Plotkara. Nikt nie robi tego lepiejTekst

Z serii: Plotkara #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Plotkara. Nikt nie robi tego lepiej
Plotkara. Nikt nie robi tego lepiej
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Plotkara. Nikt nie robi tego lepiej
Audio
Plotkara. Nikt nie robi tego lepiej
Audiobook
Czyta Zuzanna Puławska
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cecily von Ziegesar

Plotkara 7: Nikt nie robi tego lepiej

Saga

Powieść autorstwa Cecily von Ziegesar

Plotkara 7: Nikt nie robi tego lepiej

Tytuł i data wydania oryginału:

Gossip Girl #7: Nobody Does It Better, 2005

Tłumaczenie z języka angielskiego: Małgorzata Strzelec


Opublikowano w porozumieniu z Rights People, London

Na licencji Alloy Entertainment, LLC

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2020 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726535884

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont

Chcąc być łagodnym, okrutnym być muszę.

William Szekspir Hamlet przekł. J. Paszkowski

hej, ludzie!

plotbra.net 1

tematy wstecz dalej wyślij pytanie odpowiedź

Wszystkie nazwy miejsc, imiona i nazwiska oraz wydarzenia zostały zmienione lub skrócone, po to by nie ucierpieli niewinni. Czyli ja.

Zostały dwa tygodnie, żeby się zdecydować, do którego pójść college’u – oczywiście dotyczy to tylko tych, którzy mają jakiś wybór. Ćwiczymy się właśnie w trudnej sztuce: jak totalnie nie zawalić ostatniego semestru w szkole, jak najrzadziej bywając na zajęciach i nie odrabiając prac domowych. Jeśli zobaczycie dziewczyny, które zrzucają białoniebieskie szkolne mundurki i kładą się na Owczej Łące w Central Parku w ślicznych, szpanerskich bikini, to właśnie my. A jeśli zobaczycie grupę biegających boso chłopaków bez koszul, w podwiniętych spodniach khaki, z platynowymi zegarkami od Cartiera połyskującymi na opalonych, umięśnionych od gry w lacrosse rękach, to właśnie będziecie podziwiać naszych chłopaków. No dobra, jest dopiero jedenasta przed południem w piątek i powinnyśmy być na WFie albo francuskim dla zaawansowanych, ale zbliżamy się do końca najtrudniejszego roku w naszym życiu i naprawdę musimy wyluzować, więc odpuście nam trochę, w porządku? Albo lepiej przyłączcie się do nas.

A na wypadek, gdybyście do tej pory chowali się pod jakimś kamieniem i jeszcze nas nie znali – no bo znają nas już chyba wszyscy – to właśnie my jesteśmy tymi najpiękniejszymi na balach; księżniczkami i książętami z Upper East Side w Nowym Jorku. Przez większość czasu mieszkamy w rezydencjach przy Park Avenue albo Piątej Alei lub w ogromnych willach, które zajmują pół kwartału. Resztę czasu spędzamy w naszych „domkach na wsi”, co może oznaczać rezydencję w Connecticut lub w Hamptons, średniowieczny zamek w Irlandii albo willę na St. Barts z widokiem na morze. W tygodniu uczymy się – nuda – w którejś z tych małych, prywatnych, żeńskich lub męskich szkół na Manhattanie, gdzie obowiązują mundurki. W weekendy ostro balujemy, zwłaszcza teraz, gdy pogoda jest piękna i nasi rodzice są na swoich jachtach, w prywatnych odrzutowcach albo limuzynach z kierowcą i zostawiają nam, swoim zwariowanym dzieciakom, zupełną swobodę. A nas najbardziej teraz rajcuje coś, co nazywa się na literę „s”. Może jeszcze tego nie robicie, ale na pewno o tym mówicie. Wszyscy o tym mówią. A niektórzy też to robią. Zwłaszcza...

