Po latach w RzymieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Carol Marinelli
Po latach w Rzymie

Tłumaczenie:

Dorota Viwegier-Jóźwiak

PROLOG

– Pojedziesz ze mną? – zapytał Matteo. – Zobaczymy się na lotnisku? Ty, ja i Luka?

Nie odważył się spojrzeć Belli w oczy. Nie tylko dlatego, że na policzku widniał ślad uderzenia pozostawiony przez jego rękę. Ostatnia noc pozbawiła go pancerza obojętności i wciąż nie mógł się do tego przyzwyczaić. Nie czuł jednak żalu.

Bella podniosła oczy na mężczyznę, który zawładnął jej sercem, odkąd skończyła szesnaście lat i rozpoczęła pracę jako pokojówka w hotelu Brezza Oceana. Tęskniła za szkołą, a jedyną jej pociechą było to, że miała pracować razem z najbliższą przyjaciółką Sophie.

Szły razem korytarzem, gdy naprzeciwko pojawiła się hałaśliwa grupka mężczyzn, wśród których był Matteo Santini i jego przyrodni brat Dino. Zeszły na bok, żeby ich przepuścić, ale Bella miała przeczucie, że to nie wystarczy.

Sophie nie odważyli się zaczepić. Już wkrótce miała się zaręczyć z Luką, który mimo że mieszkał w Anglii, był przecież synem Malvolia. Obleśne komentarze skupiły się na Belli. Wiedzieli przecież, czym zajmuje się jej matka, Maria Gatti.

Bella przywykła już do tego.

– Hola! – Gdzieś ponad ich głowami rozległ się ostry okrzyk, który zagłuszył niewybredne żarty, i przez chwilę zdawało jej się, że Matteo mówi do niej, ale on odwrócił się do swoich kompanów. – Déjala en paz!

Powiedział, żeby zostawili ją w spokoju, a kiedy Dino zaprotestował, Matteo powtórzył to samo bardziej stanowczym tonem. Na niewiele się to zdało. Dino wyraźnie miał ochotę wywołać awanturę. Wtedy Matteo chwycił go za gardło i przyparł do ściany, po czym odwrócił się do Belli.

Via, via…

Za jego radą dziewczęta ruszyły w pośpiechu, nie oglądając się za siebie. To był jedyny raz, gdy Matteo zwrócił się do Belli. Ale, prawdę mówiąc, zdążył zaskarbić sobie jej uwagę już wcześniej. Gdy matka miała do przekazania pieniądze dla Malvolia, wolała, by przychodził po nie Matteo, a nie Dino.

– Ten przynajmniej bierze tylko pieniądze – zwykła mawiać.

I tak Matteo, kawałeczek po kawałeczku, zdobywał serce Belli, aż w końcu posiadł je w całości.

Ostatniej nocy została jego kochanką, a on był jej pierwszym mężczyzną. Ta noc rozpoczęła się niefortunnie i nic nie wskazywało na to, że skończy się szczęśliwie.

W nadmorskim miasteczku na zachodzie Sycylii reguły gry ustalał Malvolio, a reszta musiała się do tego przyzwyczaić. Do starego Malvolia należał tutejszy hotel, większość sklepów i firm. Mimo idyllicznego położenia i cudownych widoków na każdym kroku można się było natknąć na zbrodnię i korupcję. Było to bardzo niebezpieczne miejsce, szczególnie dla tych, którzy nie chcieli podporządkować się regułom narzuconym przez Malvolia.

Jednak ostatnia noc była cudowna, a teraz Matteo prosił, by razem z nim opuściła Bordo Del Cielo.

– Postaram się – obiecała.

– To twoja jedyna szansa – ostrzegł. – Jeśli zostaniesz, pamiętaj, że musisz milczeć. Nikt nie może się dowiedzieć, że zaproponowałem ci wyjazd, bo Malvolio nie da ci żyć.

– Wiem o tym – wyszeptała przejęta, zastanawiając się, czy wystarczy jej sił, by zostawić matkę.

Matteo wiązał krawat. Zawsze ubierał się bardziej elegancko niż reszta gangu. Garnitury sprowadzał z Mediolanu, a buty miał robione na zmówienie. Ostatniej nocy Bella dowiedziała się, dlaczego tak jest. Sekrety, które jej powierzył, mogły ich kosztować życie.

Narzucił na ramiona marynarkę w kolorze grafitu. Pod nią miał białą koszulę z grubszej bawełny. Wyglądał prawie tak idealnie jak wczoraj. Matteo dbał o wizerunek i wiedział, że jeśli wyjdzie od niej potargany i w wymiętym ubraniu, natychmiast zwróci na siebie uwagę.

