Mroczna prawdaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cóż, nasza osoba od „łowienia ludzi” świetnie to wczoraj rozegrała – Ron Sandford 15:48

„Rozegrała” to dobre określenie. Naprawdę wczoraj dawała z siebie WSZYSTKO :) – Vic Gibbins 15:50

Miau, ty też się specjalnie nie ograniczałaś – Ron Sandford 15:50

Czy ktoś może wyjaśnić sprawę dla nas maluczkich, którzy nie dostali się na listę najlepszych? – Kate Kesson 15:52

W sensie, czy dostaliśmy te pieprzone pieniądze – Kate Kesson 15:52

Można bezpiecznie potwierdzić #kasiora :) – Ron Sandford 15:53

O Boże, teraz będzie jeszcze bardziej nieznośna #westchnienie – Kate Kesson 15:54

Wszyscy mamy krzyż do niesienia – Ron Sandford 15:55

* * *

Conway zamyka drzwi wejściowe za sobą i słyszy, jak zamek sam zaskakuje. Monmouth House jest na rogu, więc – w przeciwieństwie do większości swoich sąsiadów – Marina Fisher ma boczne wejście do swojego domu i nie musi ciągle radzić sobie z odwiecznym problemem właścicieli georgiańskich szeregowców, od Bath do Bloomsbury: co zrobić z cholernymi koszami na śmieci. Fisher trzyma swoje tuż za bramą, ustawione dyskretnie w specjalnej budce, po której pnie się powojnik. Conway otwiera kosz do recyklingu, żeby wyjąć butelkę po szampanie i zgodnie z oczekiwaniem, znajduje ją na samym wierzchu. Wkłada ją do torby i zamierza właśnie zamknąć wieko, kiedy nagle dostrzega, co znajdowało się pod butelką. Marszczy lekko czoło, waha się przez chwilę, a potem sięga do walizki po kolejną torbę dowodową.

* * *

Adam Fawley, 7 lipca 2018, godz. 20.15

– Wiem, że jest późno, strasznie gorąco, a w dodatku mamy sobotę i pewnie wolelibyście siedzieć w pubie, racząc się zimnym piwkiem, niż prowadzić przesłuchanie, ale chciałbym zebrać wasze pierwsze wrażenia na świeżo.

Spoglądam na nich: Ev, Quinna, Asantego.

– Któremu z nich wierzycie? I nie, to nie jest podchwytliwe pytanie.

– Jeśli już musiałabym wybierać, postawiłabym na Morgana – mówi Everett. – Odpowiedział na wszystkie pytania, nie odwracał wzroku. Przyznał się nawet, że Fisher mu się podobała, a przecież wiedział, że to skomplikuje sytuację. Mimo to na pytanie odpowiedział szczerze.

Spoglądam na Quinna.

– A co ty na ten temat?

Wzrusza ramionami.

– Nie potrafię zrozumieć postępowania Morgana. Przecież nic tak naprawdę się nie stało, więc po co mu takie komplikacje? Nie wspominając, że jednocześnie naraża na szwank swoją całą przyszłą karierę. Nie jest głupi. Musi sobie zdawać sprawę, że szanse skazania są w zasadzie zerowe. To wszystko nie ma sensu.

Ev spogląda na niego z ukosa.

– A jeśli układ płci byłby odwrócony, nadal byś mówił, że „nic się nie stało”? Gdyby to nauczyciel molestował studentkę? Nie, oczywiście, że nie!

– Wiem, że wszyscy jesteśmy tego świadomi, ale w napaści na tle seksualnym nie chodzi o płeć, tylko o władzę – mówi spokojnie Asante, spoglądając to na jedno, to na drugie. – A w tym przypadku cała władza należy do Fisher. Jeżeli wykorzystałaby swoją przewagę w jakikolwiek inny sposób, w sensie akademickim, Morgan miałby pełne prawo złożyć zażalenie. Dlaczego ta sytuacja ma być inna?

Quinn potrząsa głową.

– Facet podejmuje ogromne ryzyko…

– A co z nią? – mówi szybko Ev. – Zalecanie się w ten sposób do studenta, wiedząc, że mógłby pójść od razu do władz college’u i na nią naskarżyć? Powiedziałabym, że to dopiero jest ryzyko.

– I właśnie w tym sęk – mówię. – Oboje są ryzykantami. Morgan sam to o sobie powiedział podczas przesłuchania. Stwierdził, że ktokolwiek pracujący w tej dziedzinie musi być gotowy na podejmowanie ryzyka, inaczej donikąd nie zajdzie.

Ev marszczy czoło.

– Czyli są siebie warci, to pan chce powiedzieć?

