Kochaj tego z kim jesteśTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kochaj tego z kim jesteś
Kochaj tego z kim jesteś
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Kochaj tego z kim jesteś
Kochaj tego z kim jesteś
Audiobook
Czyta Zuzanna Puławska
24,99  19,74 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cecily von Ziegesar

Plotkara: Wejście Carlsów 4: Kochaj tego z kim jesteś

Tekst Annabelle Vestry

Przekład

Marta Czub

Saga

Powieść autorstwa Cecily von Ziegesar

Plotkara: Wejście Carlsów 4: Kochaj tego z kim jesteśTytuł i data wydania oryginału: Gossip Girl: The Carlyles #4: Love the One You're With, 2009 Tłumaczenie z języka angielskiego: Marta Czub Opublikowano w porozumieniu z Rights People, London Na licencji Alloy Entertainment, LLC Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2020 SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726535792

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont

Próżno żądać, żeby ludzie zadowolili się spokojem:

trzeba im działania, a jeśli go nie znajdą,

sami się o nie postarają.

Charlotte Brontë Dziwne losy Jane Eyre

plotkara.net 1

tematy na celowniku wasze e-maile zapytaj

Wszystkie nazwy miejsc, imiona i nazwiska oraz wydarzenia zostały zmienione lub skrócone, po to by nie ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Nadszedł listopad, miesiąc, kiedy jesień przechodzi w zimę, a my szczelniej opatulamy się kaszmirowymi swetrami i zaczynamy już myśleć o świętach. My w NY pozwalamy turystom cieszyć się miastem niezależnie od tego, czy ubrani w jaskrawe kurtki puchowe stawiają niepewne kroki na lodowisku Wollman Rink, czy też w trakcie parady Macy’s z okazji Święta Dziękczynienia gapią się na niesamowicie wielki balon ze SpongeBobem Kanciastoportym w roli głównej. Jest zimno, ciemno, ale okna w Bergdorf świecą jaśniej niż wystawione tam sukienki Marni, a każda z nas, mieszkanek Manhattanu, nie może się wprost doczekać, kiedy z szykiem wkroczy w nowy sezon.

jedno na myśli

Święto Dziękczynienia. Kto by pomyślał, że święto, którego ideą jest wdzięczność (moja własna krótka lista: wyprzedaże światowych kolekcji, kawa z Corner Bakery, porozbierani przystojniacy z drużyny pływackiej Świętego Judy uprawiający jogging w Central Parku), zamieni się w czterodniowe obżarstwo i przymusowe zacieśnianie więzi z dalszą rodziną? Wielu nowojorczyków oszczędza sobie na szczęście takich problemów i ewakuuje się na święta z miasta. I czy można im się dziwić? Po co wysłuchiwać opowieści podpitego wujka o zamierzchłych dniach świetności, skoro można w tym czasie plażować w swoim najbardziej ponętnym, seksownym bikini Malii Mills lub wybrać się na stok w nowych kozaczkach wykończonych futerkiem?

Moja dobra rada: rozejrzyjcie się za kimś, kto wybiera się na wakacje, i po prostu się z nim zabierzcie!

na celowniku

A i J przymierzają we wspólnej kabinie w Barneys sukienki Stelli McCartney. Przejście od nienawiści do przyjaźni zajęło im tyle czasu, ile blednie opalenizna z ostatnich dni lata… Nieco później: J jest już na podwórku przy Bleecker Street ze swoim nowym-starym chłopakiem J.P. i dwoma piegowatymi maluchami. To tylko opieka nad dziećmi czy może przedwczesna wizyta ducha przyszłych świąt Bożego Narodzenia?… R, O i reszta chłopaków z drużyny pływackiej ignorują otaczające ich kociaki i spędzają czas w męskim gronie, popijając piwo w jednej z tych spelunek o lepkiej podłodze przy Drugiej ulicy – tam nie trzeba się legitymować… I w końcu B ze swoją najlepszą przyjaciółką, okolczykowaną i wytatuowaną S, robi zdjęcia na Brooklynie. Chyba poważnie traktują „Rancor”!

wasze e-maile

 

 P: Droga Plotkaro!

