Bądźmy dobrej myśli

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Carolina Setterwall

Bądźmy dobrej myśli


Tytuł oryginału

Låt oss hoppas på det bästa ISBN 978-83-8116-823-6 Copyright © Carolina Setterwall, 2018 Published by agreement with Ahlander Agency Copyright © for the Polish translation by Maciej Muszalski, 2019 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 All rights reserved Redakcja Joanna Fortuna Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Projekt graficzny okładki Anna Damasiewicz Tłumaczenie książki zostało dofinansowane przez Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

MAJ 2014

Mail przychodzi, kiedy siedzę na kanapie i karmię. To w zasadzie jedyne, co teraz robię. Karmię — siedzę tak nieruchomo, jak to tylko możliwe, ze śpiącym dzieckiem na rękach, przerażona, że się obudzi i znowu zacznie krzyczeć. Karmię jeszcze trochę, znowu siedzę w bezruchu, próbuję odłożyć śpiące dziecko i wziąć prysznic albo coś zjeść, nie udaje mi się, wracam na sofę, karmię. Codziennie to samo. Kiedy przychodzi mail, Ivan ma niecałe trzy miesiące. Ty wróciłeś do którejś ze swoich prac, nie mam pojęcia, do której, bo tak rzadko o nich wspominasz. Firmy producenckie zajmujące się reklamami albo reżyserzy wolni strzelcy z tej samej branży korzystają z twoich umiejętności technicznych. Gdy pytam, jak ci minął dzień, odpowiadasz: to nic ciekawego i tak nie dałabyś rady słuchać. Dawniej nalegałam, ale już tego nie robię. Sam decyduj, czy mówić o pracy, czy nie.

Karmię. W drodze do domu wysyłasz mi esemes z pytaniem, co kupić na kolację. Sam wykonujesz teraz większość obowiązków: pracujesz, robisz zakupy, gotujesz, sprzątasz, bawisz się z naszą kotką, którą zaniedbaliśmy, kiedy pojawił się Ivan. Z treningów na razie zrezygnowałeś. Ja karmię i karmię. Aż tu nagle, w pewien czwartek na początku maja, tuż po trzynastej, dostaję od ciebie maila:

Od: Aksel

Do: Carolina

8 maja 2014, godz. 13:05

Temat: Gdybym umarł

Dobrze to mieć na wypadek, gdybym się przekręcił.

Hasło do mojego komputera: ivan2014

Szczegółowa lista znajduje się w Dokumenty/Gdybym umarł.rtf

Bądźmy dobrej myśli!

Aksel

Czytam maila trzy razy z rzędu. Na początku nie rozumiem, potem czytam jeszcze raz i ogarnia mnie niepokój. Po trzecim przeczytaniu czuję złość. Cały ty. Nikt inny nie jest tak zimny, odarty z jakichkolwiek sentymentów, wręcz kompulsywnie przyziemny, jak ty. Z tym swoim skrajnie oschłym tonem w mailach i esemesach. Wiecznie robiący kopie zapasowe komputera i telefonu. Regularnie zmieniający hasła — w każdym są małe i wielkie litery, cyfry i znaki specjalne. Ty, mówiący, że po śmierci nie chcesz zostać pogrzebany, lecz rozsypany na wietrze w miejscu, do którego nikt nie poczuje się zmuszony jechać z kwiatami i zniczami. Nikt inny prócz ciebie nie wysłałby czegoś takiego, w środku dnia, z pracy, do dziewczyny, która siedzi na kanapie i karmi piersią. Ale ty to zrobiłeś.

Nie odpisuję. Pytam cię wieczorem, przy kolacji, o co chodziło, a ty dokładnie tak, jak się spodziewałam, odpowiadasz, że to był nagły impuls, że bezpieczeństwa nigdy za wiele. Że dobrze, bym wiedziała, gdyby coś się stało. Nigdy więcej nie rozmawiamy o tym mailu.