– Chcę powiedzieć, że oboje są ludźmi, którzy mogą być przygotowani lepiej niż inni do gry o wysoką stawkę.

Zapada cisza. Nie są pewni, gdzie to nas stawia, i szczerze mówiąc, ja też nie.

– Nie wiem, dlaczego w ogóle zajmuje się tym wydział kryminalny – mamrocze Quinn. – Nie wspominając o zaangażowaniu całego cholernego zespołu.

Klasyczny Quinn, ale po raz pierwszy się z nim zgadzam. Ja też nie wrzuciłbym na to całego zespołu, ale nie mamy żadnej innej, bardziej naglącej sprawy do rozwiązania, a co ważniejsze, przewiduję, że naczelnik policji będzie się „interesował” czy też „sprawdzał postępy” – jakkolwiek to się teraz mówi w celu zaprezentowania pobieżnego (niezbyt) zainteresowania. Jak to kiedyś powiedział mój pierwszy inspektor, „to tylko sugestia, ale nie zapominajmy, kto ją uczynił”.

– Coś mi nie pasuje w tej Fisher – mówi wreszcie Asante. – Nie jestem pewien, co dokładnie, ale coś jest nie tak. Cała ta gadanina o tym, że nie pamięta… to trochę zbyt wygodny zbieg okoliczności, moim zdaniem.

– Z drugiej strony, dlaczego Morgan nie wspomniał o naderwaniu sukni? – mówię. – Nie ukrywał przecież, że doszło między nimi do fizycznej utarczki, więc dlaczego nie powiedział, że w jej trakcie uszkodził suknię?

Ev wzrusza ramionami.

– Może nie zauważył? Albo po prostu nie pamięta.

Quinn prycha ironicznie i odwraca wzrok.

– Jasne, jasne. On nie pamięta, ona nie pamięta. On powiedział, ona powiedziała. To wszystko jakieś pierdoły, ot co.

Widzę, że Ev ma ochotę zaoponować, i postanawiam się wtrącić.

– No dobrze, pewnie wszyscy mamy już dosyć na dzisiaj. Posterunkowy Quinn ma rację co do jednego: prokuratura w życiu nie podejmie się sprawy w takich okolicznościach. Jeżeli uda się nam zidentyfikować DNA pobrane z ciała Morgana, wszystko może się zmienić. W międzyczasie jednak, czy się to nam podoba, czy nie, nie możemy zignorować tego, kim jest jego matka, i to wcale nie dlatego, że sama nam na to nie pozwoli. Pamiętacie tę debatę na temat przemocy seksualnej w kwaterach Unii kilka miesięcy temu? Założę się, że natychmiast rzuciłaby się na tę sprawę, nawet gdyby ofiarą nie był jej własny syn.

Quinn wzdycha ciężko.

– Jeszcze tego nam trzeba, żeby cisnęła nas jakaś zarozumiała karierowiczka.

– No dobrze – mówię szybko. Tego rodzaju podejście do niczego nas (a w szczególności Quinna) nie doprowadzi. – W takim razie nie dajmy jej satysfakcji. Analiza kryminalistyczna zajmie zapewne kilka dni, i to jeśli będziemy mieli szczęście. Tymczasem odrobimy pracę domową. Musimy potwierdzić historię Morgana, spotykając się z jego dziewczyną, no i porozmawiać z kolegami Fisher, zarówno tutaj, jak w innych miejscach, w których pracowała w przeszłości. Chcę wiedzieć, czy już kiedyś istniały jakiekolwiek, nawet najmniejsze podejrzenia tego typu w stosunku do niej. Poza tym sprawdźcie, czy któraś z tych osób nie uczestniczyła w obiedzie w Balliol. Może uda się nam ustalić, czy Fisher przypadkiem nie uszkodziła sobie sukni albo nie nabawiła się siniaka przed wyjściem.

– Musimy jednak zachować ostrożność – dodaje Asante. – Tego typu oskarżenia mogą jej zniszczyć karierę. A jeśli na końcu okaże się, że jednak tego nie zrobiła…

– Dokładnie. Dlatego bardzo proszę o dyskrecję. Macie słuchać plotek, a nie je rozsiewać.

Wstaję. Asante zapisuje sobie coś w notesie, Ev zbiera rzeczy, a Quinn wygląda na wkurzonego.

– Posterunkowy Baxter zajmie się telefonem Fisher. Poza tym zobaczę, czy Bryan Gow mógłby się przyjrzeć nagraniu z jej przesłuchania. Jeżeli Asante ma rację i coś tu jest nie tak, Gow na pewno pomoże nam to zidentyfikować. Jeśli chodzi o resztę, posterunkowy Quinn, od tej chwili pełnisz obowiązki sierżanta. Sprawa jest w twoich rękach.

