To jeszcze nie koniec

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cathy Williams
To jeszcze nie koniec

Tłumaczenie:

Ewa Pawełek

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Javier Vasquez rozejrzał się po swoim biurze z nieskrępowaną satysfakcją. Znów był w Londynie, po siedmiu latach spędzonych w Nowym Jorku. Czy to przeznaczenie sprowadziło go tajemnymi ścieżkami do punktu wyjścia?

Przez przeszklone ściany wspaniałego biura na ostatnim piętrze wieżowca patrzył na miniaturowe i wciąż ruchliwe miasto, jakie roztaczało się u jego stóp. Z tej perspektywy przypominało grę dla dzieci. Małe samochodziki i taksówki rozwożące ludzi do miejsc ich przeznaczenia, gdziekolwiek one były. A co z jego przeznaczeniem?

Przebiegły uśmiech pojawiał się powoli w kącikach jego pięknie wykrojonych ust. Przeszłość powróciła, by mógł wyrównać dawne rachunki, i to wypełniało go bezmierną satysfakcją. Rozejrzał się po luksusowym gabinecie i stwierdził, że wcale nie jest gorszy od tego, który pozostawił na Manhattanie. Z tamtego też rozciągał się wspaniały widok na tętniące życiem miasto w dole, w którym ludzie i samochody przewijali się niczym rwąca rzeka. Udało mu się zbudować swoją wieżę z kości słoniowej, z której miał oko na wszystko i na wszystkich. Miał teraz trzydzieści trzy lata. Nie udałoby mu się zostać panem w tej dżungli, gdyby choć przez chwilę stracił czujność. Przez cały czas musiał mieć na oku swój cel i tylko na nim się skupić. Jedna po drugiej, pokonywał wszystkie przeszkody, a czas mijał…

Spojrzał na zegarek. Dwanaście pięter niżej, w przestronnym holu recepcji Olivier Griffin-Watt czekał już od pół godziny. Czy Javier czuł się choćby odrobinę winny? Nic a nic.

W myślach smakował triumf, który wreszcie nadszedł. Zabrało to trochę czasu, ale na pewno go nie zmarnował. W pełni zasłużył na tę chwilę.

Przez ostatnie lata, gdy wyjechał z Anglii i zaczął pracować w Ameryce, pochłaniała go mordercza praca. Zajmował się wyłącznie zarabianiem pieniędzy, wykorzystując maksymalnie wykształcenie, które rodzice zapewnili mu własnym poświęceniem. A jednocześnie musiał przejść żałobę po przeszłości, w której odrzuciła go kobieta, gdy jej najbardziej potrzebował. Teraz to już historia.

Jako jedyne dziecko kochających rodziców wychował się w biednej dzielnicy na przedmieściach Madrytu. Całe dzieciństwo powtarzali mu, że aby się stąd wydostać, musi odnieść sukces. A do tego niezbędne było odpowiednie wykształcenie. Javier bardzo chciał się wydostać.

Jego rodzice bardzo ciężko pracowali. Ojciec był taksówkarzem, a matka sprzątaczką. Dla nich „szklany sufit” zawieszony był wyjątkowo nisko. Poradzili sobie, ale tylko na ledwo wystarczającym poziomie. Nie było mowy o wakacjach nad morzem albo telewizorze z płaskim ekranem, czy kolacjach w restauracjach, w których byliby obsługiwani przez usłużnych kelnerów. Musieli zadowolić się tym, co tanie, a każdy zaoszczędzony grosz odkładali na uniwersytet w Anglii dla syna. Dobrze wiedzieli, jakie niebezpieczeństwa czyhały na młodych chłopców w ich dzielnicy. Synowie przyjaciół dołączali do gangów albo umierali z przedawkowania. Postanowili, że ich syn nigdy nie podzieli takiego losu.