2009–2014
PAŹDZIERNIK 2014

Jest październikowa niedziela. Jesteśmy zmęczeni i niezbyt mili dla siebie. Spałam zbyt krótko, bo Ivan przez kolejną noc chciał tylko jeść i jeść. Nie udało mi się jeszcze nauczyć zasypiania pomiędzy ciągłymi pobudkami, a ponieważ Ivan wkrótce skończy osiem miesięcy, przyszłość nie wygląda różowo. Zawsze jestem zmęczona. Dziś jestem zdenerwowana i użalam się nad sobą. Ty jesteś zestresowany i próbujesz ze wszystkim zdążyć. Nie poinformowałeś zleceniodawców, że już za tydzień z powodu urlopu rodzicielskiego zaczniesz pracować na pół etatu. Często się o to kłócimy. Chcę, żebyś był mniej obciążony i dzięki temu zdążył — i dał radę — zająć się naszym życiem, naszym dzieckiem, naszym światem. Ty tego nie chcesz. A dokładniej: mówisz, że chcesz, ale nie możesz. Tłumaczysz, że praca freelancera tak nie wygląda. W długim czasie wypracowałeś sobie krąg klientów i jeśli znikniesz na pół roku albo dłużej, zostaniesz zastąpiony kimś innym. Wymieniony. Ty też jesteś zmęczony. Kiedy się odprężasz, wyglądasz na smutnego. Nie jesteś w stanie myśleć o okresie, który wkrótce się zacznie — kiedy pół dnia będziesz spędzał z Ivanem w domu, a drugie pół pracował. Ja też jestem zestresowana. Nadąsana. Zaniepokojona. Nasza rodzina nie funkcjonuje tak, jak sobie wyobrażałam. Mówisz, że wiedziałam, w co się pakuję, kiedy postanowiłam mieć z tobą dziecko. Odpowiadam, że miałam nadzieję, iż będzie inaczej. Każde z nas stara się nie robić przykrości drugiemu. W ostatnim czasie wydaje się to coraz trudniejszym zadaniem. Ale walczymy.

Trzy tygodnie temu się przeprowadziliśmy — była to przeprowadzka, z którą wprawdzie nie zdążyliśmy, ale i tak to zrobiliśmy. Pakowaliśmy się nocami, w krótkich odcinkach, kiedy Ivan nie potrzebował nikogo, żeby spać. Robiliśmy to w milczeniu, nie mieliśmy tematów do rozmów, które by nas zrelaksowały, nie sprawiałyby bólu ani nie kończyły się kłótnią. Pakowaliśmy się. Tak samo wyglądała przeprowadzka. Już prawie zdążyliśmy wszystko rozpakować. Dziś musieliśmy zrobić przerwę, bo nasz samochód zaczął szwankować. Musimy pojechać do twoich rodziców, żeby tata na niego spojrzał. Ładujemy Ivana do fotelika z tyłu, ty siedzisz obok niego, a ja prowadzę. Nie mogę się powstrzymać i po raz setny — radosnym tonem, który nikogo nie oszuka — oznajmiam, że byłoby wspaniale, gdybyśmy oboje mieli prawo jazdy. Zaciskasz zęby i mówisz, że niedługo się do tego zabierzesz. Nie pytam, kiedy. Nie mam siły na kolejną kłótnię. I dręczą mnie wyrzuty sumienia z powodu mojego komentarza. W samochodzie zapada cisza. Ivan jest wesoły, a ty zajmujesz go wydawaniem odgłosów i zabawkami, żeby tak pozostało. Staję się kiepskim kierowcą, gdy Ivan płacze, a nikt nie potrafi go rozśmieszyć tak jak ty. Kiedy słyszę, jak się bawicie na tylnym siedzeniu, a Nynäsvägen przechodzi w Tyresövägen i prowadzi na Vendelsö, jesteśmy coraz bliżej twoich rodziców, myślę, że mimo wszystko naprawdę kocham swoją rodzinę. Po prostu przechodzimy trochę trudny okres.

Pomagasz tacie naprawić samochód. Ja siedzę z twoją mamą, pijemy herbatę. Mama dyskretnie i z szacunkiem wypytuje, jak nam się wiedzie. Odpowiadam, mniej dyskretnie, ale też z szacunkiem, że mamy teraz dużo na głowie. Nie śpimy zbyt długo, a ty jesteś zestresowany. Przeprowadzka była trudna, Ivan ma koszmary, a nocami chce jeść. Mówię, że przeważnie nie mamy czasu na odczuwanie czegokolwiek, ale to kłamstwo.

