Miasto Popiołów

Tekst
Z serii: Dary Anioła #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Inkwizytorka już jest w drodze...

– Maryse! – Głos Luke’a się załamał. – Powiedz, że jej nie wezwałaś!

– Nie wezwałam! Myślałeś, że Clave nie zainteresuje się samo szalonymi historiami o Wyklętych, Bramach i upozorowanych zgonach? Po tym, co zrobił Hodge? Wszyscy jesteśmy teraz objęci śledztwem, dzięki Valentine’owi. – Popatrzyła na bladego i zaskoczonego wychowanka. – Inkwizytorka może wtrącić Jace’a do więzienia. Może pozbawić go Znaków. Pomyślałam, że byłoby lepiej...

– Gdyby Jace zniknął, zanim ona tu przybędzie – dokończył Luke. – Nic dziwnego, że tak szybko chciałaś się go pozbyć.

– Kim jest Inkwizytorka? – spytała Clary. Słowo kojarzyło się jej z hiszpańską inkwizycją, torturami i stosami. – Czym się zajmuje?

– W imieniu Clave prowadzi śledztwa w sprawach związanych z Nocnymi Łowcami – wyjaśnił Luke. – Dba o to, żeby Nefilim nie łamali prawa. Przesłuchiwała wszystkich członków Kręgu po Powstaniu.

– Rzuciła klątwę na Hodge’a? – spytał Jace. – Zesłała was tutaj?

– Wybrała miejsce naszego wygnania i karę dla niego. Nie kochała nas i nienawidzi twojego ojca.

– Nigdzie nie idę – oświadczył Jace, nadal bardzo blady. – Co zrobi Inkwizytorka, jeśli tutaj dotrze, a mnie nie będzie? Pomyśli, że uknuliście spisek, żeby mnie ukryć. Ukarze was. Ciebie, Aleca, Isabelle i Maksa.

Pani Lightwood nic nie odpowiedziała.

– Maryse, nie bądź głupia – odezwał się Luke. – Jeśli pozwolisz Jace’owi odejść, ona cię o to obwini. Zatrzymując go tutaj i pozwalając na proces Miecza, wykażesz się dobrą wolą.

– Chyba nie mówisz poważnie, Luke! – wykrzyknęła Clary. Użycie Miecza to był jej pomysł, ale teraz zaczynała żałować, że z nim wyskoczyła. – Ona wygląda mi na groźną.

– Ale jeśli Jace odejdzie, może nigdy nie wrócić – zauważył Luke. – Już nigdy nie będzie Nocnym Łowcą. Podoba ci się to czy nie, Inkwizytorka pilnuje przestrzegania Prawa. Jeśli Jace chce pozostać częścią Clave, musi z nią współpracować. Ma po swojej stronie to, czego nie mieli po Powstaniu członkowie Kręgu.

– Co takiego? – zapytała Maryse.

Luke uśmiechnął się słabo.

– W przeciwieństwie do was, Jace mówi prawdę.

Maryse wzięła głęboki wdech i zwróciła się do przybranego syna.

– To twoja decyzja – orzekła. – Jeśli chcesz procesu, możesz tu zostać, dopóki nie przybędzie Inkwizytorka.

– Zostanę – postanowił Jace.

Jego głos zabrzmiał twardo, a nie gniewnie, co zaskoczyło Clary. Patrzył gdzieś poza przybraną matkę, a w jego oczach jaśniał blask, jakby odbitego ognia. W tym momencie wydawał się bardzo podobny do ojca.

4
Kukułka w gnieździe

– Sok pomarańczowy, melasa, jajka z terminem przydatności, który minął parę tygodni temu i... coś, co wygląda na sałatę.

– Sałatę? – Clary zajrzała do lodówki ponad ramieniem przyjaciela. – A, to mozzarella.

Simon zamknął kopniakiem drzwi lodówki.

– Zamówić pizzę? – spytał.

– Już to zrobiłem – powiedział Luke, wchodząc do kuchni z bezprzewodowym telefonem w ręce. – Jedna duża wegetariańska i trzy kole. Dzwoniłem do szpitala. U Jocelyn bez zmian.

– Aha – mruknęła Clary.

Siedziała przy drewnianym stole w jego kuchni. Odkąd znała Luke’a, zawsze panował tu porządek, ale w tym momencie na blacie leżała nieotwarta poczta, a obok stały stosy brudnych talerzy. Na oparciu krzesła wisiał zielony worek. Clary wiedziała, że powinna pomóc w sprzątaniu, ale ostatnio nie miała energii. Kuchnia była mała i trochę zapuszczona nawet w najlepszych czasach. Luke nie przepadał za gotowaniem. Półka na przyprawy wisząca nad staromodną kuchenką gazową służyła mu do przechowywania puszek z kawą i herbatą.