– Najlepszy gatunek – powiedziała, przesuwając wierzchem dłoni po tkaninie garnituru. Uczyła się na szwaczkę i wiedziała takie rzeczy. – Mogłabym dla ciebie uszyć taki sam.

– Raz w roku przyjeżdża tu najlepszy krawiec z Mediolanu… – zaczął, ale umilkł, czując jej dłonie wślizgujące się pod marynarkę i obejmujące go w pasie. – Jasne, że byś mogła – dokończył i pocałował ją w czubek głowy.

– Wracaj do łóżka – poprosiła.

– Chciałbym, ale muszę się zbierać.

Odwrócił się do lustra i przeczesał dłonią włosy, doprowadzając je do porządku. Szare oczy, w których widziała swoje odbicie zeszłej nocy, za chwilę skryją się za ciemnymi szkłami okularów. Wtedy będzie wyglądał tak jak zwykle, gdy się widywali.

Drogie garnitury, okulary przeciwsłoneczne, nawet trzydniowy zarost były wizerunkiem, który zapewniał mu przeżycie. Ale tego ranka Matteo poprosił, by dołączyła do niego i jego najbliższego przyjaciela Luki. Razem mieli zacząć życie od nowa, w Londynie. Bella wiedziała, że Luka będzie chciał zabrać ze sobą Sophie. Z kolei od niej dowiedziała się, że są bliscy zerwania i że Sophie zamierza wyjechać do Rzymu. Błagała, żeby z nią pojechała, ale Bella odmówiła. Nie mogła przecież zostawić matki.

Maria miała dopiero trzydzieści cztery lata, ale była schorowana i słaba, mimo że robiła wszystko, aby to ukryć. Matteo powiedział, że jeśli trzeba będzie, Bella może zabrać matkę, a on zatroszczy się o nie obie.

Usiadła teraz w rozgrzebanej pościeli, nie mając na sobie nic poza zamyślonym uśmiechem, i zastanawiała się, ile serc będzie musiała złamać, jeśli przyjmie propozycję Mattea.

– Samolot odlatuje o dziewiątej… – Matteo usiadł na chwilę obok niej i odgarnął jej z twarzy niesforny kosmyk. – Nie spóźnij się.

Patrzył w jej zielone, pełne nadziei oczy. Dobrze wiedział, że jeśli Bella zostanie w Bordo Del Cielo, szybko stracą swój blask, ustępując miejsca pustce i poczuciu beznadziejności.

– Jeśli nie zrobisz tego dziś, Malvolio zmusi cię do pracy w barze, a ja nie będę cię mógł…

Uratować.

Nie powiedział ostatniego słowa na głos, ale Bella wiedziała, o co mu chodziło.

– Zostaniesz jedną z jego panienek, a ja nie chcę mieć dziewczyny prostytutki.

– Hipokryta… – mruknęła Bella.

– Nie! Mówię serio. Chcę skończyć z dotychczasowym życiem. Jeżeli zostanę, Malvolio będzie chciał, żebym wykończył wszystkich, którzy przeciwko niemu zeznawali.

Bella wzdrygnęła się, czując lodowaty dreszcz grozy spływający w dół kręgosłupa.

Malvolio, Luka i ojciec Sophie Paulo spędzili ostatnie sześć miesięcy w areszcie, czekając na proces. Ludzie wierzyli, że tym razem uda się posadzić go na dobre, ale Malvolio miał mocne plecy i mimo obciążających zeznań, znów wyszedł na wolność.

– Muszę się stąd wyrwać, inaczej Malvolio zrobi ze mnie zabójcę. A jak zabiję raz, zostanę zabójcą do końca życia – powiedział. – Nie chcę takiego życia i nie chcę, żebyś ty tu została, bo będziesz musiała żyć w tym bagnie i w końcu pociągniesz mnie na dno. Jeśli raz pójdziesz na ulicę, już zawsze będziesz prostytutką.

Oferował jej nowy początek. Był jedyną szansą na wyrwanie się z miasteczka i jego chorych układów. Wiedział o tym. Ale czy ona też o tym wiedziała?

– Nie musisz mi tego tłumaczyć – ucięła.

– To dobrze. A co do tamtego… nie jestem hipokrytą. Nigdy nie płaciłem za seks i nigdy tego nie zrobię. To pieniądze na wyjazd, nie zapłata – zaznaczył, wyjmując z portfela gruby plik banknotów. – Jeśli matka nie będzie chciała jechać z tobą, daj jej te pieniądze, niech spłaci długi i uwolni się od Malvolia.