Pod dom zajeżdża twój starszy brat. Nie zapowiadał wizyty — przez okno w kuchni widzę, jak obaj z tatą jesteście zdziwieni na jego widok. Przytulacie się roześmiani. On mocno klepie cię w plecy, wyglądasz, jakbyś znikał w jego ramionach. Zawsze był od ciebie o wiele większy. Niższy, ale szerszy, silniejszy. Rozjaśniasz się, kiedy mówi coś zabawnego, śmiejesz się w drodze do domu. Stawiasz szybkie kroki na schodach, śpieszy ci się na górę do kuchni, chcesz pokazać Ivana. Starszy brat widział go wcześniej tylko raz. Jakoś się nie złożyło, wszyscy ostatnio byli zajęci. Brat zabawia Ivana, mówi, że wyrósł i jest do ciebie bardzo podobny. Nazywa cię „młodym”. Dużymi łykami wypija kawę. Ty nalewasz sobie do szklanki colę. Potem wracacie do samochodu. Ja idę się przespacerować przed domem. Ivan siedzi w szelkach na moim brzuchu, wyjmuję z kieszeni komórkę i robię wam zdjęcie, gdy stoicie przy naszym samochodzie. Coś jest nie tak z wycieraczkami. Nie udaje wam się ich naprawić. Na zdjęciu stoicie odwróceni plecami do aparatu, jeden z was drapie się po głowie. Dwaj bracia i tata. Jeszcze nie wiecie, że to wasze ostatnie spotkanie.

KWIECIEŃ 2009

Jest wieczór przed świętem Walpurgii w roku dwa tysiące dziewiątym, mam pojechać na imprezę w starym budynku szkoły na Adelsö, wynajętym i przerobionym na letni raj przez kilkoro moich przyjaciół. Ich imprezy zawsze są fajne. Zapraszają kilkaset osób, a ci, którzy zdążą zgarnąć bilety, zanim się skończą, dostają w pakiecie przejazd autobusem. W pachnącej drewnem auli szkoły, z wysokim sufitem i skrzypiącą podłogą, sprzedają piwo i wino za tyle, za ile je kupili. Są muzykami i ludźmi kultury, więc na imprezach często występują na żywo muzycy i zespoły, które lubię. To ma być mój czwarty lub piąty raz na takiej imprezie. Jestem podekscytowana.

Mam trzydzieści lat i moje życie erotyczne w dalszym ciągu nie jest uporządkowane. Kilka dni wcześniej zakończyłam krótki romans z pewnym Norrlandczykiem, o którym kiedyś myślałam, że mógłby być tym jedynym, ale szybko się przekonałam, że tak nie jest. Postąpiłam, jak to mam w zwyczaju. Wyplątałam się z tego pisemnie: mailem, w którym tłumaczyłam, że to absolutnie nie jego wina, ale nie jestem obecnie na właściwym etapie życia. Nie wiem, dlaczego zawsze mam takie trudności z powiedzeniem „nie”. Ogarnia mnie panika na samą myśl, że kogoś zranię i wmawiam sobie, że niszczę nie tylko ich dni i tygodnie, ale też samoocenę i radość życia. Doświadczam tak silnego poczucia winy, gdy kończę związek — aby nie kontynuować czegoś, co wywołuje u mnie lęk — że kilkakrotnie zostałam o wiele za długo. Obiecałam sobie i swojej terapeutce, że z tym skończę, więc teraz zrywam szybciej niż kiedyś. Jednak z takim samym lękiem jak zawsze. Byłam taka, odkąd pamiętam. Teraz znów to zrobiłam.

 

Tym razem poszło całkiem dobrze. Pewnie dlatego, że spotykaliśmy się tylko przez kilka tygodni i może dlatego, że on też nie był we mnie szczególnie zakochany. Poszło dobrze do tego stopnia, że postanowił zatrzymać bilet na imprezę — kupiony, bo nalegałam, by pojechał ze mną — i mimo wszystko się pojawić. Z przyjaciółką. Jako przyjaciel.