PARY, KTÓRE RÓWNIE DOBRZE MOGŁYBY JUŻ BYĆ MAŁŻEŃSTWAMI

Razem śpią, razem jedzą, pożyczają sobie ubrania. Nie zwracają uwagi na oddzielanie jego i jej rzeczy ze stosu ubrań porzuconych koło łóżka i po prostu wskakują w pierwszy lepszy ciuch, wiedząc, że i tak za chwilę go zrzucą. Żadne z nich nie może nigdzie pójść samo i nie usłyszeć pytań „A gdzie jest to...?” lub „Gdzie jest tamto...?”, jakby nie potrafili się rozdzielić na dłużej niż trzydzieści sekund. Wiem, już słyszę, jak się nabijacie. Przecież to takie nudne mieć jednego chłopaka. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, oni na pewno robią coś więcej, niż tylko rozmawiają o tym słowie na „s” – a niewielu z nas może to o sobie powiedzieć.

Wasze e-maile

 

 P: Droga P!

 

 Mój ojciec jest niezależnym producentem filmowym i właśnie wyjechał na festiwal do Cannes. Wszyscy tam mówią o filmie dokumentalnym na temat „uprzywilejowanych nastolatków z Nowego Jorku”, ale nikt nie wie, kto go nakręcił. Po pierwsze, występujesz w tym filmie? Po drugie, to ty go zrobiłaś? dziewczyna z LA

 

 O: Droga dziewczyno z LA!

 

 Nie mogę odpowiedzieć na twoje pierwsze pytanie, bo nie widziałam tego filmu, ale brzmi przerażająco znajomo... Kilka tygodni temu pewna dziewczyna z ogoloną głową chodziła za wszystkimi z kamerą... A co do twojego drugiego pytania – ledwo daję sobie radę z robieniem zdjęć moją komórką!

 

 P.

Na celowniku

Po północy S wybiega na paluszkach do skrzynki pocztowej przed swoim mieszkaniem przy Piątej Alei. W rękach trzyma plik wielkich białych kopert z herbami różnych college’ów. Ma na sobie skąpą błękitną koszulkę nocną Cosabella, która ledwo zakrywa jej słynną, prześliczną pupę (ku uciesze wszystkich portierów na służbie i taksówkarzy, którzy stoją w korku). Potem jednak wraca na paluszkach do domu, niczego nie wysławszy. Pewnie trudno jej podjąć decyzję co do przyszłego roku, skoro dostała się do wszystkich szkół, do których złożyła papiery, i może nawet do paru takich, gdzie w ogóle się nie zgłaszała! C zabiera swoje straszliwe wojskowe buciory do Toda, żeby je trochę odszykować. Będzie pierwszym kadetem w historii z różowymi frędzlami przy butach. D i J walczą o lustro w H&M. Wygląda na to, że teraz, kiedy oboje są tacy sławni, zaczęła się typowa dla rodzeństwa rywalizacja. V w kafejce internetowej w Williamsburgu gawędzi na czacie z przypadkowymi nieznajomymi. Ta kobieta niczego się nie boi. K i I objadają się i knują intrygi w Jackson Hole. Boże, co tym razem? Nie widać nigdzie N i B... Jezu, czy oni nigdy się sobą nie znudzą? A co, jeśli w przyszłym roku będą musieli się rozstać?

Decyzje, decyzje, decyzje... Gdzie będziemy za rok? Czy zdołamy przetrwać bez siebie? Spróbujcie nie oszaleć. Wiecie, gdzie mnie szukać, gdybyście potrzebowali pomocy, towarzystwa albo gdybyście chcieli mnie zaprosić na jedną z tych słynnych spontanicznych imprez na dachu, które maturzyści organizują pod koniec roku.

Wiecie, że was kocham.

plotkara

sypialnia N to 100% czystej miłości

Obudź się! – Blair Waldorf szarpnęła kołdrę w kratę i pozwoliła jej opaść na podłogę obok antycznego łóżka.

