Światła września

Tekst
Z serii: Trylogia mgły #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Światła września
Światła września
Audiobook
Czyta Piotr Fronczewski
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Carlos Ruiz Zafón

Światła września

Tytuł oryginału: Las luces de septiembre

Projekt okładki: Karolina Michałowska-Filipowicz

Redaktor: Redaktornia.com

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta: Redaktornia.com

© Carlos Ruiz Zafón 1995. All rights reserved

© Projekt okładki i ilustracja na okładce: Opalworks

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2011

© for the Polish translation by Katarzyna Okrasko

and Carlos Marrodán Casas

ISBN 978-83-7758-014-1

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2011

Wydanie I

Drogi Czytelniku,

Światła września były moją trzecią powieścią; ukazały się po raz pierwszy w Hiszpanii w 1996 roku. Czytelnicy, którzy znają mnie przede wszystkim jako autora Cienia Wiatru i Gry Anioła, mogą nie wiedzieć, że moje pierwsze cztery powieści wydano w kategorii literatury młodzieżowej. Choć powstały z myślą o młodzieży, miałem nadzieję, że przypadną do gustu wszystkim czytelnikom, bez względu na wiek. Przyświecała mi chęć napisania książek, które pragnąłbym przeczytać nie tylko w dzieciństwie, ale również jako nastolatek, młody, dwudziestotrzyletni mężczyzna, czterdziestolatek czy osiemdziesięcioletni starszy pan.

Nadszedł wreszcie czas, gdy po latach trudnych batalii o prawa autorskie książki mogły zostać udostępnione czytelnikom na całym świecie. Mimo że od pierwszego wydania minęło wiele lat, powieści wciąż cieszą się popularnością zarówno wśród młodych, jak i starszych odbiorców, co mnie ogromnie cieszy. Sądzę, że istnieją historie o uniwersalnym wydźwięku, dlatego mam nadzieję, iż dorośli czytelnicy moich późniejszych książek zechcą sięgnąć również po te, które opowiadają o magii, mrocznych tajemnicach i przygodach.

Wszystkim zaś nowym czytelnikom chciałbym życzyć wielu wspaniałych przygód w świecie literatury.

Z życzeniami bezpiecznej podróży

Carlos Ruiz Zafón

luty 2010

* * *

Kochana Irène!

Światła września nauczyły mnie wspominać ślady Twoich kroków rozmywane przez wody przypływu. Już wtedy wiedziałem, że nadchodząca zima zatrze całkowicie miraż owego lata, które spędziliśmy razem w Błękitnej Zatoce. Zdziwiłabyś się, widząc, jak niewiele się tutaj od tamtego czasu zmieniło. Wieża latarni morskiej wciąż wznosi się niczym wartownik pośród mgieł, a szosa biegnąca wzdłuż Plaży Anglika jest coraz mniej uczęszczana i powoli zaczyna przypominać wiejską drogę wijącą się donikąd pośród piasków.

Ruiny Cravenmoore, nieme i osnute całunem mroku, nadal zarysowują się nad gęstwiną lasu. Gdy wypływam na wody zatoki (choć szczerze mówiąc, czynię to coraz rzadziej), widzę potłuczone szyby w oknach skrzydła zachodniego błyskające we mgle niczym fantasmagoryczne sygnały. Czasami, sprowadzony na manowce przez wspomnienie owych dni, podczas których przecinaliśmy wody zatoki, wracając o zmierzchu do przystani, mam wrażenie, iż znowu widzę migające w ciemności światła. Chociaż wiem, że nikogo tam nie ma. Nikogo.

Pewnie jesteś ciekawa, co stało się z Domem na Cyplu. No więc stoi na swoim miejscu, odosobniony, i spogląda z krawędzi klifu na bezkresny ocean. Zeszłej zimy sztorm zniszczył resztki pomostu przy plaży. Majętny jubiler przybyły z miasta, którego nazwy już nie pamiętam, skusił się niemal, by go kupić za śmieszną kwotę, ale zachodnie wiatry i huk fal roztrzaskujących się o skały odwiodły go ostatecznie od tego zamysłu. Sól morska dokonuje spustoszeń w białym drewnie domu. Sekretna ścieżka prowadząca ku zatoce zarosła gęstwiną nie do przebycia.

Od czasu do czasu, kiedy pozwala mi na to moja praca na nabrzeżu, wsiadam na rower i jadę na cypel, by oglądać zachód słońca z ganku wiszącego nad przepaścią klifu, i nikogo tu nie ma poza mną i stadem mew, które osiedliły się tutaj niczym dzicy lokatorzy, nikogo nie prosząc o pozwolenie. Patrzę stamtąd na księżyc, który unosząc się nad widnokręgiem, kreśli srebrną girlandę prowadzącą do Groty Nietoperzy.