Czuję się zakłopotana, gdy widzę go w autobusie, ale się witam, przytulam go i udaję, że wszystko jest jak należy. Że nie można mi nic zarzucić. Jako uwolnionej kobiecie, która wie, czego chce. Prawda oczywiście jest taka, że nie mam pojęcia. Od dawna. Mętne życzenie, by przestać się miotać i znaleźć kogoś, z kim będzie mi dobrze, w praktyce nie wystarczy jako podstawa do tego, by rzeczywiście było dobrze. Taki bałagan trwa już od kilku lat. Norrlandczyk nie musi jednak o tym wiedzieć. I tak nie będziemy ze sobą żyć. Piję wino w autobusie i w miarę jak szklanka się opróżnia, a odległość między mną a Sztokholmem rośnie, sytuacja ulega powolnej poprawie. Wszystko, przynajmniej w przybliżeniu, jest takie, jak powinno.

Tańczę i tańczę, nogi nie chcą przestać tańczyć. Usta nie chcą przestać czuć smaku wina. Podciągam się i staję w głębokiej wnęce okiennej w auli dawnej szkoły, tańczę samotnie i rozkoszuję się uczuciem, że choć przyciągam kilka spojrzeń, nikt nie może mnie dosięgnąć. Wśród przyjaciół zyskałam sławę jako ta, która zawsze wdrapuje się na meble, bary, krzesła, głośniki, sceny, parapety i tańczy. Najchętniej sama. Zrobiło się z tego coś w rodzaju punktu programu. Więc robię to również dzisiejszego wieczoru. Na zmianę tańczę na parkiecie, w wysokim oknie, wbiegam do kabiny didżejskiej i wyję razem z przyjaciółmi, którzy odtwarzają płyty. Kiedy kolejka do toalety jest za długa, sikam w lesie. Co jakiś czas dostrzegam go w tłumie i za każdym razem patrzy prosto na mnie. Kiwa głową i pozdrawia, ale wzrok ma smutny. Moi przyjaciele zaczynają go nazywać Smutne Psie Oko. Wybucham śmiechem. Jesteśmy złośliwi, ale nic sobie z tego nie robię. Zamierzam tańczyć, jestem pijana i wszystko jest takie, jakie musi być.

A potem nagle pojawiasz się ty. Nie widziałam cię wcześniej, na pewno nie jechałeś tym samym autobusem. Twój kolega, a jednocześnie mój znajomy, mówi, że przedstawi mnie człowiekowi, który „mnie kocha”. Obok stoisz ty. Wyszczerzony. Jesteś wysoki i chudy, ale twój uśmiech przypomina leżący trójkąt. Uśmiechasz się jak kowboj ze starego filmu. Krzywo i szczerze. Uśmiech rozciąga się na całą twoją twarz. Przychodzi mi do głowy, że byłbyś bardzo fajną karykaturą — taką, z której ludzie się cieszą. Masz na głowie czapkę. Muszę odchylić głowę, żeby na ciebie spojrzeć. Nie słyszałeś, jakimi słowami przedstawił cię nasz wspólny znajomy, ale to nie szkodzi. I tak nie wyglądasz na kogoś, kto by się tym przejął.

Mam nieelegancki zwyczaj przejmowania dowodzenia, kiedy się upiję. W ramach czegoś w rodzaju ochrony przed odrzuceniem wykorzystuję okazję, gdy tylko się pojawi, a tego wieczoru okazją jesteś ty. Tak wybrałam, bo uważam cię za atrakcyjnego. Jesteś wysoki, masz przekrzywione usta, no i jeszcze ten uśmiech. I gigantyczne oczy. Naprawdę fajnie byłoby cię narysować. Łapię cię za rękę, nie protestujesz, i wychodzę z tobą na dziedziniec. Na dworze wciąż jest jasno, na pewno nie minęła dwudziesta pierwsza, ale kto by pilnował takich przyziemnych spraw. Na pewno nie ja i ty. W świetle widzę, że twoje oczy są wręcz nieprawdopodobnie błękitne. Postanawiam, że cię zapytam, czy masz soczewki. Ale jeszcze nie teraz.

