi, marmurowymi dekoracjami, wcale nie wyglądały przytulnie. Baby ciągnęła za sobą kołdrę Frette, wycierając nią nieskazitelną podłogę. Szła do sypialni siostry, Avery.

 

Złote włosy Avery rozsypały się na bladoróżowej poduszce. Dziewczyna chrapała jak potłuczony imbryk. Baby wskoczyła do niej na łóżko.

– Ej! – Avery podniosła się, naciągając na opalone ramię ramiączko białego topu Cosabella. Jej długie włosy były matowe, a niebieskie oczy przymglone, ale nadal wyglądała jak księżniczka, dokładnie tak jak ich babka. Całkowite przeciwieństwo Baby.

– Już rano – oznajmiła Baby, podskakując na kolanach jak czterolatka, która przedawkowała cukier w płatkach z miodem.

Chciała to powiedzieć wesoło i dziarsko, ale czuła się ociężała. Nie chodziło tylko o to, że w zeszłym tygodniu cała rodzina została z korzeniami wyrwana z Nantucket. Po prostu Nowy Jork nigdy, przenigdy, nie stanie się dla niej domem.

Kiedy Baby się urodziła, jej pojawienie się zaskoczyło i mamę, i położną, która myślała, że Edie nosi tylko bliźnięta. Jej brata i siostrę nazwano po dziadkach ze strony matki, a niespodziewane trzecie dziecko wpisano do metryki po prostu jako Baby. I tak już zostało. Za każdym razem, kiedy Baby przyjeżdżała do Nowego Jorku odwiedzić babcię, łatwo było wyczytać z jej spojrzenia, że o ile bliźnięta jeszcze dało się zaakceptować, o tyle trójka to zbyt duża liczba dzieci, zwłaszcza dla samotnej matki. Baby zawsze była zbyt niechlujna i zbyt głośna. Po prostu już samo to, że istniała, to było za wiele i dla babci Avery, i dla Nowego Jorku.

Teraz Baby zaczynała się zastanawiać, czy babcia nie miała racji. Wszystko tutaj – począwszy od pokoi identycznych jak pudełka, a skończywszy na regularnej siatce ulic Nowego Jorku – uosabiało porządek i ograniczenia. Podskoczyła jeszcze raz na łóżku siostry. Avery jęknęła sennie.

– No daj spokój, obudź się! – ponaglała Baby, chociaż nie było jeszcze dziesiątej, a Avery zawsze lubiła dłużej pospać.

– Która godzina? – Avery usiadła i przetarła oczy.

Nie mogła uwierzyć, że ona i Baby były spokrewnione.

Baby zawsze miała idiotyczne pomysły. Na przykład uczyła ich psa, Chance’a, porozumiewać się przy pomocy mrugania. Zupełnie, jakby cały czas chodziła nawalona. Ale chociaż jej chłopak rzeczywiście regularnie przypalał, Baby nigdy nie tknęła narkotyków.

Wyglądało na to, że ich nie potrzebuje.

– Już po dziesiątej – skłamała Baby. – Masz ochotę gdzieś wyjść? Jest naprawdę ładnie – namawiała.

Avery popatrzyła na splątane, ciemne, długie włosy siostry i podpuchnięte, brązowe oczy i od razu wiedziała, że Baby przepłakała noc z powodu swojego beznadziejnego chłopaka. Kiedy mieszkali na Nantucket, Avery robiła, co mogła, żeby unikać Toma. Ale przez ostatni weekend nie dało się nie widzieć tego faceta. Był obleśny, począwszy od brudnych, białych, sportowych skarpetek z Gap, które zwinął i dał do zabawy kotu, Rothko, skończywszy na przyłapaniu go z fajką wodną i trawką na tarasie, kiedy miał na sobie tylko bokserki ze Świętym Mikołajem. Wiedziała, że Baby ceni jego autentyczność, ale czy bycie sobą musi oznaczać bycie odrażającym?

Odpowiedzieć jednym słowem? Nie.

– Dobra, wstaję.

Avery wygrzebała się z pościeli z najdelikatniejszej włoskiej bawełny i wyszła boso na taras. Tuż za nią Baby. Avery zmrużyła oczy od słońca. Szeroka ulica w dole była pusta, tylko limuzyny od czasu do czasu śmigały alejami. Dalej rozciągała się bujna zieleń Central Parku. Avery z trudem dostrzegła poplątany labirynt ścieżek wijących się między drzewami.