 

 Co porabiasz w Święto D.? Serdecznie zapraszam do siebie. Starzy wyjeżdżają. Cudownie! Imprezowiczka

 

 O: Droga I!

 

 Twoja propozycja brzmi kusząco, ale planuję akurat spędzić święta z ludźmi, których choć trochę znam. Korzystaj jednak z wolnej chaty!

 

 P.

 

 P: Droga Plotkaro!

 

 Wygląda na to, że oszalałam na punkcie jednego z chłopaków z drużyny pływackiej Świętego Judy, ale oni zawsze trzymają się razem i trochę mi głupio zagadać do niego w obecności wszystkich jego kolegów. Co zrobić?

 

 Fanka Pływania

 

 O: Droga F.P.!

 

 Wskazówka: faceci są jak antylopy gnu – czują się bezpieczniej, kiedy przemieszczają się w stadzie, i bardziej boją się Ciebie niż Ty ich. Z bliska wcale nie są aż tacy straszni. Spróbuj zapolować na niego, gdy będzie sam. Zobaczysz sama, co z tego wyniknie.

 

 P.

Przyszło mi jeszcze na myśl kilka innych rzeczy, za które mogę być wdzięczna: napaleni faceci, maleńkie bikini Missoni i wyspy, na których można pić bez względu na wiek. Otóż to, dołączam do zastępów nowojorczyków wybywających z miasta. Pytacie: dokąd? Chcielibyście wiedzieć? Wyluzujcie. Powinniście być wdzięczni, bo bez względu na to, gdzie będę, obiecuję Wam śledzić, co robi każda licząca się osoba – na tej wyspie i na każdej innej, na którą warto zawitać.

Wiecie, że mnie kochacie.

plotkara

wszystko w rodzinie

– Jakie plany na Święto Dziękczynienia? Co zwykle robią wasze rodziny? – spytała Avery Carlyle swoje przyjaciółki, Jack Laurent i Jiffy Bennet.

Siedziały wciśnięte w przytulną skórzaną kanapę w Amaranth. Kafejka cieszyła się popularnością wśród tych, którzy wykończeni zakupami w Barneys, lubią doładować się cappuccino albo drinkiem. O takim właśnie miejscu marzyła zawsze Avery, kiedy wyobrażała sobie życie w Nowym Jorku.

– Jakieś imprezy? – dodała z nadzieją w głosie i upiła łyk cappuccino.

Prawdę mówiąc, Avery doskonale by się obeszła bez Święta Dziękczynienia. To jedynie czterodniowe zakłócenie w jej życiu, w którym miała już właściwie wszystko, za co mogłaby być wdzięczna.

No, prawie wszystko.

We wrześniu, kiedy opuściła dom w Nantucket, w którym się wychowała, i poszła do pierwszej klasy w ekskluzywnej Szkole dla Dziewcząt Constance Billard, wydawało się, że jest skazana na rolę jednej z tych nieszczęsnych dziewczyn, które spędzają całą przerwę obiadową w bibliotece, bo nie mają gdzie się podziać. Trzeba zacząć od tego, że Avery i Jack zapałały do siebie natychmiastową niechęcią, bo na dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego pokłóciły się w Barneys o torbę z limitowanej serii Givenchy. Konflikt w krótkim czasie przerodził się w regularną wojnę między nimi, a Avery została całkowicie odseparowana przez koleżanki z klasy. Potem, kiedy Avery zdobyła upragniony staż w czasopiśmie „Metropolitan”, a wścibska dziennikarka z kolumny towarzyskiej nalegała, żeby zdradziła jej sekrety Jack, Avery dowiodła sobie i koleżankom z Upper East Side, że potrafi się wznieść ponad to wszystko. W końcu dziewczyny się do niej przekonały.