Pamiętam, że opowiedziałem Ci fantastyczną historię okrutnego korsarza, którego statek pewnej nocy w 1746 roku został wessany przez grotę. Kłamałem. Nie było nigdy przemytnika ani porywczego bukaniera, który by się odważył zapuścić w mroki owej jaskini. Na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że było to jedyne kłamstwo, jakie ode mnie usłyszałaś. Zresztą pewnie wiedziałaś o tym od samego początku.

Dziś rano, kiedy wyciągałem sieci zarzucone tuż przy skałach, znowu mi się to przydarzyło. Przez sekundę wydawało mi się, iż widzę Ciebie, jak wychodzisz na ganek Domu na Cyplu, by w milczeniu patrzeć na horyzont. Kiedy mewy wzbiły się do lotu, zrozumiałem, że nikogo tam nie ma. A w dali, wyłaniając się spośród mgieł, majaczyło Wzgórze Świętego Michała, niczym ulotna wyspa zakotwiczona przez przypływ.

Czasami mam wrażenie, że wszyscy uciekli gdzieś daleko od Błękitnej Zatoki i tylko ja zostałem schwytany w pułapkę czasu, nadaremnie oczekując, że purpurowy przypływ września przywróci mi coś więcej niż tylko wspomnienia. Nie zważaj zanadto na to, co mówię. Morze takie już jest, po jakimś czasie oddaje wszystko, szczególnie zaś wspomnienia.

Wydaje mi się, że to już setny list, który wysyłam na Twój ostatni paryski adres, jaki udało mi się zdobyć. Czasami zastanawiam się, czy którykolwiek z tych listów do Ciebie dotarł, czy mnie jeszcze pamiętasz i czy pamiętasz ten świt na Plaży Anglika. Mam nadzieję, że tak rzeczywiście jest, mam nadzieję, że życie pozwoliło Ci uciec daleko stąd i daleko od tego wszystkiego, co przyniosła wojna.

Życie było wówczas znacznie prostsze, pamiętasz? Pewnie się łudzę, na pewno tego nie pamiętasz. Coraz częściej zaczynam dopuszczać myśl, że tylko ja, naiwny głupek, żyję wspomnieniem wszystkich dni 1937 roku i każdego z nich z osobna, dni, kiedy byłaś jeszcze tutaj, przy mnie…

1. Niebo nad Paryżem

Paryż, 1936

Ci, co pamiętają ową noc, kiedy zmarł Armand Sauvelle, zarzekają się, że purpurowy błysk przeciął sklepienie nieba, pozostawiając po sobie ślad żarzących się popiołów; błysk, którego Irène, córka zmarłego, nigdy nie widziała, ale który pojawiał się w jej snach przez wiele lat.

Był mroźny zimowy świt i szyby sali numer czternaście szpitala Saint George pokryła delikatna warstewka lodu, przez którą widać było rozmywające się w złocistym półbrzasku akwarele miasta.

Życie Armanda Sauvelle’a zgasło cichutko, bez westchnienia skargi. Jego żona Simone i córka Irène uniosły wzrok, gdy pierwsze błyski dnia zaczęły pruć fastrygi nocy, rozsypując po sali szpitalnej niteczki światła. Jego syn Dorian drzemał na krześle. Salą zawładnęło przejmujące milczenie. Nie trzeba było słów, żeby zrozumieć, co się stało. Po sześciu miesiącach bezlitosny upiór choroby, której nazwa nigdy nie przeszła Armandowi Sauvelle’owi przez gardło, pokonał go. Najzwyczajniej w świecie.

Tak zaczął się rok, który w pamięci rodziny Sauvelle’ów miał się zapisać jako najgorszy w jej historii.

* * *

Armand Sauvelle zabrał do grobu swój urok i zaraźliwy śmiech, ale w tę ostatnią drogę nie wyruszyły z nim bynajmniej jego rozliczne długi. Rychło kohorty wierzycieli i wszelkiego rodzaju dyplomowanych sępów w surdutach zaczęły nękać niezapowiedzianymi wizytami siedzibę Sauvelle’ów przy bulwarze Haussmanna. Po początkowych, pełnych chłodu i typowej dla kauzyperdów kurtuazji wizytach nastąpiły zawoalowane groźby. A po nich przyszedł czas na egzekucje komornicze.