Na dziedzińcu sprzedają kiełbasę na gorąco z okienka w budynku, w którym dawniej był chlew. Stajemy w kolejce, a ty mocno trzymasz mnie za rękę. Wyglądasz na gotowego do pocałowania mnie, jeśli tylko dam znak. Powstrzymuję się przed tym. Pytam, ile masz lat, a ty odpowiadasz, że dwadzieścia osiem. Czuję ulgę, bo myślałam, że znacznie mniej. Pytam, gdzie pracujesz, a ty odpowiadasz, że w mediach. Przygotowuję się na analizę twojej reakcji, kiedy mówię, że pracuję w branży muzycznej przy dużych imprezach, ale nie zadajesz żadnych pytań. Nie wydajesz się zdziwiony ani moim wiekiem, ani zawodem. Wyglądasz, jakbyś chciał mnie wycałować, masz zaraźliwy uśmiech, więc postanawiam, że już wystarczy. Mam już dość informacji, wyciągam cię z kolejki po kiełbasę, idziemy za budynek szkoły i docieramy do brzozy na niewielkiej łące. Zaledwie godzinę wcześniej sikałam tu niedaleko. Z dyskoteki w budynku za nami dobiega dudnienie basów. Całuję cię. A może to ty mnie całujesz.

Całuję ciebie, a ty mnie, czuję twoje dłonie przytrzymujące mi twarz i jest cudownie. Kocham, jak mnie całujesz, kocham twoje dłonie, to, że jesteś wysoki, kocham te twoje krzywe usta, z których nigdy nie znika szeroki uśmiech, nawet kiedy się całujemy. Robimy to pod brzozą jak para nastolatków, a kiedy przywierasz do mnie i przyciskasz mnie do brzozy, do swetra przyczepia mi się mnóstwo kawałków kory. Gdybym miała zgrabniejszą figurę, oderwałabym się od ziemi i objęła cię nogami, ale tego nie robię. Stoimy tylko przyciśnięci do siebie i do brzozy jak para napalonych czternastolatków.

Mówię do ciebie, że powinniśmy to kontynuować, ale nie w środku przy wszystkich. Mówię, że jest tam ktoś smutny i nie wiem, czy chcę w ten sposób się pochwalić, wykazuję troskę, a może chcę wyjść na troskliwą w twoich oczach. Wszystko jest rozmazane i dzieje się pod wpływem impulsu. Kontynuujemy wieczór, na zmianę tańcząc z przyjaciółmi i wybiegając na spotkania przy brzozie, gdzie dalej się całujemy. Tym bardziej intensywnie, im późniejszy robi się wieczór. W pewnym momencie wymieniamy się numerami. To upraszcza proces decyzji, kiedy nadchodzi czas na kolejne spotkanie pod brzozą.

O pierwszej impreza się kończy i dwa autobusy odwożą wszystkich uczestników z powrotem do Sztokholmu. Siadamy z przodu w jednym z nich. Upewniłam się, że Smutne Psie Oko jedzie tym drugim i dzięki temu mogę sobie pozwolić na nieskrępowane całowanie cię w ciemności. Ludzie siedzący z tyłu wyją. Pomiędzy pocałunkami zmuszasz mnie do słuchania AC/DC przez jedną z twoich słuchawek. Mówię, że moim zdaniem nie jest to zbyt dobry zespół i wspominam, tak zblazowanym tonem, na jaki tylko mnie stać, że pracowałam z nimi kilka razy. Ta informacja najwyraźniej ci nie imponuje, mówisz tylko: „tak, posłuchaj teraz, posłuchaj tego”, a potem znów mnie całujesz. Podnosisz i sadzasz sobie na kolanach. Kocham, kiedy mnie podnosisz i kocham siedzieć ci na kolanach. Wreszcie oplatam cię nogami.