Jeśli, jako nastolatek, Javier odczuwał, że mocno go pilnują, to nie pokazał tego po sobie. Już bardzo wcześnie był w stanie myśleć za siebie i ocenić, jak bardzo przykra i ograniczająca jest bieda. Widział, jak kilku jego znajomych próbowało dorobić się na handlu narkotykami, ale w końcu znajdowano ich martwych w rynsztokach. Gdy skończył osiemnaście lat, miał już plan na życie i nie zamierzał pozwolić, by cokolwiek mu przeszkodziło w jego realizacji. Po skończeniu szkoły zamierzał popracować rok czy dwa, by oszczędzić na uniwersytet, dokładając się do sumy, którą udało się odłożyć jego rodzicom. Wiedział, że na uniwersytecie będzie najlepszy, bo był bystry, inteligentny i zdeterminowany. Potem wysoko płatna praca. Nie zamierzał zaczynać od samego dołu i powoli wdrapywać się po szczeblach kariery na sam szczyt, ale od razu zacząć od pewnego poziomu, dającego mu finansową swobodę. Dlaczegóżby nie? Znał swoje zalety i nie miał zamiaru sprzedać się poniżej swojej wartości. Był nie tylko sprytny. Mnóstwo ludzi jest sprytnych. On był cwany. Nauczyły go tego niebezpieczne uliczki madryckich przedmieść. Miał przebiegłość i przezorność kogoś, kto umiał dobijać targu i potrafił wywęszyć dobrą okazję. Wiedział, co to znaczy twardo negocjować i jak zastraszać. Nawet jeśli te umiejętności nie były mile widziane w porządnym i cywilizowanym świecie, to świat wielkiego biznesu w żadnej mierze nie podlegał prawom cywilizacji. Te bezcenne umiejętności były jego dodatkowym asem w rękawie. Sukces był jego przeznaczeniem i od kiedy skończył dziesięć lat, nie miał wątpliwości, że dotrze tam, gdzie będzie chciał.

Pracował na niego ciężko, wykorzystał maksymalnie swoją inteligencję i nie pozwolił się nikomu przegonić. Wiedział, że musi zdobyć dyplom inżyniera, który otworzy mu o wiele więcej drzwi niż zwyczajna magisterka. A chciał, by absolutnie wszystkie drzwi były dla niego otwarte.

I właśnie wtedy spotkał Sophie Griffin-Watt. Jedyny nieprzewidziany błąd w doskonale opracowanym planie. Była na pierwszym roku, podczas gdy on już kończył studia i przygotowywał się do dyplomu. Rozważał kolejne zawodowe kroki, zastanawiając się, jaką decyzję powinien podjąć i która oferta będzie dla niego najodpowiedniejsza. Do skończenia uniwersytetu pozostały mu zaledwie cztery miesiące.

Nie zamierzał wychodzić tamtego wieczoru, ale koledzy przekonali go, żeby dołączył do przyjęcia urodzinowego w klimatycznym pubie, do którego zaglądali od czasu do czasu. Zobaczył ją w tej samej sekundzie, gdy wszedł do środka. Młoda, niezwykle piękna, śmiała się, trzymając szklankę z drinkiem w dłoni i wdzięcznie odchylając głowę. Ubrana była zwyczajnie, w spłowiałe dżinsy i tweedową marynarkę, odpowiednią na brytyjski klimat.

Nie mógł oderwać od niej oczu. Nigdy wcześniej żadna dziewczyna nie przyciągnęła tak jego uwagi. Od kiedy skończył trzynaście lat, nigdy nie musiał zdobywać żadnej dziewczyny. Jego hiszpańska uroda powodowała, że wszystkie się za nim oglądały. Uwodziły go. Wchodziły na jego ścieżkę, czekając, aż je zauważy. Czasem koledzy z zazdrością opowiadali, że może mieć każdą na zawołanie, ale to akurat nie mieściło się w jego priorytetach. Oczywiście, odgrywały swoją rolę w jego życiu. Był gorącokrwistym, młodym mężczyzną z hiszpańskim temperamentem i nie wahał się korzystać z tego, co oferowało mu życie, ale jego głównym celem były wyłącznie ambicje zawodowe. Dziewczyny były na dalszym planie.