Teraz były z Jack przyjaciółkami, a od miesiąca Avery mogła wreszcie wieść nowojorskie życie, takie jak je sobie wyobrażała: pełne przyjęć koktajlowych, wernisaży i przesiadywania w kawiarniach – tak jak teraz.

– Boże, nie chce mi się nawet myśleć o Święcie Dziękczynienia. Muszę jechać z rodzicami do domu Beatrice i Deptforda w Greenwich. To znaczy pod warunkiem, że Deptford dożyje. – Jiffy wzruszyła ramionami i wsunęła do ust plasterek awokado. Była drobna, miała perkaty nos i długą prostą grzywkę opadającą na brązowe oczy. A do tego złośliwe dwa i pół kilo, przez które nie mieściła się w fajne ciuchy, które już znudziły się starszej siostrze. Beatrice miała trzydzieści dwa lata, obracała się wśród śmietanki towarzyskiej i prowadziła własną kolumnę w „Page Six” – a tam wyjawiała ze wszystkimi szczegółami sekreciki dotyczące planowanego małżeństwa – z siedemdziesięciopięcioletnim narzeczonym!

Tak, jakbyśmy rzeczywiście chcieli o tym słuchać.

– A mnie czeka piekielne towarzystwo moich przyrodnich siostrzyczek. – Jack wbiła widelczyk w napoleonkę. Na delikatny biały talerz posypały się okruchy czekolady, okrywając go chmurą kakaowego pyłu.

– Nie jest chyba aż tak źle, co? Przynajmniej mają niańkę – podsunęła Avery i spojrzała na przyjaciółkę. Jack zawsze wyglądała ślicznie, ale ostatnio miała podkrążone oczy i nawet krem La Mer nie był w stanie tego zamaskować.

Życie Jack przypominało z grubsza sukienkę z H&M: z daleka prezentowało się naprawdę wystrzałowo i zgrabnie. Udało jej się zamienić zdzirowatość i próżność w zalety, poza tym była już właściwie zawodową baletnicą, a do tego chodziła z J.P. Cashmanem, synem jednego z potentatów w branży nieruchomości na świecie, a przy tym całkiem miłym gościem. Naprawdę jednak życie Jack, zwłaszcza rodzinne, rozpadało się na kawałki. Jej mama, niegdyś francuska baletnica, kręciła obecnie reality show w Paryżu, a Jack mieszkała z ojcem, macochą i dwiema przyrodnimi siostrami w ich domu w West Village – i odgrywała rolę darmowej opiekunki.

 

– Cześć, piękna!

Avery podniosła wzrok na brązowookiego szatyna, chociaż od razu wiedziała, że to J.P. przyszedł po Jack. Ubrany w czarny wełniany płaszcz i czarne spodnie od garnituru, wyglądał raczej na początkującego maklera, a nie na pierwszoklasistę z Riverside Prep.

– Jak leci, dziewczyny? – zagadnął wesoło, przeczesując pieszczotliwie kasztanowe loki Jack.

– J.P.! – pisnęła, strącając żartobliwie jego dłoń i starannie zaczesała włosy za uszy.

– Omawiamy plany na Święto Dziękczynienia. – Avery uśmiechnęła się nieśmiało. Mimo że cieszyła się, iż J.P. i Jack znów są razem, zawsze czuła się trochę osamotniona, kiedy widziała tak dobraną parę. Dlaczego ona nie potrafi znaleźć sobie chłopaka, który będzie ją tak kochać?

– Właściwie już się zbierałyśmy – powiedziała Jack i odsunęła krzesło. Pogrzebała w szarym skórzanym portfelu

Chloé i rzuciła na stół kartę American Express. Kelner w białej koszuli natychmiast ją zabrał.

– Właśnie. – Avery spojrzała na swoje odbicie w złotym lustrze nad barem i nasunęła na koniuszki uszu czarno-biały kapelusz w kratkę Marca Jacobsa. Mimo że był dopiero listopad, temperatura spadła już poniżej zera, a w prognozach zapowiadali śnieg na cały tydzień.