Siostry usiadły razem, kołysząc się w hamaku i spoglądając na wypielęgnowaną zieleń na tarasach i balkonach przy Piątej Alei. Pustych, jeśli nie liczyć ogrodników. Avery westchnęła z zadowoleniem. Tu na górze czuła się jak królowa Upper East Side, do tej roli się urodziła.

Czy aby na pewno?

– Cześć.

Ich brat, Owen – prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, jak zwykle bez koszulki – wyszedł na taras z kartonikiem soku pomarańczowego i butelką szampana. Miał na sobie tylko czarne kąpielówki Speedo. Avery przewróciła oczami na widok brata. Miał obsesję na punkcie pływania i z łatwością potrafił spić wszystkich, tak że lądowali pod stołem, a sam nadal mógł przebiec 10 kilometrów.

– Macie ochotę na drinka?

Upił łyk soku i wyszczerzył zęby, widząc jak Avery krzywi się z odrazą. Baby pokręciła smutno głową, a splątane włosy opadły jej na łopatki. Baby zawsze była drobniutka, a teraz wyglądała wręcz filigranowo. Potargane, brązowe włosy straciły już miodowe pasemka, które zawsze pojawiały się w czasie pierwszych tygodni lata na Nantucket.

– Co słychać? – zagadnął przyjaźnie.

– Nic – odparły jednocześnie.

Westchnął. O wiele łatwiej było je zrozumieć, gdy miały po dziesięć lat, zanim stały się takie wycofane i tajemnicze.

Pociągnął soku pomarańczowego, zastanawiając się, czy kiedykolwiek rozumiał dziewczyny. Gdyby nie to, że tak trudno im się oprzeć, może by sobie odpuścił i został mnichem. A skoro o tym mowa, jedyny powód, dla którego wstał tak wcześnie, to z lekka pornograficzny sen, który zmusił go do wyskoczenia z łóżka i poszukania – bez skutku – basenu.

Sen o kim? Prosimy o więcej szczegółów!

Odstawił zamkniętą butelkę szampana do wielkiej donicy ze stokrotkami, upił jeszcze jeden łyk soku i wcisnął się na hamak obok sióstr. Zerknął w dół na gąszcz drzew. Nie mógł uwierzyć, jaki mały wydawał się Central Park. Z tej wysokości wszystko wydawało się miniaturowe. Zupełnie inaczej niż na Nantucket, gdzie bezmiar oceanu ciągnął się w nieskończoność. Sconset było najbliższym Portugalii i Hiszpanii miejscem w kraju i Owen zawsze się zastanawiał, jak długo musiałby tam płynąć.

– Heeeej!

Głos ich matki i brzęk bransoletek własnoręcznie zrobionych ze srebra i turkusów było słychać w całym mieszkaniu i na tarasie. Edie Carls pojawiła się w drzwiach. Miała na sobie opływającą kształty, letnią sukienkę w niebieski wzór od Donny Karan, a blond włosy z siwymi pasemkami ścięte na pazia zaplotła w mnóstwo cieniutkich warkoczyków. Wyglądała bardziej jak przestraszony jeżozwierz niż mieszkanka najbardziej ekskluzywnej okolicy na Manhattanie.

– Bardzo się cieszę, że wszyscy tu jesteście – ekscytowała się. – Potrzebuję waszej rady. Wchodźcie.

Wskazała w kierunku korytarza, a grube bransoletki zadzwoniły jedna o drugą.

Avery zachichotała, kiedy Owen posłusznie zsunął się z hamaka i podreptał do mieszkania za idącą szybkim krokiem Edie. Przez ostatni tydzień pełnił funkcję doradcy do spraw artystycznych matki. Co wieczór był na jakimś otwarciu wystawy – zwykle w zatłoczonych, pachnących paczulą galeriach na Brooklynie lub w Queens, gdzie sączył ciepłe chardonnay i udawał, że wie, o czym mówi.