Nate Archibald, całkiem nagi, leżał rozciągnięty swobodnie na materacu. Blair usiadła obok niego i z całej siły zatrzęsła parę razy łóżkiem. Nate nie otwierał oczu, chociaż złotowłosa głowa podskakiwała mu na poduszce. Dlaczego seks sprawiał, że ona była taka nakręcona, a on taki śpiący?

– Nie śpię – wymamrotał.

Otworzył jedno błyszczące zielone oko i natychmiast poczuł, że jest znacznie bardziej obudzony niż jeszcze sekundę temu. Blair też była naga – cały jej metr i sześćdziesiąt dwa centymetry, od lśniących, pomalowanych na koralowo paznokci u stóp po kasztanowe falujące włosy, które już nieco odrosły po króciutkim ścięciu. Miała tego rodzaju ciało, które nago prezentuje się jeszcze lepiej niż w ubraniu. Zaokrąglone, ale bez zbędnego tłuszczu, delikatniejsze, niż to zdradzały jej grzeczne, porządnie zaprasowane dżinsy i kaszmirowe sweterki albo krótkie, obcisłe czarne sukienki. Była jak wrzód na jego tyłku, bo odkąd skończyli jedenaście lat wiele razy rozstawali się i godzili. A on pragnął jej nagości chyba jeszcze dłużej. Jakie to typowe, że Blair potrzebowała sześciu lat i pół roku, żeby przestać się kłócić i w końcu pójść z nim do łóżka.

A kiedy już raz to zrobili, nie potrafili przestać. Nate złapał ją i wciągnął na siebie. Całował namiętnie gdzie popadło, napawając się myślą, że w końcu jest jego, cała jego.

– Ej! – zachichotała Blair.

Granatowe jedwabne rolety były podciągnięte, a okna otwarte, ale Blair miała gdzieś, czy ktoś ich zobaczy. Byli zakochani, piękni i uprawiali seks. Każdego, kto na nich patrzył, mogła zżerać jedynie zazdrość.

Poza tym uwielbiała zwracać na siebie uwagę, nawet przypadkowych, zboczonych podglądaczy, którzy akurat obserwowali ich z okien otaczających domów przez złocone lorgnon.

Całowali się przez chwilę, ale Nate był zbyt wycieńczony, żeby zrobić coś więcej. Blair sturlała się z niego i zapaliła papierosa. Co jakiś czas posyłała do Nate’a małe obłoczki dymu, jak aktorzy w Do utraty tchu, rewelacyjnym czarno-białym francuskim filmie, który widziała wcześniej tego dnia na zajęciach z francuskiego dla zaawansowanych. Główna bohaterka, blondynka, zawsze wyglądała stylowo, była piękna i nigdy nie pokazywała się bez szminki. Ludzie w tym filmie nie robili nic oprócz tego, że jeździli na skuterze Vespa, kochali się, przesiadywali w kafejkach i palili. I oczywiście przez cały czas rewelacyjnie wyglądali. Ale Blair musiała utrzymać oceny, jeśli chciała wyskoczyć z listy rezerwowych do Yale, a skoro miała na głowie szkołę, prace domowe i codziennie po lekcjach seks z Nate’em, niewiele czasu zostawało jej na dbanie o urodę. Ciemne, falujące włosy Blair były zmatowione i przepocone, usta spierzchnięte od długich pocałunków, a brwi zarośnięte. Tak naprawdę wcale jej to nie przeszkadzało. Zdecydowanie warto było poświęcić sprawie seksu trochę czasu przeznaczonego do tej pory na zabiegi upiększające. Poza tym przeczytała gdzieś, że godzina seksu pozwala spalić trzysta sześćdziesiąt kalorii, więc nawet jeśli trochę się zaniedbała, to przynajmniej była chuda!

 

Musnęła dłonią i wyczuła odrastające włoski między ciemnymi, pięknie wygiętymi w łuk brwiami. No dobra, może odrobinkę jej to przeszkadzało, ale zawsze mogła złapać taksówkę i pojechać do salonu Elizabeth Arden na regulację brwi.