Bella wciąż nie mogła uwierzyć, że Matteo Santini proponuje jej wyjazd. Matteo, o którym od dawna marzyła, chce z nią rozpocząć nowe życie. Miała wrażenie, że wszystko to, co wydarzyło się od ubiegłego wieczora, to sen. Piękny sen, z którego będzie musiała się obudzić. Teraz, gdy zegar wybił szóstą, a Matteo obejmował ramionami jej nagie ciało, całując na pożegnanie, życie wydawało jej się tak proste, a przyszłość tak jasna, że Bella porzuciła wszelkie wątpliwości.

– Zaopiekuję się tobą – powiedział Matteo, a jego pocałunek upewnił ją, że mówi prawdę. Bella czuła, jak jej ciało topnieje pod wpływem gorącego i słodkiego jak miód pocałunku.

– Nie odchodź jeszcze – poprosiła, gdy rozluźnił uścisk.

– Muszę. Tylko nie kładź się spać, jak wyjdę – ostrzegł i cmoknął ją w czubek nosa.

Bella nie chciała zostać sama. Bała się, że gdy Matteo wyjdzie za próg, czar pryśnie i plan wyjazdu okaże się kolejnym złudzeniem.

– A Luka? Co powie, jak się dowie, że nas zabierasz? Na pewno mu się to nie spodoba.

– Nic mu nie powiem, dopóki cię nie zobaczę na lotnisku. To mój wybór i nie obchodzi mnie, co powie. Jeśli się sprzeciwi, do diabła z nim. Polecimy do Rzymu. W każdym razie wyjeżdżam z tej dziury i nie będę się nikomu tłumaczył.

Popatrzył na nią przeciągle i dostrzegła w jego oczach obawę.

– Nie zasługujesz na takie życie, Bello. Wyjedź, dopóki masz okazję.

Bella odpowiedziała pocałunkiem. Kochała go z całego serca, bardziej niż siebie i bardziej niż własną matkę. Przywarła do niego całym ciałem, czując szorstki dotyk garnituru i miękkość ust.

– Chodź! – Pociągnęła go ku sobie i opadli na miękki materac, nie przerywając pocałunku.

Bella zatopiła palce w lekko wilgotnych jeszcze włosach, rozkoszując się ich miękkością i smakując pocałunek, który ze zmysłowego i powolnego przerodził się we władczy i nienasycony.

– Jestem ci coś winien – wyszeptał jej prosto do ucha. Jęknęła cicho i odrzuciła głowę do tyłu, czując jego usta na szyi i dekolcie. Obserwowała go spod półprzymkniętych powiek. Wprawny język sunął po gładkiej skórze, okrążając na zmianę różowe sutki. Wsunął dłoń między jej uda i rozchylił je lekko. Spragnione pieszczot ciało wygięło się, napierając na jego dłoń. Rytmiczny ruch doprowadzał ją do szaleństwa.

 

– Tak bardzo cię pragnę – wydyszała, wyciągając obie ręce w stronę rozporka spodni, ale Matteo złapał ją za nadgarstki i łagodnym, lecz stanowczym gestem przełożył jej ręce za głowę i przytrzymał. Był bardzo podniecony, ale chciał tylko dać jej przedsmak tego, co ją czeka, gdy razem wyjadą.

Patrzył w jej oczy, gdy spazmatycznie zaciskając uda, dochodziła. Wtedy zamknął jej usta ostatnim, gorącym pocałunkiem. Po dłuższej chwili otworzyła oczy i przeciągnęła się. Jej błogi uśmiech wart był więcej niż wszystkie pieniądze tego świata. Nawet gdyby teraz posiadł ją po raz kolejny, to nie seks był największą przynętą, ale trudna do zdefiniowania słodycz, którą ujęła go Bella. Przez chwilę zastanawiał się, czy to nie jest podstęp.

W jego sytuacji najbezpieczniej było nie ufać nikomu. Nawet najbliższemu przyjacielowi Luce.

– Nie zawiedź mnie, Bello.

– Nie mam zamiaru.

– Więc wkrótce się zobaczymy?

Bella zawahała się, zanim kiwnęła głową.

– Nie zepsuj tego – ostrzegł ją. – Albo ze mną wyjedziesz, albo możesz o mnie zapomnieć.

To musiała być także dla niego trudna rozmowa. Po dzisiejszej nocy Bella wiedziała, że za pozornym chłodem człowieka, który był prawą ręką Malvolia, kryje się czułe serce.

Gdy zamknęły się za nim drzwi, Bella opadła na poduszki i zamknęła oczy. Najchętniej zasnęłaby wśród pościeli pachnącej jego ciałem, a po przebudzeniu jeszcze raz przypomniałaby sobie ostatnią noc ze wszystkimi szczegółami. Już wkrótce będzie miała więcej takich wspomnień, ale teraz nie mogła sobie pozwolić na bujanie w obłokach.