Wszystko się zmieniło od tego wieczoru, gdy wszedł do pubu. Nie mógł przestać na nią patrzeć, a ona ani razu nie zerknęła w jego stronę. Nie zareagowała nawet wtedy, gdy jej koleżanki zaczęły się znacząco uśmiechać i kiwać zachęcająco głowami w jego stronę. Pierwszy raz w życiu to on był uwodzicielem i to on zrobił pierwszy ruch.

Była o wiele młodsza od kobiet, z którymi zwykle się spotykał. Skupiony na swojej świetlanej przyszłości nie miał czasu na młode i bezbronne dziewczęta, z ich romantycznymi marzeniami o byciu razem. Nawet jeśli spotykał się z koleżankami ze studiów, to seks uprawiał zwykle ze starszymi kobietami, które nie zamierzały się w nim zakochiwać i nie oczekiwały zobowiązań, których nie było w jego planie. Te kobiety miały wystarczająco dużo doświadczenia, żeby zrozumieć jego reguły gry i się do nich dostosować.

Sophie Griffin-Watt reprezentowała to wszystko, co nigdy go nie interesowało, przed czym uciekał, a mimo to wpadł po same uszy.

Czy dlatego stała się jego obsesją, bo po raz pierwszy w życiu musiał się starać i prowadzić uwodzicielską grę zgodnie z zasadami sztuki? Kazała mu czekać, zdobywać się, a w końcu i tak mu się nie oddała.

Bawiła się nim, a on na to pozwalał. Był nawet szczęśliwy, że każe mu czekać. Mężczyzna, który zawsze postępował według własnych zasad i na nikogo nigdy nie czekał, był szczęśliwy, że ta kobieta każe mu czekać, bo widział ich wspólną przyszłość.

Był głupcem i musiał za to słono zapłacić.

Ale to było siedem lat temu, a teraz…

Usiadł przy biurku i podniósł słuchawkę. Polecił sekretarce wprowadzić Oliviera Griffina-Watta. A więc historia zatoczyła pełne koło, pomyślał. Nigdy nie uważał siebie za człowieka, który znajduje przyjemność w zemście, ale skoro okazja, by wyrównać rachunki, sama puka do jego drzwi, to dlaczego miałby jej nie wpuścić?

‒ Gdzie byłeś?

Sophie spojrzała na brata oniemiała, czując narastającą panikę. Musiała usiąść, bo poczuła, że nogi się nagle pod nią ugięły. Czując nadchodzący ból głowy, starała się delikatnie rozmasować skronie kolistymi ruchami palców.

Kiedyś była w stanie dostrzec sygnały zaniedbania w wielkim rodzinnym domu, ale na przestrzeni ostatnich lat przyzwyczaiła się do powoli i smutnie postępującej ruiny gniazda, w którym razem z bratem przeżyła całe życie.

‒ A co, twoim zdaniem, miałem robić? – spytał z wyrzutem, patrząc na siostrę.

‒ Wszystko, tylko nie to, Ollie – wyszeptała Sophie.

‒ No wiem, że spotykałaś się z nim przez jakiś czas, ale to było dawno! – starał się bronić. – Może i przesadziłem, ale przecież nie mamy nic do stracenia. To prawdziwy uśmiech losu, że właśnie wrócił do kraju kilka miesięcy temu. Przypadkiem wziąłem do ręki gazetę, którą ktoś zostawił w metrze, i kto spojrzał na mnie szeroko uśmiechnięty z pierwszej strony? Sam przecież od niedawna jestem w Londynie. To po prostu szczęśliwy zbieg okoliczności. Bardzo nam teraz potrzebny, wiesz o tym dobrze – stwierdził, wskazując na ściany dookoła nich, które w zimowy wieczór, przy przytłumionym blasku kominka, mogły dawać wrażenie przytulności, ale w promieniach ostrego letniego słońca odsłaniały cały swój powolny upadek i ślady zniszczeń, nadgryzione zębem czasu. – Rozejrzyj się, Sophie! Musimy wyremontować dom, a nie mamy żadnych oszczędności. Słyszałaś, co mówili agenci nieruchomości. W takim stanie nie sprzedamy domu, a jeśli już, to za śmiesznie niską cenę. Próbujemy go sprzedać już od dwóch i pół roku! Nigdy się go nie pozbędziemy, chyba że damy radę go wyremontować, a na to potrzebujemy pieniędzy. Firma musi zacząć przynosić dochód.