Kiedy Luke sprzątnął ze stołu brudne talerze i wstawił je do zlewu, Simon usiadł obok niej i zapytał cicho:

– Wszystko w porządku?

– Tak. – Clary zdobyła się na uśmiech. – Nie oczekiwałam, że mama dzisiaj się obudzi. Mam wrażenie, że ona... na coś czeka.

– Wiesz, na co?

– Nie. Po prostu czegoś brakuje. – Spojrzała na Luke’a, ale on był zajęty zmywaniem naczyń. – Albo kogoś.

Przyjaciel spojrzał na nią pytająco, a potem wzruszył ramionami.

– Coś mi się zdaje, że spotkanie w Instytucie było dość przykre.

Clary zadrżała.

– Mama Aleca i Isabelle jest straszna.

– Jak ma na imię?

– May-ris – odparła Clary, naśladując wymowę Luke’a.

– To stare imię Nocnych Łowców – powiedział Luke, wycierając ręce w ścierkę.

– Jace postanowił zostać i stanąć przed Inkwizytorem? Nie wolał odejść? – zapytał Simon.

– Musi to zrobić, jeśli chce pozostać Nocnym Łowcą – wyjaśnił Luke. – A bycie Nefilim jest dla niego wszystkim. Znałem w Idrisie podobnych do niego. Gdyby mu to zabrać...

W tym momencie zabrzęczał dzwonek. Luke rzucił ścierkę na ladę.

– Zaraz wracam.

Gdy tylko wyszedł z kuchni, Simon powiedział:

– Nie mogę oswoić się z myślą, że Luke kiedyś był Nocnym Łowcą. Fakt, że jest wilkołakiem, aż tak bardzo mnie nie dziwi.

– Naprawdę? Dlaczego?

Simon wzruszył ramionami.

– O wilkołakach słyszałem wcześniej. To coś znanego. Luke zmienia się w wilka raz w miesiącu, i w porządku. Ale Nocny Łowca... kojarzy mi się raczej z jakimś kultem.

– Wcale nie.

– Właśnie, że tak. Nocne polowania są całym ich życiem. Patrzą z góry na wszystkich innych, nazywają nas Przyziemnymi, zupełnie jakby sami nie byli ludzkimi istotami. Nie przyjaźnią się ze zwykłymi śmiertelnikami, nie chodzą w te same miejsca, uważają, że są lepsi od nas. – Simon wyciągnął przed siebie nogę i zaczął skubać postrzępiony brzeg dziury na kolanie dżinsów. – Dzisiaj poznałem innego wilkołaka.

– Nie mów mi, że zaprzyjaźniłeś się z Pete’em z „Księżyca Łowcy”. – Clary poczuła nieprzyjemne ściskanie w żołądku.

– Nie. To dziewczyna. Mniej więcej w naszym wieku. Ma na imię Maia.

– Maia? – Luke wrócił do kuchni z pizzą.

Położył kartonowe pudełko na stole, a Clary je otworzyła. Zapach gorącego ciasta, sosu pomidorowego i sera uświadomił jej, jak bardzo jest głodna. Oderwała kawałek, nie czekając, aż Luke podsunie jej talerz. Usiadł, potrząsając głową i szeroko się uśmiechając.

– Maia należy do stada, tak? – zapytał Simon, biorąc kawałek pizzy.

– Tak. To dobry dzieciak. Przychodziła doglądać księgarni, kiedy byłem w szpitalu. Pozwala, żebym płacił jej książkami.

– Krucho u ciebie z pieniędzmi? – domyślił się Simon.

Luke wzruszył ramionami.

– Pieniądze nigdy nie były dla mnie ważne, a stado dba o swoich.

– Mama zawsze mówiła, że kiedy zabraknie nam pieniędzy, sprzeda jedną z akcji mojego taty – powiedziała Clary. – Ale ponieważ facet, którego uważałam za ojca, nie był moim ojcem, a wątpię, czy Valentine ma jakieś akcje...

– Twoja matka wyprzedawała swoją biżuterię – przerwał jej Luke. – Valentine dał jej trochę rodzinnych klejnotów, które od pokoleń należały do Morgensternów. Nawet za drobiazg można było dostać wysoką cenę na aukcji. – Westchnął. – Teraz wszystko przepadło... chyba że Valentine uratował je z waszego zniszczonego mieszkania.

– Cóż, mam nadzieję, że wyprzedawanie jego skarbów sprawiło jej trochę satysfakcji – rzucił Simon, biorąc trzeci kawałek pizzy.

Zadziwiające, pomyślała Clary, ile są w stanie zjeść nastoletni chłopcy, nie tyjąc ani nie dostając mdłości.

– Musiałeś dziwnie się poczuć, kiedy zobaczyłeś Maryse Lightwood po takim długim czasie – zwróciła się do Luke’a.