Quinn spogląda na mnie.

– Tak jest, szefie – odpowiada, wyraźnie ożywiony.

* * *

Zmrok jest najbardziej oszukańczą porą dnia. Wspomnienie światła nadal jeszcze widnieje na niebie, ale ziemia poniżej już pociemniała. Nikt, nawet wścibski staruszek, który wyprowadził właśnie psa, nie zauważył mężczyzny, który zaparkował na poboczu drogi. Ale dlaczego miałby zauważyć? Mężczyzna nie poruszał się od dłuższego czasu – nie czytał gazety, nie słuchał radia, nie sięgał po miętówki do skrytki na rękawiczki. Samochód jest cichy, podobnie jak on. Nie robi nic. Nic – tylko obserwuje.

Kilka chwil później drzwi naprzeciwko się otwierają i do pergoli obok bramy podchodzi szybkim krokiem kobieta. Podnosi wieko jednego z koszów stojących w środku i wrzuca tam plastikową czarną torbę. Potem odwraca się i rozgląda po ulicy. Spogląda prosto na mężczyznę, który zsuwa się nieco niżej na swoim siedzeniu, chociaż wie, że jest zbyt ciemno, zbyt daleko, aby kobieta mogła dojrzeć jego twarz.

Kiedy spogląda znowu w tamtą stronę, chodnikiem zbliżają się dwie kobiety, gadając głośno i pchając przed sobą spacerówki. Jest również starsze dziecko, rudy okularnik ciągnący się z tyłu. Mężczyzna marszczy czoło. Obie matki są zbyt zajęte rozmową i zbyt zmęczone upałem, żeby zauważyć cokolwiek, nie wspominając o osobie chowającej się w ciszy w swoim samochodzie, ale dzieci są inne. One nie przejmują się pogodą i zmęczeniem. Wpatrują się prosto w niego.

Kobiety właśnie go mijają. Docierają do niego strzępki rozmowy:

– Myślę, że musisz im po prostu powiedzieć…

– Ale wiesz, jak tam jest…

– Kiedy rozmawiałam z Pippą na ten temat, powiedziała to samo…

Przechodzą dalej, ale dzieciak ociąga się i mężczyzna dostrzega teraz, dlaczego. Zatrzymuje się przy każdym samochodzie, sprawdza markę i notuje coś w małym czerwonym notatniku. Mężczyzna mruży oczy. Takie to już jego szczęście, że trafił na jedynego gnojka na świecie, który od małego chce być strażnikiem miejskim.

Chłopiec jest coraz bliżej, ale nadal zbyt daleko, aby odczytać tablice rejestracyjne wozu mężczyzny. Nie przy tym świetle. Mężczyzna widzi kobietę przy bramie, wpatrującą się w półmrok. Przeklina pod nosem, sięga do zapłonu i włącza silnik.

 

* * *

Kiedy Niamh Kennedy zatrzymuje się naprzeciwko Monmouth House, wszystkie okna od frontu są ciemne.

– Beatriz musi być w kuchni. – Fisher spogląda na dom. – Biedna kobieta. Nie miałam pojęcia, że zejdzie mi tak długo.

– Tego rodzaju sprawy zazwyczaj trochę się ciągną – mówi Kennedy. – Jeżeli mogę coś doradzić, zafunduj sobie duży kieliszek wina, gorącą kąpiel i idź od razu do łóżka.

– Zrobię to – odpowiada Fisher. – Tylko najpierw muszę spędzić trochę czasu z Tobinem. Bóg jeden wie, co on sobie myśli.

– Dzieci są dużo odporniejsze, niż ci się wydaje. Będzie się kierował twoim nastrojem. Tak długo, jak będziesz rozmawiać z nim spokojnie, wszystko będzie dobrze. – Ściska ramię Fisher. – Nie martw się, Marina. Wiem, że w tej chwili czujesz się przytłoczona, ale jesteś silną osobą. Gdybyś należała do tego rodzaju ludzi, którzy dadzą się pokonać czymś takim, nie dotarłabyś aż tak daleko.

Fisher kiwa szybko głową, a potem wysiada z samochodu i nie oglądając się, przechodzi przez ulicę. Trzyma się prosto i dumnie, otwierając zamek kluczem, ale gdy tylko słyszy odjeżdżający samochód, garbi się i potykając się o próg, wchodzi do środka.

Zatrzymuje się na chwilę, przyzwyczajając wzrok do mroku. Na najniższym schodku dostrzega blady kształt, który rzuca się w jej kierunku. Widzi parę wielkich, pociemniałych oczu osadzonych w bladej twarzy.

– Gdzie byłaś, mamusiu? Obiecałaś, że obejrzysz mój rysunek. Czekałem na ciebie całymi godzinami. Gdzie ty byłaś?