 

‒ I pomyślałeś, że ten… ‒ Jego imię nie mogło przejść jej przez usta.

Javier Vasquez. Nawet po tych wszystkich latach pamięć o nim była tak świeża, jak pierwszego dnia. Wspomnienia wróciły w jednej chwili.

Pojawił się w jej życiu z tą bezczelną, pierwotną męską siłą i zmiótł w jednej chwili uporządkowaną wizję przyszłości. Wciąż miała przed sobą jego obraz, młodego mężczyzny, którego siła charakteru roztaczała aurę niepodważalnego autorytetu. Jeszcze zanim uległa jego urokowi, zanim odezwała się do niego choćby jednym słowem, wiedziała, że jest niebezpieczny. Jej koleżanki, dobrze wychowane reprezentantki wyższej klasy średniej, wpatrywały się w niego jak zauroczone, starając się przyciągnąć jego uwagę, gdy wtedy, kilka lat temu, wszedł do pubu i zobaczyła go po raz pierwszy. Wystarczyło to jedno ukradkowe spojrzenie, by ją przestrzec. Uporczywie patrzyła w inną stronę, ale nie była w stanie zignorować przyspieszonego bicia serca.

Gdy podszedł do niej i zaczął z nią rozmawiać, kompletnie nie zwracając uwagi na rozpaczliwe próby koleżanek, by zwrócić jego uwagę, myślała, że zemdleje. Był na ostatnim roku studiów inżynierskich i niewątpliwie był najbardziej inteligentnym mężczyzną, jakiego spotkała. W dodatku tak przystojnym, że wprost zapierał dech w piersi. Był dokładnie typem mężczyzny, którego nigdy nie zaakceptowaliby jej rodzice – egzotyczny cudzoziemiec, bez grosza przy duszy. Jego pewność siebie i wrodzony autorytet przyciągały ją i przerażały jednocześnie. W wieku osiemnastu lat miała bardzo ograniczone doświadczenie, jeśli chodziło o mężczyzn, a w jego obecności odnosiła wrażenie, że nie miała żadnego. Roger, z którym właśnie się rozstała, ale który nie dawał jej spokoju, praktycznie się nie liczył. Miała wrażenie, że jest niezgrabną, małą dziewczynką, która właśnie postawiła stopę na brzegu przepaści, gotowa zostawić za sobą grzeczne i uprzywilejowane życie. Prywatne szkoły, wakacje na nartach, lekcje gry na pianinie i jazdy konnej w sobotnie przedpołudnia nie przygotowały jej na spotkanie z kimś takim jak Javier Vasquez.

Wiedziała, że nie jest dla niej, ale była zupełnie bezbronna.

‒ Mam pewien pomysł – wyszeptał jej do ucha uwodzicielskim tonem, który sprawiał, że miękły jej kolana. – Nie mam dużo pieniędzy, ale zaufaj mi, czekają nas wspaniałe przeżycia, o których nawet nie masz pojęcia.