Cała czwórka wyszła na zewnątrz prosto w zimny zmierzch.

– Brrr! – Jiffy zadygotała i otuliła się ciaśniej zielonym płaszczem Marc od Marca Jacobsa. – Może wpadniecie do mnie? – zaproponowała z nadzieją.

– Musimy lecieć. Złapiemy taksówkę do centrum. – Jack chwyciła J.P. za łokieć i uniosła dłoń w skórzanej rękawiczce. – Do zobaczenia, dziewczyny! – zawołała, kiedy taksówka zatrzymała się przy krawężniku z piskiem opon.

Avery przyglądała się, jak J.P. otwiera drzwi do taksówki, a Jack sadowi swoje smukłe ciało na popękanym winylowym siedzeniu. Wyglądało to jak starannie wyćwiczona choreografia.

W przeciwieństwie do pewnych rzeczy, których nie przećwiczyli jeszcze nigdy.

– A ty co robisz w święto indyka? – spytała Jiffy, kiedy wraz z Avery ruszyły w górę ulicy.

– Nie wiem. Chyba spędzimy je z rodziną. – Avery nie była jednak tego taka pewna. Od kiedy mama na poważnie związała się z nowym facetem, trojaczki nie miały pewności, jak spędzą święta, a jak dotąd nikt nie miał odwagi o to zapytać. Poza tym Avery zbyt dobrze się bawiła, poznając prawdziwe oblicze Nowego Jorku, żeby interesowały ją plany matki. Przez ostatni miesiąc każdą minutę poza szkołą spędzała z Jack, Jiffy, Genevieve i Sarą Jane. Wszystko ją cieszyło: wyszukiwanie świetnych restauracji, imprezy, bary i kluby, w których nie trzeba było się legitymować. Ostatnio jednak prześladowało ją niepokojące uczucie, że wkrótce coś się zmieni.

Czy przez „coś” rozumiała chłopaka?

– Czy jacyś koledzy twojego brata są wolni? – zagadnęła Jiffy, jakby czytała jej w myślach.

– Kilku – rzuciła Avery.

Oddalały się w miłej atmosferze od centrum, mijając oszklone witryny sklepów na Madison Avenue, wszystkie przyozdobione świąteczną czerwienią, srebrem i zielenią. Jiffy podbiegła, żeby zrównać się z długimi krokami Avery, przerzucając przy tym dwie lśniące czarne torby z Barneys z jednego ramienia na drugie.

– A podoba ci się któryś?

– Niespecjalnie – odparła wymijająco Avery. Nie chciała przyznać, że tak naprawdę zadurzyła się trochę w najlepszym kumplu swojego brata, Rhysie. Nie, żeby przyjaciółce nie ufała. Po prostu nie chciała zapeszyć – wydawało się jej, że jeśli otwarcie powie, co jest grane, nic z tego nie będzie.

Avery była w głębi duszy romantyczką, a ostatnio zaczęła nawet sądzić, że to dla niej w pewnym sensie przekleństwo. Kiedy miała trzynaście lat, pisała listy, wkładała je do butelek i wrzucała do oceanu, pewna, że jakiś europejski monarcha znajdzie je wyrzucone na odległym brzegu po drugiej stronie Atlantyku. Oczywiście teraz nie wkładała już listów do butelek, ale nadal z jakiegoś powodu nie potrafiła znaleźć sobie chłopaka. Jasne, wokół było pełno facetów, ale chodziła w końcu do szkoły dla dziewcząt i nie mogła tak po prostu zamieścić ogłoszenia, że szuka chłopaka.

Czy Internet to współczesny sposób na wysyłanie listów w butelce?

– Cóż, nie wszyscy mogą być jak Jack i J.P. – Jiffy wzruszyła ramionami. – Wiesz co, Beatrice zna trochę fajnych facetów.