* * *


* * *

Adam Fawley, 7 lipca 2018, godz. 21.54

Kiedy wracam do domu, budynek jest spowity cieniem. Wewnątrz pali się tylko jedna lampka, w kuchni. Znajduję liścik o sałatce w lodówce, jeśli jestem głodny. Nalewam sobie kieliszek merlota i cicho wchodzę na górę. Drzwi do pokoju dziecinnego są uchylone. Kiedyś był tutaj pokój Jake’a. Kilka miesięcy temu spędziliśmy cały weekend, pieczołowicie pakując wszystkie jego rzeczy w pudełka. Nie rozmawialiśmy o tym – nie musieliśmy. Po prostu wiedzieliśmy, że przyszedł na to czas. A teraz wszystko tutaj jest nowe: tapety, meble, pościel i zasłony; sterty ubranek dla dziecka, nadal w opakowaniach, nawet karuzela zamontowana nad łóżeczkiem. Czuć jeszcze zapach farby. Żółtej farby. Wszystko tu jest białe albo żółte – ani kropla niebieskiego lub różowego w całym pokoju. Alex zna płeć naszego dziecka od miesięcy, ale nigdy mi jej nie zdradziła. Na dole, na lodówce wisi lista imion, wypełniona na równi propozycjami dla chłopców i dziewczynek – dodawane, wykreślane, ze znakami zapytania, zaaprobowane. Zdaje się, że ostatecznie zgodziliśmy się na Lily Rose dla dziewczynki, ale wciąż nie możemy się zdecydować na chłopców. Dosłownie. Alex chce Stephena, po tacie, ale ja nienawidzę Steve’a. Wolałbym Gabriela, ale z kolei ona nie cierpi Gabe’a. Impas.

Wchodzę cicho na korytarz na piętrze, uchylam lekko drzwi do naszej sypialni i stoję przez chwilę, nasłuchując w półmroku.

Na zewnątrz słyszę wycie dalekich syren, pomruk ruchu ulicznego na obwodnicy i ostatnie dźwięki śpiewu kosa.

Ale tutaj, w pokoju, moja śpiąca żona jęczy cicho we śnie, niespokojna, walcząca ze zmorami.

* * *

Następnego rana, tuż po godzinie dziewiątej, Anthony Asante siedzi przy oknie wykuszowym w swoim mieszkaniu, rozmawiając przez telefon z matką. Zasunął żaluzje, żeby odciąć się od słońca, ale i tak robi się za gorąco, żeby siedzieć dłużej w tym miejscu. „Okno wykuszowe” pewnie kojarzy się wam natychmiast z jednym z tych klasycznych wiktoriańskich domów w Oksfordzie – czteropiętrowych, z czerwonej cegły, z kamiennymi szprosami, ale w tym przypadku nie moglibyście się bardziej mylić. To okno jest prostokątne i wystaje ze ściany jak na wpół otwarte drzwi. Mieszkanie jest schludne, całe w drewnie i bieli, a na dodatek dwupoziomowe. Prawie nikt nie może uwierzyć w istnienie takiego lokalu w tym mieście, a zwłaszcza tak blisko centrum. Sęk w tym, że ludzie odwiedzający Asantego są przeważnie hipotetyczni, ponieważ wprowadził się tutaj zaledwie kilka tygodni temu. A nawet gdyby mieszkał tu od dawna, jest dość skrytą osobą i lubi mieć swoje prywatne miejsce dla siebie. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że będzie musiał uczynić wyjątek dla swoich rodziców. Przekłada telefon do drugiego ucha, jednocześnie przeglądając coś na tablecie. Asante jest dobry w robieniu kilku rzeczy naraz, a poza tym rozmowa z matką nie wymaga zbytniego zaangażowania umysłowego. Właśnie mówi coś o tym, że chciałaby go zabrać na lunch w przyszły weekend. Przyjeżdżają na jakieś przyjęcie wieczorne w jej college’u.

– Nie martw się – dodaje szybko, zanim Asante zdoła odpowiedzieć. – Zostaniemy na noc w college’u.

Asante próbuje nie okazać ulgi. Kocha swoich rodziców i – chociaż rzadziej – podziwia ich, ale naprawdę wolałby, żeby tu nie zostawali. Gdyby nalegała, powiedziałby, że jeszcze nie zdążył kupić dodatkowego łóżka (co zresztą jest prawdą), jednak z wdzięcznością przyjmuje (nie po raz pierwszy) umiejętności swojej matki, która sama potrafi się domyślić różnych rzeczy.

– W college’u mają mnóstwo wolnych pokoi – mówi jego mama. – Może nie mieliśmy gargulców ani chłopców, ale miejsce to jedna rzecz, która zawsze była dostępna w EL.