Do tej pory spotykała się wyłącznie ze znajomymi swojego pokroju. Rozpieszczonymi córeczkami bogatych tatusiów i zepsutymi spadkobiercami rodzinnych fortun, którzy nigdy nie musieli się zastanawiać nad swoimi wydatkami. Dla Oliviera to było zupełnie normalne, ale teraz, z perspektywy, czuła wyrzuty sumienia, przypominając sobie, jak żyła z przekonaniem, że to jej się po prostu należało. Zawsze dostawała, co chciała, niezależnie od tego, ile to kosztowało. Jej ojciec był dumny ze swoich pięknych bliźniaków i zarzucał ich prezentami przy najmniejszej okazji, od momentu, gdy się urodzili. Była jego małą księżniczką, a nawet jeśli czasami czuła się nieswojo, gdy widziała, jak traktował tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co oni, odsuwała to od siebie. Jej ojciec mógł mieć swoje wady, ale uwielbiał ją, a ona była jego ukochaną córeczką.

I od momentu, w którym Javier Vasquez spojrzał na nią swoimi ciemnymi, uwodzicielskimi oczami, wiedziała, że igra z ogniem, że jej ojciec dostałby zawału, gdyby się tylko dowiedział…

Ale nie była w stanie się powstrzymać. Zakochiwała się w nim coraz mocniej i mogła oprzeć się pragnieniu spędzenia z nim nocy tylko dlatego, że była beznadziejną romantyczką oraz że jakiś ostatni trzeźwy zmysł podpowiadał jej, że mężczyzna taki jak Javier Vasquez, rzuciłby ją następnego ranka po tym, jak znalazłaby się w jego ramionach.

Wiedziała, że będzie ronić gorzkie łzy, ale nie miała pojęcia jak bardzo.

‒ Prawdę mówiąc, nie sądziłem, że mnie przyjmie – wyznał Olivier, przyglądając się jej przerażonej minie i szybko odwracając wzrok. – Nie byłem pewien, czy w ogóle mnie pamięta.

Mimo że byli bliźniętami, Olivier wybrał zupełnie inny uniwersytet. Podczas gdy ona została w Cambridge, studiując literaturę klasyczną i marząc o profesurze, on znalazł się po drugiej stronie Atlantyku. Stypendium za osiągnięcia sportowe pozwalało mu na przyjemne życie i wracał do domu tylko na wakacje. Nie znał więc całej historii, która go zresztą nie bardzo interesowała, bo życie, jakie prowadził w Kalifornii, było o wiele bardziej pasjonujące. Sophie wiedziała, że jego zdolności empatyczne są ograniczone. Może powinna mu była wszystko opowiedzieć, jak wrócił do Anglii, ale było już za późno. Sprawy zaszły za daleko. Na palcu miała już zaręczynowy pierścionek, Javier zniknął z jej życia, a Roger Scott osiągnął swój cel.

‒ A więc rozmawiałeś z nim… ‒ Jak wyglądał? Jakim tonem z tobą rozmawiał? Czy wciąż ma ten ujmujący uśmiech? Tyle się wydarzyło przez ostatnie lata, że pochowała młodzieńcze marzenia o miłości i szczęściu, ale pewne wspomnienia pozostały niezatarte.

‒ Przyjął mnie bez wahania – powiedział z dumą Olivier. – Myślałem, że będę musiał długo tłumaczyć, kim jestem i czego chcę, ale jak tylko usłyszał moje nazwisko, zgodził się mnie przyjąć.

Wcale się nie dziwię, pomyślała Sophie.

‒ Sophie, powinnaś zobaczyć jego gabinet! Jest fantastyczny! Ten facet jest wart miliony. Albo nawet miliardy. Nie mogę uwierzyć, że był kompletnie goły, gdy poznałaś go na uniwersytecie. Powinnaś była z nim zostać, zamiast wychodzić za tego drania.

‒ Nie wracajmy już do tego, Ollie. – Jak zawsze, czuła natychmiastową blokadę, gdy tylko pomyślała o swoim byłym mężu. Miał swoje miejsce w jej głowie, szczelnie zamknięte na cztery spusty. Rozmawianie o nim nie miało żadnego sensu, a poza tym rozrywało stare rany, wciąż wystarczająco świeże, by krwawić.