Wzięła szybki prysznic i ubrała się w tę samą, dość wyzywającą sukienkę, którą miała na sobie poprzedniego wieczora. Pachniała tanimi perfumami, których Matteo nie cierpiał. Koronkowe pończochy i pas upchnęła w torbie. Następnie zrobiła to, czego zwykle oczekuje się po gościach hotelowych: zabrała z barku wszystkie małe buteleczki z alkoholem, orzeszki i słodycze. Następnie zgarnęła z szafki nocnej pieniądze, które zostawił jej Matteo, wyjęła kilka banknotów i schowała do torebki, trochę udało jej się upchnąć w staniku, a resztę…

Wyciągnęła gumowe fleki z niebotycznie wysokich obcasów sandałów, zwinęła banknoty w rulon i włożyła do zmyślnej skrytki w obcasach. Gotowa do wyjścia, rozejrzała się ostatni raz po pokoju. Och, jak bardzo bała się tutaj wejść poprzedniej nocy. Czerwony policzek szczypał ją od uderzenia, była tak zła, że aż się rozpłakała. Ale dziś patrzyła z uśmiechem na stojące pod ścianami krzesła, które odsunęli, żeby mieć miejsce do tańca i innych rzeczy, które wynagrodziły im wszystkie spędzone osobno noce.

Jej pierwsza noc w pracy okazała się rozkoszą, a nie piekłem, jak tego oczekiwała.

Bella zjechała na dół windą, a gdy podeszła do baru, wyczuła zapach papierosów i wina, które wczoraj lało się tutaj strumieniami na cześć wypuszczonego z więzienia Malvolia.

– Jak było? – zapytała Gina, odstawiając szczotkę, którą zmiatała z podłogi kolorowe konfetti, i obrzuciła Bellę ciekawskim spojrzeniem. Bella nie umiałaby odpowiedzieć na to pytanie, więc tylko wzruszyła ramionami. – Mam nadzieję, że dobrze ci zapłacił, przecież trzymał cię tam całą noc – dodała po chwili.

– Myślałam, że Malvolio zapłaci – odparła i ruszyła do wyjścia, ale Gina złapała ją za ramię.

– Jak to? Nie dał ci ani grosza? – Nie dała się nabrać.

Bella zwinnym ruchem wydobyła się z uścisku.

– Dostałam napiwek. Sądziłam, że mogę go zatrzymać.

Gina roześmiała się ochryple.

– Połowa jest dla Malvolia, a resztę dzielimy między siebie. – Pstryknęła palcami i Bella, chcąc nie chcąc, wyjęła z torebki odliczone wcześniej banknoty.

– To wszystko? – zapytała podejrzliwie.

Bella wyjęła z torby kilka buteleczek z wódką.

– Jeszcze to. – Wypakowała je na ladę i ponownie odwróciła się z zamiarem wyjścia, ale tym razem Gina złapała ją za włosy.

– Aua!

– Nie próbuj robić mnie w balona! – Popchnęła ją mocno w stronę ściany i przytrzymała za kark, obmacując przez sukienkę.

Przeszukanie okazało się owocne. Gina wysupłała zwitek banknotów ukryty w staniku i puściła Bellę.

– Nigdy więcej tego nie rób, Gatti – ostrzegła ją Gina. – Znam wszystkie sztuczki, nawet te, których jeszcze nie zdołałaś wymyślić.

Spojrzała na Ginę z ledwie skrywaną odrazą. Matteo miał rację. To nie był świat dla niej.

– Masz tu swoją działkę. – Gina odliczyła parę banknotów z całkiem sporego pliku i wręczyła je Belli, jakby nigdy nic. – Widzimy się wieczorem.

Mowy nie ma, pomyślała Bella, ale posłusznie skinęła głową. Wyszła z baru na zalaną porannym słońcem uliczkę. Miała ochotę pobiec do domu, ale wiedziała, że wzbudziłaby tym zainteresowanie, więc ruszyła niespiesznym krokiem, jak przystało na dziewczynę, która całą noc zabawiała klienta.

Za rogiem hotelu Brezza Oceana skręciła w stronę plaży. Rybacy wracali już z wczesnego połowu i kilku z nich zaczęło gwizdać na jej widok. Nawet na nich nie spojrzała. Doszła do małego rzadkiego lasku, który znała jak własną kieszeń. Najchętniej skręciłaby w ścieżkę prowadzącą do małej zatoczki, żeby nacieszyć oczy widokiem morza, zanim na zawsze opuści Bordo Del Cielo.