Renomowane szkoły i nienagannie skrojone stroje musiały zostać zastąpione pracami zleconymi i skromniejszym przyodziewkiem dla Irène i jej młodszego brata. To był początek zawrotnego zejścia Sauvelle’ów na ziemię. Najdotkliwiej odczuła to Simone. Choć znów zaczęła pracować jako nauczycielka, jej zarobki były o wiele za niskie, by sprostać płynącym zewsząd roszczeniom. Co chwila pojawiała się kolejna umowa wierzytelności, kolejny weksel podpisany przez Armanda, kolejna czarna dziura długów…

W owym to czasie mały Dorian nabrał podejrzeń, że połowę mieszkańców Paryża stanowią adwokaci i lichwiarze, specyficzny gatunek szczurów, zamieszkujących nie w kanalizacji, ale na powierzchni. Wówczas również Irène, w tajemnicy przed matką, podjęła pracę fordanserki. Najczęściej tańczyła z młodymi, przerażonymi żołnierzami, za parę groszy (które o świcie wrzucała do blaszanego pudełka trzymanego przez Simone pod zlewozmywakiem w kuchni).

Rodzina Sauvelle’ów odkryła również, iż liczne dotąd zastępy przyjaciół i osób, na których można było polegać, zaczęły nagle topnieć niczym szron w pierwszych promieniach słońca. Niemniej gdy nadeszło lato, Henri Leconte, stary przyjaciel Armanda Sauvelle’a, zaproponował rodzinie przeprowadzkę do małego mieszkanka znajdującego się nad sklepem z artykułami malarskimi, który prowadził na Montparnassie. Zgodził się, by zapłacili mu czynsz, kiedy finanse im na to pozwolą, na razie w zamian poprosił tylko, by Dorian pomagał mu jako chłopak na posyłki, bo jemu nogi odmawiały już niestety posłuszeństwa. Żadne słowa nie były zdolne oddać wdzięczności, jaką odczuwała Simone wobec starego sklepikarza, choć Leconte i tak jej nigdy nie oczekiwał. W świecie pełnym szczurów spotkali anioła.

Kiedy na ulicach pojawiły się pierwsze oznaki nadchodzącej zimy, Irène skończyła czternaście lat, choć czuła się, jakby miała dwadzieścia cztery. Ten jeden raz, za pieniądze zarobione na dancingu, kupiła tort, by uczcić urodziny z matką i z bratem. Tego dnia odczuli szczególnie boleśnie brak ojca. Cała trójka zdmuchnęła razem świeczki na torcie w maleńkim saloniku mieszkania na Montparnassie, życząc sobie, by razem z płomykami świeczek zgasło również widmo niedoli prześladujące ich od wielu miesięcy. Tym razem ich życzenie miało się spełnić. Jeszcze o tym nie wiedzieli, ale ów ponury rok dobiegał właśnie końca.

 

* * *

Kilka tygodni później światełko nadziei nieoczekiwanie zabłysło dla rodziny Sauvelle’ów. Dzięki rozległym znajomościom monsieur Leconte’a pojawiła się oferta godziwej pracy dla ich matki w małym miasteczku Błękitna Zatoka leżącym na północnym wybrzeżu, daleko od szarości Paryża, daleko od smutnych wspomnień ostatnich dni Armanda Sauvelle’a. Zamożny wynalazca i fabrykant zabawek Lazarus Jann poszukiwał ochmistrzyni, która zajęłaby się zarządzaniem jego rezydencją w lesie Cravenmoore.

Wynalazca mieszkał w przestronnym pałacu, do którego przylegała stara, nieczynna już fabryka zabawek. Żył tam tylko z żoną Alexandrą, cierpiącą na nieuleczalną chorobę i od dwudziestu lat przykutą do łóżka. Wynagrodzenie było hojne, a poza tym Lazarus Jann oferował możliwość zamieszkania w niewielkim Domu na Cyplu wzniesionym na klifie, po drugiej stronie lasu Cravenmoore.

W połowie czerwca 1937 roku monsieur Leconte pożegnał rodzinę Sauvelle’ów na szóstym peronie dworca Austerlitz. Simone i jej dwoje dzieci zajęli miejsca w pociągu, który miał ich zawieźć na wybrzeże Normandii.

Stary Leconte, obserwując znikające w oddali światła ostatniego wagonu, uśmiechnął się w duchu, przeczuwając, że historia Sauvelle’ów, ich prawdziwa historia, dopiero się rozpoczęła.