Avery skrzywiła się na myśl o facetach, z którymi mogłaby umówić ją Beatrice. Osiemdziesięciolatkowie? Dziewięćdziesięciolatkowie? Nie, dzięki. Może i jest zdesperowana, ale na pewno nie aż tak.

Jeszcze nie.

– Aha – rzuciła Avery niezobowiązująco. Doszły już na Siedemdziesiątą Drugą ulicę.

– Wesołych świąt! Zadzwoń, gdybyś się nudziła. – Cmoknęła powietrze przy policzkach Jiffy, a potem szybko skierowała się na zachód, na Piątą Aleję, pochylając z zimna głowę i kuląc ramiona, opatulona jasnoniebieskim dwurzędowym płaszczem Theory. Weszła przez drzwi obrotowe do budynku, a w holu przywitał ją przyjemny podmuch gorącego powietrza.

– Panno Carlyle. – Jim, jej ulubiony portier, uśmiechnął się dobrodusznie.

– Witam – powiedziała Avery, a jej lakierowane skórzane buty Miu Miu Mary Janes zastukotały na wypolerowanej podłodze. Obszerny, ale przy tym gustowny marmurowy hol, utrzymany w tonacji zieleni i złota, był już przyozdobiony na święta: w rogu stała mała choinka, a wokół stanowiska portiera wiły się girlandy z ostrokrzewu. Naprawdę nie chciała spędzać swojego pierwszego Bożego Narodzenia w Nowym Jorku sama. Pewnie Jiffy miała rację i rzeczywiście Avery musi opracować plan zdobycia chłopaka.

Może portier ma syna…

– Przytrzymaj windę! – zawołał męski głos kilka metrów za nią. Avery wsunęła dłoń między drzwi. – Avery!

– Cześć! – pisnęła, widząc Remingtona Wallisa, faceta swojej matki, metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Miał zaczerwienioną z zimna twarz i był obładowany reklamówkami z warzywami. Miał szpakowate włosy à la George Clooney, ubrany był w spodnie khaki, różową koszulę z kołnierzykiem na guziki i czarną kamizelkę z goreteksu. Wyglądał, jakby właśnie wrócił z Aspen, chociaż sądząc po wielkich warzywnych zakupach, był zapewne na targu Union Square. Nikt by nie zgadł, że jego majątek liczył się w miliardach dolarów, a jego nazwisko regularnie pojawiało się na liście najbogatszych ludzi czasopisma „Fortune”. Wyglądał jak tatko z przedmieścia.

– Ta torba zaraz się rozerwie. Czy możesz być tak miła i to przytrzymać? – spytał Remington. Wyciągnął podłużną dynię piżmową i podał ją Avery. – Twoja mama uwielbia dynie.

Avery uśmiechnęła się z czułością. Inni mieszkańcy Upper East Side rozmawialiby w tym czasie o squashu, a nie o warzywach dyniowatych. Ale Edie była inna, zawsze wolała uszyte własnoręcznie batikowe sukienki od szafy pełnej wyszukanych kreacji.

Remington i Edie dorastali razem w Nowym Jorku. W szkole średniej byli parą, ale potem Edie wyjechała do San Francisco w pogoni za Greatful Dead i wkrótce potem zaszła w ciążę trojaczą, co było efektem rozrywkowych wakacji, w trakcie których sprzedawała wraz ze swoimi przyjaciółmi hipisami biżuterię z konopi indyjskich. Remington natomiast poszedł w ślady przodków rodziny Wallisów: najpierw Yale, a potem dyplom z biznesu na Harvardzie. Założył fundusz inwestycyjny i stał się cudownym dzieckiem Wall Street, poślubił kobietę z wyższych sfer, a potem się rozwiódł, kiedy wyszły na jaw jej skandaliczne notoryczne zdrady. Wkrótce potem zrezygnował z pracy, poświęcił się córce, a pieniądze wykorzystywał na finansowanie projektów artystycznych – im bardziej ekscentrycznych, tym lepiej. Na Edie natrafił po raz drugi, kiedy sponsorował brooklyńską wystawę jej abstrakcyjnych instalacji – gigantycznych rzeźb w kształcie szynszyli.