Ale nie było teraz na to czasu. Zresztą i tak nie spotkałaby tam Sophie. Jej najlepsza przyjaciółka wyjechała poprzedniej nocy. Malvolio znowu wyszedł na wolność i nic już nie będzie takie samo jak przedtem. Bella wiedziała, że jeśli chce zniknąć bez śladu, nie wolno jej wzbudzić podejrzeń. Nikt nie może się dowiedzieć o planie ucieczki.

Zamiast więc zejść nad morze, przeszła lasek i ruszyła w prawo, stromą ulicą prowadzącą do domu. Minęła grupkę turystów. Komentarze rzucane w jej stronę niewiele różniły się od epitetów tubylców. Bella była do tego przyzwyczajona i nawet się nie zaczerwieniła.

Nigdy bardziej niż w tej chwili nie podziwiała matki. Maria zawsze chodziła z wysoko uniesioną głowę i tego ranka Bella zrobiła to samo. Z niejakim trudem dotarła do szczytu ulicy. W duchu przeklinała niewygodne sandały na obcasach i jedynie myśl o tym, że ukryła w nich pieniądze, dodawała jej otuchy. Może i Gina znała kilka sztuczek, ale na pewno nie wiedziała o tych, których nauczyła Bellę jej matka.

Roześmiała się cicho, otwierając furtkę ogrodu, bo przypomniała sobie, jak matka wracała do domu i zaczynała od wyjęcia pieniędzy z butów.

Wiedziała, że złamała wczoraj matce serce, szykując się do pracy. Teraz Bella wyobraziła sobie jej minę, gdy dowie się, że Matteo dał im szansę na lepsze życie. Dziś miały się uwolnić od Bordo Del Cielo i Malvolia. Z głową pełną fantastycznych scenariuszy weszła w drzwi i w jednej sekundzie jej pogodny nastrój zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni.

Karuzela z marzeniami nagle przestała się kręcić i wszystko zwolniło, a Bella przyłożyła dłoń do ust, tłumiąc krzyk przerażenia.

Ich dom był ubogi, ale czysty. Teraz natomiast przypominał krajobraz po huraganie. Przewrócony w salonie stół, wszędzie walające się skorupy roztrzaskanego wazonu z kwiatami, a pośrodku tego bałaganu Maria leżąca bez ruchu na podłodze.

– Mamo!

Bella padła na kolana i objęła matkę ramionami. Z rozciętej rany na czole sączyła się krew. Przez jedną straszną chwilę Bella pomyślała, że to sprawka Malvolia. Może jakimś cudem dowiedział się, że chcą uciec?

– Upadłam – wymamrotała matka niewyraźnie.

– Znowu piłaś? – Obiecała przecież, że nie będzie, pomyślała Bella z rozpaczą. W jej stanie, każda ilość alkoholu mogła być zabójcza.

– Nie.

Dopiero po chwili Bella zorientowała się, że matka może poruszać tylko jedną ręką, a połowa jej twarzy sprawia wrażenie nieruchomej maski. Mając zaledwie trzydzieści cztery lata, jej matka musiała doznać udaru.

– Zadzwonię po lekarza – powiedziała Bella i wsunęła pod głowę matki poduszkę ściągniętą z sofy.

Gdy czekały na lekarza, okryła ją jeszcze kocem i przez cały czas pocieszała, jak tylko umiała.

Lekarz zbadał Marię i natychmiast wezwał karetkę. Było pięć po dziewiątej, gdy ambulans na sygnale przemierzał uliczki miasteczka, pędząc w kierunku szpitala, który znajdował się po przeciwnej stronie miasta niż lotnisko. Bella wiedziała, że w żaden sposób nie zdąży na wylot. Trzymała matkę za rękę, z trudem powstrzymując łzy. Jej jedyna szansa na lepsze życie oddalała się z każdą sekundą.

Matteo stał obok Luki, bacznie obserwując drzwi niewielkiej hali wylotów, w których w każdej chwili miała stanąć Bella.

– Musimy już iść – ponaglił Luka.

– Jeszcze chwilę – odparł Matteo.

– Wszyscy już wchodzą na pokład.

– Chwileczkę, muszę zadzwonić…

Matteo wybrał numer domu Marii, na który dawniej zawsze dzwonił, zanim pojawił się, żeby odebrać pieniądze dla Malvolia. Jednak telefon dzwonił i dzwonił, ale nikt nie odbierał. Widocznie są w drodze, pomyślał Matteo, rozłączając się. Jednak po kolejnych dwudziestu minutach wszelka nadzieja go opuściła.

– Wzywają ostatnich pasażerów. – Luka był wyraźnie zniecierpliwiony.

Nie mogli dłużej czekać i ruszyli w stronę wyjścia.

– Leciałeś już kiedyś samolotem? – zapytał Luka, zastanawiając się, dlaczego jego zawsze wygadany przyjaciel jest taki spięty. Potem przypomniał sobie, że Matteo chyba nigdy nie wyjeżdżał z Bordo Del Cielo.