Pomijając kwestię brwi, Blair nigdy w życiu nie była tak szczęśliwa. Odkąd prawie dwa tygodnie temu zrobili to z Nate’em po raz pierwszy, czuła się zupełnie inną kobietą. Jedyną ciemną chmurę na jej różowym niebie stanowił irytujący fakt, że znalazła się tylko na liście rezerwowych do Yale. Jak będzie spędzać z Nate’em każde popołudnie, jeśli ona wyląduje w Georgetown – w jedynej szkole, do której ją przyjęli – a on pójdzie do Yale w New Haven, w Connecticut, albo do Brown w Providence, na Rhode Island lub do którejś z pozostałych świetnych szkół, gdzie zupełnie niesprawiedliwie się dostał. Nie przemawiała przez nią gorycz – po prostu Nate miał szczęście. Przychodził na egzaminy ujarany, nie brał żadnych dodatkowych zajęć i jego średnia wynosiła zaledwie cztery, podczas gdy ona chodziła na wszystkie zajęcia dla zaawansowanych, na egzaminie końcowym zdobyła tysiąc czterysta dziewięćdziesiąt punktów i miała średnią prawie pięć z plusem.

No dobra, może rzeczywiście była trochę zgorzkniała.

– Jeśli zgłoszę się do Korpusu Pokoju i przez kilka lat będę budować kanały i robić kanapki dla głodujących dzieci w Rio czy gdzieś indziej, to będą musieli mnie przyjąć do Yale, prawda? – zapytała.

Nate uśmiechnął się szeroko. Właśnie to uwielbiał w Blair. Była rozpieszczona, ale nie leniwa. Wiedziała, czego chce, a ponieważ niezachwianie wierzyła, że może mieć wszystko, czego zapragnie, jeśli tylko się postara, nigdy nie przestawała próbować.

– Słyszałem, że w Korpusach Pokoju wszyscy chorują. I trzeba mówić miejscowym językiem.

– Wobec tego będę pracować we Francji. – Blair wydmuchnęła dym w stronę sufitu. – Albo w którymś z tych afrykańskich krajów, gdzie mówią po francusku.

Próbowała sobie wyobrazić siebie, jak rozmawia z tubylcami w jakieś spalonej słońcem wiosce, trzymając na głowie gliniany dzban z kozim mlekiem, ubrana w pięknie farbowany, długi wschodni kaftan, który może wyglądać niezwykle seksownie, jeśli się go przewiąże w odpowiednich miejscach. Miałaby zabójczą opaleniznę i ciało składające się tylko z mięśni i kości z powodu ciężkiej pracy i straszliwej choroby jelit. Dzieci kręciłyby się wokół jej kolan, domagając się czekoladek Godivy, które zamawiałaby dla nich, a ona uśmiechałaby się do nich łagodnie jak piękna, niepomarszczona matka Teresa. Po powrocie do Stanów zdobyłaby nagrodę dla najlepszej wolontariuszki Korpusu Pokoju, a może nawet Pokojową Nagrodę Nobla. Zjadłaby kolację z prezydentem, który napisałby jej rekomendację do college’u, a Yale stanęłoby na głowie, żeby ją przyjąć.

Nate był pewien, że Korpus Pokoju pomaga tylko w krajach Trzeciego Świata, a nie w kwitnących pod względem gospodarczym państwach, takich jak Francja. Był też przekonany, że Blair nie wytrzymałaby nawet jednego dnia w jakiejś dalekiej, afrykańskiej wiosce, gdzie nie byłoby perfumerii Sephora ani nawet toalet ze spłuczką. Biedna Blair. To była rażąca niesprawiedliwość, że on się dostał, bez najmniejszych starań, podczas gdy ona, dziewczyna, która naprawdę chciała studiować w Yale, odkąd skończyła dwa latka, dostała się na listę rezerwowych. Z drugiej strony Nate przyzwyczaił się do tego, że bez wysiłku dostaje różne rzeczy.