– Jasne. – Avery uśmiechnęła się i niezdarnie spróbowała przytrzymać dynię, przyciskając ją do torebki Marca Jacobsa z szorstkiej skórki w kolorze żurawiny. Mimo że wciąż jeszcze nie przywykła do tego, że jej mama się z kimś umawia – nigdy tego nie robiła, kiedy trojaczki były młodsze – widziała, że Remington naprawdę się o nią troszczy.

Winda powoli sunęła na czternaste piętro. Drzwi otworzyły się, Remington przepuścił Avery pierwszą.

– Witajcie, kochani! – Jak na zawołanie Edie otworzyła drzwi do apartamentu Carlyle’ów. Jej kolczyki wykonane z maleńkich srebrnych łyżeczek zabrzęczały głośno. Edie miała na sobie przewiązaną w pasie, przypominającą szlafrok białą sukienkę i parę czerwonych chodaków, których nie powinien nosić nikt, nie wykluczając norweskich tancerek ludowych. Edie była jednak chuda jak szczapa, miała duże błękitne oczy i blond włosy, wśród których widać było tylko kilka siwych kosmyków, więc nawet Avery musiała przyznać, że można jej wybaczyć dziwaczny gust, jeśli chodzi o ciuchy.

– Och, Remington. – Edie rozczuliła się, widząc dynię, którą Avery wciąż tuliła do siebie niczym dziwacznego noworodka. – Ty zawsze umiesz zrobić mi niespodziankę! – Edie delikatnie wzięła dynię z rąk Avery i objęła Remingtona.

Avery taktownie odwróciła wzrok i skoncentrowała się na abstrakcyjnym czerwono-białym malowidle, które pojawiło się w korytarzu z dnia na dzień. Zmrużyła oczy. Czy to Picasso? Albo to autentyk, albo odkryty przez Remingtona bezimienny brooklyński artysta.

W bezpiecznej odległości podążyła za matką i Remingtonem do kuchni krętym, wypolerowanym korytarzem ogromnego mieszkania.

– Hej! – zawołała jej siostra Baby. Potargane, faliste brązowe włosy miała ściągnięte w luźną kitkę. Pochylona nad marmurowym blatem stojącej na samym środku wyspy kuchennej przeglądała zdjęcia w swoim aparacie cyfrowym. Ich brat Owen grzebał w lodówce, jasnoblond czuprynę wciąż miał mokrą po treningu pływackim, a ubrany był w wytartą szarą koszulkę z Piratami z Nantucket. Prawdopodobnie szukał puszki red bulla. Wypijał ich co najmniej trzy dziennie.

– Cześć, Ave! – zawołał radośnie, unosząc srebrno-niebieską puszkę w żartobliwym geście powitalnym.

– Przygotujemy z Remingtonem kolację! – obwieściła wielką nowinę Edie. Otworzyła na oścież stłoczone pod ścianą w głębi kuchni szafki z drewna orzechowego i zaczęła wyciągać kolorowe naczynia żaroodporne Le Creuset. – Danie z ziemiopłodów. Już ja coś wymyślę.

Avery westchnęła. Czasem improwizowane potrawy matki były przepyszne, przeważnie jednak traktowała ona gotowanie jak kolejny eksperyment artystyczny.

– A może pozwolisz mi się tym zająć? – zaoferował Remington. – Mogę zrobić ravioli z dynią i szałwią – pomyślał na głos i zaczął zdejmować przyprawy ze stojaka, marszcząc przy tym szpakowate brwi. Odwrócił się do trojaczków. – To wyjątkowa okazja, moja córka Layla przyjechała z Oberlin i będzie dziś na kolacji – oznajmił.

– Tak się cieszymy, że się wreszcie poznacie – powiedziała Edie. Spojrzała na swoje dzieci, jakby w wyobraźni widziała już, jak rozrasta się jej trzódka. – I tak, rzeczywiście może to ty zajmij się kuchnią, kochanie. Remington skończył szkołę gastronomiczną – wyjaśniła z dumą Edie, opierając brodę o jego ramię i spoglądając na blat.