2. Geografia i anatomia

Normandia, lato 1937

Pierwszy dzień pobytu w Domu na Cyplu Irène i jej matka spędziły na porządkowaniu miejsca, które miało stać się ich siedzibą. Dorian w tym czasie odkrywał swoją nową pasję: geografię, a dokładniej rysowanie map. Syn Simone Sauvelle, uzbrojony w kredki i zeszyt podarowane mu przez Henriego Leconte’a w przeddzień wyjazdu, zaszył się pośród skał, na samym ich szczycie, skąd mógł podziwiać niezwykły widok.

Miasteczko z maleńkim portem rybackim wznosiło się w samym środku wybrzeża okalającego dużą zatokę. W kierunku wschodnim ciągnęła się bezkresna piaszczysta plaża, perłowa pustynia przeglądająca się w morzu, znana jako Plaża Anglika. Nieco dalej ostroga cypla wbijała się w wodę niczym ostre szpony. Dom Sauvelle’ów wznosił się na samym krańcu cypla, oddzielającym Błękitną Zatokę od następnego akwenu zwanego przez miejscowych Czarną Zatoką – ze względu na jej ciemne i głębokie wody. W oddali, jakieś pół mili od wybrzeża, Dorian dostrzegł wysepkę z latarnią morską wyłaniającą się ze zwiewnej mgiełki. Spoglądając znów w stronę lądu, chłopiec widział swoją matkę i siostrę Irène siedzące na ganku Domu na Cyplu.

Ich nowy dom, dwupiętrowy budynek z pomalowanego na biało drewna, stał na zboczu klifu niczym zawieszona nad przepaścią skalna półka. Za nim rozciągał się gęsty las, a znad wierzchołków drzew wyzierała majestatyczna sylwetka rezydencji Lazarusa Janna, Cravenmoore.

Cravenmoore przypominało właściwie pałac, a może małą katedrę. Ta plątanina łuków, łęków przyporowych, te wieże i kopuły wyrastające chaotycznie ze szpiczastego dachu musiały być wytworem tyleż ekstrawaganckiego, co udręczonego umysłu. Konstrukcję wzniesiono na planie krzyża, choć obrósł on w przeróżne boczne skrzydła. Dorian przyjrzał się uważnie złowrogiej bryle rezydencji Lazarusa Janna. Legion gargulców i wyrzeźbionych w kamieniu aniołów strzegł fasady, podobny zgrai duchów zastygłych w oczekiwaniu na ciemności nocy. Zamykając zeszyt, by zejść z powrotem do Domu na Cyplu, chłopiec zaczął się zastanawiać, kto mógł obrać sobie podobne miejsce za siedzibę. Miał się tego dowiedzieć jeszcze tego samego wieczoru, cała rodzina została bowiem zaproszona na kolację w Cravenmoore – kurtuazyjny gest powitalny ich nowego dobroczyńcy, Lazarusa Janna.

* * *

Pokój Irène wychodził na północny zachód. Z okna widać było wysepkę z latarnią i plamy światła rzucane przez słońce na fale oceanu, roziskrzone laguny srebra. Po miesiącach spędzonych w maleńkim paryskim mieszkanku dysponowanie pokojem tylko dla siebie wydawało się jej nadmiernym, niezasłużonym luksusem. A już czymś wręcz oszałamiającym była możliwość zamknięcia drzwi, by nacieszyć się chwilami samotności.

Przyglądając się, jak zachodzące słońce barwi morze na kolor miedzi, Irène zastanawiała się nerwowo, co ma założyć na pierwszą kolację z Lazarusem Jannem. Po dawnej, przebogatej garderobie zostało właściwie już tylko wspomnienie. Czuła się zaszczycona zaproszeniem do rezydencji Cravenmoore, ale jednocześnie uświadomiła sobie, że nie ma odpowiedniego stroju na tak odświętną okazję: wszystkie sukienki wydawały się jej najzwyklejszymi łachmanami. Przymierzywszy dwa jedyne stroje, które jako tako nadawały się na tak uroczysty wieczór, Irène zdała sobie sprawę z nowego, nieprzewidzianego problemu.

Od kiedy skończyła czternaście lat, jej ciało jakby postanowiło zaokrąglić się w pewnych miejscach, w innych zaś wręcz przeciwnie. Teraz, licząc sobie niespełna lat piętnaście i spoglądając w lustro, widziała, że nie sposób uciec przed prawami natury. Jej zarysowująca się kobieca sylwetka nie pasowała do prostego kroju skromnych, znoszonych ubrań.

Tuż przed zmierzchem niebo nad Błękitną Zatoką migotało szkarłatnymi odblaskami, kiedy Simone Sauvelle zapukała delikatnie do sypialni Irène.

– Proszę.