– Właściwie nie. Maryse aż tak się nie zmieniła. Prawdę mówiąc, jest bardziej sobą niż kiedykolwiek, jeśli to ma sens.

Rzeczywiście, Maryse Ligthwood wyglądała bardzo podobnie jak na zdjęciu, które pokazał jej Hodge: smukła, ciemnowłosa dziewczyna z dumnie uniesioną głową.

– A ona? – zapytała Clary. – Naprawdę mieli nadzieję, że nie żyjesz?

Luke się uśmiechnął.

– Może nie tyle z nienawiści, ile z wygody, byłoby dla nich mniej kłopotliwe, gdybym naprawdę umarł. A ja nie tylko żyję, ale przewodzę śródmiejskiemu stadu. Tego się nie spodziewali. Starają się zachować pokój między Podziemnymi, bo na tym polega ich praca, a tutaj zjawiam się ja i w dodatku mam wiele powodów, żeby pragnąć zemsty. Jestem dla nich niewiadomą.

– A jesteś? – zapytał Simon. Pizza się skończyła, więc sięgnął po jeden z brzegów zostawionych przez Clary. Wiedział, że ona ich nie lubi. – To znaczy niewiadomą.

– Wprost przeciwnie. Jestem solidnym, przewidywalnym człowiekiem w średnim wieku.

– Tyle że raz w miesiącu zmieniasz się w wilka i polujesz na różne stworzenia – zauważyła Clary.

– Mogło być gorzej – skwitował Luke. – Mężczyźni w moim wieku są znani z tego, że kupują drogie sportowe samochody i sypiają z supermodelkami.

– Masz dopiero trzydzieści osiem lat – zaprotestował Simon. – To nie jest średni wiek.

– Dziękuję, Simonie. Jestem ci wdzięczny. – Luke otworzył pudełko z pizzą, zobaczył, że jest puste, i zamknął je z westchnieniem. – Choć zjadłeś całą pizzę.

– Tylko pięć kawałków – obruszył się Simon, balansując niebezpiecznie na dwóch nogach krzesła.

– A jak myślisz, ile kawałków ma pizza, idioto? – warknęła Clary.

– Mniej niż pięć to nie posiłek, tylko przekąska. – Simon spojrzał z obawą na Luke’a. – Czy to oznacza, że zmienisz się w wilka i mnie zjesz?

– Z pewnością nie. – Luke wstał od stołu i wyrzucił pudełko do śmieci. – Byłbyś żylasty i twardy.

– Ale koszerny.

– Z pewnością napomknę o tobie żydowskim likantropom. – Luke oparł się o zlew. – Odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie, Clary, spotkanie z Maryse Lightwood rzeczywiście było dziwne, ale nie ze względu na nią, tylko na otoczenie. Instytut za bardzo przypomina mi Salę Anioła w Idrisie. Czułem wokół siebie moc runów Szarej Księgi po piętnastu latach prób zapomnienia o nich.

 

– Naprawdę udało ci się je zapomnieć?

– Są rzeczy, których nigdy się nie zapomina. Runy w Księdze to coś więcej niż ilustracje. One stają się częścią ciebie. Nigdy nie przestaje się być Nocnym Łowcą. To dar, który ma się we krwi, i nie można go zmienić, tak jak nie zmienisz swojej grupy krwi.

– Zastanawiałam się, czy sama nie mogłabym otrzymać Znaków.

Simon odłożył brzeg pizzy na stół.

– Chyba żartujesz.

– Nie. Dlaczego miałabym żartować w takiej sprawie? I dlaczego nie miałabym dostać Znaków? Jestem Nocnym Łowcą. Przyda mi się ochrona, którą zapewniają.

– Ochrona przed czym? – Simon pochylił się nad stołem, przednie nogi krzesła ze stukiem opadły na podłogę. – Myślałem, że już skończyłaś z zabawą w Nocnych Łowców. Myślałem, że starasz się prowadzić normalne życie.

– Nie jestem pewien, czy istnieje coś takiego jak normalne życie – rzekł Luke łagodnym tonem.

Clary spojrzała na swoje ramię, na którym Jace narysował jej jedyny Znak. Pozostała po nim biała koronkowa siateczka, bardziej wspomnienie niż blizna.

– Jasne, że chcę uciec od całej tej dziwaczności. Ale co będzie, jeśli ona mnie dopadnie? Jeśli nie będę miała wyboru?

– A może wcale nie chcesz od niej uciec – powiedział cicho Simon. – W każdym razie, dopóki jest w nią zamieszany Jace.

Luke odchrząknął.

– Większość Nefilim przechodzi szkolenie, zanim dostanie Znaki. Nie polecałbym ich, póki nie zdobędziesz podstawowej wiedzy. Ale, oczywiście, to zależy od ciebie. Jest jednak coś, co powinnaś mieć. Co powinien mieć każdy Nocny Łowca.