– Jakiś rok lub dwa lata temu. Kiedy rzuciłem pracę na pełny etat, a Layla poszła na studia. Uznałem, że nadszedł czas na własne pasje. Mniej więcej w tym samym okresie zaangażowałem się w działanie Brooklyńskiego Kolektywu Artystycznego. Oczywiście teraz odnalazłem już swoją największą pasję! – Remington muskularnymi ramionami objął szczupłą talię Edie i wycisnął na jej ustach długi pocałunek.

I wszystko jasne.

Avery usiadła obok Baby przy kuchennej wyspie.

– Wiecie, jakie mamy plany na Święto Dziękczynienia? – spytała szeptem i spojrzała najpierw w głębokie kawowe oczy Baby, a potem w jasnoniebieskie oczy Owena.

– Ja nic nie wiem. – Owen pokręcił głową. – Czy on jest częścią naszych planów? – dodał ledwo dosłyszalnie i zerknął w bok na Remingtona i Edie.

– Nie mam pojęcia. Ale mogę się założyć, że jak zwykle wszystko będzie dziełem przypadku – skomentowała Baby, przewracając znacząco oczami. Jeszcze w Nantucket Edie zawsze spraszała na święta różnych ludzi, którzy nie mieli co ze sobą zrobić. W zeszłym roku na przykład byli to: poważny kapitan ze Szwecji o imieniu Oleg, dziewięćdziesięciotrzyletnia dama z Bostonu, którą pominięto w obchodach Święta Dziękczynienia po tym, jak obwieściła swojej licznej rodzinie, że przekazuje cały majątek Towarzystwu Opieki nad Zdziczałymi Kotami, a także para trzydziestolatków, którzy przemieszczali się od stanu do stanu i od czasu do czasu rozstawiali krzesełka ogrodowe, a obok nich znak z napisem: „Porozmawiaj z nami!”

– O czym mowa? – Edie przemknęła obok nich, niosąc do zamrażarki warzywa, których nie miała zamiaru na razie wykorzystać.

 

– Co robimy w Święto Dziękczynienia? – spytała niewinnie Avery. – Bo jeśli nie mamy żadnych konkretnych planów, mogłabym chyba dotrzymać towarzystwa Jack. Ma w domu dość ciężką sytuację – wyjaśniła.

– Mogę się przyłączyć, jeśli Jack potrzebuje posiłków – zaoferował się Owen, wziął kawałek ciasta czekoladowego z talerza i wepchnął sobie do ust.

– Tak właściwie to Remington chciałby wam coś powiedzieć. Remington! – krzyknęła Edie w drugą stronę kuchni, gdzie Remington krzątał się przy sześciopalnikowej kuchence.

– A, tak! – Wytarł ręce w tył spodni i podszedł do wyspy. – Jak wiecie, wasza mama jest dla mnie kimś bardzo ważnym. I wy wszyscy również staliście się dla mnie ważni. – Remington przechylił się niezgrabnie, chcąc zmierzwić jasne włosy Owena. Owen, który mierzył metr dziewięćdziesiąt i niespecjalnie już nadawał się do mierzwienia włosów, zrobił unik. – Pomyślałem więc, że moglibyśmy wyjechać gdzieś razem. Wasza trójka, Edie i ja, i Layla. To znakomita okazja, żebyśmy mogli się wszyscy lepiej poznać. Zarezerwowałem dla nas kilka domków na Shelter Cay. Kiedyś ta wyspa należała do mnie. Sprzedałem ją wiele lat temu, ale to nadal jedno z moich ulubionych miejsc. – Remington wrócił do kuchenki, jakby właśnie ogłosił, że wychodzą zjeść na miasto.

– Twoja wyspa? – spytała zdumiona Avery.