Uniósł głowę i oparł ją na ręku. Czule odgarnął ciemne włosy z czoła Blair.

– Obiecuję, że nie pójdę do Yale, chyba że ciebie też tam przyjmą – przysiągł. – Równie dobrze mogę iść do Brown albo gdziekolwiek indziej.

– Naprawdę? – Blair zgasiła papierosa w marmurowej popielniczce w kształcie łódki, która stała koło łóżka, i objęła Nate’a za szyję.

Nate był zdecydowanie najlepszym chłopakiem, jakiego dziewczyna mogła sobie wymarzyć. Blair nie potrafiła zrozumieć, dlaczego z nim zerwała, i to nie raz, ale wiele, wiele razy.

Bo ją zdradzał wiele, wiele razy?

Teraz wiedziała tylko jedno: że nigdy, przenigdy go nie opuści. Oparła policzek na jego szerokiej, nagiej piersi. Właściwie, gdy się teraz nad tym zastanowiła, wprowadzenie się do domu Archibaldów było całkiem dobrym pomysłem, zwłaszcza że jej obecne własne mieszkanie nie miało nic wspólnego ze scenerią z filmu Siódme niebo. Jej matka raptem dwa tygodnie temu urodziła córeczkę i teraz przechodziła ciężką depresję poporodową. Dziś rano Blair zostawiła matkę szlochającą nad DVD przysłanym przez farmę peruwiańskich alpak. Jeśli adoptuje się stado roczniaków, można zamawiać ręcznie tkane koce i swetry z wełny zwierząt ze swojego stada. Mała siostrzyczka Blair będzie niedługo dumną posiadaczką włochatego białego koca z alpaki, który do niczego się nie przyda przez całe lato i pewnie tak już zostanie przez resztę jej życia. No chyba że jako nastolatka mała Yale przejdzie okres hipisowskiej mody na własnoręcznie robione rzeczy, wytnie w kocu dziurę na głowę i przerobi go na poncho.

Kiedy matka Blair była jeszcze w ciąży, poprosiła swoją córkę o wymyślenie imienia dla dziecka, a ona z czystego oddania dla ukochanego college’u nazwała siostrę Yale. Teraz mała Yale była żywym i bardzo hałaśliwym przypomnieniem faktu, że niezależnie od tego, jak oszałamiające były osiągnięcia jej starszej siostry, szkoła ma ją po prostu w nosie. Na dodatek dziecko przejęło sypialnię Blair, transportując ją do pokoju przyrodniego brata, Aarona, aż do czasu jesiennego wyjazdu do college’u. Aaron był rastafarianinem, weganem i miłośnikiem psów, więc z myślą o nim pokój urządzono samymi ekologicznymi, przyjaznymi środowisku rzeczami w odcieniach oberżyny i szałwii. Na domiar złego kotka Blair, Kitty Minky, zaczęła sikać na poduszki wypełnione łupinami z jęczmienia i wymiotować na maty z trawy morskiej, żeby zabić w pokoju zapach wiecznie śliniącego się psa Aarona, boksera Mookiego. Obrzydliwość, prawda?

„Zamieszkać u Nate’a”. Blair nie wiedziała, dlaczego wcześniej nie wpadła na ten pomysł. Ogłupiała matka, przesiąknięty kocim moczem pokój i nowo narodzona siostrzyczka o imieniu Yale nie sprzyjały ani nauce, ani seksowi. Było więc naturalne poszukać dla siebie nowego miejsca. Oczywiście w grę wchodził jeszcze dom Sereny, ale raz już próbowały i skończyło się kłótnią. Poza tym Serena niewiele by jej pomogła w kwestii seksu.

No chyba, że te stare plotki były prawdziwe...

Nate leniwie wodził dłonią po jej nagich plecach.

– Nie myślałaś nigdy o tatuażu? – zapytał ni stąd, ni zowąd, gdy głaskał ją po łopatkach.