– Wyniosłą, arogancką postawę? – wtrącił Simon.

– Stelę. Każdy Nocny Łowca powinien mieć stelę.

– A ty masz? – spytała Clary, zaskoczona.

Luke bez słowa wyszedł z kuchni. Wrócił po chwili, trzymając w ręce jakiś przedmiot owinięty w czarną tkaninę. Położył go na stole i rozwinął materiał, odsłaniając narzędzie podobne do różdżki, zrobione z jasnego, matowego kryształu.

– Ładna – powiedziała Clary.

– Cieszę się, że tak uważasz, bo chcę, żebyś ją wzięła.

– Ja? – Clary popatrzyła na niego zdumiona. – Ale przecież jest twoja, prawda?

Luke pokręcił głową.

– Należała do twojej matki. Jocelyn nie chciała trzymać steli w mieszkaniu, żebyś jej nie znalazła, więc poprosiła mnie, żebym ją przechował.

Clary wzięła stelę do ręki. Początkowo chłodna w dotyku, używana rozgrzewała się i zaczynała jaśnieć. Była za krótka, żeby służyć jako broń, i za długa, żeby można się nią posługiwać jak przyborem do pisania.

– Naprawdę mogę ją zatrzymać?

– Jasne. To oczywiście stary model, prawie dwudziestoletni. Od tamtej pory je ulepszyli, ale nadal można na niej polegać.

Clary uniosła stelę jak batutę dyrygenta i nakreśliła w powietrzu niewidzialne wzory.

– Pamiętam, jak dziadek dawał mi stare kije golfowe – odezwał się Simon.

Clary się roześmiała i opuściła rękę.

– Tylko że ty ich nigdy nie używałeś.

– A ja mam nadzieję, że ty nigdy nie będziesz musiała użyć tego – rzucił Simon. I szybko odwrócił wzrok, zanim zdążyła coś odpowiedzieć.

***

Dym unosił się ze Znaków czarnymi spiralami, a on czuł dławiący zapach własnej spalonej skóry. Ojciec stał nad nim ze stelą. Jej czubek jarzył się czerwono jak koniec pogrzebacza zbyt dugo trzymanego w ogniu. „Zamknij oczy, Jonathanie” – powiedział. „Tylko od ciebie zależy, jak silny poczujesz ból”. Ale jego dłoń sama się zwinęła, odruchowo, jakby uciekała przed stelą. Jace usłyszał trzask, jakby w ręce złamała mu się kość, potem następny...

Otworzył oczy i zamrugał w ciemności. Głos ojca oddalał się niczym unoszony przez wiatr. Jace poczuł na języku metaliczny smak. Przygryzł wargę i usiadł, krzywiąc się.

Trzask rozległ się znowu. Jace mimo woli spojrzał w dół na swoją rękę. Nie było na niej żadnego śladu. Uświadomił sobie, że dźwięk dochodzi z zewnątrz. Ktoś pukał – z wahaniem – do drzwi.

Jace stoczył się z łóżka i zadrżał, kiedy bosymi stopami dotknął zimnej podłogi. Spał w ubraniu. Spojrzał z odrazą na pogniecioną koszulę. Pewnie nadal cuchnął wilkiem. I był cały obolały.

Pukanie rozległo się znowu. Jace przeszedł przez pokój i otworzył drzwi. Zrobił zaskoczoną minę.

– Alec?

– Przepraszam, że tak późno. – Alec nieśmiało wzruszył ramionami, trzymając ręce w kieszeni dżinsów. – Mama mnie po ciebie przysłała. Czeka w bibliotece.

– Która godzina?

– Prawie północ.

– Więc co tutaj robisz, do diabła?

– Nie mogłem zasnąć. – Wyglądało na to, że mówi prawdę. Jego niebieskie oczy były podkrążone.

Jace przeczesał dłonią zmierzwione włosy.

– Dobrze, poczekaj chwilę, to się przebiorę.

Ruszył do szafy, przejrzał stosy starannie złożonych ubrań, aż znalazł granatowy T-shirt z długimi rękawami. Ostrożnie zdjął koszulę. Przywarła do skóry w miejscach, gdzie zaschła krew.

Alec odwrócił wzrok.

– Co ci się stało? – zapytał dziwnie zdławionym głosem.

– Wdałem się w bójkę ze stadem wilkołaków. – Jace wciągnął T-shirt przez głowę i wyszedł na korytarz. – Masz coś na szyi.

Alec odruchowo uniósł rękę.

– Co?

– Wygląda jak ślad po ugryzieniu. Co robiłeś przez całą noc?

– Nic. – Alec, czerwony jak burak, ruszył przed siebie, dotykając ręką szyi. – Spacerowałem w parku. Chciałem oczyścić umysł.