Drogie pokoje z drewnianym parkietem, w których kiedyś pewnie stały szezlongi w stylu Ludwika XIV i stoliki Chippendale, były teraz puste, jeśli nie liczyć kilku przechodzonych sztuk mebli, które Edie zdobyła, korzystając z rozległej siatki przyjaciół w świecie artystycznym. Avery natychmiast zamówiła ultranowoczesny wystrój od Jonathana Adlera i Celerie Kempbell, ale meble jeszcze nie przyjechały. Tymczasem Edie wytrzasnęła skądś zjedzoną przez mole pomarańczową kanapę, którą postawiła pośrodku salonu. Rothko zaciekle ją drapał. To było jego nowe ulubione zajęcie od czasu przeprowadzki do Nowego Jorku. Większość ulubieńców Carlsów – trzy psy, sześć kotów, koza i dwa żółwie – musiało zostać na Nantucket. Rothko pewnie czuł się samotny.

Ale nadszedł kres jego samotności. Obok Rothko stała ponad półmetrowa gipsowa szynszyla, pomalowana na bladoniebiesko i owinięta w folię bąbelkową.

– Co o tym myślicie? – zapytała Edie. Jej niebieskie oczy rozbłysły. – Jakiś facet sprzedawał to po pięćdziesiąt centów na ulicy w Red Hook w Brooklynie, akurat kiedy wracałam wieczorem z performance’u. To autentyczna, nowojorska sztuka w stylu ready-made – dodała entuzjastycznie.

– Spadam stąd – stwierdziła Avery, cofając się, jakby gipsowa figurka była nosicielem groźnych chorób. – Wybierałyśmy się z Baby do Barneys – dodała, przekonując siostrę spojrzeniem, żeby się zgodziła. Baby snuła się ze smętną miną w idiotycznej bluzie Toma przez cały weekend. To się musi skończyć.

Baby jednak pokręciła głową, przyciskając bluzę mocniej do ciała. Właściwie to podobała jej się ta szynszyla. Obie w równym stopniu nie pasowały do tego eleganckiego mieszkania.

– Mam plany – skłamała.

Jakie to plany, zdecyduje, gdy tylko zniknie rodzinie z oczu.

Owen patrzył na figurkę. Miał wrażenie, że mruga do niego jednym okiem. Naprawdę musiał wyjść z tego domu.

– Ehm, muszę odebrać sprzęt do pływania.

Mgliście przypominał sobie jakiś e-mail, o tym że ma odebrać strój od kapitana drużyny w szkole św. Judy, nim jutro zacznie się nauka.

– Powinienem się tym zająć.

– No dobrze – zaszczebiotała Edie, kiedy Avery, Owen i Baby rozbiegli się w różne końce mieszkania.

Jutro zaczyna się szkoła. Początek nowej ery.

Edie ostrożnie zaniosła szynszylę do swojej pracowni artystycznej.

– Bawcie się dobrze, to wasz ostatni dzień wolności! – zawołała. Jej głos niósł się echem w pustym mieszkaniu.

A przecież oni zawsze znajdą sposób, żeby się dobrze bawić. Nie?

najlepsze rzeczy w życiu są za darmo

Avery nie mogła powstrzymać uśmiechu, kiedy wyszła z apartamentowca i ruszyła Piątą Aleją. Była dopiero dziesiąta, ale na ulicach już roiło się od turystów i rodzin. Żar ostatnich sierpniowych dni przeplatał się z chłodną bryzą, która przyprawiała ją o niecierpliwe drżenie. Avery nie mogła się doczekać, kiedy drzewa po obu stronach alei staną się pomarańczowe, czerwone i żółte. Nie mogła się doczekać chwili, gdy zawinie się w kaszmirowy płaszcz od Burberry i będzie sączyć gorącą czekoladę na jednej z ławek wzdłuż surowych, kamiennych murów otaczających Central Park. Nie mogła się doczekać jutra. Pierwszego dnia w ekskluzywnej szkole dla dziewcząt na Manhattanie, Constance Billard, dnia kiedy jej życie nareszcie się zacznie.

Skręciła w Madison i zatrzymała się przed oknem wystawowym butiku Calvina Kleina na rogu Sześćdziesiątej Drugiej. Zerknęła na swoje odbicie. Z długimi, pszenicznymi włosami, związanymi apaszką od Pucciego, i w jasnoróżowej wąskiej sukience bez rękawów od Diane von Furstenberg, otulającej jej szczupłe, wysportowane ciało wyglądała jak typowa mieszkanka Upper East Side na spacerze. Na Nantucket, gdzie na imprezy zakładało się rzeczy z wełny, a cała zabawa sprowadzała się do wypicia sześciopaku piwa na plaży, Avery zawsze czuła, że nie jest w swoim żywiole. Ale w tym roku będzie inaczej. Nareszcie znalazła się tam, gdzie było jej miejsce.