Roger był dla niej doświadczeniem, a każdy powinien być wdzięczny za życiowe doświadczenia, niezależnie od tego, jak okrutne mogą się okazać. Była młoda, niewinna i pełna optymizmu, ale to było dawno temu i jeśli teraz stała się zupełnie odporna na dziewczęce marzenia o miłości, to tym lepiej, bo już nikt nie będzie mógł jej zranić.

Wstała i spojrzała przez okno na zielone drzewa, zanim odwróciła się do brata.

‒ Spytałabym, co odpowiedział – stwierdziła beznamiętnie – ale to nie ma najmniejszego znaczenia, bo nie chcę mieć z nim nic wspólnego. On i ja to przeszłość i nie powinieneś był się z nim spotykać bez mojego pozwolenia.

‒ Możesz się dąsać, Soph, ale potrzebujemy pieniędzy, a on ma ich mnóstwo i macie ze sobą coś wspólnego.

‒ Nie mam z nim nic wspólnego! – wykrzyknęła ostro.

Oczywiście, że Javier nie miał z nią nic wspólnego. Chyba że nienawiść można uznać za coś, co go z nią łączyło. Na pewno jej nienawidził. Po tym wszystkim, co się stało i co mu zrobiła. Nagle poczuła się wyczerpana i usiała na krześle, chowając twarz w dłoniach. Tak bardzo chciała, by to wszystko zniknęło choć na chwilę. Przeszłość, wspomnienia, teraźniejszość, ich problemy. Wszystko.

‒ Powiedział, że się zastanowi, jak może nam pomóc.

‒ Słucham? – spytała zaskoczona.

‒ Wydawał się szczerze przejęty naszą sytuacją.

‒ Przejęty… ‒ Sophie zaśmiała się z goryczą. Ostatnie, czego by się spodziewała po Javierze Vasquezie, to że będzie się kimkolwiek czy czymkolwiek przejmował. Pamiętała, jakby to było wczoraj, jak spojrzał na nią, gdy powiedziała mu, że z nim zrywa, że między nimi koniec, i że nie jest dla niej odpowiednim mężczyzną. Jego zimne spojrzenie przeszyło ją niczym ostra stal. Głosem pełnym nienawiści oznajmił jej, że już nigdy nie chce jej widzieć na oczy, a jeśli ich ścieżki jeszcze kiedykolwiek się przetną, to powinna wiedzieć, że on nigdy nie zapomni i nigdy nie wybaczy…

‒ Co dokładnie mu powiedziałeś, Ollie?

‒ Prawdę – parsknął, patrząc na nią wyzywająco. – Powiedziałem, że firma jest bliska bankructwa i mamy poważne problemy finansowe, głównie przez twojego eks, który inwestował nasz majątek w wysoce ryzykowne przedsięwzięcia, z których żadne się nie powiodło. To jego wina, że jesteśmy dziś bankrutami.

‒ Tata pozwalał mu na te inwestycje, Oliver – zauważyła sprawiedliwie.

‒ Tata… dobrze wiesz, że nie był w stanie go powstrzymać. Roger robił, co chciał, bo tata był coraz bardziej chory, a myśmy nic nie wiedzieli i sądzili, że to bardziej o mamę powinniśmy się martwić.

Oczy Sophie wypełniły się łzami. Cokolwiek się stało, wciąż nie była w stanie winić rodziców za to, jak ułożyło się jej życie. Tak jak przewidywała, gdy jej rodzice dowiedzieli się o Javierze, przerazili się. Stanowczo odmówili spotkania z nim. Dla nich równie dobrze mógł być trędowaty.