Kiedy autobus godzinę później wjeżdża na Medborgarplatsen, na brodzie i policzkach mam czerwone plamy od twojego zarostu. Już dawno się tak nie całowałam. Wysiadamy z autobusu, a ty chcesz mnie odprowadzić do domu. Nie pozwalam na to. Powtarzasz pytanie i dostajesz drugą odmowę. Proponujesz, żebym w takim razie poszła z tobą do domu. „No weź”, mówisz, „chcę z tobą spać”. „Nie”, odpowiadam, „będę spać sama”. Chyba chcę wyjść na osobę, która nie idzie z facetem do łóżka pierwszego wieczoru. Gdybyśmy poszli do domu razem, doszłoby do tego. Nie chcę, żeby do tego doszło. Chcę, żeby do tego doszło. Chcę dalszego ciągu. Rozdzielamy się. Widzę, jak twoja głowa podskakuje w rytm muzyki, a plecy znikają na Folkungagatan. Zanim zasypiam, przychodzi esemes od ciebie. Piszesz, że jestem ładna i że chcesz znów się spotkać.

PAŹDZIERNIK 2014

Jest dopiero wpół do siódmej, kiedy się budzę u boku Ivana. Stwierdzam, że spaliśmy całkiem dobrze. Powiedzmy, w końcu wszystko jest względne, ale dla nas to całkiem dobry sen. Ivan wkrótce będzie miał dziewięć miesięcy, a trzy tygodnie temu, po przeprowadzce do nowego mieszkania, dostał swój pokój. Zaczął mieć napady lęków nocnych i codziennie je z piersi między trzecią a szóstą nad ranem. Przez to najczęściej śpię na materacu w jego pokoju, choć zamysł był taki, że będziemy znów sypiali sami, tylko we dwoje. Kiedy wczoraj go kołysałam i próbowałam uspokoić między dziesiątą a jedenastą, a potem zaczęłam karmić i wydawało mi się, że nigdy nie skończę, wysłałam ci esemesa, bo pracowałeś w kuchni. Napisałam, że znów zostanę na noc z Ivanem, a ty odpisałeś: „okej, dobranoc”. Krótko potem usłyszałam, jak się przemieszczasz między łazienką a dużym pokojem. Pogasiłeś wszystkie światła, umyłeś zęby i też przygotowywałeś się do snu.

Ja nie zasnęłam od razu. Zamiast spać, zaczęłam szukać informacji w telefonie na temat „lęków nocnych u małych dzieci”. Podczytywałam trochę porady na Vårguiden, artykuły w internetowych wydaniach gazet i wątki na forum Familjeliv. Po przeczytaniu sporej liczby artykułów i gruntownym przemyśleniu, czy Ivan już w tym wieku może mieć lęki nocne — bo zwykle występują u nieco starszych dzieci — nabrałam przekonania. Ivan nabawił się lęków nocnych i dlatego spał tak niespokojnie. Prawie zawsze występowały nieco ponad godzinę po zaśnięciu. Zgadzało się to z opisami, które znalazłam w sieci. Zrobiłam zrzut ekranu jednego z nich i wysłałam ci kolejnego esemesa. „Myślę, że to, co ma Ivan, to lęki nocne” i dołączyłam zdjęcie. Nie odpisałeś. W sypialni panowała cisza. Pomyślałam, że może zdążyłeś zasnąć, albo leżysz i coś czytasz, dlatego nie możesz odpisać. Zaraz potem zasnęłam.

Kiedy się budzimy, jestem prawie wypoczęta. Kotka nie zawodziła za drzwiami pokoju Ivana, jak jej się czasem zdarzało, a Ivan jadł tylko dwa razy od czasu napadu tuż przed północą. Jest w dobrym humorze, chce się wygramolić z tymczasowego łóżka na podłodze i przeżywać przygody w mieszkaniu. Podnoszę go i mówię, że idziemy obudzić tatusia. Kiedy otwieramy drzwi, wychodzi do nas kotka i przez krótką chwilę daje się głaskać, też niedawno się obudziła. Potem idziemy do sypialni, w której leżysz.