Poza krótkim okresem na odwyku na początku tego roku Nate niemal codziennie od jedenastego roku życia był upalony trawą i Blair przyzwyczaiła się do jego dziwacznych pytań. Zmarszczyła spiczasty, lekko zadarty nosek na myśl o wielkiej bliźnie wypełnionej czarnym tuszem.

– Ohyda – odparła.

Zostawiała takie pomysły aktorkom, które lubią odstręczający wizerunek, jak Angelina Jolie.

Nate wzruszył ramionami. Zawsze uważał, że dobrze dobrany, maleńki tatuaż w odpowiednim miejscu może być szalenie seksowny. Na przykład czarny kotek między łopatkami naprawdę idealnie by pasował do Blair. Ale nim zdążył powiedzieć coś więcej, Blair szybko zmieniła temat.

– Nate? – Otarła się policzkami o jego męski, idealnie kształtny obojczyk. – Myślisz, że twoi rodzice mieliby coś przeciwko, gdybym została...

Nim zdołała skończyć zdanie, na dole rozległ się dzwonek.

Część domu, która należała do Nate’a, zajmowała całe ostatnie piętro – stąd osobny dzwonek przy frontowych drzwiach. Nate odsunął się od Blair i spuścił nogi na podłogę.

– Tak? – zawołał przyciskając guzik domofonu.

– Dostawa! – wrzasnął Jeremy Scott Tompkinson chrapliwym, ujaranym głosem. – Pospiesz się, póki gorące!

Nate usłyszał śmiech i jakieś inne głosy w tle. Blair poczekała, aż jej chłopak ich spławi, ale on nacisnął guzik, żeby ich wpuścić.

– Pójdę się ubrać – stwierdziła krótko.

Wyśliznęła się z łóżka i pomaszerowała do sąsiadującej z sypialnią łazienki. Jak to możliwe, że Nate był dość inteligentny, by dostać się do Yale, a jednak za głupi, żeby zrozumieć, że zapraszając swoich naćpanych przyjaciół do ich parnego, miłosnego gniazdka, całkowicie zniszczy nastrój?

Ale Yale nie przyjęło Nate’a ze względu na jego intelekt: szkoła potrzebowała kilku dobrych graczy lacrosse. I tyle.

Przynajmniej Blair miała teraz pretekst, żeby użyć cudnego sandałowego mydła w płynie L’Occitane, które gospodyni przynosiła Nate’owi pod prysznic. Wytarła się grubym granatowym ręcznikiem od Ralpha Laurena, wskoczyła w różowe, cieniutkie, jedwabne figi Cosabella, w spódnicę od wiosennego mundurka szkolnego Constance Billard z białoniebieskiej krepy i zapięła białą, lnianą bluzkę z rękawami trzy czwarte od Calvina Kleina na dwa z sześciu guzików. Bez stanika i boso wyglądała dokładnie w stylu „moja dziewczyna właśnie wyszła spod prysznica, więc moglibyście sobie pójść?” Miała nadzieję, że znajomi Nate’a zrozumieją aluzję, strzelą parę dymków i wyniosą się w podskokach. Roztrzepała wilgotne włosy palcami i otworzyła drzwi łazienki.

Bonjour!

Piersiasta, kruczowłosa i długonoga dziewczyna z L’Ecole powitała Blair z łóżka Nate’a. Blair widziała ją już na paru imprezach. Nazywała się Lexus albo Lexique czy jakoś równie irytująco. Miała szesnaście lat i jako dziecko była modelką w Paryżu, a teraz pracowała nad doprowadzeniem do perfekcji wizerunku jednej z francuskich hipisowskich zdzir. Lexique, która tak naprawdę nazywała się Lexie, miała na sobie wiązaną, ręcznie farbowaną, lawendowo-musztardową sukienkę, która wyglądała na uszytą przez kompletnego laika, ale która w rzeczywistości została kupiona u Kirny Zabete za czterysta pięćdziesiąt dolarów. Lexie nosiła też brzydkie sandały na płaskim obcasie w stylu pasterzy z Pakistanu, które można było kupić w Barneys i które wszyscy poza Blair najwyraźniej uważali za świetny pomysł na ten sezon. Lexie nie miała makijażu, a w chudych rękach trzymała gitarę. Obok niej leżała torebka pełna trawy.