Oderwała się od wystawy i ruszyła dalej Madison Avenue. Tuż za Sześćdziesiątą Pierwszą dotarła do Barneys i uśmiechnęła się radośnie, gdy wytworny, ubrany na czarno odźwierny przytrzymał dla niej drzwi. Wchodząc, wzięła głęboki wdech, gdy aż do bólu znajomy, unoszący się w powietrzu z klimatyzatorów zapach Creed Fleurissimo, uderzył jej nozdrza. To były ulubione perfumy jej babci i Avery praktycznie czuła obecność ducha babki, który poprowadził ją z dala od przydużych zielonych torebek Marca Jacobsa w kierunku torebek prawdziwych projektantów.

Avery szła przez luksusowy dział z torebkami, z czcią dotykając krokodylej skóry i miękkich zamszy. Jej spojrzenie zatrzymało się na torbie-teczce w kolorze koniaku od Gucciego. Poczuła drżenie w brzuchu. Złote sprzączki przypominały jej starą skrzynię, którą zostawiła w domu na Nantucket. Zawsze wyobrażała sobie, że tę skrzynię straciła na Atlantyku jakaś jej dawna babcia cioteczna o błękitnej krwi, kiedy statek, którym płynęła, zatonął podczas jej miesiąca miodowego. A potem skrzynię – wiele lat po romantycznej śmierci dalekiej ciotki – odnalazł brodaty poławiacz homarów. Avery miała nawyk dorabiania do wszystkiego romantycznych historii.

Cóż, lepsze to niż ssanie kciuka albo obgryzanie paznokci.

– Nadzwyczajna rzecz.

Avery usłyszała za plecami uprzejmy głos. Odwróciła się i spojrzała na sprzedawczynię. Była po czterdziestce i siwiejące włosy miała sczesane w gładkiego koka.

– Jest piękna – zgodziła się Avery, marząc, żeby sprzedawczyni zniknęła.

Chciała, aby ta chwila była nieskażona. Tylko ona i torba. I zmyślony poławiacz homarów?

 

– Limitowana seria – poinformowała sprzedawczyni. Według plakietki na piersi nazywała się Natalie. – Właściwie ktoś ją zarezerwował, ale nie odezwał się od tamtego czasu… Jest pani zainteresowana? – Natalie uniosła perfekcyjnie wyregulowaną brew.

Avery pokiwała głową jak zahipnotyzowana. Zerknęła na metkę. Cztery tysiące dolarów. Ale właściwie nie robiła zbyt wielu zakupów od przyjazdu do Nowego Jorku… i w końcu od czego Edie miała nowego księgowego, Alana? Poza tym babcia powiedziała jej kiedyś, gdy Avery podziwiała pewną już naprawdę wiekową i bardzo klasyczną torebkę Hermès’ego z zapięciem Kelly z niezwykle bogatej babcinej kolekcji – „Torebka nigdy nie umiera. Mężczyźni owszem.” Ta torebka była na zawsze.

– Wezmę ją – stwierdziła pewna siebie, już sięgając świeżo wymanikiurowanymi palcami (paznokcie w kolorze bladego różu) po giętkie, skórzane paski.

– O, tu jesteś!

Avery i Natalie odwróciły się jednocześnie i ujrzały, idącą po marmurowej posadzce, smukłą dziewczynę z kaskadą kasztanowych włosów i pokrytą piegami cerą. Avery zamarła zahipnotyzowana. Nawet w zwiewnej białej sukience Milly i wielkich okularach D&G na głowie dziewczyna wyglądała dokładnie jak balerina z obrazu Degasa, który wisiał w bibliotece babci.

– Przyszłam po torebkę. Przepraszam, że nie odebrałam waszych wiadomości, byłam w Sagaponack. Telefony fatalnie tam funkcjonują.

Westchnęła ciężko, jakby słaby zasięg w Hamptons był najstraszliwszą rzeczą na świecie.

– Dzięki, że ją zatrzymaliście.