– I natknąłeś się na wampira?

– Co? Nie! Upadłem.

– Na szyję? – Gdy Alec prychnął, Jace doszedł do wniosku, że lepiej zostawić go w spokoju. – Mniejsza o to. W jakiej kwestii próbowałeś rozjaśnić sobie w głowie?

– Twojej. Moich rodziców. Matka wytłumaczyła mi, dlaczego była taka zła po tym, jak zniknąłeś. I powiedziała mi o Hodge’u. A tak przy okazji, dzięki, że nawet się o tym nie zająknąłeś.

– Przepraszam. – Teraz z kolei Jace się zarumienił. – Nie potrafiłem się do tego zmusić.

– Cóż, sytuacja nie wygląda dobrze. – Alec spojrzał na niego oskarżycielsko. – Zdaje się, że ukrywałeś różne rzeczy. Na temat Valentine’a.

Jace zatrzymał się raptownie.

– Myślisz, że kłamałem? Uważasz, że wiedziałem, że Valentine jest moim ojcem?

– Nie! – Alec wyglądał na przestraszonego jego gwałtownością. – Nie obchodzi mnie, kto jest twoim ojcem. Dla mnie to nie ma znaczenia. Nadal jesteś tą samą osobą.

– Kimkolwiek jestem. – Te słowa wyrwały się z ust Jace’a, zanim zdołał je powstrzymać.

– Właśnie to mówię. – Ton Aleca był pojednawczy. – Może bywasz... porywczy. Po prostu się zastanów, zanim coś powiesz, tylko o to cię proszę. Nikt tutaj nie jest twoim wrogiem.

– Dzięki za radę. Sam trafię do biblioteki.

– Jace...

Ale on już ruszył dalej, zostawiając Aleca. Nie znosił, kiedy ludzie się o niego martwili. Wydawało mu się wtedy, że rzeczywiście istnieje powód do zmartwienia.

Drzwi biblioteki były uchylone. Nie zadając sobie trudu, żeby zapukać, Jace wszedł do środka. Zawsze lubił ten pokój. Kojąco działało na niego połączenie drewna, mosiężnych elementów, książek oprawionych w skórę i aksamit, które jak starzy przyjaciele czekały na jego powrót. Teraz poczuł chłodny przeciąg. Zamiast ognia, który zwykle płonął w wielkim kominku przez całą jesień i zimę, ujrzał stos popiołu. Lampy były zgaszone. Jedyne światło wpadało przez wąskie, żaluzjowe okna i świetlik na wieży.

Jace, chcąc nie chcąc, pomyślał o Hodge’u. Gdyby nauczyciel tutaj był, ogień by się palił, lampy gazowe rzucałyby plamy złotego światła na parkiet. Hodge siedziałby w fotelu przy kominku, z Hugonem na ramieniu i książką w ręce...

Ale w starym fotelu Hodge’a siedział ktoś inny. Chudy i siwy. Ten ktoś wstał płynnym ruchem, rozwijając się jak kobra, i odwrócił do niego z zimnym uśmiechem.

To była kobieta, ubrana w długą, staromodną, ciemnoszarą szatę, sięgającą do czubków butów. Pod nią nieznajoma miała dopasowany szaroniebieski kostium z mandaryńskim kołnierzem, którego sztywne końce wpijały się jej w szyję. Spłowiałe blond włosy były gładko zaczesane do tyłu i upięte grzebieniami; miała szare oczy, jak kawałki krzemienia.

Kiedy przesunęła po nim wzrokiem – od ubłoconych dżinsów po posiniaczoną twarz – i tam go zatrzymała, Jace odniósł wrażenie, że dotknęły go sople lodu.

W jej spojrzeniu pojawił się błysk, niczym uwięziony pod lodem ogień, ale zaraz zgasł.

– Ty jesteś tym chłopcem?

Zanim Jace zdążył odpowiedzieć, od drzwi dobiegł głos Maryse, która weszła za nim do biblioteki. Nie słyszał jej kroków, bo zmieniła buty na obcasach na miękkie pantofle. Miała na sobie długą suknię z wzorzystego jedwabiu.

– Tak, Inkwizytorko. To jest Jonathan Morgenstern.

Kobieta zbliżyła się do niego niczym dryfujący szary dym. Wyciągnęła białą rękę o długich palcach. Ta dłoń skojarzyła się Jace’owi z pająkiem albinosem.

– Spójrz na mnie, chłopcze – powiedziała. Ujęła go pod brodę i uniosła mu głowę. – Będziesz nazywał mnie Inkwizytorką. Nie waż się zwracać do mnie inaczej. – Skórę wokół jej oczu przecinał labirynt drobnych zmarszczek, od kącików ust do podbródka biegły dwie wąskie bruzdy. – Rozumiesz?