Simone zamknęła za sobą drzwi. Wystarczyło jej jedno spojrzenie, żeby się domyślić, w czym tkwi problem. Wszystkie ubrania Irène leżały na łóżku. Jej córka, w samej bieliźnie, przyglądała się przez okno dalekim światłom statków. Simone spojrzała na swoją dorastającą córkę i uśmiechnęła się w duchu.

– Czas mija, a my tego nie zauważamy, co?

– Wszystkie są na mnie za małe. Tak mi przykro – odparła Irène. – Naprawdę próbowałam.

Simone podeszła do okna i przytuliła córkę. Światła miasteczka odbijały się niczym barwne lampiony w wodach zatoki. Przez chwilę obie kontemplowały poruszające widowisko zmierzchu zapadającego nad Błękitną Zatoką. Simone pogładziła córkę po twarzy i uśmiechnęła się.

– Mam przeczucie, że to miejsce przypadnie nam do gustu. A ty, co myślisz? – spytała.

– A my? Czy my mu przypadniemy do gustu?

– Lazarusowi?

Irène przytaknęła.

– Przecież jesteśmy przeuroczą rodziną. Będzie za nami przepadał – odpowiedziała Simone.

– Jesteś tego pewna?

– Nie mamy innego wyjścia, córeczko.

Irène wskazała na swoją garderobę.

– Przymierz jedną z moich sukienek – powiedziała z uśmiechem Simone. – Coś mi się wydaje, że będą na tobie leżeć lepiej niż na mnie.

Irène lekko poczerwieniała.

– Przesadzasz – próbowała nie zgodzić się z matką.

– Poczekamy, zobaczymy.

* * *

Wyrazem twarzy, który Dorian przybrał na widok siostry, gdy ta pojawiła się na schodach wystrojona w suknię matki, wygrałby niejeden konkurs na głupie miny. Irène natychmiast wbiła swe zielone oczy w brata i grożąc mu palcem wskazującym, ostrzegła go stanowczo:

– Ani słowa.

Oniemiały Dorian przytaknął, nie mogąc oderwać oczu od tej nieznanej mu kobiety, która nie dość, że miała rysy twarzy jego siostry, to jeszcze odezwała się jej głosem. Simone, na widok jego nieopisanego zdziwienia, z trudem powstrzymała uśmiech. Z uroczystą powagą poprawiła mu muszkę, a potem położyła dłoń na ramieniu.

– Żyjesz otoczony kobietami, synu. Przyzwyczajaj się.

Dorian, tyleż zdziwiony, co zrezygnowany, raz jeszcze przytaknął. Kiedy wiszący na ścianie zegar wydzwonił godzinę ósmą, wszyscy Sauvelle’owie, odświętnie ubrani, gotowi już byli na czekające ich uroczyste spotkanie. A poza tym umierali ze strachu.

* * *

W kierunku morza ciągnęła delikatna bryza, poruszając liśćmi leśnej gęstwiny otaczającej Cravenmoore. Ich szelest towarzyszył odgłosom kroków całej trójki podążającej ścieżką, która przecinała las niczym tunel wycięty w nieprzebytej puszczy. Blada poświata księżyca z trudem przebijała się przez mroczną powłokę nad ich głowami. Głosy niewidzialnych nocnych ptaków dochodzące z koron stuletnich olbrzymów rozbrzmiewały niepokojącą litanią.

– Strasznie tu, aż mnie ciarki przechodzą – szepnęła Irène.

– Nie wygłupiaj się – natychmiast ucięła jej matka. – To zwykły las. Idziemy.

Zamykający grupkę Dorian w milczeniu wpatrywał się w leśne cienie. Wyrastające z ciemności kształty w jego wyobraźni przeradzały się natychmiast w czyhające wokół diaboliczne stworzenia.

– W świetle dnia to tylko zarośla i drzewa – dodała na cały głos Simone Sauvelle. Ulotny czar, którym Dorian zaczynał się już delektować, prysł jak bańka mydlana.

Po paru minutach nocnego spaceru, które Irène dłużyły się w nieskończoność, wyrosła przed nimi majestatyczna i strzelista sylwetka Cravenmoore podobnego wyłaniającemu się z mgły baśniowemu zamkowi. Z ogromnych okien rezydencji Lazarusa Janna padały snopy złotawego światła. Na jaśniejszym tle nieba odcinały się sfory gargulców. Dostrzegli również fabrykę zabawek przylegającą do budynku.