Jeszcze nie zdążyła się otrząsnąć z rozstania, gdy na horyzoncie pojawiło się coś, co wstrząsnęło podstawami jej wygodnego, uporządkowanego życia. Problemy finansowe. Firma nie była w stanie nadążyć za błyskawicznymi zmianami na rynku i dostosować się do nich. Wymagała zbyt kosztownych inwestycji i bank, który dość długo wykazywał się cierpliwością, nagle domagał się natychmiastowej spłaty kredytów. Ojciec, którego uwielbiała, i który wydawał jej się najsilniejszy, schował twarz w dłoniach i zapłakał.

W głębi duszy Sophie czuła żal i niesprawiedliwość, że to ona musi się wszystkim martwić, podczas gdy Olivier bawi się za oceanem. Ale tak było zawsze. To ona musiała być tą rozsądną i odpowiedzialną „podporą ojca”. Rodzice powiedzieli jej bez ogródek, że może zapomnieć o tym obcokrajowcu bez grosza przy duszy. Mieli już dość problemów, żeby brać sobie na głowę jeszcze jednego pasożyta, bo przecież na pewno tylko o to mu chodziło. Interesowały go wyłącznie jej pieniądze. Roger, ze swoim młodzieńczym entuzjazmem, był przekonany, że pomoże rozwinąć firmę, a poza tym odziedziczył spory kapitał po śmierci rodziców. Spotykali się przecież. Był praktycznie członkiem rodziny…

Sophie zrozumiała, że odebrano jej możliwość decydowania o własnym życiu. Owszem, znała Rogera od zawsze, był w porządku i spotykali się przez jakiś czas, ale to nie był mężczyzna jej życia i zerwała z nim, jeszcze zanim poznała Javiera. Ale łzy ojca zupełnie wytrąciły ją z równowagi. Była rozdarta pomiędzy swoją pierwszą młodzieńczą miłością a obowiązkiem wobec rodziców. Chyba nie zażądają od niej, żeby zostawiła uniwersytet, który dopiero co zaczęła i uwielbiała? Na szczęście nie, mogła kontynuować studia, choć mieli nadzieję, że przejmie firmę i zasiądzie w zarządzie obok Rogera. Był od niej starszy o trzy lata i miał już doświadczenie. Miał wnieść kapitał i zająć miejsce w radzie dyrektorów… A Sophie musiała odegrać swoją rolę.

Trudno jej było uwierzyć, że rodzice wymagają od niej czegoś podobnego, ale byli przekonani, że chcą dla niej jak najlepiej. Zastanawiała się, czy Roger wiedział o ich planach. Czy dlatego nie chciał przyjąć do wiadomości ich rozstania, bo widział już swoje miejsce w firmie jej ojca?

Zadzwoniła do niego i spotkali się. Ku jej zaskoczeniu, wszystko dokładnie wiedział o problemach jej rodziców i gotów był pomóc. Zresztą, kochał ją, już od dawna…

Sophie nie miała nikogo, komu mogłaby się zwierzyć i poprosić o radę. Rozdarta, wróciła na uniwersytet, gdzie czekał na nią Javier. Nic mu nie powiedziała, pozwalając, by otoczył ją swoją miłością. Przy nim zapominała o wszystkim. Rodzice nie dzwonili i miała nadzieję, że brak wiadomości, to dobre wiadomości. Zakochiwała się coraz bardziej…

Nagle podniosła głowę, spojrzała na brata i wróciła do rzeczywistości.

‒ Jutro mam spotkanie z doradcą kredytowym. Możemy też zmienić agencję nieruchomości, która zajmuje się sprzedażą domu.

‒ Po raz czwarty? – zaśmiał się gorzko Olivier. – Przejrzyj na oczy, Soph, jesteśmy zadłużeni po uszy. Firma jest bliska bankructwa. Nigdy nie damy rady sprzedać tego domu. Bank przejmie go za długi i nie będziemy mieli nawet dokąd się wyprowadzić. Zrezygnowałaś z uniwersytetu po ślubie z Rogerem, a ja też nie zdążyłem zrobić dyplomu. Gdy sprawy zaczęły się komplikować musiałem wrócić, żeby pomóc. Próbowaliśmy razem postawić firmę na nogi…

Sophie dobrze znała ten ton pełen goryczy i oskarżeń. Już dawno zrozumiała, że jej brat jest słabym mężczyzną, niezdolnym sprostać problemom, jakie się przed nimi pojawiły. Nic nie mogła dla niego zrobić. Ostatnio za dużo pił i wiedziała, że jest coraz gorzej.