– Co powiecie na The Perch? – pyta Asante. – Zjemy tam lunch? Tata zawsze lubił tam chodzić.

– Doskonale. Chociaż pewnie lepiej, żebyśmy zamówili miejsce. Przy takiej pogodzie będzie tam mnóstwo ludzi, zwłaszcza w weekend.

– Załatwię to, zostaw to mi.

– Naprawdę się cieszymy, że zobaczymy twoje nowe mieszkanie, Anthony. Jesteś pewien, że nie chcesz, żebyśmy ci coś przywieźli? Mamy mnóstwo nieużywanych mebli. Strych praktycznie pęka w szwach…

Asante uśmiecha się dobrotliwie: to, co pasuje do zdobionego sztukaterią domu w Holland Park, tutaj naprawdę nie będzie wyglądało zbyt dobrze.

– Nie trzeba, mamo. Naprawdę niczego mi nie brakuje.

Kończy rozmowę i idzie do kuchni, skąd widać pagórek pod zamkiem, zaledwie kilka metrów od okna. Czarno-biały kot sąsiadów siedzi przyczajony w połowie podjazdu, polując na myszy. Ma jedno oko i ekstrawagancki wąs, co sprawia, że wygląda jak uroczy pirat. Zamkowe wzgórze to jeden z powodów, dla którego Asante kupił to mieszkanie. Dla niektórych ludzi główną atrakcją byłaby bliskość barów i kawiarni w tej byłej więziennej (teraz bardzo szykownej) dzielnicy, zaczynającej się zaledwie kilkaset metrów stąd. Inni doceniliby fakt, że do najbliższej stacji metra mają zaledwie pięć minut drogi. Asantego jednak zauroczyła niewiarygodność wzgórza zamkowego – tysiącletniego, usypanego przez ludzi wzniesienia w samym centrum miasta. Lubi starą piwowarnię i przerobioną już teraz słodownię. Podobają mu się również sugestywne nazwy okolicznych ulic: Paradise Street, Quaking Bridge, Beef Lane[10]. W XIX stuleciu był tutaj również szpital dla koni, w XX wieku zaś – wytwórnia marmolady. Okolica nie jest zbyt dobrze znana, dość eklektyczna i niespodziewana – zupełnie jak Asante.

Nalewa sobie szklankę wody i otwiera okno kuchenne nieco szerzej. W lecie na podwórcu zamkowym wystawiają sztuki Szekspira i Asante widzi brzeg sceny oraz schodki, na których zazwyczaj siedzi publiczność. Do tej pory obejrzał już kilka przedstawień, włączając w to Henryka V, odgrywanego przez zaledwie czterech aktorów – nie brzmiało to obiecująco, ale okazało się absolutnie genialne. W nocy, kiedy wszystko się uspokaja i nocne światła rozjaśniają czubki drzew, Asante może wtedy usiąść na balkonie i wysłuchać całego spektaklu. Wczoraj w nocy wystawiali Tytusa Andronicusa. Nie znał tej sztuki, ale grupka dzieciaków ze szkoły najwyraźniej owszem. Kanibalizm, zemsta i gwałt – da się lubić, kiedy człowiek ma piętnaście lat?

* * *

Piętnaście kilometrów dalej w linii prostej Ev właśnie odwiedza tatę, który od kilku miesięcy mieszka w ośrodku opieki i dopiero zaczyna przyzwyczajać się do tego miejsca, nie wspominając nawet o zaakceptowaniu go. Ev była równie niechętna temu pomysłowi, ale po tym, jak upadek taty nieomal skończył się złamanym biodrem, wiedziała, że nie ma już wyboru. Wszyscy tak mówili – lekarz, kierownik ośrodka opieki, nawet Fawley. Co nie znaczy, że pełne wyrzutu spojrzenie ojca jest łatwiejsze do zniesienia, a jego gniewne użalanie się nad sobą łatwiejsze do wysłuchiwania.