Stanąwszy na skraju lasu, cała trójka Sauvelle’ów próbowała objąć wzrokiem ogrom rezydencji fabrykanta zabawek. W tym samym momencie podobny do kruka ptak poderwał się z zarośli, dziwnie trzepocząc skrzydłami, i zaczął krążyć nad ogrodem okalającym Cravenmoore. Zatoczywszy kilka kółek nad kamienną fontanną, wylądował w końcu u stóp Doriana. Złożył skrzydła, kołysał się przez chwilę na boki, po czym położył się i znieruchomiał. Chłopiec klęknął i powoli wyciągnął ku niemu prawą rękę.

– Lepiej uważaj – ostrzegła go Irène.

Dorian, nie zważając na słowa siostry, pogłaskał kruka po skrzydle. Ptak ani drgnął. Chłopiec wziął go w ręce i rozłożył mu skrzydła. Na jego twarzy pojawił się wyraz całkowitego zaskoczenia. Odwrócił się ku Irène i Simone.

– On jest z drewna – wyszeptał. – To zabawka mechaniczna.

Wszyscy troje spojrzeli na siebie w milczeniu. Simone westchnęła i niemal rozkazująco rzekła:

– Zachowujemy spokój. I uśmiechamy się. Musimy zrobić dobre wrażenie, zgoda?

Dzieci przytaknęły. Dorian z powrotem położył ptaka na ziemi. Simone Sauvelle uśmiechnęła się lekko i na jej znak cała trójka zaczęła wspinać się po schodach z białego marmuru wiodących ku ogromnym drzwiom z brązu, za którymi krył się sekretny świat Lazarusa Janna.

Drzwi Cravenmoore rozwarły się przed nimi same. Nie musieli nawet użyć odlanej z brązu kołatki w kształcie głowy anioła. Z wnętrza domu emanowała złocista poświata. Na tle tej jasności widać było nieruchomą sylwetkę. Postać nagle ożyła i poruszyła głową. Jednocześnie dało się słyszeć delikatny terkot. Twarz wyłoniła się z cienia. Na przybyszy spoglądały martwe oczy, zwykłe szklane kule wciśnięte w maskę pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu. Jedynie usta wykrzywiał przerażający uśmiech.

Dorian przełknął ślinę, a kobiety cofnęły się z wrażenia. Postać wyciągnęła ku nim rękę, po czym znieruchomiała.

– Mam nadzieję, że Christian państwa nie przestraszył. To stara i niedopracowana konstrukcja.

Sauvelle’owie odwrócili się i spojrzeli w dół schodów, skąd dobiegał głos. Miła i sympatycznie starzejąca się twarz uśmiechała się do nich nieco łobuzersko. Elegancko ubrany mężczyzna miał niebieskie oczy, które błyszczały pod przyprószonymi siwizną i starannie uczesanymi włosami. Podpierając się nieznacznie hebanową laską z wielobarwną gałką, podszedł do nich i ukłonił się z szacunkiem.

– Nazywam się Lazarus Jann i odnoszę wrażenie, że jestem państwu winien przeprosiny – powiedział.

Głos miał ciepły, życzliwy, jeden z tych głosów obdarzonych uspokajającą mocą i rzadko spotykaną łagodnością. Duże oczy Lazarusa Janna, przyjrzawszy się dokładnie Irène i Dorianowi, spoczęły wreszcie na twarzy Simone.

– Wracam właśnie ze swojej codziennej wieczornej przechadzki po lesie i niestety spóźniłem się. Madame Sauvelle, o ile się nie mylę…

– Bardzo mi miło.

– Mam na imię Lazarus.

Simone skinęła głową.

– Pozwoli pan, że przedstawię. Moja córka Irène. A to mój syn Dorian, nasz beniaminek.

Lazarus Jann z rewerencją uścisnął dłonie obojgu. Miał zdecydowany i miły uścisk, a uśmiech zaraźliwy.

– No dobrze. Co do Christiana, nie ma najmniejszych powodów, żeby się go bać. Trzymam go na pamiątkę mojego pionierskiego okresu. Wiem, wiem, jest toporny, a i wygląd ma mało przyjazny.

– Czy to jest maszyna? – pospieszył z pytaniem zafascynowany Dorian.

 

Karcące spojrzenie Simone nadeszło zbyt późno. Lazarus uśmiechnął się do chłopca.

– Tak, moglibyśmy tak to ująć. Z technicznego punktu widzenia Christian jest automatem.

– Sam pan go skonstruował?

– Dorian. – Simone upomniała syna.

Lazarus znów się uśmiechnął. Widać było, że żadną miarą nie miał za złe chłopcu jego dociekliwości.

– Tak. Skonstruowałem Christiana i wiele innych automatów. To jest, a właściwie była, moja praca. No dobrze, ale wydaje mi się, że kolacja na nas czeka. Może porozmawiamy o tym wszystkim przy suto zastawionym stole i w ten sposób poznamy się lepiej?