Kładę Ivana na łóżku, żeby mógł do ciebie podpełznąć i być pierwszym, co zobaczysz po otwarciu oczu. Mówię „dzień dobry, tatusiu” tonem, którego używam, kiedy rozmawiam z Ivanem, ale adresuję słowa do kogoś dorosłego. Najczęściej do ciebie. Ivan obiera sobie za cel czubek twojej głowy, ale ledwo zaczyna raczkować, dostrzegam, że coś jest nie tak. Leżysz inaczej niż zwykle, kiedy śpisz. Poskręcany, na boku, wygięty do przodu, z twarzą wciśniętą w poduszkę. Odcień skóry też jest inny. Jaśniejszy niż zwykle. Martwy.

Nie mam odwagi dotknąć twojej kostki wystającej spod kołdry w nogach łóżka, gdzie stoję. Ale jednak to robię. Skóra jest chłodna. Jasna. Twarda w dotyku. Wewnątrz nie płynie krew. Już cię nie ma tam w środku. Umarłeś.

Dalsze wydarzenia następują automatycznie. Podnoszę Ivana i trzymam go jedną ręką, mózg odłącza wszystkie uczucia i zaczynam działać racjonalnie, bardziej racjonalnie niż kiedykolwiek przedtem. Dzwonię na pogotowie, a kiedy odbiera kobieta, mówię na jednym oddechu, co się stało, jak się nazywam, jak ty się nazywasz, gdzie mieszkamy, jaki jest kod do drzwi. „Musicie przyjechać szybko, natychmiast, nie mogę tu dłużej być”, kończę. Ivan wyciąga ręce do łóżka, a ja mocno, trochę za mocno, trzymam go na biodrze.

Kobieta w słuchawce prosi, żeby mówiła wolniej i sprawdziła twój puls na szyi. Odpowiadam, że to nie ma sensu, ale i tak sprawdzam. Z Ivanem na biodrze i telefonem wciśniętym między drugi bark a ucho, szukam wolną ręką pulsu. Szyja jest zimna. Nie ma w niej życia. Mówię do kobiety: „nie da się, nikogo tam nie ma, on nie żyje”.

Nie wiem, dlaczego to robię, ale chwytam cię za ramię. Obracam, choć wiem, że nie żyjesz. Jesteś ciężki, prawie tracę równowagę i na ciebie upadam, kiedy odwracam twoją twarz ku górze. Lewy policzek odrywa się od poduszki, skórka jest jasnożółta i pomarszczona od materiału, na którym leżałeś. Oko — to, które było przyciśnięte do poduszki — jest lekko otwarte. Nie tak błękitne jak przedtem. Jest szare i już nigdy nie spojrzy na mnie ani na naszego syna. Puszczam ramię, a twoje ciało opada z powrotem i przyjmuje pozycję, z której je wyrwałam. Jesteś tak martwy, jak to tylko możliwe i czuję, że już nie dam rady dłużej przebywać w tym samym pokoju.

 

Mówię to kobiecie z dyspozytorni, a potem się rozłączam. Przykrywam Ivana kocem, zakładam nosidełko na szelkach, umieszczam go w środku, narzucam na siebie sweterek. Zamykam kotkę na klucz w sypialni, wcześniej zostawiwszy jej jedzenie i wodę. Wiem, że następną osobą, która wejdzie do mieszkania, nie będę ja. Kotka nie może uciec.

Wychodzę z mieszkania. Zjeżdżam windą na parter, wychodzę do przedsionka, siadam na ławce. Czekam na karetkę. Na dworze robi się widno.

Zanim przyjeżdża, mija dobre pół godziny. To kłamstwo. Mija kilka minut, ale dla mnie są jak pół godziny. Kiedy siedzimy w przedsionku, ja w piżamie i sweterku, Ivan w nosidełku, okryty kocem, patrzą na nas sąsiedzi mijający nas w drodze do pracy i do przedszkola z dziećmi. Nikt się nie odzywa. Ktoś odwraca wzrok, ktoś inny kiwa głową na powitanie, a dopiero potem odwraca wzrok. Odpowiadam skinieniem. Przychodzi mi do głowy, że powinnam do kogoś zadzwonić. Nie wiem, do kogo. Dzwonię do twojego starszego brata. Nadjeżdża karetka.