Odwiedzała ojca w każdy weekend, ale to pierwszy raz, kiedy nie włączyli ogrzewania. Wszyscy mieszkańcy, którzy mogą się ruszać, są w ogrodzie, do którego Ev nigdy jeszcze nie zaglądała i który okazał się znacznie ładniejszy, niż się spodziewała. Są tu rabaty pełne róż, nagietków, petunii – kwiatów, z którymi wychowało się całe pokolenie jej ojca, ale on oczywiście i tak znalazł sobie coś do krytykowania („ogrodnik jest niby taki ekologiczny, ale nie da rady pozbyć się mszyc za pomocą cholernego płynu do mycia naczyń”). Mimo wszystko przynajmniej wróciło mu trochę koloru na policzki. Ev pomogła mu wrócić na fotel, a potem oczywiście przyszła kolej na herbatę z wilgotnymi herbatnikami i kolejną dawkę dziennej telewizji, z depresyjnymi reklamami planów pogrzebowych, kleju do sztucznej szczęki i eufemizmu roku – „wrażliwego pęcherza”. Z pewnym niepokojem Ev zdaje sobie sprawę, że podobne reklamy zaczęły się również pojawiać na jej stronie na Facebooku. Co oni sobie wyobrażają – że ile ona ma lat? O wpół do jedenastej Ev ma już dosyć i uznaje, że zasłużyła sobie na porządną kawę w ciszy i spokoju własnego dużego pokoju. Wstaje, mamrocząc coś o konieczności nakarmienia Hektora. Oczywiście jej ojciec natychmiast oznajmia na cały regulator, że jego jedyna córka „bardziej dba o swojego cholernego kota niż o mnie”. Kilkoro innych odwiedzających spogląda na nią, kiedy wychodzi. Jedna z kobiet spogląda na nią ze zrozumieniem: Nie przejmuj się, ja też przez to przechodziłam.

Ev przyspiesza, przechodząc przez poczekalnię, widząc już drzwi wyjściowe – i nagle ktoś woła ją po nazwisku.

– Panna Everett?

Odwraca się. To Elaine Baylis, kierowniczka. Ev przeklina w duchu. Kolejne pół godziny, zanim będzie w końcu mogła wypić kawę – i to jeśli się jej poszczęści.

– Tak myślałam, że to pani. Czy mogłabym zamienić słówko? – Baylis pewnie dostrzegła minę Ev, ponieważ jej twarz nieco twardnieje. – Proszę się nie obawiać. Nie zatrzymam pani na długo.

Baylis nie może być dużo starsza od Ev, ale połączenie starannie dobranej monotonnej garderoby i bigoteryjnej profesjonalnej maniery sprawia, że wydaje się postarzałą pięćdziesięciopięciolatką.

Zaprasza Everett do biura i zamyka za sobą drzwi. Ev siada na jednym z niewygodnych plastikowych krzeseł.

– Chciałam tylko powiedzieć, że cieszymy się, że pani ojciec zaczyna się adaptować do nowego miejsca. – Baylis również siada na swoim krześle, pieczołowicie wygładzając spódnicę pod sobą. Jej matka na pewno byłaby dumna.

Ev zastanawia się, czy kobieta mówi to w imieniu wszystkich pracowników, czy jest to coś w rodzaju pluralis majestatis.

– Ale?

Baylis marszczy czoło.

– Słucham?

– Po prostu wyglądało na to, że zaraz usłyszę jakieś „ale”. – Uśmiecha się Everett. – A może za dużo czasu spędzam, przesłuchując podejrzanych.

Baylis wydaje się zbita z tropu. A to nowość, myśli Ev.

– Chciałam tylko powiedzieć, że wszyscy oddychają z ulgą, kiedy rezydent zaczyna się tutaj czuć jak w domu.

Ev czeka. Jest przekonana, że jest coś jeszcze. Jak już wspomniała, przesłuchuje ludzi nie od dziś.

Baylis wzdycha.

– Wiem, że rozmawiałyśmy o tym wcześniej, zanim pani ojciec stał się jednym z nas. – Brzmi jak przywódca jakiejś sekty. – Czuję jednak, że muszę to powtórzyć. Meadowhall jest domem starców, a nie ośrodkiem opieki medycznej. Nie mamy tutaj specjalistów…

– Chodzi o alzheimera.

Mruga szybko.

– Tak, o alzheimera.

– Lekarze mówią, że to wciąż wczesny etap. Ojciec dostał leki…

– Wiem, i pilnujemy, żeby je brał. Ale to w zasadzie wszystko, co możemy dla niego zrobić – mówi z naciskiem. – Nie mamy na etacie pracowników medycznych. Nie będziemy w stanie poradzić sobie…

– Jeśli jego stan się pogorszy. Tak, wiem. Mówiła mi to już pani.

Baylis spogląda na nią długo, ale z sympatią.

 

– To nie jest kwestia „jeśli”, tylko „kiedy”, panno Everett. Alzheimer zawsze koniec końców wygrywa.

Ev czuje, że jej gardło nagle zaciska się, pełne łez.

– Wiem – odpowiada po chwili, a drżenie głosu zdradza jej myśli. – Wiem o tym. Ja po prostu chcę… chcę, żeby został w jakimś normalnym miejscu tak długo, jak będzie w stanie. Gdzieś, gdzie będzie mógł się czuć jak w domu.

Baylis kiwa głową.