Nieznajoma wyjęła torebkę z rąk Avery, jakby zadaniem Avery było ją dla niej trzymać. Dziewczyna zmrużyła oczy i mocno chwyciła rączkę.

– Pani musi być Jack Laurent. – Natalie zacisnęła usta w wąską linię, odwracając się do nowoprzybyłej. – Niestety, ponieważ mamy określoną politykę w kwestii rezerwacji i zjawiło się paru innych zainteresowanych, obawiam się, że teraz muszę umieścić panią na liście oczekujących.

Avery uśmiechnęła się współczująco do dziewczyny, czując lekki zawrót głowy. Nikt w Constance Billard nie będzie miał tej torebki. Wydała się o wiele cenniejsza, gdy Avery zobaczyła, że jest aż tak rozchwytywana. Pociągnęła za rączkę, ale dziewczyna nie puściła torebki.

– Nawet rozumiem, dlaczego potrzebujesz nowej torebki. Jack zerknęła znacząco na znoszoną torebkę od Louisa Vuittona. Avery dostała ją na trzynaste urodziny od babci i – jakby to ona ujęła – widać było, że torebka była bardzo kochana.

– Może wpadnie ci w oko któraś z tych na zewnątrz. Avery zmrużyła jeszcze bardziej niebieskie oczy i złapała koniakową torebkę za pasek na ramię. Na zewnątrz? Chodzi o tandetne podróbki u sprzedawców na ulicy? Odebrało jej mowę.

– Więc sprawa jest załatwiona – mówiła dalej Jack, zaciskając mocniej ręce na paskach torebki Givenchy. – Możemy się tym zająć? – rzuciła wyniośle do Natalie, a jej zielone oczy rozbłysły.

Natalie wyprostowała całe swoje metr sześćdziesiąt wzrostu. Wyglądała komicznie stojąc między dziewczynami, które patrzyły sobie w oczy ponad dziesięć centymetrów nad jej głową.

– To jedyny egzemplarz, jaki mamy – zaczęła autorytatywnym tonem. – To limitowana seria i dość delikatna, więc jestem pewna, że na pewno dojdą panie do porozumienia.

Próbowała podważyć ich palce, zaciśnięte na raczkach torby.

– Nie sądzę, żeby to było potrzebne – powiedziała Avery i szarpnęła zdecydowanie torebkę, zaskakując tym Jack. Dziewczyna zatoczyła się do przodu i puściła zdobycz. Udław się tym, jędzo, pomyślała Avery, uśmiechając się krzywo.

Nim Jack odzyskała równowagę, Avery odeszła szybkim krokiem, przyciskając torebkę do piersi jak futbolista zmierzający z piłką do pola punktowego. Pierwsza się zjawiła i pierwsza wyjdzie z torebką, która sprawiedliwie jej się należy. Tylko dziesięć metrów dzieliło ją od wyjścia. Nie mogła się powstrzymać, żeby nie odwrócić się i nie rzucić Jack triumfującego spojrzenia. W jej rodzinie to był odpowiednik tańca zwycięstwa po zdobyciu punktu. Blada twarz piegowatej dziewczyny straciła wszelkie ślady idealnej opalenizny, a jej zielone oczy wyrażały raczej zmieszanie niż złość. Avery wyszczerzyła zęby, czując lekki zawrót głowy. Ale nagle wokół niej rozległo się ohydne brzęczenie. Rozejrzała się rozdrażniona, ale nie wiedziała, skąd się bierze ten hałas. Szła dalej, czując się jak zwycięzca.

– Przepraszam panią.

Przed nią pojawił się krzepki ochroniarz. Na plakietce z nazwiskiem miał napisane „Knowledge 2 ”. Avery spojrzała na niego, nic nie rozumiejąc. Próbowała go ominąć, ale z łatwością zagrodził jej drogę.

Nie była pierwszą dziewczyną, która próbowała uciec z Barneys!

– Proszę oddać mi tę torbę i będzie po wszystkim – powiedział delikatnie i cicho pan Knowledge, łapiąc Avery za szczupłą rękę.

Czuła, jak złote sygnety, które miał na palcach, wgniatają się w jej opaloną skórę.

– Zamierzałam za nią zapłacić – upierała się, próbując powiedzieć to spokojnie.