Poczuli smakowity zapach pieczeni. Nie trzeba było wróżki z kryształową kulą, żeby odgadnąć, o czym wszyscy w tym momencie pomyśleli.

* * *

Zaskakujące powitanie Christiana czy groźny wygląd gmachu Cravenmoore były niczym w porównaniu z wrażeniem, jakie wywarło na Sauvelle’ach wnętrze posiadłości Lazarusa Janna. Cała trójka, ledwo przekroczywszy próg domu, poczuła się przeniesiona w fantastyczny świat, którego istnienia nie potrafiliby nawet sobie wyobrazić.

Olbrzymie kręcone schody zdawały się wspinać bez końca. Sauvelle’owie, uniósłszy wzrok, ujrzeli, iż prowadzą one na szczyt głównej wieży Cravenmoore, a ich zwieńczeniem jest latarnia, z której sączy się mgławe, anemiczne światło. W tej widmowej poświacie rozchodzącej się po pomieszczeniu oczy całej trójki odkryły iście muzealne zbiory mechanicznych stworzeń. Tarcza wielkiego ściennego zegara, obdarzonego oczami i wykrzywionego w groteskowym grymasie, uśmiechała się do odwiedzających. Tancerka w zwiewnej sukni wirowała w samym środku owalnego pomieszczenia, gdzie każdy przedmiot, każdy najdrobniejszy szczegół stanowił część świata powołanego do życia przez Lazarusa Janna.

Klamki były uśmiechniętymi twarzami, które puszczały oko, kiedy się je nacisnęło. Ogromna, fantastycznie opierzona sowa wytrzeszczała szklane źrenice, powoli unosząc skrzydła. Dziesiątki, a może i setki miniatur i zabawek stały na półkach i w gablotach. Życia by nie starczyło, by zapoznać się z każdą z nich. Mały psotny szczeniaczek merdał ogonkiem i szczekał na widok przebiegającej przed nim metalowej myszki. Zwieszona z niewidocznego sufitu karuzela wróżek, smoków i gwiazd kręciła się w pustce wokół zamku unoszącego się pośród bawełnianych obłoczków w rytm pobrzękiwania dalekiej pozytywki…

Gdziekolwiek kierowali swoje spojrzenia, odkrywali nowe wspaniałości, nowe niewyobrażalne artefakty, coraz przemyślniejsze i bardziej zdumiewające. Przez wiele minut stali tak niemal sparaliżowani i całkowicie zauroczeni, nieświadomi rozbawionego wzroku, jakim patrzył na nich Lazarus.

– To nieprawdopodobne… – wykrztusiła w końcu Irène, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.

– To dopiero westybul. Ale rad jestem, że się wam podoba – powiedział Lazarus, prowadząc ich do przestronnej jadalni Cravenmoore.

Dorian zapomniał języka w gębie i przyglądał się wszystkiemu oczami jak spodki. Irène i Simone, równie poruszone, usilnie starały się nie ulec hipnotycznemu transowi, w jaki wprowadzał je dom.

Jadalnia, w której podano kolację, była, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze wspanialsza niż westybul. Czuło się, że wszystko, od kieliszków począwszy, poprzez sztućce aż po galowy serwis i puszyste kobierce, przynależy do królestwa Lazarusa Janna. Żaden z przedmiotów nie zdawał się pochodzić z szarej, obrzydliwie normalnej rzeczywistości, którą zostawili za sobą, przekraczając próg rezydencji. Mimo całego przepychu uwagę Irène przykuł od pierwszej chwili ogromny portret wiszący nad kominkiem, w którym płomienie buchały ze smoczych paszcz. Obraz przedstawiał damę olśniewającej urody ubraną w białą suknię. W oczach pięknej kobiety czuć było siłę przekraczającą granicę między malarskim kunsztem a rzeczywistością. Przez chwilę Irène czuła, że zaraz całkowicie ulegnie magnetycznemu czarowi tego spojrzenia.

– To moja małżonka, Alexandra… Kiedy jeszcze cieszyła się dobrym zdrowiem. Cudowne dni… – rozległ się za jej plecami głos Lazarusa, melancholijny i jakby pogodzony z losem.

* * *

Kolacja przy świecach przebiegała w miłej atmosferze. Lazarus Jann okazał się znakomitym gospodarzem, który szybko zaskarbił sobie sympatię Irène i Doriana zabawnymi anegdotami i opowieściami. Powiedział im, że wszystkie podane wspaniałości to dzieło Hannah, dziewczyny w wieku Irène, pełniącej jednocześnie obowiązki kucharki i pokojówki. Pierwsze lody zostały przełamane już po kilku minutach. Wszyscy brali udział w ożywionej konwersacji, którą fabrykant zabawek potrafił kierować z nader subtelną maestrią.