Przez całe życie Inkwizytorka była dla niego odległą, na pół mityczną postacią. Jej tożsamość i dużą część obowiązków otaczała tajemnica. Jace zawsze wyobrażał ją sobie jako jedną z Cichych Braci, z ich sekretami, niezależnością i mocą. Nie przypuszczał, że zobaczy kogoś tak bezpośredniego i... wrogiego. Jej oczy jakby go przeszywały, obnażały do kości, krusząc zbroję jego pewności siebie i rozbawienia.

– Mam na imię Jace, a nie chłopiec – powiedział. – Jace Wayland.

– Nie masz prawa do nazwiska Wayland. Jesteś Jonathanem Morgensternem. Twierdząc, że nazywasz się Wayland, kłamiesz. Tak jak twój ojciec.

– Prawdę mówiąc, wolę myśleć, że jestem kłamcą jedynym w swoim rodzaju – odparował Jace.

– Rozumiem. – Nikły uśmieszek wykrzywił blade usta kobiety. Nie był miły. – Nie znosisz autorytetów, tak jak twój ojciec. I jak anioł, którego nazwisko obaj nosicie. – Ścisnęła mu brodę z taką gwałtownością, że paznokcie wbiły się w skórę. – Lucyfer został nagrodzony za swój bunt, kiedy Bóg wtrącił go do otchłani piekielnej. – Jej oddech był kwaśny jak ocet. – Jeśli sprzeciwisz się mojej władzy, obiecuję, że pozazdrościsz mu losu.

Puściła go i odsunęła się o krok. Jace poczuł ciepłą strużkę na podbródku, gdzie zadrapała go paznokciami. Ręce trzęsły mu się z gniewu, ale nie uniósł ich, żeby wytrzeć krew.

– Imogen... – zaczęła Maryse, ale zaraz się poprawiła: – Inkwizytorko Herondale, Jace zgodził się na próbę Miecza. Możesz się przekonać, czy mówi prawdę.

– O swoim ojcu? Tak, wiem, że mogę. – Sztywny kołnierz wpił się mocniej w szyję Herondale, kiedy się odwróciła, żeby spojrzeć na panią Lightwood. – Wiesz, że Clave nie jest zadowolone z ciebie i Roberta jako strażników Instytutu. Macie szczęście, że wasza kartoteka przez lata była w miarę czysta. Do niedawna tylko parę demonicznych incydentów, a przez kilka ostatnich dni panuje spokój. Żadnych meldunków, nawet z Idrisu, tak więc Clave jest wyrozumiałe. Czasami zastanawialiśmy się, czy rzeczywiście wyrzekliście się lojalności wobec Valentine’a. On zastawił na was pułapkę, a wy w nią wpadliście. Można by przypuszczać, że znacie go lepiej.

– Nie było żadnej pułapki – wtrącił się Jace. – Ojciec wiedział, że Lightwoodowie mnie wychowają, jeśli będą myśleli, że jestem synem Michaela Waylanda. To wszystko.

Inkwizytorka popatrzyła na niego jak na, nie przymierzając, karalucha.

– Wiesz coś o kukułkach, Jonathanie Morgenstern?

Jace zastanawiał się, czy funkcja Inkwizytora – a nie mogło to być przyjemne zajęcie – nie sprawiła, że Imogen Herondale trochę pomieszało się w głowie.

– Kukułki to pasożyty – mówiła dalej. – Składają jaja w gniazdach innych ptaków. Kiedy jajo pęka, świeżo wykluty pisklak wypycha rywali z gniazda. Biedni rodzice zaharowują się na śmierć, żeby wykarmić ogromne kukułcze pisklę, które zabiło ich dzieci i zajęło ich miejsce.

– Ogromne? Czyżby pani sugerowała, że jestem gruby?

– To była analogia.

– Nie jestem gruby.

– A ja nie chcę twojej litości, Imogen – odezwała się Maryse. – Nie wierzę, że Clave ukarze mnie albo mojego męża za to, że postanowiliśmy wychować syna zmarłego przyjaciela. Zresztą uprzedziliśmy was o naszych zamiarach.

 

– A ja nigdy nie skrzywdziłem żadnego z Lightwoodów – oświadczył Jace. – Pracowałem ciężko i pilnie trenowałem. Możecie mówić o moim ojcu, co chcecie, ale to on zrobił ze mnie Nocnego Łowcę. Zasłużyłem na swoje miejsce tutaj.

– Nie broń przede mną ojca – ostrzegła Inkwizytorka. – Znałam go. On był... jest najnikczemniejszym ze wszystkich ludzi na świecie.

– Najnikczemniejszym? Kto mówi „nikczemny”? Co to w ogóle znaczy?

Bezbarwne rzęsy Inkwizytorki musnęły policzki, kiedy zmrużyła oczy. Przez chwilę patrzyła na niego taksująco.