– A my mu to zapewnimy, ale tylko tak długo, jak to będzie wykonalne. Po prostu chciałam się upewnić, że sytuacja jest całkowicie jasna w tym względzie.

Everett wstaje. Gdyby Baylis rzeczywiście była podejrzaną, usłyszałaby teraz odpowiednią, inteligentną odpowiedź – idealny zestaw słów, który pomógłby ugruntować równowagę sił między nimi, ale w tym pokoju coś sprawia, że jej mózg się wyłącza.

– Przepraszam – mamrocze. – Muszę już iść.

* * *

Kierownik uniwersyteckiego wydziału nauk komputerowych dał się odnaleźć bez problemu, ale znacznie trudniej było go przekonać do spotkania się z nimi w czasie weekendu. Otwiera drzwi, demonstracyjnie ubrany w fioletowo-turkusowy szlafrok i kapcie.

– Nie jesteście z Kościoła Zjednoczenia, co? – pyta dobrodusznie. – Poprzedni gość w takim garniturze, który do mnie zapukał, pytał mnie, czy chcę zostać wybawiony.

Quinn podchodzi bliżej i pokazuje mu swoją legitymację służbową.

– Zastępca sierżanta, Gareth Quinn, a to jest posterunkowy Asante. Dziękujemy, że zechciał się pan z nami spotkać, profesorze Sandford.

Mężczyzna cofa się o krok i gestem zaprasza do środka.

– Siedzę w kuchni, na tyłach domu.

Mieszka w wiktoriańskim bliźniaku, ale – w przeciwieństwie do większości ludzi zamieszkujących tego typu domy – Sandford nie usunął ścian oddzielających pokoje na dole, więc podróż mrocznym korytarzem jest niczym przechodzenie przez wagon pasażerski w pociągu, z serią drzwi po jednej stronie. W połączeniu z wzorzystą tapetą i stertami gazet oraz magazynów, miejsce wydaje się dużo mniejsze, niż jest w rzeczywistości. Kuchnia znajduje się we „współczesnej” przybudówce – pojęcie względne, oczywiście, bo wygląda na zbudowaną w latach osiemdziesiątych. Na zewnątrz resztki ogrodu zostały wyłożone przybrudzonymi płytami chodnikowymi. Stoi tam biały plastikowy stolik oraz krzesła od kompletu, a przy płocie więdną zaniedbane krzewy pomidorów. Wygląda na to, że Sandford nie lubi sprzątać. W zagraconej kuchni nie jest zbyt czysto, a jedynym przedmiotem tutaj, który ma mniej niż trzydzieści lat, jest ekspres do kawy Nespresso. Reszta to typowy styl retro z 1985 roku – stojak na kubki, komplet słoików na herbatę i kawę, emaliowany toster – oryginalny, a nie modna podróbka. Na barku śniadaniowym stoi kubek z parującą kawą, a na talerzu leżą świeżo posmarowane masłem tosty, ale Sandford nie oferuje im ani jednego, ani drugiego. Po prostu odsuwa sobie stołek przy barku i gestem zaprasza ich do zrobienia tego samego.

– To musi być coś poważnego, skoro tak się wystroiliście o tej porze w niedzielę.

Quinn wyciąga tablet.

– Prowadzimy dochodzenie związane z profesor Fisher.

Sandford unosi brwi i prawie uśmiecha się półgębkiem.

– Z Mariną? Proszę, proszę. Kto by pomyślał, co?

– W tej chwili to poufne śledztwo, proszę pana, i priorytetem jest zachowanie tego statusu. Jestem pewien, że pan rozumie.

Sandford udaje, że zapina suwakiem usta.

– Zapewniam, że moje usta milczą. – Sięga po tost i smaruje go grubą warstwą dżemu z czarnej porzeczki. Asante czuje, że zaczyna mu burczeć w żołądku.

– No to proszę bardzo – mówi Sandford z pełnymi ustami. – Co panowie chcą wiedzieć?

– W jaki sposób układają się relacje profesor Fisher z jej studentami? – pyta Quinn.

Sandford kiwa powoli głową, nie przerywając przeżuwania.

– Jest bardzo popularna. Bycie gwiazdą mediów niewątpliwie ma z tym dużo wspólnego. Magiczny pyłek. O tak, Marina ma dość silną grupę fanów.

– A co z jej współpracownikami? – pyta Asante. – Czy w tym przypadku również wzbudza podobny podziw?

Sandford zastanawia się przez chwilę.

– Powiedzmy, że to akurat jest zróżnicowane. Nikt nie kwestionuje jej kompetencji, ale to przecież Oksford. Doskonałość pozwala na dotarcie zaledwie do pierwszej bazy.

– Co jej koledzy sądzą o jej wizerunku publicznym? – ciągnie Asante. – Czy jest postrzegany jako coś pozytywnego?