Kiedy przystąpili do drugiego dania, pieczonego indyka, specjalności Hannah, Sauvelle’owie mieli wrażenie, że przebywają w towarzystwie starego znajomego. Simone z ulgą skonstatowała, iż sympatia jej dzieci do Lazarusa jest odwzajemniona, a i ona sama nie może się oprzeć urokowi nowego pryncypała.

Nie przestając sypać anegdotami, Lazarus udzielił im wyczerpujących informacji związanych z domem i z charakterem obowiązków Simone. W piątek wieczór Hannah miała wolne i nocowała u swojej rodziny w miasteczku. Mieli ją poznać nazajutrz, kiedy stawi się w rezydencji do pracy. Nie licząc Lazarusa i jego żony, Hannah była jedynym mieszkańcem Cravenmoore. Ona pomoże im się tutaj zaaklimatyzować i gotowa jest wesprzeć ich we wszystkich problemach, jakie mogą się pojawić w pierwszych dniach ich pobytu.

Przy deserze, zjawiskowej tarcie z malinami, Lazarus przeszedł do wyjaśnienia, czego od każdego z nich oczekuje. Aczkolwiek fabryka jest już zamknięta, on nadal, od czasu do czasu, pracuje w swoim warsztacie zabawek. Podkreślił z całą stanowczością, że pod żadnym pozorem nie wolno im przekraczać progu fabryki. Zakaz dotyczył również wyższych pięter, a już szczególnie pomieszczeń zachodniego skrzydła, w których mieściły się pokoje jego małżonki.

Od ponad dwudziestu lat Alexandra Jann cierpiała na dziwną i nieuleczalną chorobę, która przykuła ją do łóżka. Żona Lazarusa nie ruszała się ze swojej sypialni znajdującej się na trzecim piętrze zachodniego skrzydła. Jedynie jej mąż, doglądający jej w chorobie, miał tam prawo wstępu. Fabrykant zabawek opowiedział im, że żona, jeszcze jako pełna życia młoda kobieta, nabawiła się tajemniczej przypadłości podczas jednej z podróży, którą odbywali przez kraje Europy Środkowej.

Nieuleczalna jak na razie choroba powoli, acz systematycznie odbierała jej siły, do tego stopnia, iż po jakimś czasie nie mogła sama chodzić ani utrzymać niczego w rękach. Po upływie sześciu miesięcy jej stan drastycznie się pogorszył. Była już tylko cieniem tej pięknej kobiety, z którą ożenił się zaledwie kilka lat wcześniej. Po roku od zarażenia zaczęła zanikać pamięć chorej. Po kilku tygodniach z trudnością rozpoznawała nawet własnego małżonka. W tym okresie nie mogła już mówić, a jej oczy, poza straszliwą pustką, przestały cokolwiek wyrażać. Alexandra Jann miała wówczas dwadzieścia sześć lat. Od tamtego czasu nigdy już nie opuściła Cravenmoore.

Goście wysłuchali poruszającej opowieści Lazarusa w milczącym skupieniu. Fabrykant nie zdołał ukryć emocji wywołanych nawiedzającymi go wspomnieniami, wieloletnią samotnością i cierpieniem. Nie chcąc jednak przytłaczać gości swoim smutkiem, szybko począł rozpływać się w pochwałach nad deserem. Gorycz jego spojrzenia nie uszła jednak uwadze Irène.

Dziewczyna bez trudu potrafiła sobie wyobrazić, dlaczego wybrał się w tę swoją szczególną podróż donikąd. Pozbawiony tego, co najbardziej kochał, Lazarus schronił się w świecie fantazji, tworząc setki istot i przedmiotów, by wypełnić jakoś dręczącą go samotność.

Słuchając opowieści fabrykanta zabawek, Irène nagle zrozumiała, że ów świat rozbuchanej wyobraźni zaludniającej Cravenmoore to znacznie więcej niż tylko zabawny kaprys geniusza. Ona, która na własnej skórze odczuła, co to znaczy stracić kogoś bliskiego, patrzyła teraz na Cravenmoore jak na mroczne odzwierciedlenie labiryntu samotności, w którym Lazarus żył przez ostatnie dwadzieścia lat. Każdy z mieszkańców owego cudownego świata, każdy obecny w nim twór, był po prostu łzą przelaną w milczeniu.