– Nigdy – odparł Matteo i usiadł w milczeniu. Samolot chwilę jeszcze kołował po płycie lotniska, a potem rozpędził się na pasie startowym i wzbił w powietrze.

Matteo nie bał się latania ani wyjazdu z Bordo Del Cielo.

Mógł nie wyjeżdżać i zostać płatnym zabójcą. Albo pozostawić całą przeszłość za sobą. Wybrał to ostatnie.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pięć lat później

BELLA GATTI. Matteo miał nadzieję, że już nigdy nie usłyszy tego nazwiska, ale jakimś cudem wypłynęło ono w rozmowie. Nie chciał pamiętać o dziewczynie, której udało się do cna go ogłupić.

Tak więc siedział teraz obok swojego najbliższego przyjaciela i wspólnika na przyjęciu zaręczynowym, które urządzono w luksusowym apartamencie Luki w Rzymie. Mimo zachęt unikał wspominania przeszłości, która przestała być dla niego tematem, odkąd opuścił Bordo Del Cielo.

Matteo i jego nowa przyjaciółka przyjechali na zaręczyny specjalnie z Londynu. Wiedząc, że przyjęcie Luki i Sophie będzie ekstrawagancką szopką, siedział teraz jak na szpilkach i wyczekiwał końca imprezy.

Sophie Durante pojawiła się w londyńskim biurze Luki parę dni temu i zażądała, żeby przyjęcie zaręczynowe, które odłożono z powodu odsiadki jej ojca na czas nieokreślony, odbyło się teraz i tutaj, w Rzymie. Paulo Durante wyszedł na wolność i nie miał zamiaru ruszać się z Włoch. Gdyby Luka posłuchał wtedy rad przyjaciela, nie musieliby się teraz męczyć.

Paulo nie przestawał mówić o Sycylii, a właściwie o Bordo Del Cielo i ludziach, których tam znał. Matteo natomiast uparcie próbował skierować rozmowę na to, co interesowało go teraz najbardziej, czyli interesy.

Tak się bowiem złożyło, że jego najprawdziwszą i jedyną pasją była praca. Nie Shandy, piękna kobieta, która siedziała obok niego.

Matteo miał obsesję na punkcie swojej reputacji. Zaczynał od zera, a nawet od mniej niż zera. Wybił się i postanowił, że nikt i nic nie pociągnie go w stronę przeszłości, której do dziś się wstydził.

– Kiedy wylatujesz do Dubaju? – zapytał teraz Luka, kolejny raz przerywając potok wspomnień Paula.

– W niedzielę. Chyba że będzie ci potrzebny samolot?

Luka z łatwością odczytał uszczypliwość. Matteo nie wierzył w łzawą historyjkę, którą wcisnęła Luce Sophie. Był przekonany, że chodzi o znacznie więcej niż tylko formalne wręczenie pierścionka zaręczynowego w obecności ojca. Matteo nie wierzył zresztą nikomu.

– W niedzielę – powtórzyła Shandy. – Mówiłeś, że jeszcze nie ma ustalonej daty.

– Właśnie się dowiedziałem – odpowiedział, zaciskając zęby.

Shandy wbiła sobie do głowy, że pojedzie razem z nim. Pewnie także spodziewała się pierścionka zaręczynowego. Zresztą ta nagła wyprawa do Rzymu musiała co najmniej dać jej do myślenia.

– Gdzie się zatrzymaliście? – zapytał Paulo.

– Hotel Fiscella – odparł Matteo.

– Bardzo romantyczne miejsce – dodała Shandy rozanielona, ale Matteo szybko zgasił jej entuzjazm.

– Luka i ja chcemy go kupić – wyjaśnił. – Przyjemne miejsce, ale wymaga sporo nakładów. Chcę się upewnić, czy nie utopimy w tym forsy.

 

– Zaraz, zaraz… Czy to nie tam pracuje Bella? – Luka zwrócił się do Sophie, a Matteo zacisnął palce na szklance z drinkiem tak mocno, że pobielały mu kostki.

Bella. Na sam dźwięk tego imienia łyk limoncello stanął mu w gardle i pomyślał, że jeśli natychmiast się nie opanuje, zachłyśnie się i wywoła zamieszanie.

Nie chciał wiedzieć, co słychać u Belli, ale i tak wiedział.

Kilka miesięcy po wyjeździe, jego przyrodni brat Dino, powiedział mu, że stale widuje Bellę w barze. I parę innych pikantnych szczegółów, o których Matteo wolałby nie usłyszeć. Pilnował się tylko, by nawet brzmieniem głosu nie zdradzić, że kiedykolwiek zależało mu na Belli.