Sandford spogląda na niego z ukosa.

– No cóż, oficjalnie, posiadanie na liście płac kobiety tak uznanej jak Marina musi być czymś pozytywnym. A jeżeli przy okazji zachęca dziewczęta do zajmowania się tą dziedziną, to tym lepiej. Lepsze statystyki co do kobiecych aplikacji są nadal marzeniem każdego wydziału z grupy STEM[11].

Quinn unosi brwi.

– A „nieoficjalnie”?

Sandford odkłada tost na talerz i wyciera ręce w kawałek papierowego ręcznika.

– Niektórzy uważają, że Marina jest zbyt efekciarska, a jej, nazwijmy to, specyficzny sposób ubierania niezbyt pomaga. Nie to, żeby Marina się tym przejmowała. Cała ona.

– Z mojego doświadczenia wynika, że życie akademickie potrafi być pełne rywalizacji…

Sandford wybucha śmiechem.

– Ustami dziecięcia prawda przemawia. Przeciętny wydział Uniwersytetu w Oksfordzie jest niczym bardzo małe jeziorko, przepełnione piraniami rozmiarów łosi, panie posterunkowy. A kobiety wykładowcy, ponieważ są tak rzadkie, stają się tym bardziej niebezpieczne.

Asante i Quinn wymieniają spojrzenia.

Sandford wstaje i podchodzi do ekspresu do kawy.

– Można powiedzieć, że najgłośniejszymi krytykami Mariny niemal na pewno kieruje zazdrość i niemal zawsze są to inne kobiety. Jedna z nich była autorką słynnego w naszych kręgach komentarza, że profesor Fisher „jest tym rodzajem mariny, którą należy omijać szerokim łukiem i raczej tam nie cumować”.

Spogląda na nich ciężko i włącza przycisk maszyny. Kuchnia wypełnia się głośnym bulgotaniem. Quinn spogląda znacząco na puste kubki, ale Sandford zupełnie nie reaguje. Chwyta swoją kawę i podchodzi do barku śniadaniowego.

Asante bierze głęboki oddech. Zbliża się chwila bez odwrotu. Będą musieli zaufać dyskrecji Sandforda, a jak do tej pory jego zachowanie nie wzbudza zaufania.

– Czy wie pan o jakichkolwiek oskarżeniach w stosunku do profesor Fisher? W związku z jej rolą wykładowcy.

Sandford wydaje się zaintrygowany.

– O jakiego rodzaju oskarżenia chodzi? – Wpatruje się w nich. Cisza przedłuża się i powoli mężczyzna rozdziawia buzię ze zdumienia, domyślając się, o czym mogą mówić policjanci. – Ja pierdolę – mówi. – Panowie sobie żartują, prawda?

– Proszę po prostu odpowiedzieć na pytanie.

Sandford odchyla się na stołku.

– Cóż, jeśli rzeczywiście macie na myśli to, co myślę, że macie, cały ten pomysł jest niedorzeczny. Marina nie może narzekać na męskie towarzystwo, a nawet gdyby tak było, to nie jest przecież na tyle głupia.

Asante w milczeniu zapisuje coś w notatniku, usiłując sprawić wrażenie, że wszystkie pytania są rutynowe, chociaż nie wie, czy się mu to udało.

– Rozumiem, że w piątek wieczorem miała miejsce impreza połączona ze zbiórką funduszy – mówi Quinn. – W Balliol. Czy był tam pan?

Sandford kiwa głową.

– Oczywiście. I jeśli chodzi o Marinę, rozegrała wszystko po mistrzowsku. Wielkie szychy jadły jej z ręki, zwłaszcza nasi chińscy przyjaciele. Nie mieli dosyć. A ta jej suknia… Co oni powiedzieli kiedyś o Nicole Kidman? „Czysta teatralna Viagra”. W którymś momencie podczas deseru usłyszałem, jak wicerektor mamrocze coś o tym, że powinni poprosić o dwa razy więcej.

– Wyobrażam sobie, że tego rodzaju sukces również nie przysporzyłby jej popularności wśród jej koleżanek po fachu?

Sandford uśmiecha się sucho.

– Owszem. Tak się jednak składa, że była tam jedyną kobietą.

Asante kiwa powoli głową. Rozumie, jak taka sytuacja mogła uderzyć komuś do głowy. Fisher zapewne czuła się niepokonana. Wystarczająco niepokonana i – dzięki alkoholowi – wystarczająco pozbawiona zahamowań, aby uznać, że może zażądać wszystkiego, czego pragnie, i powinna to dostać.

Chrząka.

– Profesor Fisher przyznała, że spożywała alkohol w czasie kolacji.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?