 

Jedyne, co jej się udało, to uchronić przed tym wszystkim mamę, która zamieszkała w ich wakacyjnym domku w Cornwall, daleko od ich zmartwień. Po nagłej śmierci Gordona Griffina-Watta nie chciała zostać w domu, gdzie wszystko przypominało jej o tragedii. Zresztą, w Cornwall mieszkała też jej siostra, gotowa wspierać ją w samotności. Było to najlepsze rozwiązanie, jakie mogli wymyślić. Wiedzieli, że nie zniosłaby myśli, że mogą wszystko stracić.

‒ Vasquez jest gotów nas wysłuchać.

‒ Javier nie zrobi nic, żeby nam pomóc. Możesz mi wierzyć, Ollie.

‒ Skąd wiesz? – odpysknął niegrzecznie, nalewając sobie kolejnego drinka.

‒ Po prostu wiem.

‒ I tu właśnie się myślisz, siostro.

‒ Co masz na myśli? O czym ty mówisz? Czy nie powinieneś… poczekać trochę z kolejnym drinkiem? Jest dopiero druga po południu.

‒ Przestanę pić, gdy nie będę się musiał martwić dwadzieścia cztery godziny na dobę, czy za tydzień będziemy jeszcze mieli dach nad głową. – Znów napełnił sobie szklankę, a Sophie westchnęła bezradnie.

‒ A więc co powiedział ci Javier? – spytała bezbarwnie. – Może coś, czego mogę użyć jutro w rozmowie z bankiem?

‒ Chce cię zobaczyć.

‒ Słucham?!

‒ Powiedział, że rozważy, jak może nam pomóc, ale musi omówić to z tobą. Przyznaj, że to naprawdę szczodre z jego strony.

Sophie poczuła narastającą panikę. Po raz pierwszy o tej porze dnia miała ochotę nalać sobie solidnego drinka.

‒ To niemożliwe.

‒ A więc mamy zamieszkać pod mostem i przykryć się gazetami? – spytał ostro. – Bo nie chcesz przez chwilę porozmawiać ze starym przyjacielem?

‒ Nie bądź głupi. Nie trafimy pod most.

‒ To przecież tylko jedno spotkanie. Wystarczy dziesięć minut. Co ci się może stać?

‒ Jutro będę rozmawiać z bankiem na temat nowej pożyczki – stwierdziła uparcie.

‒ Powodzenia! Dobrze wiesz, że nie masz szans. A co, jeśli nie będziemy w stanie utrzymać mamy? Kto jej pomoże, jeśli zbankrutujemy?

‒ Przestań! – Sophie ugięła się pod ciężarem spoczywającej na jej barkach odpowiedzialności. Nie mogła zrozumieć, jak Olivier mógł ją namawiać… Ale on przecież nie wiedział! Zrozumiała nagle. Dla niego Javier był tylko jej byłym, który miał pieniądze, więc dlaczego nie miał im pożyczyć, przez wzgląd na stare dobre czasy.

‒ Powiedziałem mu, że przyjdziesz się z nim zobaczyć jutro o szóstej. – Wyciągnął z kieszeni złożoną kartkę papieru i podał jej. Gdy ją rozłożyła, zobaczyła adres i numer telefonu. – Zapewnił, że będzie na ciebie czekał.

Nie miała wyboru. Brat nigdy by jej nie wybaczył, gdyby odmówiła. A bank na pewno odmówi im tej pożyczki. Może już zapomniał, pomyślała z nadzieją. Może naprawdę się zmienił i pożyczy im pieniądze. Będzie musiała się dowiedzieć.