– Bardzo mała, na Bahamach. To była jedna z moich pierwszych inwestycji. Wciąż jednak mam tam chody. – Remington się uśmiechnął.

– Czy to nie cudownie? – zaćwierkała z błyszczącymi oczami Edie. – Oczywiście, jeśli chcielibyście kogoś ze sobą zabrać, na przykład twoją przyjaciółkę Jack, możecie śmiało to zrobić. Im będzie nas więcej, tym weselej! Każdy powinien się dobrze bawić w Święto Dziękczynienia – dodała z przekonaniem.

– Jasne, dzięki! – rzuciła podekscytowana Avery. Wakacje w tropikach, a do tego wszystkiego może zabrać Jack? Odsunęła od siebie talerz z ciastem, jakby było zatrute. O rany, miała tyle do zrobienia! Kupić nowy strój kąpielowy i kilka sukienek Lilly Pulitzer, umówić się do solarium w Bliss… Szybko wyjęła z torby różowy organizer.

– Wspaniale – wymamrotał Owen na odchodnym.

– Poczekaj! – zawołała Avery i pobiegła za nim.

– Owen… – Baby zsunęła się z krzesła i pomknęła korytarzem za swoim rodzeństwem, jak przystało na lojalną siostrę.

– Nie mogę uwierzyć! – krzyknął Owen, kiedy znaleźli się w jego pokoju. Kiedy byli mali, całą trójką odbywali narady w domku na drzewie na podwórku. Nie robili już tego od wieków. Teraz, stojąc na podłodze zasypanej brudnymi ciuchami Owena, Avery czuła się jednocześnie staro i młodo.

– On spotyka się z mamą chyba od miesiąca – rzucił ze złością Owen.

– Wyluzuj. Są zakochani. Nie musisz się tak zachowywać tylko dlatego, że w tym roku nikt nie przygotuje tofu à la indyk. Czy to właśnie to cię tak złości? – zakpiła Baby. Od kiedy Owen skończył dwanaście lat, uznał, że to on jest odpowiedzialny za kolację w Święto Dziękczynienia.

– Nie. – Owen nie był najwyraźniej w nastroju. – Chodzi o to, że… kim właściwie jest ten facet, że mówi nam, co mamy robić w Święto Dziękczynienia? – Klapnął ciężko na łóżko obleczone we flanelowe prześcieradło i spojrzał na siostry, które stały z założonymi rękami i przypatrywały mu się z dwóch stron.

– No więc ujmę to inaczej. Wolałbyś, żeby mama zaprosiła swoich przyjaciół artystów z Brooklynu i kazała nam przez cały dzień bawić się w performerów? – spytała Baby.

– Prawdopodobnie, kiedy już będziemy na miejscu, w ogóle nie będziemy się z nimi widywać – zauważyła Avery. – A swoją drogą to miło, że możemy zaprosić przyjaciół. Powinieneś zaprosić Rhysa – zaproponowała, zmieniając temat.

Najsubtelniej, jak tylko się dało.

– Jasne. Chyba oleję tę całą rodzinną kolację i pojadę do Hugh. Skrzyknął trochę ludzi. – Owen poszedł do łazienki i zamknął drzwi. Narada trojaczków najwyraźniej dobiegła końca.

– No i świetnie! – rzuciła melodyjnym głosem Baby, wyrażając dezaprobatę dla fochów Owena.

– No i świetnie – zawtórowała jej Avery. Owen był całkowicie niedojrzały, jeśli jednak chciał spotkać się z kolegami z drużyny, oznaczało to, że będzie miał świetną okazję, żeby zaproponować Rhysowi wyjazd. Avery wyobraziła sobie, że siedzi na plaży w bikini Milly, słonawy wiatr rozwiewa jej włosy, a półnagi Rhys podaje jej daiquiri ze słomką. – No i świetnie – powtórzyła, ale było dużo lepiej niż świetnie. Po prostu rewelacja.

Teraz należy mieć tylko nadzieję, że książę z bajki nie ma już innych planów.