– Jesteś arogancki – stwierdziła w końcu. – I nietolerancyjny. To ojciec nauczył cię takiego zachowania?

– Nie wobec niego – odparł krótko Jace.

– Zatem małpujesz go. Valentine był jednym z najbardziej aroganckich i niegrzecznych ludzi, jakich znałam. Najwyraźniej wychował cię na swoje podobieństwo.

– Tak. – Jace nie zdołał się powstrzymać. – Od najmłodszych lat szkolił mnie jak być złym. Wyrywanie skrzydełek muchom, zatruwanie wody... robiłem to w już przedszkolu. Chyba wszyscy mieliśmy szczęście, że ojciec zainscenizował własną śmierć, zanim doszło do nauki gwałcenia i grabieży, bo inaczej nikt nie byłby bezpieczny.

Z gardła Maryse wyrwał się odgłos podobny do jęku.

– Jace...

– I podobnie jak twój ojciec nie umiesz się pohamować – przerwała jej Inkwizytorka. – Lightwoodowie tak cię rozpuścili, że do głosu doszły twoje najgorsze cechy. Może masz wygląd aniołka, Jonathanie Morgenstern, ale sam dobrze wiesz, jaki jesteś.

– To tylko chłopiec – odezwała się Maryse.

Czyżby go broniła? Jace na nią zerknął, ale ona odwróciła wzrok.

– Valentine też kiedyś był tylko chłopcem. A teraz, nim zaczniemy grzebać w tej blond głowie, żeby odkryć prawdę, proponuję, żebyś poskromił swój temperament. I wiem, gdzie najlepiej sobie z tym poradzisz.

Jace zamrugał.

– Odsyła mnie pani do mojego pokoju?

– Posyłam cię do więzienia w Cichym Mieście. Sądzę, że po spędzonej tam nocy będziesz bardziej skłonny do współpracy.

Maryse głośno wciągnęła powietrze.

– Imogen... nie możesz!

– Oczywiście, że mogę. – Oczy Inkwizytorki błysnęły niczym dwie brzytwy. – Masz mi coś do powiedzenia, Jonathanie?

Jace był w stanie tylko się na nią gapić. Ciche Miasto miało wiele poziomów, a on widział dotąd pierwsze dwa. Archiwum i miejsce posiedzeń rady Braci. Więzienne cele znajdowały się na najniższym poziomie, pod cmentarzyskiem, gdzie spoczywały w ciszy tysiące Nocnych Łowców. Lochy były przeznaczone dla najgorszych przestępców: zbuntowanych wampirów, czarowników, którzy złamali Prawo Przymierza, Nocnych Łowców, którzy przelali nawzajem swoją krew. Jace nie należał do żadnej z tych kategorii. Jak ona w ogóle mogła straszyć, że go tam pośle?

– Bardzo mądrze, Jonathanie. Widzę, że przyswoiłeś najlepszą lekcję, jakiej mogło ci udzielić Ciche Miasto. – Uśmiech nadał jej twarzy wygląd wyszczerzonej trupiej czaszki. – Jak trzymać język za zębami.

***

Clary pomagała Luke’owi sprzątnąć resztki kolacji, kiedy znowu rozległ się dźwięk dzwonka.

– Spodziewasz się kogoś? – zapytała.

Luke zmarszczył brwi i wytarł ręce w ścierkę.

– Nie. Zaczekaj tutaj. – Po drodze wziął coś z kuchennej półki. Coś błyszczącego.

– Widziałaś ten nóż? – Simon zagwizdał, wstając od stołu. – Spodziewa się kłopotów?

– Myślę, że ostatnio cały czas spodziewa się kłopotów – odparła Clary.

Wyjrzała z kuchni i zobaczyła Luke’a w otwartych frontowych drzwiach. Słyszała jego głos, ale nie odróżniała słów. Nie sprawiał jednak wrażenia zdenerwowanego.

Simon położył dłoń na jej ramieniu i odciągnął ją od drzwi.

– Oszalałaś? A jeśli to jakiś demon?

– Wtedy Luke pewnie będzie potrzebował pomocy. – Z uśmiechem spojrzała na jego rękę. – Jesteś opiekuńczy? Urocze.

– Clary! – zawołał Luke. – Chodź tutaj. Chcę, żebyś kogoś poznała.

Poklepała Simona po dłoni i zdjęła ją ze swojego ramienia.

– Zaraz wracam.

Luke miał ręce skrzyżowane na piersi i opierał się o framugę. Nóż zniknął w magiczny sposób. Na frontowych stopniach domu stała dziewczyna o kręconych kasztanowych włosach, zaplecionych w liczne warkoczyki, ubrana w jasnobrązową sztruksową kurtkę.

– To jest Maia – przedstawił ją Luke. – Właśnie o niej wam mówiłem.