Gdyby Dino dowiedział się, że łączyło go coś z Bellą, nie dałby jej spokoju, a i jemu docinałby przy każdej okazji.

Z trudem przełknął kwaskowy alkohol, słuchając odpowiedzi Sophie.

– Rzeczywiście, co za przypadek! – potwierdziła Sophie.

Mimo solennego postanowienia, że nie da się wciągnąć w tę rozmowę, Matteo ze zdumieniem usłyszał swój głos.

– I co tam robi?

– Jest pokojówką, prawda? – Paulo spojrzał pytająco na córkę.

– Cóż, pewnie dzięki temu ma dostęp do bogatszych klientów – powiedział ostro i podniósł się, biorąc Shandy za rękę. Wyciągnął ją na środek salonu, chociaż nie miał najmniejszej ochoty na taniec. Chciał odejść od stołu, przy którym toczyła się niewygodna dla niego rozmowa.

Miał świadomość, że gdzieś za oknami wysokiego apartamentowca toczy się miejskie życie, niemal słyszał gwar ulic i marzył o tym, by stąd uciec, wsiąść na skuter i zniknąć wśród tłocznych uliczek Wiecznego Miasta. Albo może wspiąć się na Kapitol, pić tanie wino, cieszyć się zachodem słońca i mieć mniej niż trzydzieści lat. Wszystko to byłoby łatwiejsze, gdyby miał u boku Bellę.

Popatrzył na Shandy, która oparła głowę na jego ramieniu, i pomyślał, że tańczy z niewłaściwą kobietą. Mimo usilnych starań, nigdy nie zapomniał o Belli, ale dopiero dziś uświadomił sobie, jak bardzo za nią tęskni.

W uszach brzmiał mu jej zmysłowy, niski głos, kiedy opowiadała o swoim ulubionym miejscu w Bordo Del Cielo – starożytnych łaźniach wybudowanych przez Maurów. Matteo nigdy nie zadał sobie trudu, żeby się tam wybrać, ale potrafił wyobrazić sobie Bellę spacerującą wśród ruin i rozmyślającą o dawnych czasach.

– Sophie ma śliczną sukienkę. – Rozmarzony głos Shandy wytrącił go ze wspomnień. Skrzywił się nieznacznie, gdy skonstatował, że ulubionym zajęciem Shandy jest obmyślanie, na co można wydać pieniądze. – Chcę coś podobnego. Pytałam Sophie, kto jej uszył sukienkę, i powiedziała, że Gatti. Podobno jakaś wschodząca gwiazda w świecie mody. Chcę mieć jej kolekcję, zanim wszyscy się na nią rzucą. Może pójdziemy jutro do jej salonu i obejrzymy?

Salonu? Matteo z trudnością powstrzymał uśmieszek. Czyżby Shandy miała na myśli buduar?

– Chodźmy już! – odparł wymijająco.

– Jeszcze wcześnie! – zaprotestowała Shandy. – Poza tym dobrze się bawię. Nie mówiłeś, że Luka zaręcza się z córką Paula Durante. Nie miałam pojęcia, że będziemy dziś gośćmi u szefów mafii – dodała. – To bardzo ekscytujące, jeśli wiesz, co mam na myśli – ściszyła głos.

– Ciesz się, że nie masz z nimi na co dzień do czynienia – syknął Matteo. – Wychodzimy! – Złapał ją za dłoń i pociągnął za sobą. Nie warto było wspominać, że Paulo nie był żadną grubą rybą, tylko marionetką Malvolia. Gdyby nie podeszły wiek, można by go nazwać chłopakiem na posyłki.

To Malvolio rozdawał karty i zadbał o to, żeby całkowicie podporządkować sobie Paula. Matteo i Shandy dostali zaproszenie na zaręczyny tylko dlatego, że Malvolio był ojcem Luki. Luka poczuł, że ma dług do spłacenia, a Sophie chętnie wyciągnęła rękę po zapłatę.

– Dzięki, że się pojawiłeś – powiedział Luka, żegnając się. Shandy podeszła do lustra i poprawiała makijaż. Obaj mężczyźni czekali na nią przy drzwiach, czując się co najmniej niekomfortowo. Żaden z nich nie lubił wspomnień z przeszłości. Obaj prowadzili swoje życie, z dala od Bordo Del Cielo. Powrót do Włoch, nawet na krótko, był dla nich trudny do zniesienia.

– Dasz znać, kiedy wesele? – zapytał Matteo tonem, z którego strumieniami wylewał się sarkazm.

– Nie będzie wesela – odparł Luka. – Zgodziłem się tylko na zaręczyny. Zresztą widzisz, w jak kiepskim stanie jest Paulo. To kwestia tygodni i będę mógł wrócić do dawnego kawalerskiego życia.