Prawdziwa buntowniczka. Większość dziewczyn z L’Ecole nie ruszała się nigdzie bez gitanów, czerwonej szminki i wysokich obcasów.

– Chłopcy szykują fajkę na dachu – wyjaśniła Lexie. Przejechała kciukiem po strunach gitary. – Alors, chcesz ze mną poimprowizować, póki nie wrócą?

Poimprowizować?

Blair zmarszczyła nos jeszcze bardziej niż wtedy, gdy usłyszała o tatuażu. Zdecydowanie nie odpowiadało jej popalanie, granie na gitarze oraz śmianie się z idiotycznych uwag najaranych znajomych. I absolutnie nie miała ochoty spędzać czasu z tą Lexique, która najwyraźniej uważała się za najbardziej odlotową Francuzkę w Nowym Jorku. Blair wolała już oglądać potworki Ophrah w śmierdzącym kocimi sikami pokoju w towarzystwie szlochającej matki, wzruszonej losem małych alpak.

Ktoś wbił płonące kadzidełko o zapachu ambry w korkowy obcas jej nowych espadryli w kolorze mięty od Christiana Diora. Złapała kadzidełko i wepchnęła je do iluminatora jednego z ukochanych modeli łódek Nate’a, które stały na biurku. Zawiązała buty, porządniej zapięła bluzkę i złapała torbę z bambusowymi uszami od Gucciego.

– Powiedz, proszę, Nathanielowi, że poszłam do domu – rzuciła ostro.

– Pokój wszystkim! – Lexie zasalutowała, wesoła po trawce. – Au revoir!

Na łopatce miała tatuaż ze słońcem, księżycem i gwiazdami.

Stąd u Nate’a to nagłe zainteresowanie tatuażami?

Blair zeszła po schodach i wyszła na Osiemdziesiątą Drugą. Miało się wrażenie, że lato już się zaczęło. Do zachodu słońca brakowało jeszcze dwóch godzin, powietrze pachniało świeżo skoszoną trawą w Central Parku i balsamem do opalania półnagich dziewcząt spieszących do swoich domów przy Park Avenue. Stado nieudaczników z klasy Nate’a i Jeremy’ego kręciło się na dole przy dzwonku. Jeden z nich miał przewieszoną przez ramię gitarę.

 

Bien sur. Wchodźcie! – Blair usłyszała głos Lexie, wołającą do chłopaków przez domofon. Zupełnie, jakby tam mieszkała.

Dom Nate’a najwyraźniej przyciągał wszystkie upalone trawą dzieciaki z Upper East Side, jak jakiś magiczny magnes. A Blair przysięgała, że nie ma nic przeciwko – naprawdę nie miała nic przeciwko – pod warunkiem, że nie musi z nimi siedzieć i patrzeć, jak „improwizują”. Po tym wszystkim, co Blair i Nate razem przeszli, wiedziała, że tym razem będzie inaczej. Byli jednością w sensie duchowym, a teraz także fizycznie, dzięki czemu mogła go zostawić samego i mieć absolutną pewność, że jej nie zdradzi.

Ruszyła Osiemdziesiątą Drugą w stronę Piątej Alei. Co chwila sprawdzała na komórce, czy nie ma wiadomości od Nate’a. To oczywiste, że w każdej chwili mógł zadzwonić. Nawet powinien. Jak każda zaborcza, agresywna i obsesyjna dziewczyna lubiła sobie wyobrażać, że Nate nie ma poza nią żadnego życia.

Z drugiej jednak strony, gdyby rzeczywiście nie miał, doprowadziłby ją do szału.