Dziewczyna na nią spojrzała. Jej oczy w jasnym świetle dnia miały dziwny bursztynowy kolor.

– Ty musisz być Clary – powiedziała, a kiedy zobaczyła skinienie głową, dodała: – Więc ten blondyn, który wtargnął do „Księżyca Łowcy”, to twój brat?

– Jace. – Clary nie podobało się wścibstwo tej dziewczyny.

– Maia? – Za plecamy Clary stanął Simon z rękami wciśniętymi w kieszenie dżinsów.

– Tak. A ty jesteś Simon, prawda? Mam kłopot z imionami, ale ciebie pamiętam. – Dziewczyna posłała mu uśmiech.

– Świetnie – powiedziała Clary. – Więc teraz wszyscy jesteśmy przyjaciółmi.

Luke wyprostował się i zakaszlał.

– Chciałem, żebyście się poznali, bo Maia będzie pracować w księgarni przez kilka następnych tygodni – wyjaśnił. – Jeśli zobaczycie ją, jak wchodzi i wychodzi, nie martwcie się. Ma klucz.

– Będę mieć oko na wszystkie dziwne rzeczy – obiecała Maia. – Demony, wampiry, cokolwiek.

– Dzięki – rzuciła Clary. – Teraz czuję się bezpieczna.

Maia zamrugała.

– To sarkazm?

– Wszyscy jesteśmy trochę spięci – odezwał się Simon. – Ja na przykład się cieszę, że ktoś będzie czuwał nad moją dziewczyną, kiedy zostanie sama w domu.

Luke uniósł brwi, ale nic nie powiedział.

– Simon ma rację – przyznała Clary. – Przepraszam, że na ciebie warknęłam.

– Nie szkodzi. – Maia zrobiła współczującą minę. – Słyszałam o twojej mamie. Przykro mi.

– Mnie również.

Clary odwróciła się i poszła do kuchni. Usiadła przy stole i ukryła twarz w dłoniach. Chwilę później zjawił się Luke.

– Przepraszam – powiedział. – Chyba nie byłaś w nastroju, żeby kogoś poznawać.

Clary spojrzała na niego spomiędzy palców.

– Gdzie Simon?

– Rozmawia z Maią. Ja tylko pomyślałem, że dobrze by było, gdybyś miała przy sobie kogoś znajomego.

– Mam Simona.

Luke podsunął okulary na czoło.

– Czy ja dobrze usłyszałam, że nazwał cię swoją dziewczyną?

Clary roześmiała się na widok jego miny.

– Chyba tak.

– To coś nowego czy powinienem o tym wiedzieć, ale zapomniałem?

– Dla mnie to też coś nowego. – Clary odsunęła ręce od twarzy i spojrzała na nie w zadumie. Pomyślała o Znaku, otwartym oku, które zdobiło wierzch prawej dłoni każdego Nocnego Łowcy. – Czyjaś dziewczyna, czyjaś siostra, czyjaś córka. Do niedawna nie miałam o tym wszystkim pojęcia i nadal nie wiem tak naprawdę, kim jestem.

– Odwieczny problem – stwierdził Luke.

Clary usłyszała szczęknięcie drzwi frontowych, a potem kroki Simona. Wraz z nim do kuchni napłynął zapach chłodnej nocy.

– Mogę tu dzisiaj przenocować? – zapytał. – Trochę późno, żeby wracać do domu.

– Wiesz, że zawsze jesteś mile widziany. – Luke spojrzał na zegarek. – Idę się przespać. Muszę wstać o piątej rano, żeby dojechać do szpitala na szóstą.

– Dlaczego na szóstą? – zapytał Simon.

– Wtedy zaczynają się godziny odwiedzin – wyjaśniła Clary. – Nie musisz spać na kanapie.

– Nie mam nic przeciwko temu, żeby zostać i jutro dotrzymać ci towarzystwa – powiedział Simon, niecierpliwym gestem odgarniając z oczu ciemne włosy. – Zupełnie nic.

– Wiem. Miałam na myśli to, że nie musisz spać na kanapie, jeśli nie chcesz.

– Więc gdzie... – Jego oczy rozszerzyły się za okularami. – Aha.

– W pokoju gościnnym jest podwójne łóżko.

Simon wyjął ręce z kieszeni. Na jego policzki wystąpiły jaskrawe rumieńce. Jace siliłby się na spokój, on nawet tego nie próbował.

– Jesteś pewna?

– Jestem pewna.

Przeszedł przez kuchnię, nachylił się i pocałował ją w usta, lekko i niezdarnie. Clary uśmiechnęła się i wstała z krzesła.

– Dość tych kuchni – powiedziała. – Idziemy.

Wzięła go za nadgarstki i pociągnęła za sobą w stronę pokoju gościnnego, w którym od jakiegoś czasu sypiała.