– Dlaczego się na to zgodziłeś? Nic jej nie jesteś winien.

– Nie jej! – odparł Luka z naciskiem. – Jej ojcu.

– Jemu tym bardziej! – Złość zaczynała w nim kipieć, gdy przypomniał sobie, że wystarczył dzień lub dwa dłużej, a sam zostałby prawą ręką Malvolia. – Sophie jest taka sama jak Bella, nic dobrego z niej nie będzie. Poza tym oszukuje cię. Wcale nie idzie jej tak świetnie, jak ci opowiada, a ta sukienka nie jest od projektanta…

– Daj spokój. – Luka tylko wzruszył ramionami. – Nie jestem taki jak ty. Nie dbam o etykiety na ciuchach. A ty zawsze byłeś ponurakiem bez krzty zaufania do kogokolwiek.

– Bardzo przystojnym ponurakiem – wtrąciła Shandy, która musiała dosłyszeć ostatni fragment rozmowy.

Matteo bez słowa nałożył marynarkę i zerknął w lustro.

Luka roześmiał się w odpowiedzi.

– O tak, wyglądasz wspaniale – dodał z przekąsem.

Matteo skłonił się lekko i oboje z Shandy wsiedli do windy. Na dole, przed hotelem Shandy wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.

– Uwielbiam mężczyzn, którzy potrafią się ubrać – mruknęła przymilnie, ale komplement ten tylko go rozdrażnił.

To była prawda, zawsze ubierał się świetnie. Najdroższe garnitury, doskonale ostrzyżone włosy, najlepsze buty. Tylko Bella Gatti wiedziała, dlaczego taki jest. Jej jedynej odważył się zaufać. Ale nawet ona go zdradziła. Obiecał sobie, że to był ostatni raz.

Kierowca otworzył przed nimi drzwi, ale Matteo stał niezdecydowany.

– Chyba lepiej byłoby się przejść…

– Przejść? – W głosie Shandy usłyszał prawdziwe przerażenie. – W tych obcasach? – Podciągnęła suknię do góry, ukazując mu zgrabne stopy w najwyższych szpilkach, jakie do tej pory widział.

– W takim razie jedź. Ja się przejdę. Dawno tu nie byłem. – Rozejrzał się wokół, wdychając znajomy zapach miasta.

Shandy złapała go za szyję, usiłując go pocałować.

– Chcę do łóżka. Jedź ze mną!

Stanowczym ruchem pokierował ją w stronę otwartych drzwi limuzyny.

– Wrócę później.

Żadnego przepraszam, żadnego wytłumaczenia. Nie oglądając się za siebie, poszedł ulicą i wkrótce zniknął jej z oczu.

Shandy zacisnęła powieki, pod którymi zaczęły się zbierać łzy. Matteo robił, co chciał, i nie miała na to żadnego wpływu. Wsiadła do samochodu, trzasnęła drzwiczkami, rozładowując częściowo złość, i kazała kierowcy zawieźć się do hotelu.

Matteo tymczasem kupił butelkę wina, wynajął skuter i pojechał na wzgórze kapitolińskie. Oparty o siodełko pojazdu patrzył na mieniące się światłami miasto i ukryty w cieniu posąg samotnego jeźdźca. Jednak mimo urzekająco pięknej panoramy dręczyło go niejasne przeczucie, że nie takie widoki chciał oglądać, a przede wszystkim nie chciał ich oglądać sam.

Gdy w jego wspomnieniach pojawiała się Bella, a przecież dbał o to, by nie przechowywać takich wspomnień, pamiętał przede wszystkim jej czarne włosy, zielone oczy i uśmiech, którym rozświetlał mroki swojej ponurej duszy.

Sophie była typową Sycylijką, w której żyłach płynęła ognista krew, Bella natomiast przypominała kameleona. Nigdy nie wiedział, czego się można po niej spodziewać, ale też nigdy nie zawiodła jego oczekiwań. Poza tym jednym razem, kiedy nie pojawiła się na lotnisku.

Pociągnął łyk wina z butelki, ale tani alkohol, podobnie jak piękne widoki, nie przyniósł ukojenia. Bella była w mieście, wiedział o tym i nie dawało mu to spokoju. Zastanawiał się, co teraz robiła? Spała czy może tak samo jak on, czuła jego bliskość i przewracała się z boku na bok, wspominając ich jedyną wspólną noc.

Zresztą, jakie to miało znaczenie? Zły na siebie, wetknął butelkę z ledwie napoczętym winem do kosza na śmieci, wsiadł na skuter i zawrócił w stronę hotelu. I tak nie będą przecież razem.