Bez słowa wręczyła mu torebkę, a jej błękitne oczy zrobiły się wielkie z przerażenia. Naprawdę pomyśleli, że chciała ją ukraść?

Natalie dołączyła do nich, zabierając torebkę z rąk ochroniarza. Avery czuła, jak czerwone plamy wyskakują na jej dekolcie i twarzy. Zawsze się tak działo, gdy się denerwowała. Lada moment wybuchnie płaczem.

– Naprawdę uważam, że powinni ustalić limit wiekowy na niektórych piętrach, nie uważasz? – powiedziała jakaś siwa kobieta do przyjaciółki z nadmiernie natapirowanymi rudymi włosami. Ta druga miała na sobie szmizjerkę w leopardzie cętki od Normy Makali. Avery nagle poczuła się, jakby miała pięć lat.

– Zamierzałam zapłacić – powtórzyła na głos. – Kasy nie są dobrze oznaczone.

Kiedy to powiedziała, skrzywiła się. Kasy? Brzmiało to tak, jakby źle skręciła w markecie Target.

Pokręciła głową, próbowała wyglądać na w najwyższym stopniu poirytowaną i sięgnęła do torebki z monogramem LV. Chciała wyjąć nowiutką kartę American Express z portfela w zielono-czerwone paski Gucciego. Wtedy wszyscy zobaczyliby, że to niefortunna pomyłka. Przeprosiliby ją i – żeby wynagrodzić przykrości – obrzuciliby ją gratisami od sklepu.

– Na szczęście wyjście jest dobrze oznaczone – odparła lodowato Natalie.

Avery zauważała, że sprzedawczyni świetnie się bawi. Natalie zniżyła głos:

– Nie martw się, nie powiadomimy rodziców.

Obróciła się na obcasie czarnych pantofli Prady i wróciła do Jack, która czekała z zimnym, krzywym uśmieszkiem na irytująco piegowatej twarzy.

– Po prostu muszę ją mieć na pierwszy dzień w szkole – westchnęła teatralnie Jack.

Wzięła torebkę i przyjrzała się jej uważnie, jakby chciała się upewnić, że Avery nie wybrudziła jej lepkimi palcami.

– Koniec zakupów – oznajmił cicho ochroniarz, wyrywając Avery z ponurego zamyślenia.

Dwóch innych ochroniarzy odprowadziło ją do wyjścia na Sześćdziesiatą Pierwszą ulicę.

Drzwi zamknęły się za nią ze stłumionym odgłosem. Twarz Avery płonęła. Podświadomie spodziewała się, że zaraz wybiegnie za nią tłum z Barneys, ale minęły ją tylko dwie kobiety około trzydziestki. Pchały czarne wózki Bugaboo przypominające czołgi i rozmawiały o przedszkolach. Odźwierni w białych rękawiczkach stali przed rzędami luksusowych apartamentowców. Czerwony dwupiętrowy autobus jechał w stronę Central Parku. Avery poczuła, że wreszcie jej serce zaczyna zwalniać. Nikt nie miał pojęcia, kim jest, ani co się właśnie stało. Poprawiła apaszkę i przeszła przez ulicę z wysoko uniesioną brodą. To nie Nantucket, gdzie wszystko rozgłaszano w nieskończoność. To Nowy Jork, miasto, w którym żyje ponad osiem milionów ludzi, gdzie Avery może robić, co jej się spodoba… Albo być, kim jej się żywnie spodoba. I co z tego, że nie dostała torebki Givenchy? Nadal miała nowe lakierki bez pięty Louboutina, które kupiła wczoraj, i przynoszące szczęście perły od babci Avery. Pewnie spokojnie jutro będzie mogła pójść do Barneys i nikt jej nie pozna.

Kiedy przechodziła przez Piątą Aleję, przystojny chłopak w szarej koszulce szkoły średniej Riverside i czapce Yankees przebiegł obok niej, uśmiechając się. Odpowiedziała mu szerokim uśmiechem, trzepocząc wytuszowanymi rzęsami. Jutro Avery Carls zacznie nowe życie w nowej szkole i Jack Laurent stanie się odległym wspomnieniem – zasmarkana diwa, która ukradła jej torebkę. Nikt o niej nigdy więcej nie usłyszy.

Może. Tylko że dowcip polega na tym, że chociaż Nowy Jork jest ogromnym miastem, Manhattan jest maleńką wyspą…